Amelia cofnęła się o krok, stając naprzeciwko Syriusza w ciemnej ulicy, z obu stron odgraniczonej chłodnym, kamiennym murem. Rozejrzała się wokoło, skostniałymi palcami ścisnęła kieszeń z różdżką. To miejsce do złudzenia przypominało alejkę przy Grimmauld Place i Amelia czuła pod skórą, że to właśnie tam się znaleźli, tylko że… Nic w niej nie pasowało.

Alejka wyglądała jak przeniesiona z innego wymiaru. Mroczna, paskudnie zdezelowana i zniszczona, ziała przenikliwym chłodem i rozproszoną w powietrzu parą.

Odetchnęła głęboko, zimne powietrze wypełniło jej płuca. Syriusz nachylił się, wyciągnął dłoń i pogładził ją po policzku. Spojrzała na niego zaskoczona. Był to bardzo miły i czuły gest, powiedziałaby nawet, że nieco zbyt czuły jak na to, co ich łączyło… Syriusz zdawał się jednak niczym nie przejmować. Chłonął ją intensywnie spojrzeniem, liczył każdą rzęsę z osobna, dzielił jeden oddech. Usta zapiekły ją, muśnięte dotykiem jego warg.

Były chłodne i twarde jak marmur.

— Wybacz mi, Amelio — szepnął, odsuwając się nieznacznie. — Naprawdę mi na tobie zależy.

Żar rozpłynął się po jej ciele, acz w sercu czuła drętwą pustkę. Czy Syriusz mówił szczerze? Czy przestał się już gniewać? Nie wiedziała, co o tym myśleć, nie wiedziała, czy mogłaby w to uwierzyć — a jednak czuła, że nie było na świecie rzeczy, której pragnęłaby teraz bardziej.

Owionął ją podmuch lodowatego wiatru. Uchyliła powieki, ale obraz rozlał się jej smugami deszczu. Gdy otworzyła je w pełni, znajdowała się już na Śmiertelnym Nokturnie. Syriusz stał oddalony o dwie albo trzy stopy, twarz miał pogrążoną w rozpaczy.

— Oni wiedzą, że Regulus nie żyje. Jutro zapadnie wyrok, wtrącą mnie do Azkabanu.

Wlepiła w niego oniemiałe spojrzenie, ogromne, zlęknione oczy zaszły jej łzami. Skąd Ministerstwo wiedziało o raporcie? To było niemożliwe. Przecież napisała go z dbałością o najmniejsze detale, każdy szczegół ich planu został perfekcyjnie zrealizowany. Nikt ich nie przyłapał, nikt ich nie zobaczył, no może oprócz dziwnego mężczyzny, wysokiego i chudego, w ciemnej szacie z obszernym kapturem, który przewiercał ich spojrzeniem w ślepym zaułku Śmiertelnego Nokturnu…

Rozogniony wzrok Syriusza przeniósł się na nią.

— To twoja wina — wycedził przez zęby. — Ja od początku byłem temu przeciwny.

Chciała do niego podejść, ale jej ruchy były powolne i ślamazarne, chciała mu odpowiedzieć, ale każde słowo więzło jej w gardle i topniało jak śnieg. Każdy krok naprzód poprzedzał opór stawiany przez coś ciężkiego i gęstego, jakby grzęzła w wilgotnym bagnie.

Kątem oka dojrzała sylwetkę nieznajomego mężczyzny. Stał samotnie w blasku gazowej latarni — mgliste światło oświetlało jego czarną szatę, na głowie miał założony kaptur. Powróciła spojrzeniem do Syriusza, ale już go nigdzie nie było. Gdy ponownie skupiła uwagę na nieznajomym mężczyźnie, zrozumiała, że od chwili, w której pojawiła się w zaułku, nie spuszczał z niej wzroku.

Podeszła bliżej. Zastygły jak rzeźba z kamienia, mierzył ją spojrzeniem tak srogim i przenikliwym, że przyprawiał ją o ciarki na plecach. Była już blisko, ich sylwetki dzieliło może pół stopy. Wyciągnęła rozprostowaną dłoń. Chciała zdjąć mu ten kaptur z głowy, zobaczyć jego twarz, ponad wszystko pragnęła dowiedzieć się, kim był i dlaczego się na nią patrzył… I wtedy tajemniczy mężczyzna zniknął jej sprzed oczu, a jej nogi zmiękły w kolanach, osuwając się spod bruku. Bezwolna i ospała, zapadła się w ziemię, spadała coraz głębiej i głębiej, aż w końcu zanurzyła się w mrocznej, gładkiej masie, z której, miała wrażenie, nie było już żadnej nadziei na powrót…

Amelia wierzgnęła w powietrzu nogami, zrywając się z łóżka. Prawa stopa zwinnie odnalazła grunt, ale lewa podwinęła się jej na kołdrze, którą w panice przycisnęła do piersi. Wyrzuciła ręce, próbując złapać się ramy łóżka, ale było już za późno i wraz z kołdrą przeturlała się na podłogę.

