Ogden stanął w pół kroku pomiędzy komodą a drzwiami, wysuniętą stopą zabarykadował przejście. Amelia przylgnęła ciasno plecami do ściany, prawym bokiem przywarła do komody, która zdradziła jej obecność w gabinecie. Sztab śmierciożerców wysypał się na korytarz — gorączkowo i w pośpiechu, z nasuniętymi na twarze maskami i rozświetlonymi różdżkami jak przymierzająca się do ataku armia.
Armia Voldemorta, która dzisiejszej nocy postanowiła dokończyć jego dzieła.
Gdy cisza korytarza stłumiła ostatni, niosący się echem stukot pięt bijących o posadzkę, Ogden odwrócił się do niej twarzą i szepnął:
— Homenum revelio.
Otoczył ją obłok gęstej pary, mroźny oddech rozpływającej się po ciele magii. Zaklęcie otuliło ją, musnęło odsłoniętą skórę twarzy i szyi, ściągnęło cienką warstewkę zaklęcia maskującego.
Pozbawiona zaklęcia kameleona, poczuła się bezbronna. Odsłonięta i obnażona, jakby stała przed nim zupełnie naga.
— Nie nauczył nikt pani, panno Bones, że nieładnie jest podsłuchiwać?
Amelia milczała z półotwartymi ustami, łapała niemrawe wdechy przez rozchylone usta. Głęboki strach spowił jej oczy mgłą, zawładnął ciałem, wyciszył ostatnie impulsy chłodnych, logicznych myśli. Zwinięta w pięść dłoń zacisnęła się na różdżce tak bezrefleksyjnie, jakby nagle wyparła z pamięci jej istnienie.
— Pięknie się podłożyłaś — westchnął Ogden z obrzydliwie przejaskrawionym, teatralnym zachwytem. — Ale skoro już tu przyszłaś — urwał, wycelował różdżką w drzwi i zatrzasnął je, aż skrzypnęły zawiasy — i wiesz, co się zaraz dokona. Czego Czarny Pan dokona. — Ponownie urwał i okręcił różdżkę w palcach. — To może uświadomię cię, że wcale nie jesteś taka sprytna, za jaką chciałabyś uchodzić.
W nagłym przypływie adrenaliny uniosła ociężałą dłoń i wyszeptała formułę zaklęcia rozbrajającego. Ogden przeciął nadlatujący ku niemu strumień światła i wytrącił jej różdżkę z ręki, przechwytując ją i wsuwając w kieszeń szaty.
— Nie chcesz wysłuchać, co mam ci do powiedzenia?
— Mów — zachrypiała zimno, zadzierając wysoko głowę, wytrzymując jego triumfalne spojrzenie, wiedząc, że tylko w ten sposób pragnęłaby zginąć: dumna, odważna i wyprostowana, z butnym spojrzeniem utkwionym w oczy swojego oprawcy, tak żeby zapamiętał ją do końca życia.
— Naprawdę myślałaś, że w Ministerstwie można tak zwyczajnie zakraść się do archiwum i podmienić czyjś rejestr?
Ogden oddalił się od niej o trzy stopy, odwrócił do okna.
Przez głowę przemknęła jej myśl, że byłby to doskonały moment na ucieczkę, ale Ogden wyciągnął ostrzegawczo różdżkę, jakby już się spodziewał jej następnego kroku, tym samym dając do zrozumienia, że jakiekolwiek próby ucieczki spełzłyby teraz na niczym. Z trudem przełknęła bezkształtną masę, która zlepiła jej gardło. Bez różdżki nie miała żadnych szans.
— Jesteś naprawdę naiwna, jeżeli wydawało ci się, że się nie zorientuję. Od razu cię sprawdziłem. Już od tamtego momentu podejrzewałem, że pracujesz dla Dumbledore'a. Dobitnie mnie w tym utwierdziłaś, kiedy zleciłem ci raporty na temat członków tej waszej tajnej organizacji. Wyglądałaś, jakbyś miała zemdleć.
Ogden przestąpił z nogi na nogę i powolnym krokiem, z wyciągniętą przed siebie różdżką, pomknął w jej stronę.
— Ale ty je napisałaś perfekcyjnie. Odrobiłaś za mnie pracę domową, ot wysłałem raporty Crouchowi i problem Zakonu rozwiązał się sam. I wiesz, co cię zdradziło?
Znowu urwał, pochylił się nad jej twarzą. Pachniał tytoniem i wodą kolońską, tak ostrą i duszącą, że szczypiące oczy zaszły jej szklistymi błonkami łez. Przez moment patrzyła na niego jak przez pryzmat cienkich, owadzich skrzydeł. Potem zamrugała, wyostrzyła wzrok, topiąc łzy w kępkach wilgotnych rzęs, i spojrzała na niego przytomnie.
