— Wspaniale — warknął Moody, gwałtownym ruchem wyciągając drewnianą nogę na krześle. Syriusz pomyślał, że proteza Szalonookiego, choć niepozorna, przy niewielkim wysiłku mogłaby owo krzesło złamać w pół. — Nie można było zostawić tego rogu tam, gdzie był?
— Mieliśmy w planach go zniszczyć — pospieszył z wyjaśnieniami James. — I Dumbledore miał nam w tym pomóc.
Brwi Alastora podjechały do góry tak wysoko, że Syriusz zląkł się, że jego magiczne oko lada chwila wypadnie mu z oczodołu.
— I kiedy nastąpiła ta nagła zmiana planów?
— Kilka dni temu — bąknął Syriusz, pocierając nerwowo nadgarstki. — To moja wina. Ja wpadłem na pomysł, żeby pojechać po ten róg, a potem zostawiłem go w mieszkaniu Bones, narażając ją na atak ze strony śmierciożerców.
— No bo ty, Black, najpierw robisz, a potem myślisz — parsknął Moody, mimo że w jego śmiechu nie było ani krzty wesołości.
— Ale nikt nie przypuszczał, że w Zakonie jest zdrajca, który mógłby ukraść ten róg — odpowiedział James, na co Syriusz posłał mu spojrzenie pełne wdzięczności. — I w ten sposób, przynajmniej się o tym dowiedzieliśmy.
— I przy okazji siedzimy po uszy w gównie — skwitował Moody, wstając i wyciągając z szuflady rolkę pergaminu, pióro i kałamarz. — Wysyłam sowę do Albusa i mam nadzieję, że dotrze ona do Rosji, zanim wszyscy będziemy martwi.
Rosja, no tak. Dumbledore negocjował z Gregorowiczem nierejestrowane różdżki dla Zakonu.
Różdżki, które na nic się im nie zdadzą, gdy Voldemort wykorzysta moc rogu i postanowi zaatakować.
— A co z Zakonem?
— Nie będziemy siali fermentu — odparł, rozwijając przed sobą pusty arkusz pergaminu. — Przynajmniej na razie, bo zdrajca nam ucieknie i tyle go widzieli. A teraz użyjcie tych waszych ptasich móżdżków do czegoś sensownego i spróbujcie wydedukować, kto spośród nas jest śmierciożercą.
Moody przystąpił do pisania listu, a Syriusz skrzyżował spojrzenie z Jamesem. Zrozumieli się bez słów. Oboje wiedzieli, że muszą zacząć typować podejrzanych.
— Nie chcę na nikogo kierować oskarżeń, ale… — James zawahał się. — Towarzystwo, w którym obraca się Mundungus, wydaje mi się szemrane.
— Bo on cały jest szemrany — odmruknął Moody, nie odrywając oczu od pergaminu, który pospiesznie zapisywał. — Ale z jakiegoś powodu Dumbledore ufa mu bezgranicznie.
— A może Dumbledore się myli?
— Na pewno nie — zaprzeczył stanowczo i przerwał na moment pisanie, by zanurzyć końcówkę pióra w kałamarzu. — Dumbledore zna go lepiej niż my. Myślcie nad kimś, kto mógłby wiedzieć zarówno o rogu, jak i świstokliku.
— Każdy mógł wiedzieć o świstokliku — burknął Syriusz z niezadowoleniem. — Wystarczyłoby nas podsłuchać.
Moody odłożył pióro na bok i obrzucił go srogim spojrzeniem.
— A wydaje ci się, że ktoś was podsłuchiwał? — Moody pochylił wymownie czoło. — Myślisz, że ilu jest animagów w Zakonie? I ilu z nas ma pelerynę niewidkę?
— No… Niewielu.
— Właśnie, Black — szepnął Moody konspiracyjnie. — Niewielu.
Moody pochylił się nad pergaminem, dziwny grymas na twarzy podsuwał Syriuszowi wniosek, że auror chciał mu coś zasugerować. Albo raczej kogoś...
