Rozdział 2

Stare i nowe"

Amelia długo nie mogła zasnąć. Wpatrywała się w słabo widoczny na tle mroku zarys sylwetki… jego sylwetki. Spał tak spokojnie. Cóż się dziwić, w końcu ma szansę na to, czego najbardziej w świecie pragnął. Coś, czego pragnął bardziej niż jej…

Ognisko już dawno wygasło, jedynie światło księżyca i gwiazd dawało odrobinę pocieszenia. Oparła się plecami o pobliski głaz i przytuliła nogi do piersi. Czuła się tak bezpieczniej. Zabawne… Ona Amelia Will Tesla Saillune, obrończyni sprawiedliwości, sprzymierzeniec w walce z Władcą Piekieł, odważna i zdeterminowana… bała się ciemności! Bała się jak małe dziecko. Oczywiście nie mogła się do tego przyznać. Pan Zelgadis na pewno pomyślałby o niej jak o dzieciaku, a panna Lina w życiu nie dałaby jej spokoju. Teraz jednak bała się nie tylko ciemności, ale także wyprawy, która właściwie już się rozpoczęła. Zerknęła na Kazuki'ego… Dobrze wie, że tam w lesie nie przewidziało jej się i coś się wydarzyło.

– Lina! Amelio, pomóż nam! – Amelia powoli otworzyła oczy, była sama w ich obozowisku…

– Amelio! Nie! – ogłuszający krzyk rozdarł ciemność.

– Panie Zelgadis?! – Księżniczka natychmiast zerwała się z miejsca. Nadal było ciemno, stwierdziła, że najpewniej musiała przysnąć w czasie swoich rozmyślań. – Gdzie jesteście?!

Bez zastanowienia puściła się biegiem przez las w stronę krzyków i odgłosów walki. Jej mięśnie napięły się do granic możliwości, biegła coraz szybciej gotowa do walki, do obrony. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że z każdym jej krokiem las oraz wszystko wokół, coraz bardziej i bardziej pochłaniał mrok. Nie zatrzymała się jednak i po chwili wbiegła w czarną otchłań. Przerażona zamknęła oczy, a gdy ponownie je otworzyła, zobaczyła u swoich stóp miasto. Albo coś, co kiedyś mogło nim być.

Pod krwistą kopułą nieba wznosiły się krzywe wieże i domy. Rdza pochłonęła łańcuchy, wijące się niczym węże po całym krajobrazie, które zdawały się podtrzymywać całość nad ciemnością. Krzyki dochodziły z niewielkiego placu będącego punktem centralnym okolicy. Zbiegła ze wzniesienia i popędziła w tamtym kierunku. Kiedy się odwróciła i spojrzała w stronę, z której przybyła zobaczyła tam już tylko mrok.

– Amelio! Chodź tutaj!

– Panie Gourry? Panno Lino? – zawołała, najodważniej jak tylko potrafiła, jednak w jej głosie zabrzmiała tylko panika.

Kiedy znalazła się na głównym rynku, skąd dochodziły krzyki, nagle wszystko wokół niej zawirowało… Pod stopami poczuła zimny metal. Spojrzała w dół i zobaczyła, że stoi na potężnym łańcuchu zawieszonym nad otchłanią. Próbowała rzucić jakiś czar, jednak czuła się zupełnie pozbawiona mocy.

– Amelia? – Spojrzała w stronę Zelgadisa, łańcuch niebezpiecznie zachwiał się nad przepaścią.

– Zel… – Nie zdążyła dokończyć, zobaczyła, jak chłopak osuwa się z łańcucha i spada
w ciemność. Jego oczy stały się puste, pozbawione życia…

Bezlitosny śmiech rozdarł jej serce… Był tam ktoś jeszcze? Nie zastanawiając się nad tym dłużej, Amelia rzuciła się w nieskończoną otchłań za Zelgadisem, za ukochanym? Ciemność pokryła wszystko…

...

Woda? Księżniczka otworzyła oczy. Tonęła! Jasna cholera! Spojrzała w górę i zobaczyła nad sobą światło gwiazd zatrzymujące się na gładkiej tafli wody. Czuła, że brakło jej powietrza w płucach. Spróbowała wypłynąć, jednak coś krępowało jej ruchy. Nogi zaplątały się w trawy rosnące na dnie płytkiego zbiornika.