Pot spływał jej ciurkiem po plecach, krew burzyła się w skroniach, lecz mimo to czuła ulgę. Znajdowała się w swoim starym pokoju w domu rodziców. Wstała z twardej podłogi i przycisnęła dłonie do oczu. To był tylko zły sen, obmierzły, nocny koszmar, nic z tego nie wydarzyło się naprawdę…

Wolną ręką sięgnęła po zegarek, i zerknąwszy na niego, stanęła na równe nogi. Za piętnaście ósma! Zebrała się w pośpiechu i kilka minut później pojawiła się za wiatą budynku Ministerstwa Magii. Przemierzając ostatnią prostą dzielącą ją od gmachu, zauważyła tłum czarodziejów stłoczonych zaraz przy głównym wejściu. Stanęła w miejscu. Przez głowę przeszła jej myśl, że mogłyby to być zamieszki spowodowane przez śmierciożerców, ale bojkotujące pokrzykiwania i wzniesione wysoko ponad głowami banery skutecznie odwiodły ją od tych obaw.

Strajki strażników, pomyślała.

Z trudem przecisnęła się przez chmarę buntujących się mężczyzn. Przedarłszy się do środka, dostrzegła, że atmosfera w atrium była nadzwyczajnie nerwowa. Urzędnicy biegali w pośpiechu po korytarzach, strony z najnowszego wydania Proroka Codziennego fruwały w powietrzu niczym targane przez wiatr liście. Gwar rozmów, który w tej części Ministerstwa był głośny i wszechobecny, teraz zdawał się jeszcze wyraźniejszy.

— Panno Bones! — przywołał ją męski głos.

Amelia okręciła się na pięcie, dostrzegając sylwetkę mknącego ku niej Ogdena.

— Ogden, sir — odetchnęła z ulgą. — Co się tutaj dzieje? Czy to przez te strajki?

— Niestety, to było nieuniknione — westchnął, drapiąc się po siwym, kilkudniowym zaroście, który gęstym szronem przyprószył mu policzki i brodę.

Ściągnęła brwi. W Ministerstwie Ogden zawsze prezentował swoje najbardziej eleganckie wydanie i Amelia mogłaby przysiąc, że nigdy nie widziała u niego choćby cienia zarostu. Przyglądnąwszy się mu podejrzliwie, uznała, że wyglądał, jakby od kilku dni nie sypiał, a sine cienie pod oczami i pogłębione bruzdy przy nosie dawały do zrozumienia, że chyba też słabo odżywiał.

— Zapraszam za mną.

Przytaknęła pod nosem i ruszyła za nim do gabinetu.

— Minister Crouch potrzebuje sprawozdania podsumowującego pracę departamentu przez okres ostatniego miesiąca. Jego asystenci są na ten moment zajęci, więc w jego imieniu proszę cię o jego przygotowanie.

Ledwo pohamowała się, żeby nie rozdziawić ust ze zdziwienia. W dobie strajków, gdy Urząd Niewłaściwego Użycia Czarów powinien mieć mnóstwo pracy związanej z bojkotującymi pod Ministerstwem strażnikami, Ogden chciał, żeby napisała jakieś bzdurne sprawozdanie dla Croucha, które nawet nie leżało obok zakresu jej kompetencji. Merlinie, miała ochotę w tej chwili ruszyć do Tyberiusza Doge'a na rozmowę o pracę, ale musiała powstrzymać się choćby do przerwy na lunch.

— Czy nasz urząd nie zajmuje się teraz poważniejszymi sprawami? — zasugerowała, marszcząc czoło. W zwyczajnych okolicznościach nie pozwoliłaby sobie na tak obcesowe pytanie, ale śmiałości dodawała jej myśl o zmianie pracy.

