Rozdział drugi

O tym, jak Gellert ukradł prababce koguta, o tejże prababce, która lubiła butelki z konkretną zawartością, o wojnie na pustyni i bzowej różdżce

Każda decyzja, każda akcja jest obarczona ryzykiem. Ryzykować zaś powinno się tylko tyle, by w razie porażki móc kontynuować walkę. Z jednym wyjątkiem: jeśli niedziałanie prowadzi do całkowitej klęski, można zaryzykować wszystko.

Erwin Rommel, Infanterie greift an

Raumzeit!

Moc wystrzeliła w niebo, rozszarpując cisówkę na płonące drzazgi, wieża zadygotała, zdawała się zwijać i deformować jak gumowa zabawka. Kiedy wibracje ustały, Gellert ośmielił się odsłonić oczy.

W powietrzu tuż za oknem unosił się czarny kształt. Fizyka mówiła, że powinna to być kula. Magia twierdziła, że ma to być sześcian. Kostka.

Nie, nie sześcian, ale jego czterowymiarowa wersja, tesserakt. Czwartym wymiarem była magia. Magiczna hiperkostka, dokładnie taka, jak wynikało z obliczeń.

- No to zagraj w kości Wszechświata, Gellercie – mruknął Grindelwald do siebie.

Sięgnął po tesserakt, świat uciekł mu spod nóg, zaparło mu dech, na moment chyba stracił świadomość...

I wylądował w łóżku. Jęknął głośno.

- Dobrze miewa się panicz Gellert? – Usłyszał zatroskany głos. – Jest dopiero czwarta rano... Zapalę świece...

-Nie martw się... Sasanko – odparł, dziwiąc się brzmieniu własnych słów.

Niezgrabnie wygrzebał się z pościeli, rozglądając się nieprzytomnie dookoła. Jego wzrok padł na kalendarz z rysunkami smoków. Ach tak, miał taki. Pamiętał, że mały smok owijał się wokół aktualnej daty, robił to zawsze o północy... Gellert nieraz cierpliwie czekał, walcząc z sennością, by to zobaczyć.

Trzydziesty pierwszy lipca, rok tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty. Odynie, udało się! Ale zostało tylko kilka godzin, gdzie, co, dokąd...

Powoli. Był w zameczku prababci w Siedmiogrodzie. Musiał zdążyć do Szkocji, to była chyba jedenasta, pani Dumbledore gotowała wtedy obiad...

Ale jak tu zdążyć, bez sieci Fiuu, która nie łączyła wtedy... nie łączy jeszcze kontynentu z Brytanią? Aportacja i lot świstoklikiem też były wtedy niemożliwe, nie zdąży złamać barier na czas, w pojedynkę i potajemnie.

Różnica czasu dawała mu wprawdzie dwie dodatkowe godziny, ale to mało, tak mało!

Wyskoczył z łóżka i mało nie upadł. Podróż przez magoczasoprzestrzeń nie była zwykłym przemieszczeniem się w czasie. Grindelwald powrócił do przeszłości, znów był dziewięciolatkiem. Owszem, pamiętał jeszcze, kim był TAM, ale wiedział, że to nie potrwa długo. Wkrótce wspomnienia tamtego życia zblakną, przestanie je świadomie pamiętać, staną tylko cieniami, snami, podszeptami intuicji, przeczuciem. Ale będą i uratują jego świat.

A żeby świat nie runął, potrzebował Albusa.

A żeby Albus był jego, tym razem na zawsze, musiał ocalić Arianę.

Szybko, szybko, nie ma czasu, szata, buty, różdżka... Ale ten Gellert nie miał przecież jeszcze różdżki, a nawet gdyby miał, to bariery antyaportacyjne Tommys są solidne jak linia Maginota.

Niech dementory porwą Maginota.

Szwabem jesteś, Gellercie, to do czegoś zobowiązuje. Na przykład do myślenia jak wojownik. Po co forsować coś, co można obejść?

Gellert wiedział już, co ma zrobić. Wybiegł z sypialni, zjechał po poręczy, przemknął przez krużganek i już stał przed portretem prapraprababki Bellicosy. Nie było jej na obrazie, pewnie, jak za życia, toczyła z kimś pojedynek; ale wysoko, pomiędzy zdobieniami ramy, tkwiła jej bojowa różdżka. Prababka Elżbieta zawsze powtarzała, że nie wolno pod żadnym pozorem jej dotykać, chyba, że zamierza się walczyć o stawkę większą niż życie. Gellert zamierzał i różdżka to wyczuła, sama spadając mu prosto w ręce. Miał już broń, teraz musiał jeszcze znaleźć szybką miotłę...

Nie, nie miotłę, przecież prababka miała coś znacznie lepszego. Dziś na pewno nie było jej w zamku, wybrała się, jak zawsze, na urodziny swojego drogiego kuzyna Adalberta, a na rodzinne uroczystości z pewnością nie wzięła swojego bojowego rumaka, bo i po co?