„Już po mnie…" – pomyślała spanikowana Amelia. „Pan Zelgadis nigdy się nie dowie, co do niego czułam, panna Lina i pan Gourry, nigdy już ich nie zobaczę! Ale…jak to?"

Zostało tylko kilka chwil, by żyć, by istnieć, by kochać. Nie ma już nic więcej, nigdy, nic!

„W imię sprawiedliwości, nie!"

Amelia zobaczyła przed sobą obrazy. Wirowały wokół niej niczym puzzle. Puzzle jej życia, tylko kto poskłada je ponownie? Miała z siedem lat i bawiła się z ojcem w ich zamku. Mama leżąca w kałuży krwi. Zelgadis uśmiechający się do niej…

Nagle poczuła na swoim ramieniu dotyk. Wszystko to trwało ułamki sekund. Zelgadis podpłynął do niej i złapał za ramiona. Czuła, że w jej płucach nie zostało już ani trochę powietrza…

„To miłe zobaczyć cię przed śmiercią…" – pomyślała i powoli zamknęła oczy, zachowując ten obraz na wieczność…

...

Zelgadis leżał na twardej ziemi. Nie mógł spać. Wiedział, że Amelia też nie śpi, ale jakoś nie miał odwagi spojrzeć jej w twarz. Dlaczego ta dziewczyna poświęca się aż tak dla niego?

„Czy może… Nie, nie to niemożliwe!" – powiedział sobie w duchu i uciął te rozmyślania, zamykając ponownie oczy.

– Panie Zelgadis? – dobiegł go głos zza pleców. Czy powinien się odezwać? Tylko, co powiedzieć?

– Tak, Amelio? – zapytał z wymuszoną ciekawością, wcale nie miał ochoty rozmawiać.

– Gdzie jesteście?! – teraz to był krzyk pełen strachu.

Zelgadis odwrócił się natychmiast zbity z tropu. Zobaczył, że Amelia zerwała się z miejsca, w którym wcześniej siedziała i ruszyła biegiem w las. Nie zastanawiał się nawet przez chwilę i pobiegł za nią.

– Amelio! Chodź tutaj! – zawołał za nią zdesperowany.

– Panie Gourry? Panno Lino? – krzyknęła dziewczyna, po czym przyspieszyła biegu, o ile to w ogóle było możliwe, tak, że chimera stracił ją na chwilę z oczu.

Chłopak szukał jej zagubiony w lesie. Musiał ją odnaleźć, ale kompletnie nie potrafił zrozumieć, co się właściwie działo? Po paru chwilach kierowany wewnętrzną intuicją, dotarł nad pobliskie jezioro, by odnaleźć tam Amelię, pewnie zmierzającą w sam środek głębiny. Przez moment nawet poczuł ulgę, że ją odnalazł.

– Zel… – usłyszał swoje imię, po czym zobaczył, że dziewczyna nagle zniknęła pod gładką taflą wody. Ulgę zastąpiło przerażenie.

Natychmiast rzucił się do wody za przyjaciółką. Płynął coraz niżej i niżej, aż w końcu zobaczył ją na dnie płytkiego zbiornika. Szarpała się splątana w wodorosty. Wszystko to zdawało się trwać zaledwie ułamki sekund. Złapał ją za ramiona i spojrzał w oczy. Nie zobaczył w nich zwykłego błysku, widział tylko ulatujące z nich z każdą chwilą życie…

„Nie możesz teraz mnie opuścić!" – wykrzyknął w myślach.

Amelia… czy ona ucieszyła się na jego widok, czy tylko mu się tak wydawało?

Tlen! Cholera! Wyplątanie jej z tego zielska zajmie parę chwil, a on nie miał ani minuty więcej!

„Ona musi żyć…" – pomyślał, po czym nachylił swoją twarz w jej kierunku.

Jego usta dotknęły jej ust… Jej delikatnych ust, po czym wpuścił do jej ciała swój ciepły oddech…

Nie, to nie był pocałunek. To było tylko przekazanie oddechu. Nadanie tchnienia w ciało, z którego ulatywało życie…

...

Zelgadis był wściekły.

„Dlaczego ta głupia dziewucha znowu pakuje się w kłopoty?! I dlaczego to on znowu musi robić za jej „ochroniarza"? Jest na wyższym poziomie w hierarchii cywilizacyjnej niż Gourry – ochroniarz Liny, więc dlaczego?! Z pewnością więcej nie da się w to wrobić, o nie… Niech Gourry zatrudni się na dwa etaty i zajmie się też Amelią" – pomyślał ironicznie.