— A Sturgis? — zapytał James. — Nie żebym coś do niego miał, ale niepokoi mnie, że ciągle milczy. Słowem się nie odzywa na zebraniach. Właściwie nie wiadomo, jakie mógłby skrywać intencje.
— No, za Podmore'a ręczyć nie mogę — westchnął Moody, skubiąc zębami końcówkę pióra. — Ale wiem gdzie mieszka. Sprawdzę go.
Syriusz dalej nie słuchał wymiany zdań Jamesa i Moody'ego, gdyż całą jego uwagę pochłonęły myśli, że zarówno pani Potter wczoraj, jak i Moody przed chwilą zasugerowali, że zdrajcą mógłby być ktoś im bliski.
I wtedy pomyślał, że przecież Peter ostatnio dziwnie się zachowywał — coraz bardziej zamykał w sobie, oddalał od przyjaciół, przestał zgłaszać na akcje… Wiedział o rogu dwurożca i o świstokliku, znał też dokładną lokalizację mieszkania Amelii. Zauważalna była zmiana w jego wyglądzie: schudł, sposępniał, prawie w ogóle nie przypominał dawnego siebie, chociaż równie dobrze mógł to być efekt tego szczurzego paskudztwa, z którym ostatnio się zmagał…
Potrząsnął głową. Te oskarżenia brzmiały absurdalnie. Glizdek był ich przyjacielem od zawsze i w życiu nie przeszedłby na stronę Voldemorta, a on powinien się wstydzić, że o czymś takim w ogóle pomyślał.
— Halo, Syriuszu, jesteś tam? — James pomachał mu ręką przed twarzą.
Syriusz natychmiast otrząsnął się z letargu — wyprostował zgarbione plecy i skinął głową na znak potwierdzenia.
— Ustaliliśmy z Moodym, że najlepiej by było sprawdzić wszystkich po kolei.
— Tak, ale wolałbym, żebyś zrobił to ty, Shacklebolt i może Lupin — oznajmił Moody, zwracając się bezpośrednio do Jamesa, na co Syriusz w odpowiedzi prychnął.
Też mu coś. Może i bywał nieroztropny, ale Moody mógłby go chociaż jawnie nie dyskryminować.
— Bez urazy, Black.
— W porządku — rzucił z niezadowoleniem.
W sumie i tak nie miał ochoty robić rundki po domach wszystkich członków Zakonu. Jego myśli wciąż zajmowały obawy dotyczące Petera. Co, jeśli ten jeden, jedyny raz przeczucie go nie zwodziło? Wciąż jednak targały nim ogromne wątpliwości. W końcu Glizdek był ich przyjacielem, a James… James ani śmiałby skierować cienia podejrzeń na jednego z Huncwotów. Gdyby Syriusz bezpodstawnie oskarżył Petera o zdradę, która nigdy nie miała miejsca, świadczyłoby to o jego braku zaufania i być może o rychłym końcu huncwockiej przyjaźni.
Musiał go jednak sprawdzić. Dla czystego sumienia i w tajemnicy przed Jamesem.
Dom Petera znajdował się w mugolskiej dzielnicy w niedalekim sąsiedztwie Doliny Godryka. Syriusz doskonale go pamiętał. Z zewnątrz wyglądał biednie, głównie za sprawą odbarwionej elewacji i rdzewiejących rynien, ale w środku był nadzwyczaj komfortowy i przytulny. Biszkoptowe pokoje z woalowymi firankami roztaczały zapach domowej szarlotki, skromne, drewniane meble zdobiły tysiące magicznych figurek i bibelotów. Peter mieszkał w tym domu wraz z matką. Syriusz bardzo lubił w nim przebywać — stanowił on niekwestionowane zaprzeczenie chłodnego, arystokratycznego wystroju Grimmauld Place 12 — jednak miał ku temu okazję tylko kilka razy w wakacje, gdy jeszcze chodzili do Hogwartu.
Podszedł do drzwi i pociągnął za zwisający obok łańcuszek, wprawiając w ruch niewielki, żeliwny dzwonek. Jego uszu dotarł cichy, stłumiony odgłos, który na szczęście okazał się wystarczający, żeby zwrócić uwagę któregoś z domowników, bo za drzwiami zaszurały czyjeś kroki.