Pięć minut później Gellert, niosąc pod pachą wełniany płaszcz, był już nad strumieniem.

- Boruto! – zawołał – Boruto!

Odpowiedziało mu zaspane „kok". Boruta, który spał z łbem schowanym pod skrzydłem, wyprostował kark, wstrząsnął grzebieniem i powoli podniósł się na nogi. Zatrzepotał skrzydłami i łypnął podejrzliwie na Gellerta.

Oj. Na Lokiego i jego córcię, Grindelwald zapomniał, że to kogucisko było aż tak wielkie. Może dlatego, że pamiętał starego, poharatanego i wypłowiałego Borutę i że były to wspomnienia z perspektywy sześciu stóp i dwóch cali wzrostu. Teraz zaś Boruta był w sile wieku, a Gellert musiał zadzierać głowę, by spojrzeć mu w oczy. Raczej w oko, bo kurakom nie da się spojrzeć w oboje oczu jednocześnie.

- Kok. Gdak. - Boruta, kurzym zwyczajem, kręcił łbem, przyglądając się Gellertowi raz lewym, raz prawym okiem. Jego dziób był zdecydowanie większy i zdecydowanie bardziej podobny do siekiery, niż Gellert to pamiętał.

- Gdak – oznajmił Boruta tonem generała wydającego rozkaz – Kok.

A potem przysiadł na ziemi, by Gellert mógł mu wleźć na grzbiet. Nie było to wcale łatwe dla dziewięciolatka, więc Boruta delikatnie podsadził go dziobem. Potem gdaknął jeszcze raz, jakby pytał: „Trzymasz się mocno?" i polecieli, polecieli ścigać się ze słońcem i z Nornami.

Gellert nie wiedział, gdzie i kiedy mugole zaatakowali Arianę, to znaczy nie wiedział tego wystarczająco dokładnie. Boruta jednak wydawał się wiedzieć, dokąd ma lecieć. Może zdążą... Ale to tysiące mil...

A jeśli zdążą, to co wtedy? Wtedy Albus będzie miał ojca i matkę, którzy będą go pewnie wychwalać pod niebiosa, a na to Albus był łasy bardziej, niż na słodycze. Rodzina będzie mieć więcej pieniędzy. Nie będzie żadnych wstydliwych sekretów. Albus nie utknie z szaloną siostrą w zapyziałej magicznej wiosce, nie będzie się tam nudził, nie będzie miał poczucia, że marnuje sobie życie. Nie będzie więc potrzebował Gellerta.

Będzie pewnie rozwydrzonym, genialnym, pierworodnym, przystojnym, hołubionym synalkiem z dobrego i niebiednego rodu. Smarkaczem, któremu się wydaje, że wie o magii już prawie wszystko i że nie ma na niego mocnych. Albus będzie tak po brytyjsku butny, przekonany o swojej sile i wyższości. Tommy, i tyle.

A wielki mi Machiavelli. Wódz na wodzami. Szach-in-szach się znalazł. Taki był z niego wódz, jak z czołgu baletnica. Miał te dzieci pod swoim wpływem przez siedem lat, dziesięć miesięcy w roku. Taka władza... Gellert uśmiechnął się na samą myśl. Taka władza, takie możliwości, a Riddle bezczelnie podbierał mu dzieciaki, jak szpak wiśnie. Nie, Albus nie potrafił przejąć rządu dusz, nie nadawał się na wodza.

Na kły Fenrisa, ten naiwny Albus, budujący piętrowe intrygi, manipulant bawiący się swoimi podwładnymi jak marionetkami, ale niezdolny do czegoś więcej, niezdolny do rewolucji, to stanowczych kroków, do mocnych cięć. No pewnie, nie jest łatwo zagrać va banque, rzucić się otwarcie w wir walki, ale zakulisowe rozgrywki nie wystarczą, by zmienić świat! Czasem trzeba sięgnąć po Excalibur i rzucić się w zgiełk bitwy. A że płynie krew? Niedziałanie jest bardziej zabójcze, Albusie.

- Albusie – szepnął Gellert do siebie. W Nurmengardzie przyzwyczaił się do myślenia głośno. - Wahałeś się, płakałeś, że podwładny ci zginął, ale sam ich zabijałeś intrygami, w których się plątali, i które zaciskały się im wokół szyi. Nie chciałeś ich wtajemniczać? Albi, Albi, to niby rozsądne, ale bez zaufania nie ma armii, wiesz? Nie ma niczego.

Boruta skręcił na północ. Słońce bezlitośnie wznosiło się po nieboskłonie. Przeklęta, okrutna Fizyka. Jedyne bóstwo, którego nie kupi się ani modłami, ani ofiarami.