Kiedy udało im się wydostać z wody, a właściwie jemu, bo Amelia była nieprzytomna, czuł się kompletnie wyczerpany. Położył jej zmarznięte ciało na trawie, po czym sam usiadł obok. Martwił się o dziewczynę, ale jak na jeden wieczór było tego wszystkiego serdecznie za dużo. Najpierw ta przygoda z Kazuki 'm, a teraz to. Poza tym miał nadzieję, że Amelia nie będzie pamiętać tego, co wydarzyło się pod wodą. Nie chciał, aby go źle zrozumiała…

Bo przecież on nie zamierzał…

– Zimno… – cichy szept skierował jego myśli na nowy tor.

– Co się stało? – zapytał oschle, pozbywając się z głosu resztek współczucia, a Amelia miała wrażenie, że zrobiło się jeszcze chłodniej.

– Ja… usłyszałam wasze krzyki… z lasu i…

- I?

- Pobiegłam tam… ja… nie wiem, później wszystko zniknęło, a po chwili zobaczyłam jakieś miasto zawieszone na ogromnych łańcuchach. Wołał mnie pan… widziałam, jak pan spada… w wielką ciemność… – zabrzmiała chaotyczna odpowiedź, a w oczach dziewczyny zalśniły łzy. – Ja też spadłam… – kontynuowała.

Ta wersja i tak była lepsza niż „skoczyłam za tobą".

Zelgadis westchnął ze zmęczeniem.

– Kiedy otworzyłam oczy, byłam uwięziona na dnie jeziora. Myślałam, że już po mnie – dodała nieco ciszej, a wcześniej zebrane przy powiece łzy spłynęły po policzkach. – Wtedy zjawiłeś… zjawił się pan… – Zelgadis nerwowo wyczekiwał na dalszy ciąg opowieści. – Więcej nie pamiętam, przepraszam – dokończyła, a chłopak odetchnął z ulgą. Niech teraz to pozostanie jego tajemnicą.

Dlaczego? Tego sam nie wiedział.

Zapanowała długa, niezręczna cisza przerywana tylko łkaniem Amelii. Oboje czuli się zagubieni w ostatnich wydarzeniach.

– Przestań ryczeć – szorstka uwaga Zelgadisa przerwała ciszę. – Jak zwykle zachowujesz się jak dzieciak…

– Przepraszam – odpowiedziała, ocierając łzy i starając się nad sobą zapanować.

– Zapomnij. Miałaś po prostu zły sen i musiałaś lunatykować – powiedział, wstając. – Chodź. Nie mam zamiaru marznąć nad tym brzegiem do rana. – Ruszył w stronę obozowiska. – A i lepiej nie wspominaj o tym całym zajściu pozostałym. Nie mam zamiaru im się tłumaczyć. – Amelia przytaknęła i ruszyła za swoim „wybawcą".

...

Rankiem Lina, Gourry i Kazuki wybudzili się z głębokich snów zupełnie nieświadomi nocnych wydarzeń, a zmęczeni Zelgadis i Amelia przez dłuższą chwilę od przebudzenia starali się unikać własnych spojrzeń.

– Co na śniadanie? – radośnie rozpoczęła dzień Lina, a na potwierdzenie jej słów w brzuchu Gourry'ego dało się usłyszeć głośny bulgot.

Trochę czasu zajęło uzbieranie wystarczającej ilości jedzenia, aby Lina w ogóle uznała to za śniadanie. Udało im się wyłowić trochę ryb z zastawionych wcześniej sieci, a Gourry nawet jakimś cudem złapał zająca, który teraz piekł się nad ogniskiem.

– Panno Lino, nie sądziłem, że taka mała osoba jak pani może pomieścić w sobie aż tyle jedzenia! – stwierdził Kazuki, widząc rudą pochłaniającą niewyobrażalne ilości pożywienia.

– Mała?! Masz coś do mnie? To jakaś aluzja do moich pięknych piersi?! – syknęła zirytowana, będąc wyczuloną na własne kompleksy.

– Ależ skądże! – odpowiedział szybko mężczyzna, siląc się na uśmiech.

– W jakim kierunku musimy się udać, aby dojść do Świątyni Chaosu? – zapytał spokojnie Zelgadis, tym samym przerywając dalszą kłótnię.