Jeżeli miałaby zaraz zginąć, to w pełnej percepcji otoczenia. Nawet jeżeli świat wokół niej zawierał się wyłącznie w eleganckim gabinecie Ministerstwa Magii o lśniącym, mahoniowym biurku, skórzanych fotelach, na których niejednokrotnie paliła się ze stresu podczas oddawania niezliczonych ilości raportów, i ozdobnym, marmurowym kominku.
— Raptem dwa dni po zarejestrowanym włamaniu do archiwum naszego departamentu, ty oddałaś mi oszczędny w słowach raport na temat Syriusza Blacka, a jego lakoniczność argumentowałaś błędem maszyn ministerialnych i pomyłką w naniesieniu danych braci Black. Po ukartowanym przez ciebie włamaniu miałaś czelność użyć mojego kominka — odpowiedział, zbliżając się ustami do jej ucha. Amelia spięła się cała, jeszcze mocniej przywarła plecami do ściany. Nie była w stanie znieść tej bliskości, przerażającego skracania dystansu, pastwienia się nad nią jak nad owadem w słoiku. — Widziałem was na Śmiertelnym Nokturnie, ciebie i Blacka, gdy wypadliście z szybu komina późnym wieczorem. Od tego momentu wiedziałem, po czyjej jesteś stronie.
— Dlaczego trzymałeś to w tajemnicy? — zapytała po chwili, otrząsając się z szoku wywołanego domyślnością Ogdena, jego intuicją i trafnym rozumowaniem, które doprowadziły go do prawdy, zanim ona sama wpadła na to, że jej szef mógłby skrywać jakąś tajemnicę.
Dopiero teraz uświadomiła to sobie w pełni — Ogden był zawsze o krok do przodu.
— A jak myślisz? — Ogden sięgnął dłonią do kieszeni, wysunął jej różdżkę i zapatrzył się na nią, nagle zafascynowany. — Miłorząb dwuklapowy, ciekawe.
Przesunął palcem po wypolerowanej rączce, wbił paznokcie w rękojeść i zaskrobał nimi na długości, jakby chciał sprawdzić jej kruchość.
— Włókno ze smoczego serca, jedenaście i jedna siódma cala. Zgadza się?
Zwęziła jadowicie powieki, skinęła głową.
— Wydaje się dość dobra do zaklęć, prawda?
— Dlaczego unikasz pytania? — Amelia zacisnęła dłonie w pięści i wbiła się mocniej plecami w ścianę. Nie było to najbardziej rozsądne z jej strony, instynkt podpowiadał, że powinna stanąć bliżej wyjścia, ale w tym momencie czuła się zupełnie bezradna. I tak nie miała szans na ucieczkę.
— A czy odpowiedź nie nasuwa się sama? — prychnął. — Chciałem, żebyś była blisko. Myślałem, że dowiem się czegoś o planach Dumbledore'a.
— I dowiedziałeś się czegoś ważnego?
— Niczego, na co prędzej czy później nie wpadłbym sam. I będąc zupełnie szczery, nie spodziewałem się tej pogawędki. Byłem przekonany, że zginiesz, nie wiedząc, że pracujesz dla śmierciożercy. Sama przyznaj, podejrzewałaś mnie chociaż przez chwilę o takie zamiary?
— Nie podejrzewałam — odpowiedziała szczerze. Oczy Ogdena błysnęły obłąkańczo, czarne źrenice zabarwiła euforyczna radość. — I mogłam się spodziewać, że Voldemort wybierze akurat tę datę na podbój Ministerstwa. Nikt wam nie przeszkodzi w związku ze strajkami.
— Otóż to, panno Bones, otóż to — przytaknął skwapliwie.
— Ale proszę nie myśleć, że aurorzy pojawią się tutaj dopiero na znak od Minchuma — odrzekła zuchwale. — Myślę, że Dumbledore jest godnym przeciwnikiem dla waszego wszechpotężnego Czarnego Pana.
— Crucio!
Z ust wyrwał się jej niemy krzyk. Zgięła się w pół i padła na kolana, skuliła się na zimnej posadzce i objęła brzuch ramionami. Paraliżujący ból przeszywał i obezwładniał, wbijał się w nią przez każdy por skóry, wiązał, palił, ściskał wnętrzności, rozlewając się i penetrując każdą partię ciała. Zaklęcie było piorunująco bolesne i silne, Amelia z całej siły zagryzła policzek. Usta wypełniły się gęstą, żelazistą krwią, oddech zgubił się w rytmie rwącego serca. Skupione w wiązce światła bodźce stłumiły odbiór kształtów, figur i dźwięków.
— Nigdy nie żartuj z Czarnego Pana — wysyczał, poprawiając chwyt dłoni, pulsującej od przeskakujących w powietrzu świateł i iskier.