- Nie, nie chciałbym być mugolskim oficerem, kombinującym jak podłożyć szefowi bombę pod biurko. Szczęścia to oni nie mieli, paskudne ich życie i na ogół paskudna śmierć. Ale mieli jedno, to, czego ty Albusie, nigdy nie doświadczyłeś... To, za czym ja tęskniłem w Nurmengadzie: zaufanie. Na królestwo Hel, nieważne, ilu ich brało udział w tej intrydze. Ale żaden nie doniósł, czyż nie? Ha. Widzisz? – Gellert uśmiechnął się triumfująco do nieistniejącego rozmówcy. - Albi, zaufasz mi znowu, zaufasz mi jak oficer? Zawrzemy taką przyjaźń? Choćbyśmy mieli się czołgać w błocie Verdun, głodować, marznąć, wyć pod klątwami?

Cóż, Gellert musiał przyznać, że poprzednią przyjaźń zepsuli. Zepsuli? Przerżnęli jak pijany urzędas pensję w kasynie.

- Albi, wiem, że pobiliśmy się jak dwa koguty, i to o błahostkę. Ale nigdy cię nie zdradziłem, nigdy. Mogłem powiedzieć, że to ty ją zabiłeś, nie ja, a wyrzuty sumienia by cię rozszarpały. Nawet gdyby wszyscy cię przekonywali, że cię okłamałem i tak wierzyłbyś mnie, nie im, tak działa ludzki umysł...

Nie, żeby o tym nie myślał. Czasem byłem nawet był bardzo, bardzo blisko zdrady. Ale jestem Szwabem, mimo kłamstw, zdrad i paskudnych kompromisów. Brutalnym, upartym, zaciekłym, bitnym, honornym góralem.

- A wiesz, Albi, że to chyba nawet byłaby prawda? To chyba był rykoszet twojego zaklęcia. Albi, wiesz, ile mógłbym opowiedzieć o tobie, by cię pogrążyć? Nieważne, ile byłoby w tym prawdy... Ale milczałem. A myślisz, że nie wiedziałem, że zapomniałem, z kim się przyjaźniłeś? – Gellert odsłonił zęby w drapieżnym uśmiechu. - I że nie potrafiłbym zdobyć ich adresów i wpaść do nich z niezapowiedzianą wizytą? Jestem staromodnym Szwabem, mimo wszystko, Albi, wiem, czym się różni oficer od hycla. A przynajmniej czym powinien.

Słońce pełzło nieubłaganie po nieboskłonie. A niech je wilki Ragnaröku zeżrą.

- Wiem, nie byłem niewiniątkiem – ciągnął Gellert - Młodzi są niecierpliwi, myślą, że wszystko można osiągnąć szybko, siłą. Nie, nie zawsze dotrzymywałem obietnic i potrafiłem walczyć brutalnie jak Szwab, jak alpejski góral. Wiesz przecież, Albi, że jeśli chcesz powstrzymać Szwaba, który się uprze, po szwabsku się uprze, to ocean zabarwi się na czerwono. Nie jestem dobry. Niewinny. Szlachetny. Jestem zdrajcą z krwi zdrajczyni, politykiem z krwi polityków. Jeśli ktoś był ze mną tylko ze względu na władzę i pieniądze, zdradzałem go bez wahania, gdy mi się to opłaciło.

I nawzajem, zresztą. Nie każdy sprzymierzeniec jest godzien zaufania.

- Ale tych, którzy byli ze mną sercem i duszą, nigdy. Albi, pójdziesz ze mną pod Avady, czy staniesz się paniczykiem z brytyjskiego magicznego skansenu, z wyspy, gdzie wszyscy kiszą się we wspaniałej izolacji, tworząc urocze kółeczko wzajemnej adoracji? Albi, zmądrzałem, nie jestem już narwanym dzieciakiem. Albi, uratujmy ten świat, nasz świat. Albi, chodź ze mną... A jeśli nie, niech się Norny nad tobą zmiłują. – Gellert uśmiechnął się krzywo. - Ta banda klakierów tak ci nadmucha ego, że cię to zabije. Zapomnisz, że jesteś tylko człowiekiem, porwiesz się w pojedynkę na smoka, albo zrobisz coś równie głupiego. Pierwsza lekcja pokory może być ostatnią, Albi.

Siedmiogród i Szkocję dzielą tysiące mil, nikt nie byłby w stanie pokonać tego dystansu w kilka godzin po mugolsku, ale magiczna geografia pokazywała drogę na skróty, a Boruta najwyraźniej doskonale wiedział, co robi. Czas jednak płynął nieubłaganie i Gellert bał się coraz bardziej, że jednak nie zdążą.

Boruta zniżył lot. Strumyk lśnił w promieniach słońca, zrobiło się ciepło, jak na Szkocję. Uff... W chmurach było o wiele, wiele chłodniej. No tak, musiała być wtedy ładna pogoda, jeśli ta mała bawiła się na zewnątrz.

Ale gdzie ona jest? Gellert rozpoznał magiczną wioskę, przecież latał kiedyś nad nią na miotle, rozpoznał dom Albusa, ale gdzie Ariana mogła się bawić? Pewnie gdzieś na obrzeżach, blisko mugolskich domów... Norny, zmiłujcie się... Mojry, miejcie litość...