– Zel, czy ty zawsze musisz zadawać takie pytania w takich momentach? – odpowiedziała pytaniem Lina, która właśnie zamierzała rzucić w Kazuki'ego rybą za tak wielką zniewagę.

– Wybacz – odpowiedział, uśmiechając się ironicznie. – No więc, Kazuki?

– Tu będzie dobra wiadomość dla księżniczki Amelii, ponieważ musimy przejść przez Saillune.

– Przez Saillune? To będzie świetna okazja do odwiedzenia twojego ojca, prawda Amelio? – zauważył z radością Gourry.

– Może… – odparła smętnie, a taka odpowiedź wywołała u wszystkich natychmiastowe zdziwienie.

– Amelio, co jest? – zapytała ruda, ale Amelia już nic więcej nie powiedziała.

Księżniczka czuła się winna. Okropnie winna wydarzeń z zeszłej nocy. Widziała złość Zelgadisa i czuła, że ten nigdy jej nie zaakceptuje tak, jak by tego pragnęła. Jednak wtedy, gdy trzymał ją w ramionach… wtedy przez chwilę miała nadzieję, że się myliła. Chciała odpokutować za wszystkie swoje błędy i złe zachowania, i w ten sposób zyskać znów jego sympatię. Czuła, że jej własne myśli są obce. Może to było częścią kary? Stare i nowe. Czy wciąż była tą starą Amelią?

Po trzecim „drugim śniadaniu" w końcu udało się wyruszyć w drogę. Lina dyskutowała o czymś zaciekle z blondynem, Zelgadis odpłynął gdzieś myślami, a Amelia szła cicho ze spuszczoną głową. Tylko Kazuki przyglądał jej się uważnie.

– Dlaczego się smucisz? – zapytał czarnowłosy.

– Dlaczego myślisz, że jest mi smutno? – odpowiedziała sarkastycznie.

– Widzę, a wiedz, że wiele tracisz na tym. Wyglądasz księżniczko o wiele piękniej, gdy się uśmiechasz – powiedział, wręczając jej piękny kwiat, zerwany tuż przy trakcie.

– Dziękuję – odpowiedziała lekko zszokowana. Mimowolnie obdarzyła go uśmiechem, czując, że zaczyna się czerwienić.

Lina i Gourry niczego nie zauważyli, a Zelgadis? Pewnie i tak by się nie przyznał. Nawet przed samym sobą. Fakt, że przyglądał się całej sytuacji kątem oka, pewnie wytłumaczyłby sobie jako początki zeza.

Podróż do Saillune przebiegła spokojnie, można by stwierdzić, że nawet nudno. Kilka razy napotkali na bandę lokalnych zbójów, których Lina szybko wysłała na tamten świat za pomocą Kuli Smoka, natomiast Gourry opracował nową technikę „czuwającego wojownika", która polegała na spaniu w każdej możliwej sytuacji. Ostatecznie, kiedy do Saillune zostało jeszcze trzy dni marszu i wydawać by się mogło, że upłyną one równie spokojnie, jak pozostałe, gdyby nie…

– Lina? – zagadnął pewnego popołudnia Zelgadis.

– Wiem, też to czuję. Ktoś nas śledzi… – odpowiedziała, oglądając się nerwowo za siebie.

– Próbowałem ich jakoś zlokalizować, ale nie udało mi się, a sami też chyba nie mają zamiaru się ujawniać.

– Skoro potrzebują specjalnego zaproszenia, to dajmy im takie. – Błysk kontrolowanego szaleństwa przebiegł przez oczy Liny…

Wiatr swoimi silnymi podmuchami szarpał peleryny podróżnych. Ruda rozejrzała się uważnie wokół i zaczęła mamrotać coś pod nosem. Zanim Zelgadis zdążył dobrze zorientować się w sytuacji, zobaczył ognistą kulę mknącą w kierunku zarośli.

– Co tak stoisz, Zel?! Zdaje się, że go trafiłam! – wykrzyknęła Lina, biegnąc w stronę czegoś, co kiedyś z pewnością było częścią lasu.

Gdy dotarli na miejsce, całej piątce ukazał się widok przyprawiający o zawał serca. Oparty o pień drzewa chłopak właśnie rozcierał sobie wielkiego guza na głowie. Uśmiechnął się drwiąco, gdy zobaczył ogłupiałe miny zebranych.