Drzwi otworzyły się, a jego oczom ukazała się pani Pettigrew. Wyglądała nieco inaczej niż w momencie, w którym widział ją po raz ostatni. Była niziutka i zgarbiona, na cienkich, mysich włosach odznaczały się grube pasma siwizny. Niegdyś pulchna, roześmiana twarz zdawała się Syriuszowi chudsza, smętniejsza i o wiele bardziej niż kiedyś zapadnięta.
— Dzień dobry — przywitał się Syriusz pogodnie. — Jest w domu Peter?
— Wyszedł rano — odpowiedziała pani Pettigrew, mrużąc powieki, które z łatwością opadły na zmęczone, poszarzałe oczy. — Syriusz, tak? Przepraszam, nie poznałam cię. Bardzo się zmieniłeś…
Syriusz uśmiechnął się z zakłopotaniem.
— A wie pani może, gdzie wyszedł?
— Prawdę mówiąc, myślałam, że błąka się gdzieś z wami — wyjaśniła niepewnie. Syriusz od razu wyczuł, że coś jest na rzeczy. — Albo siedzi u was, albo ma dyżur w kwaterze. Zawsze tak mówi, gdy wychodzi.
Być może kiedyś tak było, ale teraz Peter nie wychodził z nimi prawie wcale. Przez ostatni miesiąc nie wziął też ani jednego dyżuru. Wiecznie umykał, wymawiał się byle pretekstami, a ostatnie dwa tygodnie podobno spędził w łóżku. Szczurze paskudztwo, mówię wam, chrypiał, pokasłując cicho w rękaw szaty, gdy Syriusz, Remus i James próbowali wyciągnąć go do Hogsmeade na Ognistą. W odbiciu lusterka dwukierunkowego widzieli tylko jego zarumienioną twarz — ani skrawka łóżka czy innych mebli świadczących, że naprawdę przebywał u siebie w pytanie, czy mogą go odwiedzić, odpowiadał: Nie ma mowy, zarażę was. Uzdrowiciel z Munga powiedział, że muszę się izolować.
Nawet nie chciał świętować swoich urodzin. Za robiony ręcznie album fotograficzny ze wspomnieniami najlepszych lat szkoły podziękował zdawkowo i z grymasem. Syriusz miał obawy, że mu się nie podoba, ale zbagatelizował je, uznając, że może akurat tamtego dnia stan jego zdrowia nie pozwalał mu cieszyć się z prezentu.
Teraz był prawie pewien, że Peter naprawdę się z niego nie cieszył.
— Wejdziesz do środka? — zapytała pani Pettigrew.
— Nie, dziękuję. — Pokręcił machinalnie głową. — Nie wie pani, gdzie jeszcze mógłbym go znaleźć?
— Nic mi nie przychodzi do głowy.
— W porządku. Pójdę już.
Pożegnawszy się krótko z panią Pettigrew, która w dalszym ciągu tkwiła na ganku ze zdumioną miną, opuścił jej posesję. Deportował się w pierwszej pustej alejce, ćwierć mili za jej domem.
Myślał intensywnie, gdzie jeszcze mógłby go znaleźć. Przeszedł się po Hogsmeade — nie było go w żadnym ze sklepów. W pubie Pod Trzema Miotłami madame Rosmerta zdradziła, że nie widziała go od wieków, a starszy barman w Gospodzie Pod Świńskim Łbem nawet go nie kojarzył. Później przeniósł się do mugolskiej części Londynu, gdzie udało mu się skontaktować z Beniem i Frankiem, lecz oni również nie wiedzieli, co się stało z Peterem.