— Jeśli pyta mnie pani o coś ciekawszego do zrobienia, to niestety nic nie mogę zaoferować. — Ogden w lot pojął jej aluzję, bo zerknął na nią przepraszająco i rozłożył bezradnie ręce. — Interesami strażników zajmują się asystenci ministra Croucha.

Skinęła głową, chociaż minę miała nieprzekonaną. Najwyraźniej pozostało jej zacisnąć zęby i wyczekiwać rozmowy z Doge'em.

Po południu sytuacja poprawiła się diametralnie — protesty uliczne ucichły, strażnicy porozchodzili się do domów. Minister Minchum, nie mogąc zdzierżyć dzisiejszej ministerialnej plątaniny, skrócił dzień pracy o dwie godziny, na co udobruchani urzędnicy chętnie przystali, w popłochu opuszczając mury instytucji.

Wtenczas, gdy wszyscy wychodzili z Ministerstwa, Amelia postanowiła zapukać do gabinetu Doge'a. Sędzia akurat zbierał się do wyjścia, ale zgodził się przeprowadzić z nią rozmowę i koniec końców zaoferował jej pracę.

Z duszą na ramieniu udała się do zatoki po swoje rzeczy. Umysł ciążył jej dylematem - powiedzieć Ogdenowi jutro czy za parę dni? Trochę żal jej było zostawiać go na lodzie w dobie strajków, gdy jako dyrektor urzędu i jego główny zarządca miał mnóstwo pracy związanej z bojkotującymi strażnikami… Dręczona wyrzutami sumienia, usiadła za biurkiem i dokończyła pisanie ostatniego sprawozdania. Mimo że zatoka opustoszała już godzinę temu, nie chciała jeszcze wracać do domu. Poranny sen nie dawał jej spokoju. Dziwny, zakapturzony mężczyzna co chwilę przemykał jej przed oczami i Amelii zdawało się, że rozpoznawała w nim kogoś znajomego.

Nagle zza ściany poniósł się hałas. Podłoga zaskrzypiała z chrzęstem przesuwanych mebli, w oddali rozległy się czyjeś kroki. Z każdą sekundą słyszała je coraz wyraźniej, ewidentnie ktoś zbliżał się w jej stronę. Serce huknęło jej w piersi. Ten odgłos pochodził z gabinetu Ogdena, a przecież na własne oczy widziała, że jej przełożony opuścił Ministerstwo kilka godzin temu.

Nie zastanawiając się ani chwili, zgasiła lampkę, zgarnęła różdżką swoje rzeczy z biurka i przylgnęła do kamiennej ściany za najbliższą kolumną.

Drzwi rozwarły się lekko, z gabinetu wyłonił się Ogden. Amelia odetchnęła z myślą, że wystarczyło jej półtora miesiąca w Zakonie, żeby zaczęła upodabniać się do Moody'ego. Już miała wychodzić z kryjówki, gdy spostrzegła, że dyrektor wciąż tkwił nieruchomo w progu, dłoń miał zaciśniętą na klamce tak mocno, że zbielały mu kłykcie. Powiódłszy nerwowym spojrzeniem po zatoce, cofnął się w progu i trzasnął drzwiami.

Z wrażenia wstrzymała oddech. Co takiego Ogden miał do ukrycia, że upewniał się, czy wszyscy już opuścili zatokę?

I wtedy usłyszała głosy.

Kilkanaście męskich głosów dobiegających z wnętrza gabinetu zlało się w jeden, donośny gwar. Amelia w pośpiechu rzuciła na siebie zaklęcie kameleona, po czym pobiegła do biurka i na skrawku pergaminu nabazgrała krótką wiadomość.

Wrócę dzisiaj później z pracy.

Amelia"

Ujęła pergamin w dłonie i przyjrzała się mu uważnie. Nie pasowała jej ta wiadomość — była błaha, zbyt łatwa do przeoczenia. Stuknęła w nią różdżką. Granatowy tusz rozmył się, wsiąknął w pergamin i zniknął.

WRÓCĘ DZISIAJ PÓŹNIEJ Z PRACY.

Amelia"

Tak zaakcentowane zdanie brzmiało zdecydowanie lepiej. Ale czy adresat wiadomości na pewno będzie wiedział, co miała na myśli?

WRÓCĘ DZISIAJ PÓŹNIEJ Z PRACY!

AMELIA"

Idealnie.