– Xellos?! – wykrzyknęła Lina tak głośno, że prawie ogłuszyła pozostałych.

– Ach, witaj Lina.

– Czy ja mam ci przypomnieć, czym grozi denerwowanie Liny Inverse?! – wrzasnęła, wyszczerzając przy tym zęby jak wygłodniała wilczyca. – Co ty cholera tu robisz i dlaczego nas śledzisz? I dla twojego dobra radzę ci, aby to wyjaśnienie było przekonujące! – dodała, chwytając go jednocześnie za ubranie.

– Przykro mi Lina… – zaczął Xell, badając wzrokiem wszystkich zebranych. Zatrzymał spojrzenie na Kazuki 'm i uśmiechnął się szyderczo. – Ale to tajemnica – dokończył, ponownie kierując wzrok na wściekłą dziewczynę i już po chwili nie było po nim śladu.

– Xellos, ty nędzna gadzino! Wracaj tu! – odgrażała się Lina, wymachując pięścią w powietrzu.

– Eee, Lina? – zagadnął nieśmiało Gourry.

– Czego?! – odwarknęła dziewczyna.

– Kto to w sumie był?

To prymitywne pytanie oczywiście pozostało bez odpowiedzi, powodując u zebranych jedynie głośne westchnienie irytacji i zmęczenia, a słysząc coś takiego, Lina nie mogła nie zacząć wyładowywać swojej złości na biednym blondynie. Ten o dziwo znosił to spokojnie albo przynajmniej na tyle, o ile jest to możliwe, gdy ktoś okłada cię pięściami po głowie.

...

Był późny wieczór. Niebo zalało się granatowymi chmurami i chyba zanosiło się na deszcz. Od czasu spotkania Xellos'a podróż mijała im spokojnie. Żadne z nich więcej nie zauważyło obecności demonicznego kapłana. Oczywiście próbowali dotrzeć do powodu jego „wizyty", ale co było poradzić na nietrafne przypuszczenia? Xell zawsze był tajemniczy. Najdziwniejsze, że od tamtego incydentu Kazuki przestał się zachowywać w swój zwykły, przesadnie miły sposób. Teraz raczej wcale nie zabierał głosu. Amelia zauważyła to od razu i najpierw nawet próbowała wciągnąć go do rozmowy, jednak jego niechęć szybko i ją zniechęciła.

Według obliczeń Zelgadisa do Saillune powinni dotrzeć kolejnego dnia, koło południa. Zmęczeni podróżą, zajęli się rozbijaniem obozowiska na nocleg.

– Pójdę po drewno – powiedziała Amelia, chcąc wykonać czynność, którą zawsze jej przydzielano.

– Dobra, dobra tylko się pospiesz!

Odwróciła się już w stronę pobliskich kniei, gdy nagle ktoś złapał ją za ramię.

– Ani się waż – szepnął jej wprost do ucha. – Lepiej tu zostań, bo nie chcę, żebyś znowu przyprowadziła do nas jakiegoś dziwaka. – Odsunął się i uśmiechnął do zawstydzonej dziewczyny.

To on się czasem uśmiecha?

– Panie Zelgadis, to wcale nie jest zabawne! – oburzyła się.

– Jasne, ale pozwól, że to ja pójdę nazbierać drewna. – Głupawy uśmiech nadal nie zniknął z jego twarzy, a Amelia nie mogąc się powstrzymać, też go odwzajemniła.

W końcu jakoś udało się wszystko zorganizować. Ogień wesoło trzaskał w ognisku, a woń pieczonego jedzenia unosiła się w powietrzu. Wszyscy czuli się ogromnie zmęczeni po tak długiej podróży bez postoju w jakimś porządnym miejscu. Zasiedli tylko do kolacji, która i tak wymagała sporego wysiłku w przypadku Liny i Gourry'ego, którzy bili się o każdy kawałek jedzenia i rozeszli się spać.

Amelia siedziała oparta o pień starego drzewa. Chłodne powietrze muskało jej twarz, pogrążyła się w myślach. Nie trwało to jednak długo, ponieważ po chwili poczuła na sobie czyiś wzrok. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła przed sobą przykucniętego Kazuki'ego, który uśmiechnął się do niej i usiadł obok.

– O czym myślisz, księżniczko? – zapytał cicho.

– Ja… o niczym konkretnym. – Jego rubinowe oczy zdawały się rozpalać ją od wewnątrz z każdym spojrzeniem.