Po kilkunastu — a może kilkudziesięciu sekundach, w czasie których jej ciało płonęło żywcem, poczuła, że moc zaklęcia osiąga swój pułap, stabilizuje się na możliwym do wytrzymania poziomie. Wiedziała, że musi być silniejsza i przezwyciężyć ten ból. Podczołgała się do drzwi. Te rozwarły się nagle, niemal rozpadły na jej oczach od intensywności przeszywającej magii i gęstości przesiąkniętego nią powietrza. To jednak zdawało się nie przeszkadzać Ogdenowi, który, owładnięty nieposkromioną energią, nieokiełznaną, brutalną manią, nie ustawał w złowieszczym syku niewybaczalnego zaklęcia.
— Niech się zjawią ci twoi aurorzy — warknął ochryple. — Im nas więcej, tym weselej.
Amelia uniosła załzawione oczy, ale nie zdołała wydobyć z siebie choćby zduszonego szlochu. Nagle poczuła, jak paraliżujący ją ból urywa się, niknie i ustępuje. Oszołomione spojrzenie przeskoczyło na Ogdena — ten runął na ziemię niczym rażony piorunem, jego skroń gruchnęła o twardą posadzkę, odbiła się od niej ze zgrzytem pękającej kości i spoczęła na niej ponownie, tym razem już nieruchomo. Twarz dyrektora zastygła, czarci wyraz stopniał i zgasł, wzrok zatrzymał się w martwym punkcie. Silne, męskie dłonie otoczyły Amelię w talii, krzepki uścisk porwał ją w górę. Spojrzała w oczy swojego wybawcy, odczuwając rozlewające się po ciele ciepło i ulgę, gdy w szarawej poświacie rozmytych przerażeniem oczu rozpoznała twarz Syriusza.
— W porządku? — zachrypiał troskliwie. Martwił się o nią, Amelia czuła to przez skórę jego palców, wpijających się w nią tak mocno, jakby bał się, że lada chwila miałaby się tu przed nim rozpaść.
— Tak. — Wciągnęła głośno powietrze, wsparła się o jego pierś i stanęła pewnie na wiotkich stopach. — W zupełnym porządku.
— Długo cię tak torturował? — Syriusz oplótł ją mocniej w pasie i przeniósł kciuk na policzek.
— Nie mam pojęcia, może parę minut — odszepnęła, a Syriusz zaklął cicho pod nosem. Amelia wychyliła się i zerknęła niepewnie na leżącego na wznak Ogdena. — Czy on...?
— Żyje — odpowiedział. — Oszołomiłem go i podciąłem nogi, dlatego tak się zwalił.
— Chyba stracił przytomność.
Przyglądnęła się wyraźnie jego bladej, nieruchomej twarzy, rozwartym szczękom i przymkniętym powiekom. Zastanawiała się, czy nie stracił oddechu, czy pierś wciąż unosiła się w ustalonym rytmie... A potem uświadomiła sobie, że nie powinna się tym ani trochę przejmować, bo ten mężczyzna był zdolny ją torturować, i gdyby Syriusz nie pojawił się w odpowiednim czasie, może nawet i...
— Zasłużył sobie — skwitował sucho.
W oddali usłyszeli czyjś wrzask, głośną inkantację i łomot zwalających się cegieł. Raptem chwilę później odgłosy nasiliły się — wywrzaskiwane zaklęcia i krzyki utonęły w zgiełku toczących się burzliwie gruzów.
— Aurorzy walczą ze śmierciożercami w atrium — wyjaśnił Syriusz, wypuszczając ją z objęć i schylając się do Ogdena po różdżki. — Aportowali się za pomocą rogu, próbujemy im go odbić.
— Syriuszu, Voldemort tutaj będzie — wydusiła, czując, jak niewidzialna obręcz zaciska się wokół jej krtani, uniemożliwiając swobodną mowę. — Podobno ma drugi róg, chce otworzyć portal...
Przez chwilę obserwowała, jak twarz Syriusza blednie, a jego ciało spina się i sztywnieje.
— Dasz radę walczyć? — zapytał w końcu.
Przytaknęła.
— To chodź.
Syriusz dotknął jej dłoni i poprowadził na koniec korytarza. Dym, który dotychczas otulał korytarz delikatną mgiełką, stał się o wiele gęstszy, teraz dusił, dławił i oślepiał. Mury dygotały od eksplozji.
— Tylko ostrożnie, dobrze? Nie pakuj się w sam środek tego młyna. W atrium jest cholernie niebezpiecznie i nie wiadomo, kiedy pojawi się Dumbledore. O ile w ogóle się pojawi...
Pobiegła za nim, ledwie tłumiąc krzyk, gdy w oddali dojrzała chmarę poruszających się zwinnie sylwetek pośród gruzów tego, co pozostało po zdobiącej centralną część atrium Fontannie Magicznego Braterstwa. Rozejrzawszy się rozgorączkowanymi oczami na boki, spostrzegła, że całe rzędy kolumn i kominków obróciły się w zwał szarego gruzu, wokół którego wznosiły się kłęby pyłu i dymu.