Zwinęła pergamin w rulon i chyłkiem zakradła się na przeciwległy koniec zatoki, gdzie w magicznie dobudowanej altance mieściła się niewielka sowiarnia. Było to dość ryzykowne z jej strony, ale Amelia chciała poznać przyczynę niecodziennego zachowania Ogdena. W głębi duszy czuła pewne, związane z nim obawy.

Musiała kogoś poinformować. Niebezpiecznym byłoby szpiegować kogokolwiek z myślą, że w razie kłopotów nikt nie ruszyłby jej na pomoc. Potrzebowała powiadomić kogoś, kto zrozumie przesłanie tej niepozornej wiadomości — kogoś, kto będzie wiedział od razu, jeżeli znalazłaby się w tarapatach. W obecnej sytuacji musiała działać szybko, a jedyną osobą, która przychodziła jej na myśl, był… Syriusz. On na pewno zgadłby ukryty przekaz, w końcu mieszkał z nią prawie przez miesiąc i Amelia była przekonana, że po otrzymaniu takiej wiadomości od razu powiadomiłby Zakon. Z rezygnacją wetknęła list w dziób najbliższej sowy i po cichu opuściła sowiarnię.

Gdy przemknęła z powrotem do zatoki, uświadomiła sobie, że rozmowy w gabinecie Ogdena ucichły. Zmroziło ją w miejscu, kontury ścian i mebli rozlały się jej przed oczami. Płuca rwały ją boleśnie, nierówny, lepki oddech niósł się po ścianach tak głośno, że miała wrażenie, że słychać go w całej zatoce.

— Carrow, sprawdź, czy nikogo nie ma. — W cichym warknięciu Amelia rozpoznała głos Ogdena.

Drzwi gabinetu otworzyły się minimalnie, zza nich wychynęła czyjaś głowa. Mężczyzna o nazwisku Carrow łypnął groźnie na zatokę i zaraz schował się z powrotem, burcząc niewyraźną odpowiedź. Zostawił jednak za sobą uchylone drzwi.

W tych uchylonych drzwiach Amelia dostrzegła swoją jedyną szansę na wtargnięcie do środka. Przez krótką chwilę rozważała tak odważne zagranie, nie chciała jednak stchórzyć. Ukrywała się pod zaklęciem kameleona, więc nikt nie był w stanie jej dostrzec, a świadomość odbywającego się za ścianą spotkania zwołanego konspiracyjnie przez Ogdena dodała jej animuszu i zintensyfikowała zaciekawienie.

Najciszej, jak potrafiła, zakradła się pod gabinet. Przykleiwszy plecy do framug, przestąpiła bokiem przez próg. Drzwi nie poruszyły się ani o cal. Stanęła przy ścianie zaraz obok wejścia i zastygła w bezruchu.

Wtem Ogden wyciągnął różdżkę i strzelił nią tuż obok jej głowy. Zawiasy trzasnęły z hukiem. Oczy Amelii rozszerzyły się z wrażenia — kilka sekund zawahania więcej i zostałaby spektakularnie zdemaskowana wskutek przytrzaśnięcia przez drzwi.

Ogden płynnym, powłóczystym ruchem dłoni machnął różdżką w powietrzu, wypowiadając cicho kolejną formułę. Z trudem przełknęła ślinę — z ruchu jego warg wyczytała zaklęcie wyciszające. Gdy skończył, przebiegł surowym wzrokiem po stojących w półokręgu osobach, a Amelia powłóczyła oczami za jego spojrzeniem, dostrzegając przed sobą dwa tuziny zakapturzonych sylwetek. Czarne szaty spływały im do kostek, na wpół zdjęte, srebrne maski odsłaniały oczy o bladych, wykrzywionych twarzach.

I wtedy poczuła strach — duszący, ściskający, obezwładniający strach. Jej najgorsze obawy, niepokojące myśli, których tak bardzo nie chciała do siebie dopuścić, a które huczały jej w głowie już od rana, wszystko to potwierdziło się, uderzając w nią z niewyobrażalną siłą, ponieważ Amelia utknęła tutaj samotnie, będąc uwięzioną w gabinecie swojego przełożonego wraz z tabunem śmierciożerców gotowych zamordować ją bez mrugnięcia okiem, gdyby tylko dała znak swojej obecności.