– Wyglądasz na przygnębioną, nie cieszysz się z wizyty w rodzinnym mieście?

– Cieszę się, oczywiście, że się cieszę, tylko że… – Dlaczego on musi siedzieć tak blisko niej, że nie może się skupić na własnych słowach?

– Że…?

– Myślałam o tej księdze, którą chcesz nam pokazać. Dlaczego w sumie nam pomagasz?

– Bystra jesteś. Wszyscy niewiarygodnie szybko przyjęli moje wcześniejsze wytłumaczenie, chociaż wymyśliłem tamtą historyjkę naprędce… Widocznie twoi przyjaciele byli zbyt zajęci wizjami przejęcia księgi dla własnych celów. Wracając… pomagam tobie, nie im.

– Mnie?

– Tak. Miałem dług u twojej matki.

– U mojej matki?! Znałeś ją?

– Można tak powiedzieć – odpowiedział tajemniczo.

– Co to był za dług?

– Hmm, nie powiem ci! – odpowiedział, uśmiechając się i przymrużył lekko oczy. – Mam lepszy pomysł, zdradzić ci pewną tajemnicę?

– Tajemnicę? – zapytała z ciekawością Amelia.

– Tylko nie możesz tego przekazać swoim towarzyszom, dobrze?

– Skoro o to prosisz…

– Dzięki Księdze Chaosu można ożywić umarłych.

– Przecież to jest niemożliwe!

– Nie jest, chyba że się posiada taką księgę. Może więc za kilka dni sama będziesz miała okazje zapytać się matki o ten dług i o wszystko inne?

– Ożywić umarłych… – Nagle natłok myśli uderzył w głowę Amelii.

– To ja już lepiej pójdę – stwierdził Kazuki, wstając z uśmiechem i wyraźnym przekonaniem, że to, co powiedział przed chwilą, było czymś zupełnie normalnym. – Wolę być wypoczęty przed dalszą drogą.

Wprost nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała! Czy to oznacza drugą szansę dla niej i mamy? To niemożliwe! Jednak… to się działo. Więc ta księga może odmienić jej całe życie…

„Będą mogli znów stworzyć rodzinę? I co powiedziałby tato?" – pomyślała.

Nagły błysk przerwał rozmyślania, a zaraz za nim przez szumiący wiatr przebił się grzmot. Pierwsze krople deszczu spadły na ziemię, a wraz z nimi w Amelię uderzyła przeszłość. Bolesne wspomnienia i więzy, które ograniczały ją. Czy nadszedł w końcu czas by je zerwać, znowu się uwolnić? To było tak dawno, ale obraz matki leżącej w kałuży krwi ze sztyletem w piersi nadal był świeży w jej pamięci. Pamiętała doskonale widok, którego musiała być świadkiem po wkroczeniu do jej pokoju. Pamiętała swoją bezradność. Wtedy jej starsza siostra, Gracja odeszła od niej. Wtedy pierwszy raz była samotna…

Deszcz wzmógł na sile, ale Amelia nie była już całkiem pewna czy to tylko krople wody spływają po jej twarzy. Po chwili z ogniska, które do tej pory dawało odrobinę światła, nie zostało już nic. Lina wymamrotała przez sen jakieś zaklęcie tarczy, które ochroniło śpiących przed ulewą. Amelia jednak została tam, gdzie była. Nie obchodziło jej czy zmoknie. Teraz mało ją cokolwiek obchodziło. Czy naprawdę jeszcze istniała dla nich szansa po tylu straconych latach? Dziewczyna przymknęła oczy i nie myśląc już więcej o niczym, wsłuchała się w padający deszcz. Jego delikatne pieśni koiły jej zmęczony umysł. Czarne kosmyki włosów przylgnęły do twarzy, zasłaniając widoczność. Trwała tak jak w transie przez długie minuty.

Cichy szelest czyjegoś płaszcza zakłócił na moment muzykę deszczu. Ktoś przysiadł ponownie koło Amelii.

– Czego jeszcze chcesz, Kazuki? Masz kolejną nowinę, która w cudowny sposób odmieni moje życie? – powiedziała sarkastycznie Amelia, zirytowana tym, że chłopak przeszkodził jej w nasłuchiwaniu.

– Amelio, myślałem, że pamiętasz moje imię. – Ten głos?