Boruta wrzasnął tak, że Grindelwaldowi, mimo lat bojowego doświadczenia, przebiegł dreszcz po plecach. To nie było „kok" i „gdak" ani nawet triumfalne „kukuryku", to był ryk, który przypomniał Gellertowi, że Galliformes są krewnymi Tyrannosauridae.

I wtedy ją zobaczył, małą dziewczynkę, otoczoną przez trzech dużo większych chłopców. Jeden z nich zamachnął się, by ją uderzyć...

Różdżka chyba sama wystrzeliła, Gellertowi naprawdę, nie w przenośni, zaczęły latać czerwone płaty przed oczami. Już nie Gellert, ale Grindelwald, czarnoksiężnik Grindelwald, berserker Grindelwald; żaden tam „dark lord", sam Fürst der Finsternis*...

- Tod dem Feinde! – wrzeszczał Gellert –Tod dem Feinde!**

Czas przestał mieć znaczenie, istniała już tylko różdżka, klątwa i cel tejże...

Ale i generał Grindelwald się obudził, słysząc te wrzaski i trzasnął berserkera Grindelwalda w pysk. Na odlew. Jak każdy doświadczony wojownik, Gellert nauczył się z czasem panować nad agresją; jego szał zgasł równie szybko, jak zapłonął. Dość. Masz ratować tę dziewczynkę, zamiast się uganiać na kogucie za mugolami. Oni nie są już groźni, nigdy nie ośmielą się tu wrócić. A kiedy przyjdzie na to czas, da się ich odnaleźć, prawda?

Boruta wylądował, zatrzepotał dumnie skrzydłami i triumfalnie zapiał. Gellert, otarł pot z czoła. Na Hel i jej królestwo, nie powinien był tak tracić panowania nad sobą. Zaraz się tu zleci szkocki aurorat i...

- I znajdą dziewięciolatka i zapłakaną dziewczynkę – pomyślał – Nigdy nie pojmą, co się stało.

Inna sprawa, że kłopotów z tego będzie niemało. Tyle dobrze, że jeszcze nie przywykł do nowego ciała, do tego, jak płynie w nim magia, i że jego rdzeń magiczny był rdzeniem dziecka. Klątwy nie były groźne, mugole najedli się strachu i tyle, będzie ich boleć jak po użądleniu szerszenia, nic ponad to. Szkoda. Ale z drugiej strony, aurorat nie będzie się miał do czego przyczepić. A tych mugoli zawsze da się odnaleźć, gdy tylko...

Generał Grindelwald spojrzał spode łba na berserkera Grindelwalda. Panuj nad sobą, głupcze. Masz zadanie do wykonania, nie zepsuj wszystkiego, jak ostatnim razem.

Gellert zsunął się z koguciego grzbietu i podszedł do przerażonej Ariany.

- Alles wird gut – powiedział, dziwiąc się brzmieniu własnego głosu. Umiał uspokajać, umiał pocieszać, umiał opowiadać o wspaniałej przyszłości, ale głosem wodza, głosem ojca. Nie pamiętał, jak być dzieckiem. Za kilka dni, gdy tamto życie wyblaknie, stanie się to łatwiejsze, ale co ma robić teraz?

Dziewczynka spojrzała na niego niebieskimi oczami Albusa.

- Who are you?

Gellert wziął głęboki oddech. Mów po angielsku, durniu.

- Mam na imię Gellert, a ty?

- Ariana. Nie jesteś Szkotem, prawda?

- Nie, ale ciocia ciocia jest Szkotką. Mieszka tu, niedaleko. Nie płacz, oni już tu nigdy nie przyjdą.

- Oni... – chlipnęła Ariana – Oni chcieli magii... A ja nie wiedziałam, jak...

- Dowiesz się, gdy pójdziesz do Hogwartu. – Gellert powoli wpasowywał się w rolę starszego brata. – Zaprowadzę cię do domu, chcesz? Polecimy, co?

- Na kogucie? – Ariana niepewnie spojrzała na Borutę, który w międzyczasie wypatrzył w pobliskich krzakach kota, rozbił mu łeb jednym, precyzyjnym ciosem dzioba i zadowolony z siebie pałaszował swój łup.

- Na kogucie, zobaczysz, jakie to przyjemne.

Dom Dumbledore'ów był o wiele bardziej zadbany, niż Gellert to pamiętał. W ogrodzie stały rzeźby, których wtedy nie było. Pewnie musieli je sprzedać. Oranżerii też wtedy nie było, matka Abusa z pewnością nie miała czasu ani sił, by o nią dbać.

Gellert zsunął się z grzbietu Boruty, pomógł zsiąść Arianie i mocno uderzył w drzwi kołatką. Potem wybuchł chaos. Ariana płakała, pani Dumbledore usiłowała zrozumieć, o co chodzi, Aberforth pocieszał małą...

- Mugole? – Zrozumiała wreszcie pani Dumbledore. – Na Merlina, to mogło się skończyć wybuchem magii...

Albo czymś o wiele gorszym. Ale nie mówmy o tym, czego nie ma i nie będzie.