— Peter jest śmierciożercą, to on ukradł róg — sapnęła na wydechu, uznając, że jest to wiedza, którą musi podzielić się z Syriuszem, zanim przystąpią do walki.
— Wiem — skwitował i przymknąwszy zaczerwienione powieki, skinął głową. Wyglądał, jakby wcale nie zaskoczyła go ta informacja i Amelia od razu pomyślała, że Syriusz musiał odkryć tę straszliwą prawdę jeszcze przed nią.
Zatrzymali się przy rozwidleniu korytarza. Syriusz obrócił się do niej twarzą, zerknął ukradkiem w oczy i schylił się nieznacznie. Chyba chciał ją pocałować, przez moment takie sprawiał wrażenie, ale zawahał się. Cofnął głowę, po raz ostatni obrzucił miękkim spojrzeniem i szepnął:
— Uważaj na siebie.
Chwilowo odebrało jej mowę, przytaknęła więc bezgłośnie i przebiegła wzrokiem po roztańczonej łunie pastelowo-błękitnych pochodni pełniących milczącą wartę w sieni ciemnych, pustych korytarzy. Już miała się obracać, już chciała biec na pomoc aurorom, gdy wtem pomyślała, że jeżeli miałaby to być ostatnia noc jej życia, a wybrane wspomnienie jedynym, jakie rozmazałoby się jej przed oczami w momencie utraty oddechu, wolnej woli i świadomości, to chciałaby, żeby były to miękkie wargi Syriusza otulające jej własne w aurze zapachu jego skóry, przełamanej żywicznymi akordami lasu i wonią słodkich jeżyn.
Tyle i aż tyle. A może tylko tyle?
Nie rozważała tego zbyt długo. Po prostu wspięła się na palce, chwyciła w garść kołnierz skórzanej kurtki i przylgnęła do jego ust, wyrywając z nich ostatni, stęskniony pocałunek. Ku jej niezmierzonej radości Syriusz zareagował z entuzjazmem — przyciągnął ją do siebie, ujął twarz w dłonie i rozchylił wargi. Całował ją z uwagą, chłonął każdy oddech, obsypywał tęsknotą, przeprosinami, szczenięcym zauroczeniem, które tak nieodparcie i niespodziewanie przerodziło się w ich własne, niewypowiedziane głośno coś więcej, uczucie znaczące dla niej wszystko, bo w tym właśnie momencie Amelia czuła, że nikogo nie pokochała tak bardzo, jak Syriusza.
Przerwała pocałunek, posłała ostatnie tkliwe spojrzenie. Syriusz zrozumiał jej przekaz bez słów. Oboje czuli obowiązek ciążącej na nich walki.
Amelia pomknęła w głąb korytarza i bardzo powoli, trzymając się ściany, zakradła do atrium. Syriusz pobiegł za nią, charakterystyczny stukot kroków rozbrzmiewał w odległości nie większej niż kilka stóp za jej plecami.
Przypomniawszy sobie jeszcze o czymś, obróciła się przez ramię.
— Syriusz — powiedziała półgłosem, wykradając z mroku jego świetliste spojrzenie. — Dziękuję.
— Byłem ci to winien.
Nie mówiąc nic więcej, Amelia w kuckach przemknęła między rumowiska usypane przez wyburzone ściany, zwinnie omijając zwalające się z sufitu gruzy. Strugi świateł dobiegające z końców różdżek przecinały zasnute stężałym dymem pomieszczenie. Amelia wychyliła się zza kolumny — a raczej zza tego, co z owej kolumny pozostało, i grzmotnęła potężną salwą zaklęć w stronę śmierciożerców, którzy dzięki długim, kruczym pelerynom i trupiobladym maskom kładli się wyraźnymi konturami na tle aurorów.
Amelia pogrążyła się w afekcie. Zaciekle wypowiadała inkantacje wszelkich, nasuwających się jej na myśl zaklęć pojedynkowych, miotała nimi wytrwale w mknące szybko sylwetki, starała się zwalić z nóg jak największą ilość przeciwników, nie oszczędzając ani jednego stojącego w zasięgu jej wzroku śmierciożercy. Wtem bardzo blisko, tuż przed jej oczami, zamajaczyła mgielna płachta ciemnej peleryny. Śmierciożerca strzelił z różdżki, jej koniec bluzgnął kryształami ostrego, karmazynowego światła, ale Amelia runęła za kolumnę, nim zaklęcie zdążyło ugodzić ją w pierś.
Nieoczekiwanie całe atrium spowiła siwa, kłębiąca się krogulczo mgła. Amelia zakaszlała w rękaw, czując, że zmieszane drobinki kurzu i pyłu dostają się jej do płuc. Po chwili pozostałości fontanny zjaśniały, jej powierzchnię otoczyła łuna karminowego okręgu, a promieniujące z niego światło zalało całe atrium.