— Ogon masz, Carrow? — prychnął Ogden, ale mężczyzna wzruszył tylko lekceważąco ramionami. — Mniejsza o to. Na razie wszystko przebiega zgodnie z planem. Zaraz wezwę ministra na bardzo pilną rozmowę. Gdy tylko wychyli się w atrium, musicie go otoczyć i obezwładnić. Czarny Pan prosił, żeby potraktować go poważnie. Stary Minchum jest sprytniejszy, niż wam się wydaje, i nosi przy sobie świstoklika zwiadowczego. Jeden obrót dłoni i obstawi nas całym kordonem aurorów. Gdy zobaczycie, że ich wzywa, nie powstrzymujcie go. Czarnemu Panu zależało na walce.

Zrobiło jej się słabo. Nie mogła uwierzyć, że osoba, dla której pracowała przez prawie rok, była nie tyle ministerialną wtyką, ile wysoko postawionym poplecznikiem Voldemorta. Przecież widywała go codziennie, znała go i mimo dzielącej ich bariery formalnego dystansu na swój pokręcony sposób ufała…

Rozbolał ją brzuch, wsparła się więc o komodę, i zgięta w pół, przeczekała najgorszy moment. Nie mogła przeboleć, że praca, którą w ostatnim czasie wykonywała dla Ogdena, jedynie przysłużyła się Voldemortowi do osiągnięcia jego celów.

— Czarny Pan i pozostali pojawią się na mój sygnał. Wtedy dopiero otworzy portal, więc przez te kilkanaście minut postarajcie się nie zginąć. Gdy portal się otworzy, otchłań będzie się powiększać, wtedy musicie napierać do przodu, żeby nie wpaść do Podziemi. Podziemia zwiększają swoje rozmiary powoli, ale sam portal ma ogromne pole rażenia. Całe Ministerstwo zostanie zrównane z ziemią, więc jak przyjdzie co do czego, to radzę wam wiać i uważać na spadające gruzy. Portal z biegiem czasu będzie siał niewyobrażalne spustoszenie, zburzy i pochłonie wszystko, co stanie w zasięgu jego siły. Pozostałymi niedobitkami zajmą się inferiusy. Później jedyne, co wam zostanie, to odnalezienie najbliższego punktu aportacyjnego. Gdy Czarny Pan skończy, wezwie nas do siebie.

Nogi Amelii odmówiły posłuszeństwa, kolana zrobiły się niepokojąco miękkie, głowa ociężała i bezwładna, a jedyny narząd, który powstrzymywał ją od zemdlenia, było bijące w szaleńczym rytmie serce. Właściwie mogłoby jej już być wszystko jedno. Voldemort wszedł w posiadanie obu rogów dwurożca, a zatem stał się nieformalnym panem Podziemi... Teraz bez większego wysiłku mógł obrócić w proch wszystko, co stanie mu na drodze, stworzyć świat od nowa według własnej wizji i ogłosić się jego władcą.

— Nie można by otworzyć portalu, dopiero gdy pokonamy aurorów? — odezwał się piskliwie niski mężczyzna, który stał w samym tyle, wsparty o kominek. Amelia dotychczas nie zwróciła na niego uwagi. Śmierciożerca przysłuchiwał się słowom Ogdena w milczeniu, a z wyglądu nie wyróżniał się niczym, co rzuciłoby się jej w oczy. Duży, opadający kaptur kładł się cieniem na jego oczach, srebrna maska zwisała z końca bulwiastego nosa, zakrywając usta i brodę.

Amelia nie musiała widzieć twarzy mężczyzny, żeby wiedzieć, kim był. Jego głos znała do tego stopnia, że nie pomyliłaby go z żadnym innym.

To pomyłka, to nie on, to na pewno nie…

— I właśnie dla takich jak ty, Pettigrew, powtarzam ten plan po raz tysięczny — parsknął Ogden, rozwiewając jej ostatnie nadzieje. — Musimy zadowolić się krótką walką. Czarny Pan nie może ryzykować, że wydarzy się coś nieplanowanego. Poza tym uważaj, czego sobie życzysz. Średnio umiejętny auror byłby w stanie podpalić ci twój gruby zad — zadrwił, na co Peter skrzyżował ramiona na piersi i zrobił obrażoną minę.

— Żebyś się nie zdziwił, Ogden. — Pettigrew zadarł dumnie podbródek. — Szczękę będziesz zbierał z podłogi.