- Dam ci eliksir. – Pani Dumbledore głaskała Arianę po buzi. – Nie płacz, kochanie, już po wszystkim...Zafiukam po tatusia...

I chyba dopiero wtedy zauważyła Gellerta.

- Kim jesteś? – zapytała.

- On ich pogonił kogutem! – chlipnęła Ariana.

Aberforth wyjrzał na ganek.

- Ale odlotowy pierzak, kupmy takiego, mamusiu...

Gellert nie zdążył nawet opowiedzieć bajeczki o żądzy przygód, magicznych śnie i tak dalej, gdy zjawił się aurorat, w czterech osobach. Jednego Gellert nawet rozpoznał. Nie, nie, tamten wtedy był młodszy, musiał więc być synem tego... Nieważne. To się nie wydarzy.

Grać bezczelnego smarkacza z bogatego domu, czy się rozpłakać? Na wszystkie dzieci Lokiego, co za różnica, jego nie wsadzą, a z prababkom mogą najwyżej trzewiki wypolerować. No dobrze. Rżniemy głupa i bohatera. Nie może narobić kłopotów rodzicom Albusa.

- To mój kogut – stwierdził Gellert.

- Oni... – Ariana znowu się rozpłakała.

Boruta zapiał jak opętany i wskoczył na dach, goniony przekleństwami i klątwami aurorów.

- Na Merlina, to bydlę jeszcze kogoś zabije...

- Zaatakowało mugoli... Imperio!

A spróbujcie mu coś rozkazać, scharłaczone durnie.

Ariana rozwyła się na cały dom. Aurorzy zinterpretowali ten fakt w sposób mocno niekorzystny dla Gellerta.

- Co jej zrobiłeś, ty...

- Smarkary Kraut***... Pruska zaraza, co tym razem... Charłackie nasienie... Trzeba ich było wtedy wytłuc, co do jednego...

Dziecko na moment przeważyło nad wojownikiem, Gellert poczuł, że się dusi, że... Mamo, tato, dlaczego was tu nie ma... Ale generał Grindelwald powrócił i znów miał przed oczami czerwoną ścianę.

- Haltet Maul**** – Gellert wyszeptał te słowa, dotykając różdżki, naprawdę lekko, musnął ją tylko, ale i tak nagle zrobiło się nienaturalnie cicho. Oj, nie zamierzał zmusić ich do milczenia magią, ta różdżka działa aż za dobrze.

Cztery aurorskie zaklęcia śmignęły w jego stronę, ledwo zdołał zanurkować pod stół. Kolejne cztery trafiły w tylko deski pod stołem, bo Gellert nie zamierzał służyć tym niedorobionym charłakom za cel.

- Co tu się wyprawia? – Pan Dumbledore wynurzył się z kominka. – Arianko, skarbie, co się stało?

Ruda aurorka zdołała już pokonać zaklęcie, rzucone niechcący przez Gellerta.

- Na bok! – wrzasnęła – Pruski bandzior pod wielosokiem!

No to się doigrał. Walczyć z nimi nie mógł, bo straciłby przyjaźń Albusa. Zresztą i tak by przegrał; dziecięcy rdzeń magiczny nie mógł wygenerować dostatecznie mocnych zaklęć, by stawić czoła zawodowcom. Poddawać się nie chciał, bo pewnie by go stłukli. Ale chyba trzeba będzie się poświęcić...

- Zostawcie go! – wrzasnęła Ariana – Zostawcie go!

Gellert ośmielił się wyjrzeć zza kominka. Dziewczynka stała na środku pomieszczenia, wznosząc w górę rączki...

- Zostawcie...

BUM. Dziecięcy wybuch magii. Wrzask, wrzask jak pod Cruciatusem, ale głośniejszy, wibrujący, ona wrzeszczała tak wtedy, kiedy... Brzęk pękających szyb. Wtedy, wtedy, wtedy... ZNOWU.

O wielki Loki, niech TO się nie wydarzy. Norny, o, boskie Norny, błagam, miejcie litość choć ten raz...

- Flitwick – Głos pana Dumbledore'a był głosem bardzo, ale to bardzo rozgniewanego generała. – Co. Wy. Tu. Wyprawiacie. Jeśli jej się coś stało, zabiję.

Ach, ten cudny talent, umieć krzyczeć szeptem. Jeśli Ariana zachoruje, on ich naprawdę zabije. Gellert chciałby być tego świadkiem... Wspólnikiem.

Aurorzy od razu spuścili z tonu, a Gellert obdarzył pana Dumbledore'a ogromną sympatią. Tak, to był człowiek, który mógł się zemścić jak Nibelung i z podniesioną głową powędrować do Azkabanu.

- Tatusiu! – rozległ się pisk dziewczynki – On mnie uratował, a oni go biją!

Ona mówi! Będzie dobrze.

- Co. To. Ma. Znaczyć! – syczał pan Dumbledore – Jeszcze dziś powiem pani Weasley, że jej podwładni zachowują się jak mugolscy Anglicy w koloniach!