Na szczycie fontanny stanęła sylwetka osoby o twarzy tak niezdrowo bladej, że aż przezroczystej. Jej widok wprawił w osłupienie każdego, kto odważył się na nią spojrzeć. Atrium zamarło na sekundę, wlepiło senne spojrzenie w mężczyznę, którego karykaturalnie upiorne lico, chociaż posiadało wszystko na swoim miejscu, nie malowało się ani krztyną człowieczeństwa.
Nikomu nie trzeba było przedstawiać owego mężczyzny.
Voldemort uniósł kościstą dłoń, w której subtelne, połyskliwe kręgi zataczał szpic rogu dwurożca demonicznego. Któryś z aurorów posłał ku niemu Drętwotę, jednak iskra rozmyła się przed jego twarzą jak wodnista, akwarelowa farba, nasuwając wniosek, że chroniła go silna bariera zaklęć.
Z cienia skrywającego drugi koniec atrium wyłoniła się Bellatriks Lestrange. Amelia rozpoznała ją w ułamku sekundy. Zresztą, nie sposób było nie rozpoznać charakterystycznej chmury prężnych, czarnych loków i smukłej linii pasa zwężonego ekstrawaganckim gorsetem ze sztywnej, lakierowanej skóry. Dotknięte obłędem spojrzenie czystych, szarych oczu okalał wachlarz teatralnych rzęs, usta o barwie szkarłatu odznaczały się na porcelanowej cerze jak krew na śniegu.
Kilka zaklęć świsnęło w jej stronę, każde jednak okazało się chybione, ponieważ zaklęcia nie trafiały Bellatriks. Odbijały się od niej jak od giętkiej sprężyny, prześlizgując się aż do posadzki, niczym świetliste pioruny rozsypując pręgi jaskrawych, mozaikowych iskier. Bellatriks zatrzymała się u stóp fontanny, skłoniła się Voldemortowi z należną czcią i pietyzmem. Uzyskawszy jego aprobatę, wdrapała się na kamienie i wdzięcznym ruchem nadgarstka wręczyła mu bliźniaczy róg dwurożca.
Voldemort wydął sękatą szparę ust w odrażającym uśmiechu, uniósł zdobycze ponad głowę, żeby każdy mógł upewnić się, co trzymał w dłoniach, i przemówił nadludzko aksamitnym głosem:
— Dzisiejsza noc będzie wyjątkowa. Już taka jest. Dzięki pomocy moich wiernych przyjaciół będę mógł wypełnić nie tylko swoją wolę, ale też zrobić coś wspaniałego dla was...
Voldemort spuścił ręce, płynnym suwem poszybował na drugi koniec fontanny i spojrzał koralikowymi ślepiami na wrytych w posadzkę aurorów. Bezruch upodabniał ich sylwetki do nieruchomych, szklanych figur — tylko roztańczony w oczach błysk szoku utwierdzał Amelię w przekonaniu, że to wciąż byli prawdziwi ludzie.
— Pewnie niektórzy z was zastanawiają się, co to jest? — Rozdzierająco donośny głos Voldemorta przemknął w głąb czaszki Amelii tak boleśnie, że sama miała kłopot określić, czy głos ten dociera do niej ze szczytu fontanny, czy pochodzi z wnętrza jej głowy. — Myślę, że macie prawo się tego dowiedzieć, zanim dokończy się to, co dokończone być musi — oznajmił, raz jeszcze unosząc dłonie, obracając się w powietrzu tak, żeby każdy miał okazję dostrzec trzymane w rękach rogi. — To są rogi dwurożca demonicznego, wspaniałe czarnomagiczne artefakty wykute w czeluściach piekielnych przez samego Księcia Ciemności, jak twierdzą najstarsi mędrkowie i najgłębiej skrywane starożytne księgi. Rogi te są swoimi lustrzanymi odbiciami, bliźniakami, które wspólnie zdolne są otworzyć otchłanny portal i dokonać zagłady. Wszystko ma jednak swoją cenę, albowiem, gdy coś się zaczyna, coś inne musi zostać zakończone.
Voldemort rozpostarł dłonie, szpikulcami rogów celując w posadzkę, i okręcił się wokół własnej osi ze swoistym namaszczeniem, upiorną wytwornością trzymającą gardę poprzez wyniosłe nadęcie piersi i uniesienie podbródka. W prawej dłoni zalśniło karminowe światło — dwie smugi, dwa promienie rozprzestrzeniły się, spoczywając na obwodzie okręgu, w którego środku stanął Lord Voldemort.
— To zaszczyt dla was, że dotrwaliście tych czasów. — Tembr głosu Voldemorta pulsował jej w uszach, zmieniając bębenki w bezwolnie drgające membrany. — Że możecie być naocznymi świadkami końca. Kto się nie zgadza, niech walczy, kto zaś pogodził się z losem, niech obserwuje w milczeniu.