Amelia nawet i bez zapewnień Petera zbierała szczękę z podłogi. Do jej uszu docierały słowa tej przekomarzanki, ale wypowiadane wyrazy brzmiały pojedynczo i hasłowo, absolutnie nie układając się w zdania o zachowanym sensie logicznym. Peter — oddany przyjaciel, któremu Huncwoci powierzali każdą tajemnicę, któremu Zakon ufał bezgranicznie… Ten sam, który walczył z nimi na akcjach i spędzał każdą wolną chwilę w kwaterze, był śmierciożercą.

Amelia zapatrzyła się na jego twarz, wnikliwie lustrowała go wzrokiem, odszukując w cieniu kaptura oczu, których kształt i wygląd utwierdziłby ją dobitnie, że to naprawdę był Peter. Sapiąc ciężko pod nosem, wsparła się o brzeg komody.

Wtem poczuła coś chłodnego, zimny metal dotknął jej łokcia. Mosiężna figura rycerza na koniu przesunęła się po powierzchni mebla, jego szabla omsknęła się w zaciśniętej dłoni, zjeżdżając aż do szpikulca. Amelia natychmiast zdjęła przedramię z komody, wyprostowała się i uniosła wzrok.

Oniemiała z przerażenia, spostrzegłszy, że Ogden przenikał spojrzeniem miejsce, w którym stała — bardzo skrupulatnie wodził wzrokiem, obrysowywał kontur jej kryjówki, którą stanowiła wąska wnęka pomiędzy komodą a drzwiami. Gdy jego surowe spojrzenie zatrzymało się na wysokości jej oczu, uświadomiła sobie, że tajemniczy mężczyzna ze snu nie był ani nocnym koszmarem, ani wytworem zbyt wybujałej wyobraźni.

To Ogden przyuważył ją i Syriusza, gdy uciekając przez kominek w jego gabinecie, wylądowali na Śmiertelnym Nokturnie.

I Amelia wiedziała jeszcze jedno. Była w potrzasku — pułapce bez wyjścia, w którą wplątała się na własne życzenie.


Syriusz przez ostatni kwadrans gorączkowo przestępował z nogi na nogę w salonie domu Jamesa. Co jakiś czas łypał niecierpliwie na drzwi w nadziei, że lada chwila w progu pojawi się Moody ze świtą. James przyglądał mu się z pewną dozą uśmiechu i uprzejmego zainteresowania. Syriusz był pewien, że jego nerwowe wędrówki wokół salonu stanowiły dla Pottera źródło niewysłowionej uciechy.

— Nie patrz tak na mnie — burknął Syriusz, nie mogąc już dłużej znieść tego wzroku. — Bones jest roztrzepana i dość łatwo przyciąga kłopoty, dlatego się martwię.

— Oczywiście — przytaknął James kurtuazyjnie. Oczy błyszczały mu jak lampki, kąciki ust drżały w wymownym uśmiechu.

— Czuję się winny, dobrze? Naprawdę, czasem mam ochotę sam sobie przywalić za swoją głupotę...

— Tak, już to mówiłeś — westchnął James. — Jesteś pewien, że Amelia ma kłopoty? Przecież napisała tylko, że wróci później z pracy. Może się pomyliła i miała wysłać ten liścik rodzicom. Jak dla mnie nie brzmi on szczególnie niepokojąco.

— Nie, James. — Syriusz zatrzymał się w miejscu. — Amelia na pewno nie pomyliłaby się w ten sposób. Ona wysłała mi tę wiadomość specjalnie, bo wiedziała, że zrozumiem jej przekaz. Zresztą, pomyśl logicznie, po cóż innego miałaby mi wysyłać sowę z informacją o swoim późniejszym powrocie z pracy, skoro już ze sobą nie mieszkamy i tak przy okazji jesteśmy też śmiertelnie pokłóceni?

— Stąd właśnie moja hipoteza, że się pomyliła.

— Amelia się w ten sposób nie myli. Nigdy.

— W porządku, ty ją znasz najlepiej — ustąpił James, unosząc obronnie ręce. — I w związku z tą jedną wiadomością zwołałeś cały Zakon do mojego domu? — Uśmiechnął się znacząco, a Syriusz spiorunował go spojrzeniem.

— W Anglii jest teraz cholernie niebezpiecznie i przypominam, że śmierciożercy mają róg dwurożca — sprostował twardo, znosząc w milczeniu uśmieszki Jamesa. — Gdyby okazało się, że Amelia naprawdę ma kłopoty, a jestem przekonany, że ma, ponieważ to do mnie zaadresowała tę enigmatyczną wiadomość, w dodatku z Ministerstwa i w czasie, gdy jesteśmy poważnie pokłóceni, to poruszę niebo i ziemię, żeby jej pomóc, bo to ja zostawiłem ten przeklęty róg w jej mieszkaniu i naraziłem na niebezpieczeństwo, więc jestem jej to winien.