Wybrał się jeszcze w kilka miejsc — bulwary nad Tamizą ziały cuchnącym oddechem wymiocin i rozlanego piwa, stare bary świeciły pustkami, a ulubiona ławka w Hyde Parku… Cóż, nie było już żadnej ławki, bo w jej miejscu Syriusz zastał cztery wywinięte pręty, które niegdyś musiały być jej nóżkami, oraz kilka rozbitych desek rozrzuconych po krzakach. Zrezygnowany, schował się między trzema wysokimi dębami, i upewniwszy się, że nikt go nie obserwuje, wymknął się na Pokątną.
Po ostatnim ataku śmierciożerców Pokątna wciąż nie tętniła życiem, jednak im więcej czasu mijało, tym czarodzieje zdawali się mniej przejmować ich ostatnią napaścią. Po zniszczeniach, które się dokonały, nie było już śladu, a sam wygląd ulicy powrócił do stanu pierwotnego. Syriusz przeszedł się wzdłuż deptaka, zajrzał do lokali: lodziarni Floriana i kawiarni Junony, odwiedził Browary i Gulasze i piekarnię Alojzego, zaglądnął przez witrynę Esów i Floresów i brudną szybę starego antykwariatu. Nigdzie nie znalazł Petera. Zmęczony i zziębnięty, skręcił w ślepą uliczkę za sklepem madame Malkin, wystukał kod na murowanej ścianie, a gdy cegły rozsunęły się, wpadł tylnym wejściem do Dziurawego Kotła. Wyminął tłum skupionych w kręgu handlarzy, przemknął chyłkiem za plecami dwóch bezzębnych czarownic, i doszedłszy do lady, usiadł na jednym z wolnych krzeseł, w samym kącie sali.
— Syriusz — przywitał się wesoło barman, napotkawszy jego spojrzenie. — Co dla ciebie?
— Cześć, Tom — burknął, uśmiechając się półgębkiem. — Whisky z lodem.
Merlinie, do czego to doszło, że wylądował samotnie w Dziurawym Kotle z zamiarem utopienia smutków w alkoholu.
— Dawno cię nie widziałem — zagaił, wsypując kostki lodu do szklanki i nalewając odmierzoną objętość Ognistej. — Co słychać?
— Wszystko po staremu. — Syriusz rozejrzał się uważnie po chmarze klientów stłoczonych na wcale nie tak ciasnej przestrzeni lokalu. Gwar rozmów, szczęk sztućców i brzęk wznoszonych toastów niósł się echem po ścianach. — Zawsze tu były takie tłumy?
Tom pokręcił głową i nachylił się nad blatem.
— Różni ludzie się teraz kręcą — wyjaśnił cicho, niemalże szeptem. — Z pewnością zdajesz sobie sprawę z nastrojów politycznych Londynu…
Syriuszowi nie trzeba było tłumaczyć, co miał na myśli. Doskonale orientował się w ostatnich działaniach Voldemorta, a omiótłszy spojrzeniem klientelę pubu, miał podejrzenia, czy aby kilku z nich nie było jego entuzjastami.
— Widziałem o tobie wzmiankę w Proroku — dodał Tom już normalnym głosem. — Powinieneś dostać od nich publiczne przeprosiny, naprawdę. Najpierw oskarżyli cię o coś tak poważnego, a potem okazało się, że wcale nie chodzi o ciebie…
— Nie przejąłem się tym. — Syriusz machnął lekceważąco ręką, w mig pojmując, że Tom miał na myśli artykuł sprzed miesiąca, w którym zamieszczono informację o poszukiwaniach związanych z jego rzekomym dołączeniem w szeregi Voldemorta. — Ominęła mnie ta wzmianka, byłem wtedy w… Albanii.
— Nowa praca? — dopytał, na co Syriusz przytaknął. — Ach, gdybym ja miał taką możliwość, to bym w ogóle teraz nie wracał do Londynu…
Syriusz nie zdołał mu odpowiedzieć — uwagę Toma odwrócił czarodziej, który podszedł do baru i złożył zamówienie.
— Syriuszu, a ta informacja o Regulusie? — szepnął, gdy obsłużony mężczyzna odszedł do stolika. — Czy to prawda?
Zawartość jego żołądka wywróciła się do góry nogami.
— Raczej tak — mruknął posępnie.