Aurorzy i Zakon otrząsnęli się z marazmu. Unieśli różdżki i kontynuowali przerwany pojedynek, miotali w śmierciożerców strumieniami kolorowych pasm i iskier, pogrążając pociemniałe atrium w złowieszczej grze mroku i świateł. Voldemort stanął pośrodku owalu, powieki miał przymknięte, twarz zastygłą w skupieniu. Zaciśnięte na rogach palce drżały konwulsyjnie, jakby za wszelką cenę starały się przezwyciężyć odrzutową moc pola elektromagnetycznego, które z każdą sekundą coraz intensywniej podążało ku obwodowi.
I wtedy z dna okręgu wyłoniło się zbutwiałe, czerniejące przedramię o ziemistych nadgarstkach zwieńczonych palcami o długich, zakrzywionych paznokciach, które zaskrobały po posadzce i zaczepiły się na niej kurczowo. Po chwili z owalu wychynęła druga ręka. Zdawało się, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Zakon pogrążony był w zaciekłej i zrównanej walce, którą śmierciożercy nakierowywali ku wyjściu z atrium. Amelia łypnęła na wypełzającą z Otchłani sylwetkę umarlaka z myślą, że zaraz będzie za późno nawet na przybycie Dumbledore'a. Gdy z otwartego portalu wyłoniły się dwa tuziny inferiusów, nie sposób było ich nie zauważyć — tak samo, jak siły rażenia rogów, które sprawiały, że okrąg z każdą minutą walki sięgał szerzej i dalej, pochłaniając coraz większy obszar. Powierzchnia atrium skurczyła się diametralnie, walka stłoczyła na niewielkim areale.
Amelia walczyła dalej, mimo że refleks miała już odczuwalnie słabszy, a palące wycieńczenie przenikało ją aż do kości. Nie mogła i nie chciała się jednak poddawać. Od czasu do czasu przed oczami przemykały jej sylwetki Remusa, Franka, Jamesa i reszty. Ich twarze również ściągnięte były zmęczeniem, które na szczęście nie udzielało się ich wprawnym ruchom i efektownym unikom. Voldemort mamrotał bezdźwięczne zaklęcia, inferiusy napierały prosto na nich. W tej walce stanowiły łatwą przeszkodę do pokonania, lecz ich przewaga liczebna i silne chwyty, bezpowrotnie ściągające przeciwnika w kłębiącą się u stóp Otchłań, sprawiały, że nie wolno było ich lekceważyć.
Gdy pojedynkowała się z wysokim i okrutnym Carrowem obstawionym tabunem inferiusów, które co rusz dezorientowały ją, chwytając za kostki, kątem oka uchwyciła postać Syriusza. Stał nieruchomo z opuszczoną różdżką, blade oczy patrzyły pusto przed siebie. W gardle stanęła jej gula. Kilkoma precyzyjnymi ruchami przecięła powietrze, wytworzyła wokół siebie ognisty pierścień, który przegonił inferiusy, a w chwili nieuwagi, którą zawdzięczała rzuconej przez Remusa Drętwocie, posłała Carrowa prosto w pogłębiającą się Otchłań.
Syriusz stał naprzeciwko trupio-zielonej, zmartwiałej w bezruchu postaci. Nikt ich nie otaczał, żaden inferius nie zbliżał się w ich stronę, a śmierciożercy byli zbyt pochłonięci pojedynkiem, by zainteresować się stojącym na skraju przepaści Syriuszem, że Amelia zaczęła się zastanawiać, czy aby nie pomylili go z jednym ze swoich. Spojrzawszy w górę, odkryła, że scenie tej nie przyglądała się wyłącznie ona. Voldemort patrzył z zaciekawieniem na rozgrywające się widowisko i odpędzał inferiusy, wysyłając ich hordy na drugą stronę.
Postacią, w którą zawzięcie wpatrywał się Syriusz, był Regulus. Wychudzony szkielet przeciągnięty cienką, zgniłozieloną skórą o rozległej sieci nabrzmiałych żył znacząco utrudniał jego rozpoznanie, ale charakterystyczne rysy twarzy i tak typowy dla Blacków wyraz oczu utwierdziły Amelię w przekonaniu, że to naprawdę on, Regulus.
Albo raczej jego wyprany z człowieczego wyglądu cień.
— Regulus... — Drżący szept Syriusza rozświetlił koniec różdżki osuwającej się spod palców prawej dłoni. — To naprawdę... Ty?
— Tak — potwierdził Regulus. Zapadnięte policzki uniosły się w uśmiechu. — Dobrze cię znowu widzieć, Syriuszu.
— Jak to się stało, że jesteś teraz... Tym? — zapytał Syriusz z niedowierzaniem. Nadmurszałe, owinięte glonami ciało w niczym nie przypominało Regulusa, którego zapamiętał. — Jak umarłeś?
— Chciałem wykraść coś, co należało do Voldemorta — odpowiedział bardzo cicho i melodyjnie, barwą głosu przywodząc Syriuszowi na myśl syreni śpiew. — Mój plan powiódł się, ale do jeziora wciągnęły mnie inferiusy.