Otworzyła oczy, jednak włosy opadające na oczy i panująca ciemność uniemożliwiły jej spojrzenie na rozmówcę. Po chwili czyjaś dłoń dotknęła jej czoła i odgarnęła włosy na bok.

– Panie Zelgadis… – zaczęła nieśmiało.

– Amelio, kiedy ty wreszcie skończysz z tym „panem"? Męczy mnie to już trochę, wiesz? – przerwał jej chłopak i swoją rękę położył na jej ramionach.

– Panie Zelgadis, co pan robi?!

– Po pierwsze nie pan, po drugie, przecież ktoś musi cię pilnować – odpowiedział spokojnie i nakrył ich oboje swoim płaszczem.

– Pilnować?! – obruszyła się dziewczyna.

– Jestem dziś zbyt zmęczony, by ganiać cię po lesie w środku nocy, więc wolę zapobiec sytuacji od razu. – Uśmiechnął się do Amelii.

– Ale ja…

– Daj spokój. Poza tym wiem, że boisz się ciemności.

– Wiesz? – To był mały szok. Przecież nie mówiła o tym nikomu, to skąd on mógł to wiedzieć?

– Wiem, ale nie bój się, nie powiem Linie – powiedział żartobliwie.

– Zmokniesz… – powiedziała po prostu Amelia.

Trochę dziwnie się czuła w tej całej sytuacji i dlaczego nagle miała przestać mówić Zelgadisowi per pan?

– Ty też – zabrzmiała zdawkowa odpowiedź. – Czemu myślałaś, że to Kazuki? Wolałabyś jego? – To było trochę dziwne pytanie.

– Eee, nie… Po prostu wcześniej rozmawiał ze mną o… mojej matce. – To nie było do końca kłamstwo.

– O matce?

– Tak, ale nie pytaj mnie o to, proszę.

– Dobrze – powiedział po chwili namysłu. – Ale czy twoja matka nie została zamordowana kilkanaście lat temu?

– Ona… – nagle głos Amelii się załamał.

Jak on mógł tak spokojnie o to pytać? Czy jest aż tak nieczuły?

– Wybacz – usłyszała po chwili cichy szept Zelgadisa, który najwyraźniej zrozumiał swój błąd.

– Mogę cię o coś zapytać? – powiedziała szybko, chcąc zmienić temat.

– Pytaj, jeśli musisz.

– Co z twoją rodziną? Nigdy o nich nie wspominałeś…

– Nie żyją…

– Przepraszam… – odparła zawstydzona.

– Przecież to nie twoja wina. Poza tym nawet ich nie pamiętam zbyt dobrze…

– Zazdroszczę ci…

– Dlaczego?

– To lepsze, kiedy nie pamięta się nic niż kiedy ma się przed oczyma obraz własnej, zamordowanej matki…

– Czy to zbyt wygórowana cena dla ciebie za te wszystkie pozostałe, piękne wspomnienia? – zapytał.

Amelia zamilkła.

– Moi rodzice zmarli, kiedy miałem pięć lat. Ponoć miałem trafić do bidula, ale wtedy przyszedł po mnie mój krewny, Rezo. Byłem słaby i bezradny. To on zajmował się mną i wydawało mi się, że pragnął mojego dobra. Całe dzieciństwo spędziłem na ćwiczeniach i szukaniu mocy. Kiedy miałem piętnaście lat, Rezo złożył mi propozycje, zaoferował mi moc. Byłem takim głupcem, że nawet nie zastanawiałem się nad konsekwencjami. Właśnie tamtego dnia zamienił mnie w to, czym jestem teraz, a resztę swojego życia pewnie spędzę na szukaniu lekarstwa. Więc uwierz mi, ja nie mam pięknych wspomnień. Całe życie byłem sam.

– Ale teraz nie jesteś sam… – zaczęła nieśmiało Amelia, a Zel spojrzał na nią zdziwiony.

– Chyba nie mam odwagi się sprzeciwiać. – Uśmiechnął się lekko.

Patrzyli tak na siebie jeszcze przez dłuższą chwilę. Dwie pary niebieskich oczu. Deszcz nadal sączył się z nieba, ale teraz im to nie przeszkadzało. Amelia nawet nie wie, kiedy oparła głowę o ramię chłopaka i zapadła w spokojny, głęboki sen… Na jej twarzy błąkał się delikatny, ledwo dostrzegalny uśmiech…