— Przykro mi. — Tom odłożył ściereczkę na blat i wlepił w Syriusza zatroskane spojrzenie. — Ja sam mam dwóch braci i wiem, że zawsze mogę na nich liczyć. Nie chciałbym się nigdy dowiedzieć, że którykolwiek z nich jest śmierciożercą…
Syriusz jednym haustem opróżnił zawartość szklanki i zaraz zamówił następną kolejkę. Wspomnienie Regulusa pogrążyło go w nastroju jeszcze gorszym, niż ten, z którym pojawił się w Dziurawym Kotle. Ognista działała na niego dzisiaj wyjątkowo depresyjnie, a im więcej jej pił, tym gorsze refleksje snuły mu się po głowie.
Gdyby tylko miał z nim lepszy kontakt, być może Regulus by teraz żył.
I chociaż na trzeźwo wolał się do tego nie przyznawać nikomu, Syriusz naprawdę wszystkiego żałował.
Żałował, że go porzucił, żałował, że wolał Jamesa. Żałował, że z nim nie rozmawiał, żałował, że w niego nie wierzył. Żałował, że tak po prostu spisał go na straty i tak strasznie żałował, że nigdy nie miał okazji tego naprawić.
I choć oceniał go surowo — bo Regulus wiedział, z czym wiąże się sługa u Voldemorta — to miał tylko osiemnaście lat, wciąż był o wiele za młody, za głupi i tak koszmarnie naiwny... Trawiło go poczucie winy, przecież mógł go odnaleźć, ostrzec, może nawet zaciągnąć siłą do Dumbledore'a i zapewnić ochronę. Jeżeli Regulus wycofał się z zadania, które powierzył mu Voldemort, to znaczy, że miał sumienie, zdobył się na chwilę refleksji nad swoim postępowaniem, i Syriusz w głębi serca czuł, że w tej wojnie Reg nie był do końca czarnym charakterem…
— Skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć? — warczy, chwytając Regulusa za kołnierz. Różdżka Syriusza momentalnie ląduje na jego szyi, snop ostrego, białego światła jarzy się na pulsującej blado skórze. Niemal ją przypala.
— Prześledziłem cię. — Oddech Regulusa rwie się, smukłe policzki przybierają odcień krwistego rubinu. — Ten jeden jedyny raz, gdy postanowiłeś wrócić do siebie na piechotę.
— I czego chcesz? — Ręka Syriusza zaciska się mocniej na koszuli, marszczy ją w setki odkształconych fałdek. — Twój pan kazał ci mnie zabić?
— Nie — zaprzecza. Dzieląca ich różnica wieku już dawno zatarła się i znikła, ale Regulus wciąż jest niższy, wciąż drobniejszy, młodszy, niezmiennie chłopięcy. Mimo to hardość spojrzenia wędrującego do twarzy Syriusza sprawia, że on sam zaczyna czuć się przy nim mały. Mniej pewny. — Chciałem cię zobaczyć.
Syriusz prycha, dzwoniący w pustym mieszkaniu śmiech jest zimny i ironiczny. Nie wierzy mu. Nigdy by nie uwierzył. Nie po tym, jak Regulus zachłysnął się potęgą Voldemorta, nie po tym, jak z dumą wstąpił w jego szeregi, jak chełpił się przynależnością do jego świty. Nienawidził go za to, naprawdę nienawidził, ale czy to był prawdziwy powód, dla którego darzył go tak bezgraniczną pogardą? A może skłębiona na dnie serca emocja wcale nią nie jest? Może nawet nigdy nie była?...
Nie odzywali się do siebie słowem. Mijały dni, miesiące, lata, żaden z nich nie podjął ani próby kontaktu. Wstydził się tego, wstydził tak bardzo, jak nienawidził — a co konkretnie i kogo, tego Syriusz nie wiedział.