— To nic — odszepnął Syriusz bezbarwnie. — Tak bardzo żałuję... Że nic nie zrobiłem. Że nie zorientowałem się, że masz kłopoty. I że wtedy, w Boże Narodzenie... Ty się wtedy przyszedłeś pożegnać. Gdybym tylko wiedział, przysięgam, wszystko wyglądałoby inaczej.
Ból i gorycz oplotły Syriuszowi gardło — ścisnęły je i zmiażdżyły, grzęznąc głęboko w krtani. Myśli pędziły jak szalone, słowa prószyły się w głowie jak kurz i popiół w objętym walką atrium, ale on nie mógł wypowiedzieć ich na głos.
Syriusz nigdy przedtem nie był tak odsłonięty i kruchy. Tak rozmiękły i bezsilny. Ostatkiem woli nierozsypany.
— Wiem. — Regulus zrobił krok naprzód i zacisnął dłoń na jego ramieniu. — Wybaczam ci. Już dawno ci wybaczyłem.
Syriusz przywołał się do porządku, poprawił uchwyt różdżki. Gorące łzy, zamiast spłynąć w kąciki oczu, wsiąknęły mu w rozpalone gardło.
— Czy mogę coś dla ciebie zrobić? Czy to... — Syriusz przełknął ślinę, zapatrzywszy się na kruchą linię żeber na jego piersi. — Da się cofnąć?
Regulus zwiesił głowę i pokręcił nią.
— Nic nie możesz zrobić.
— Okazałeś się tym dobrym — kontynuował Syriusz, z każdym momentem coraz bliższy pęknięcia jak cienka, sucha gałązka. — Podczas gdy ja przez długi czas myślałem, że jest zupełnie na odwrót...
— I na nic mi się to zdało. Mojego losu już nie zmienisz, ale ratuj siebie. Zmień stronę, póki nie jest za późno. — Puste, zapadnięte w głąb czaszki oczy po raz pierwszy zmieniły się, ożyły. Teraz patrzyły na Syriusza błagalnie. — Proszę, Syriuszu.
Słowa te były jak powrót do wspomnień strąconych w najgłębszą ustroń świadomości, bo Syriusz poczuł się, jakby znowu miał osiem lat, mieszkał na Grimmauld Place i w tajemnicy przed rodzicami bawił się z Regulusem w wojnę smoków.
Kilka minut po północy Syriusz i Regulus wciąż mają na sobie długie, czarne peleryny, które jeszcze tego samego dnia buchnęli ojcu z garderoby. Siedzą na podłodze w prowizorycznej bazie z kołdry, rozpiętej płasko między dwoma krzesłami. U ich stóp rozmigotana lampa naftowa płonie tak jasno, że nawet gruba warstwa owiniętego wokół niej koca nie potrafi stłumić jej blasku.
— Proszę, Syriuszu — miauczy chłopiec i kuli się pod peleryną. Syriusz patrzy na niego długo. Stłumiony podszept w głowie podpowiada, że chłopiec wygląda jak jego niższa, szczuplejsza i dwa lata młodsza wersja. — Jedna wojenka, ostatni raz!
— Nie, Reg — odpowiada, przykładając palec wskazujący do ust. — Rodzice się obudzą, jest za późno.
— Ale ty mi nie odmówisz! — Regulus chichocze, podnosi się z siadu i porywa za sobą figurki smoków, które charczą niezadowolone, ziejąc serpentynami sztucznego ognia. — Nie umiesz!
— A chcesz się przekonać? — Syriusz wstaje i wyciąga ręce, gotowy załaskotać Regulusa w najwrażliwszych miejscach po bokach ciała. — Chcesz?
— I tak wiem, że mam rację! — Regulus wyrzuca ręce w górę i owija się nimi ciasno, owładnięty niepowstrzymaną falą chichotu, gdy dłonie Syriusza łaskoczą go po żebrach. — Gramy w smoki!
Regulus wie, że wygrywa. Zdaje sobie sprawę ze słabości Syriusza, już dawno nauczył się je przekuwać na swoją korzyść.
Syriusz nie potrafi mu odmówić. Nawet nie ma na to ochoty.
Waha się tylko chwilę, zanim kiwa twierdząco głową. Najbardziej na świecie pragnie zobaczyć szczery uśmiech na jego twarzy.
Regulus to jedyna osoba, która sprawia, że jest szczęśliwy.
Ustępuje.
— Czarny Pan jest miłosierny i nie patrzy na przeszłość — wyszeptał Regulus samymi wargami, jego zimne oczy znieruchomiały jak u porcelanowej lalki. — Wstąp w jego szeregi, a nie skończysz jak ja.
Syriusz stał jak sparaliżowany, zwiotczały mu wszystkie mięśnie. Otworzył bezgłośnie usta, ale nie był w stanie wypluć choćby złamanej głoski.