- On mnie uratował – powtórzyła Ariana.

Aurorzy opuścili różdżki.

I wtedy przybiegła ciocia, z uniesioną różdżką w dłoni. Nic dziwnego, ten łomot obudził już chyba nawet Artura na Avalonie.

Dopiero teraz Gellert, z rękami grzecznie podniesionymi nad głowę, wyszedł zza pieca. Ostrożnie, gotów w każdej chwili zrobić unik.

- Gellercie! – jęknęła ciotka – Co ty tu robisz? Co zrobiliście temu biednemu dziecku, Wulfryku? – syknęła, wbijając wzrok w wysokiego, szpakowatego aurora.

- Pani go zna? – zdziwiła się ruda aurorka.

- To mój krewny. Gellert. Gellert Grindelwald – westchnęła ciotka – Straszny łobuziak. Nie mam pojęcia, skąd się tu wziął. Jak jego prababki...

- Ciociu! – jęknął Gellert płaczliwym tonem – Ja chciałem dobrze... Miałem sen...

I wreszcie powoli, słowo po słowie, sprawa zaczęła się wyjaśniać.

- Kradzież różdżki, nielegalna podróż międzynarodowa, atak na mugoli, użycie niebezpiecznego zwierzęcia, rzucanie zaklęciami...

- To było niechcący...

- ...w aurorów na służbie – wyliczał Flitwick – Oj, mały, usłyszymy o tobie jeszcze... – Westchnął ciężko. – Gdzie są twoi rodzice?

- Na cmentarzu. W kwaterze dla zasłużonych – warknął Gellert – Obok dziadków, zresztą.

- Gellercie! – zgromiła go ciotka – On jest wrażliwy na tym punkcie, Wulfryku. – dodała ciszej, odwracając się stronę Flitwicka.

Ten westchnął.

- To kto jest jego opiekunem?

- Prababki. Wszystkie cztery. Nie masz pojęcia, jak trudno było... O, jedna już jest. Merlinie, to madame Elżbieta! Nie stójcie tak, chowajcie różdżki, bo wam głowy poodgryza!

*książę ciemności

** śmierć worgom

*** szkop

**** stulcie mordy

Faktycznie, przez okno widać już było lądujący oddział. Prababka przybywała w pełnej gali. Z adjutantką, sekretarką, obstawą honorową, gryfami, bojowymi psami, na ośmionogim pegazie, w siodle wartym tyle, co mały domek z ogródkiem. Brakowało tylko muzyki Wagnera.

Ach, ci aurorzy powinni go byli solidnie związać, obić tak, by miał spuchniętą twarz, potem rzucić go na kolana i przystawić mu różdżkę do karku. I prababka powinna była to zobaczyć. Ach, ujrzałby ją wtedy w szale bojowym... Nauczyłby się pewnie wiele.

Prababka zsiadła eleganckim, wyćwiczonym ruchem, jakby miała dwadzieścia lat, a nie sto dwadzieścia siedem. Boruta zapiał donośnie na powitanie i zatrzepotał skrzydłami. Prababka, wraz z obstawą, ruszyła w stronę drzwi domu Dumbledore'ów i wkroczyła do kuchni jak do zdobytej twierdzy. Roztrzaskane przez Arianę szkło zazgrzytało jej pod butami. Gellert drgnął. Aż za dobrze znał ten dźwięk i nie spodziewał się po nim niczego dobrego.

Prababka obrzuciła wszystkich przenikliwym spojrzeniem lewego oka. Prawego nie miała, odkąd Gellert pamiętał. Prawej ręki też nie miała, rękaw munduru kołysał się i podskakiwał dziwnie, drażniąco, przy każdym jej ruchu.

Pan Dumbledore machinalnie pogładził bliznę na lewym policzku. Ruda aurorka znów odezwała jako pierwsza.

- Pani jest opiekunką tego dziecka? – zapytała.

- Owszem – odparła prababka łagodnym, podejrzanie łagodnym tonem.

- Pani godność, jeśli można wiedzieć?

- Elżbieta Batory. Generał Auroratu Siedmiogrodu, Wołoszczyzny, Moładwii, Węgier, Tyrolu, Karyntii, Styrii, Bawarii i Szwabii. Szerzej znana jako Dunajska Rusałka.

Aurorzy mieli idiotyczne miny. Pewnie się zastanawiali, czy prababka sama poodgryza im głowy, czy nakaże to milczącym paniom w czerni, stojącym wokół niej z różdżkami w dłoniach. Różdżkami wprawdzie opuszczonymi, ale... Gellert widział, że wiedźmy są gotowe zareagować na gest, cień gestu prababki. Nie, tylko nie to, niech nikt nie powie czegoś głupiego, niech nikt nie podniesie różdżki...

Pan Dumbledore chyba nie mógł zdecydować, czy jest to niezapowiedziana wizyta miłych gości, czy podstępny najazd wrażej armii. Prababka pochyliła głowę, uważnie mu się przyglądając. Potem rzuciła okiem na claymore, wiszący na ścianie i uśmiechnęła się szeroko.