To on był starszym bratem, walecznym Gryfonem w krawacie ze złotą lamówką, który nosił zarzucony tył na przód i w razie potrzeby miotał zaciekle o podłogę, by wypędzić potwory spod regulusowego łóżka. To on był bohaterem, który skradzionymi matce świeczkami rozpraszał mrok dziecinnego pokoju. To on był magikiem, który samodzielnie wystruganą różdżką odprawiał egzorcyzmy wdzierających się przez okna, złowrogich cieni rzucanych przez rozkołysane na wietrze drzewa.
To on powinien otaczać go opieką i zrozumieniem. Wspierać i wybijać z głowy idiotyczne pomysły, zwłaszcza gdy pojawiają się w czasie perfekcyjnie zbiegającym się z ochłodzeniem ich relacji.
— Miałbym w to uwierzyć? — Syriusz poprawia się, zadziera brodę i skupia spojrzenie. Wspomnienia topnieją, gasną jak echo dziecięcego śmiechu. Mgliste i odległe, rozmywają się jak cienie zapomnianej przeszłości.
— Tak, Syriuszu — odpowiada miękko.
Syriusz nieświadomie luzuje pięść, Regulus uciska płytkie zagłębienie w kłębie jego dłoni. Gdy ręka osuwa się bezwładnie, schyla się pod jego ramieniem i wyswobadza z uścisku.
— Jestem twoim bratem, zapomniałeś już?
Syriusz nigdy nie zapomina, choć czasem w porywach obezwładniającej słabości, tak bardzo, ale to bardzo tego pragnie.
Skupia myśli wokół Jamesa, zaginionego brata bliźniaka, z którym łączą go więzy krwi tylko kilka pokoleń dalsze od Regulusa. Znowu chce zapomnieć. Niepamięć tłumi jego ból, spycha na skraj mrocznej, otchłannej przepaści. Syriusz zatraca się w niej i spada. Nigdy nie sięga dna, od którego może się odbić.
Wyrzuty sumienia zamazują się, zacierają. Zanikają.
Mruga zawzięcie powiekami. Regulusa już nigdzie nie ma.
Uchylone drzwi świszczą podmuchami mroźnego wiatru, gwiżdżą masami srogiej zamieci, zieją czernią nocnego nieba. Gromki huk rozdziera czaszkę Syriusza, przeciąg trzeszczy w rdzawych spoinach.
Sączące się w kącikach oczu łzy nie są wyrazem jego żalu. Wynikają z różnicy temperatur, suchości powietrza, prostego, mechanicznego podrażnienia rogówki oka. Syriusz nie roztrząsa dłużej tej sceny, odpycha ją jak najdalej od siebie. Zakon go potrzebuje — Kingsley utknął na nocce w biurze, Moody leży w Mungu z rozpaskudzoną nogą. Podobno jego gorączka sięga wymiaru delirium.
Zerka przelotnie na zegarek. Zbliża się siódma, czas pędzi jak w przyspieszeniu. Syriusz zbiera się — zaklęciem sznuruje buty, zgarnia kurtkę z wieszaka.
Ostatnia z łez zamazuje się i zaciera. Zapomina.
To było ich ostatnie spotkanie.
Tak bardzo chciał teraz porozmawiać z Amelią. Ona na pewno by go zrozumiała. Zresztą od razu przejrzała go, gdy odmówił wykorzystania rejestru Regulusa w sprawie swojego raportu. Uświadomiła mu wtedy coś bardzo ważnego.
— To nie ma znaczenia, jaki mieliście kontakt — szepnęła powoli, patrząc mu odważnie w oczy. — Jeśli tobie na nim zależało, to jemu na pewno również.
Nie miał pojęcia, na jakiej podstawie wysnuła ten wniosek, ale zdecydowanie pamiętał jej bystre spojrzenie i swój szok, gdy uzmysłowił sobie, że tak niewiele potrzebowała, żeby domyślić się prawdy o nim i Regulusie. Westchnął ciężko i potarł dłońmi skronie. Boże, jak on za nią tęsknił…
Drzwi Dziurawego Kotła otworzyły się z brzękiem zawieszonego nad nimi dzwoneczka. Syriusz zerknął w ich stronę i momentalnie zesztywniał na krześle.
W progu stanął… Peter.