— To moje jedyne pragnienie, żebyś w ten sposób nie skończył.
Nawet nie odnotował momentu, w którym szept Regulusa stał się zniekształcony — szyderczy, upiornie odległy i nieznajomy.
— SYRIUSZ! — Znajomy głos rozgrzmiał się tak przeraźliwie, że Syriusz poczuł się, jak trafiony obuchem w głowę.
Jakby nagle wynurzył się z głębi jeziora i odzyskał kontakt z rzeczywistością.
Odwrócił się przez ramię. Amelia biegła w jego kierunku, usiłując przedrzeć się przez tabuny inferiusów. Zastęp zgniłozielonych, wychudzonych ciał bezustannie przecinał jej drogę, uniemożliwiając jej zbliżenie się w jego stronę.
— NIE WIERZ MU! — wrzasnęła. — TO PUŁAPKA!
Syriusz powrócił spojrzeniem do Regulusa, który skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał na niego z wyrzutem.
— Wolisz wierzyć jej, prawda? Zamiast zaufać własnemu bratu?
Syriusz oddychał płytko przez rozchylone usta, mętne spojrzenie wodziło po Regulusie i nawołującej go rozpaczliwie trzy stopy dalej Amelii.
— SPÓJRZ W GÓRĘ! — Kolejny ryk dobiegł uszu Syriusza, który tym razem posłuchał się i uniósł głowę.
W oddali, na samym szczycie fontanny Voldemort patrzył na nich intensywnie, szepcząc bezgłośnie bardzo długie frazy, jakby wersy starożytnych inkantacji. Spojrzawszy w dół, Syriusz odkrył, że portal już prawie sięgał mu do pięt.
— TO NIE JEST REGULUS! — wrzasnęła po raz kolejny, usiłując podbiec w jego stronę, lecz na jej drodze ponownie stanęła armia inferiusów. — STRĄĆ GO TAM, SKĄD PRZYSZEDŁ!
Syriusz zawahał się. Jakąś częścią podświadomości czuł, że dał się wciągnąć w okrutną manipulację Voldemorta.
— Zabijesz własnego brata? — Oczy Regulusa, tak podobne do jego własnych, zgasły i zmatowiały. — Jesteś w stanie to zrobić?
— Nie jesteś moim bratem — odezwał się ponuro Syriusz, unosząc różdżkę i stukając jej końcem o pierś umarlaka. — Jesteś inferiusem, należysz do świata materialnego, a z ziemskim łączy cię tylko powłoka, resztki ciała, które po tobie pozostały. W swojej postaci nie jesteś zdolny do uczuć wyższych.
— A więc mnie zabij. — Regulus rozszerzył czarną linię ust, ukazując kilka ukruszonych zębów. — Zabij mnie, Syriuszu. Przecież już raz to zrobiłeś, nie pamiętasz? — Przechylił zachęcająco głowę, uśmiechnął się paskudnie. — Zabiłeś mnie, tak. Zabiłeś mnie swoją obojętnością, pozostawiłeś mnie samemu sobie... Zostałem wtedy sam, rozumiesz? Sam. Zabiłeś mnie...
Dłoń, w której Syriusz trzymał różdżkę, zadrżała, jego ręka mimowolnie i wbrew rozsądkowi osunęła się wzdłuż ciała. Jego oczy spowiła mgła, spąsowiała twarz odzwierciedlała rozgrywający się w duszy dramat. Nie mógł tego zrobić, nie był w stanie wymierzyć zaklęcia w twór, który wpatrywał się w niego oczami jego brata.
— ZRÓB TO! — Rozdygotany wrzask Amelii zmieszał się z dławiącym, gardłowym szlochem. — ALBO ON ZRZUCI CIEBIE!
Syriusz jeszcze raz spojrzał w dół. Stał już na samym skraju przepaści, jego pięty od połowy nie dotykały gruntu, a ciało dzieliło pół cala od nieskończonej Otchłani, z której dziesiątkami wypełzały inferiusy.
Regulus zmarszczył się okrutnie, w oczach szalał mu czysty obłęd. Uniósł powoli dłoń i wyciągnął ją, palce zacisnął na zdrętwiałym ramieniu Syriusza. Gdy otworzył usta i odezwał się, atrium wypełniło się przerażającym głosem Voldemorta:
— Wiedziałem, że wybierzesz właściwie.
I wtedy z końca różdżki popłynęła wiązka czerwonych iskier, ale Syriusz wiedział, że zareagował za późno. Ostatnie, co usłyszał, było przedzierającym się przez Otchłań krzykiem Amelii, który zadzwonił mu w uszach echem i stopniał tak szybko, jak się pojawił — zagłuszył go chór bełkotliwych, dobiegających spod ziemi odgłosów.
Ostatnie, co zobaczył, było nieprzebitą, gęstą, aksamitną czernią.