- Dumbledore! – zawołała radośnie – Percival Dumbledore... – Podeszła do niego i bezceremonialnie przeciągnęła dłonią po jego bliźnie. – Znowu się spotykamy... Czyż to nie czysta magia? Pamiętasz? – stwierdziła swoim chropawym, ciężkim francuskim.

- Ma générale* – odparł pan Dumbledore przez zaciśnięte zęby – Herbatek u pani nie da się zapomnieć, zaręczam. A jeśli idzie o to dziecko, to nie mam z tym...

- Gdybym myślała, że chciałeś go porwać, rozmawialibyśmy inaczej – przerwała mu prababka – Wprawdzie nie lubię robić pewnych rzeczy, jak sam może pamiętasz. Ale to jeszcze nie znaczy, że nie potrafię.

Ruda aurorka podniosła różdżkę, zdenerwowana rozmową, z której pewnie nie pojęła ani słowa. Brytyjczycy nie słynęli ze znajomości języków obcych.

Prababka łypnęła na nią podejrzliwie.

Wotanie, wysyłaj walkirie. Dużo walkirii, będą miały zajęcie.

- Babciu – Gellert musiał ratować sytuację. – On mi nic nie zrobił, sam tu przyleciałem... To naprawdę są Dumbledore'owie.

Jeśli prababka myśli, że to jakieś „sztuczki pod wielosokiem", to zaraz polecą wióry. I klątwy.

- Nigdy bym nie posądzała Percivala o takie charłackie świństwa – odparła z mocą babka – Znamy się nie od dziś. Prawda? Pamiętasz, jak się poznaliśmy? A może... zapomniałeś?

Niech on wreszcie coś powie, co ją przekona, że nikt nie próbuje jej oszukać!

- Ma générale – ciągnął pan Dumbledore – Nikt nie miał zamiaru...

Prababka teatralnie przewróciła oczami.

- A ja nie mam zamiaru urządzać tu... incydentu dyplomatycznego – warknęła – Nie mam nic do ciebie. Czy ja cię kiedykolwiek o coś oskarżałam?

- Owszem – odciął się pan Dumbledore. – O bycie bandytą. Szkockim rudym mordercą o pustym łbie.

- A, tak – prababka uśmiechnęła się wrednie. – Rozsądkiem się wtedy nie wykazałeś. Za to odwagą za pięciu. Cóż, złe uczynki są podobno karane po śmierci, a dobre za życia. Miałam cię kazać powiesić na najbliższym drzewie, jak jakiegoś mugola, pamiętasz?

Prababka chyba jednak zamierzała „urządzić incydent dyplomatyczny" albo i zmajstrować casus belli.

- Że też każe się pani swoim podwładnym się tak fatygować – odbił piłeczkę pan Dumbledore – Bez aportacji, tysiąc mil w jedną stronę...

- To do przerębli z tobą, rudzielcu... – mruknęła prababka groźnym tonem, ale oczy jej się śmiały.

- To jeszcze dalej. Khavir-o-Lut jest pustynią, ma générale.

Prababka uśmiechnęła się szeroko, wykonując prawie niewidoczny ruch dłonią. Jej podwładne, jak jedna czarownica, zatknęły różdżki za pasy. Najwyraźniej weryfikacja wypadła pomyślnie.

- Można wiedzieć, o co tu chodzi? – wtrąciła się ruda aurorka.

Ja też! Ja też! Gellert o mało nie zaczął podskakiwać z ciekawości.

- Narcyzo – stwierdził pan Dumbledore ze spokojem – Nic się nie stało, pani generał tylko martwiła się o tego dzieciaka, sama rozumiesz, niektórzy są tak podli, że mogliby mu zrobić krzywdę tylko dlatego, że to Batory. Zabierze chłopaka i odjedzie.

- Ech, co za skromność! – zaśmiała się prababka, płynnie przechodząc na angielski. – Przyznaj się, chciałeś mi klątwą głowę uciąć! Nie mieli możliwości wygrać na otwartym polu, nie przy tym stosunku sił. – dodała – Już nie wspominając o tym, że byli wymęczeni, a ja miałam świeżych ludzi. Toteż grupa przedsiębiorczych Szkotów postanowiła mi sprawić niezapowiedzianą wizytę, mając nadzieję, że bez dowódcy... Czego się tak gapisz, jak ci tam... Flitwick, każdej bestii najlepiej strzelić w łeb! Chyba, że buchorożcowi... Dobrze kombinowali! – Prababka rąbnęła pięścią w stół, jakby to nie ona była celem. – Wracając do sprawy, cóż, nie wyszło im, wiadomo, akcja trudna, oceniam szanse powodzenia na jakieś pięć procent... A ten wariat jeszcze osłaniał odwrót, zamiast wiać. A że złe uczynki są podobno karane po śmierci, a dobre z całą pewnością za życia, wylądował z pochlastaną gębą u mnie na fajfokloku.