— Jasne i tylko dlatego — parsknął rozbawiony.

Syriusz bardzo pragnął wyrazić swoje zdanie o przyjacielu za pomocą pewnego niecenzuralnego słowa, ale nie zdążył tego uczynić, ponieważ po domu rozległo się tak upragnione przez niego stukanie. W sekundzie, w której James zdążył raptem podnieść się z kanapy, Syriusz czekał już przy drzwiach. Gdy przed oczami stanęła mu dumna postać Szalonookiego w wyświechtanym, brązowym płaszczu i z drewnianą laską w ręce, wstrząsnęły nim ulga i szczęście.

— Moody! — zawołał, czując w sercu czystą, szczenięcą radość.

— Tak, tak, też się cieszę, że was widzę — przywitał ich niewzruszony Alastor, kuśtykając w głąb przedpokoju.

— Amelia jest w Ministerstwie, ma kłopoty! — wyjaśnił Syriusz głośno, niemal krzycząc mu do ucha, tak że Moody stanął w miejscu i skrzywił się, niezadowolony.

— Skąd wiesz?

— Wysłała mi wiadomość — wyjaśnił naprędce, wręczając aurorowi wymięty, zawilgocony od potu świstek pergaminu.

Moody rozprostował liścik w dłoni i zmrużywszy lekko powieki, odczytał jego treść.

— I nad czym tu panikować? — Moody wykrzywił się cierpko, oddając liścik Syriuszowi. — Skoro napisała, że wróci później z pracy, to znaczy, że wróci później z pracy, nie?

— Nie! — Syriusz wzburzył się i poczerwieniał, tak bardzo wytrącony był z równowagi. A dopiero co się ucieszył na jego widok... Dlaczego nikt nigdy mu nie wierzył? — Bones naprawdę ma kłopoty. Znam ją, nie wysłałaby mi tej sowy z byle powodu. I sam zobacz, napisała ją drukowanymi literami, podkreśliła i dała trzy wykrzykniki! To MUSI coś znaczyć!

— Coś ty dzisiaj taki narwany, Black? — zdziwił się Moody. Jego jasne, przenikliwe oko skoczyło niebezpiecznie w górę i zatrzymało się na krążącym w tę i z powrotem Syriuszu.

Odpowiedziała mu cisza zmącona świstem kroków Syriusza i obojętne wzruszenie ramion Jamesa.

— Tak sobie pomyślałem, że dobrze by było zastawić pułapkę na tego łajdaka, Pettigrew. Skoro wiecie, gdzie mieszka jego matka, to można by go tam zwabić.

— Jasne — przytaknął James. — To dobry pomysł.

— Co z tą Bones? — jęknął Syriusz rozpaczliwie.

— Myślicie, że jego matka byłaby skłonna nam pomóc, czy lepiej utrzymać to przed nią w tajemnicy i zaczaić się na Pettigrew pod jego domem? — ciągnął Moody, ignorując nabuzowanego Syriusza, który nadal krążył jak bomba po salonie.

— TAK — wybuchnął Syriusz. — CO Z BONES?

— Nie drzyj się, Black — warknął Moody. — Tylko Bones i Bones… Co ci odbiło? Forsę ci wisi czy co?

— Moody… — sapnął, przymykając z rezygnacją oczy, bo James już dusił się ze śmiechu.

— Skoro twierdzisz, że ma kłopoty, to ci przecież wierzę. Wezwałem tutaj Shacklebolta i resztę, gdy się pojawią, od razu uderzymy do Ministerstwa.

Syriusz zamrugał szybko i odchrząknął.

— Jasne. Wybacz za ten wybuch — odpowiedział skruszony.

Moody otaksował go czujnie z góry na dół, ale nie powiedział już ani słowa więcej. Jego twarz odmieniła się, jakby uświadomił sobie coś, co równocześnie ucieszyło go i rozbawiło.

— Wpadłeś, Black — skwitował, nawet nie kryjąc szyderczego uśmiechu. — Po uszy.

Po domu ponownie rozległo się donośne pukanie, które zwolniło Syriusza z obowiązku odpowiadania na to celne spostrzeżenie Moody'ego.