- Nigdy nie zapomnę smaku tej herbaty, ma générale – mruknął pan Dumbledore.

- Wierzę. – Prababka uśmiechnęła się, pokazując zęby.

Prababka Elżbieta była szalona, to Gellert wiedział. Ale żeby aż tak? Ale, na kły Jormunganda, sam wtedy wypuścił spod różdżki smarkacza, który osłaniał swoich. Smarkacza, który – w końcu był aurorskim kadetem – wysłałby go z powrotem za kraty, gdyby mógł. Ha. Historia zatacza koło. A może już się powtórzyła? Wydarzenia poprzedzające przejście będą się powtarzać, powtarzać bez końca. Meçut tym razem miał na imię Percival. Percival Dumbledore.

Percival Dumbledore nie zostanie uwięziony. Nie umrze. Jest kimś. Najwyraźniej ma wpływy. Gdyby dał się przekonać do sprawy, jakim wspaniałym byłby sprzymierzeńcem.

A jeśli nie? Jeśli nie, no cóż, się zobaczy. Ale wtedy Albus... Tak wiele zmian...

Poza tym babka Albusa też nie umrze... Przecież zginęła, eksperymentując z zaklęciem, które miało pomóc Arianie... Ją też pozna, a kto wie... Musi, musi to dobrze rozegrać!

Z zamyślenia wyrwała go pan Dumbledore,

- Ma générale, przyszła pani z rewizytą niezapowiedziana – zaczął – Proszę więc wybaczyć nasze zaskoczenie. Ale tak się składa, że moja żona właśnie skończyła piec ciasto z jabłkami, a moja babcia przysłała mi cejlońską herbatę...

- Jak ja lubię konkrety. – Ucieszyła się Elżbieta. - I może wreszcie się dowiem, co nabroił mój prawnuczek. Ale, ale, najpierw pomożemy posprzątać.

Jej obstawie nie trzeba było dwa razy powtarzać, kilka zaklęć później dom wyglądał, jakby nic się nie wydarzyło.

Aurorzy, stwierdziwszy, że madame Batory dostanie karę pieniężną za niedopilnowanie prawnuka, przezornie się zmyli.

– Percivalu, gdzie twój trzeci? – spytała prababka, gdy na stole wylądowało rzeczone ciasto, pachnące jabłkami, cynamonem i wanilią.

- Co trzeciego?

- Dzieciak.

- Widzę, że wywiad Transylwanii...

- Jaki tam wywiad! – parsknęła prababka - Jakby nie mieli nic lepszego do roboty! Jestem stara, jednooka, ale jeszcze nie ślepa, co tam niby wisi na ścianie? Kilt po prapradziadku?

Zegar ze wskazówkami, pokazującymi miejsce pobytu domowników. Faktycznie, nie trzeba było być detektywem, by zauważyć, że nie wszyscy są w domu. Nie było Albusa.

- Powinien tu zaraz być – odpowiedziała pani Dumbledore.

- Bardzo chciałbym go poznać – powiedział Gellert tonem niewinnego dzieciątka.

Prababka spojrzała na niego, jakby dopiero teraz przypomniawszy sobie o celu swojej wizyty.

- Mój drogi – zaczęła – Zechciej mi wytłumaczyć, co za wiatr przywiał cię aż tutaj.

- Proszę go nie karać – wtrąciła się pani Dumbledore – Gdyby nie on, nasza córka... Napadli ją mugole. Merlinie, aż strach pomyśleć, co mogliby...

- Różdżka – stwierdziła krótko prababka, wyciągając po nią dłoń. Gellert podał jej ją bez słowa. Stara wiedźma pomachała nią, mrucząc coś pod nosem.

- Słuchała cię – raczej stwierdziła, niż zapytała. Gellert potwierdził.

- Jeśli bzowa różdżka starej Bellicosy nie urwała ci palców, to miałeś dobre powody, by jej użyć – powiedziała prababka i tymi słowami zamknęła sprawę.

Bzowa różdżka, na Norny. The Elder Wand**. Czyżby szukał tego, co cały czas było blisko? Różdżka, której nie używało się do codziennych zaklęć, różdżka od spraw wielkich. Różdżka, która go słuchała i która go zrozumie.

- Mamo, przyjechali do nas goście? – usłyszał zdumiony głos. Albus?

Gellert musiał ugryźć się w język, by nie wykrzyknąć imienia przyjaciela.

Albus? Dzieciak w krótkich, mugolskich spodenkach, dzieciak z poobijanymi kolanami, małą miotełką pod pachą i nadgryzionym jabłkiem w dłoni.

Albus? Albus! Al...

Stop. To nie będzie ten Albus. Ojciec i matka będą przy nim i będą mieli na niego wpływ. To nie będzie nastolatek przygnieciony odpowiedzialnością wobec chorej siostry i brata-o-krok-od-Azkabanu, samotny, zrezygnowany, nieporadny Albus.

Jak bardzo musiał być zdesperowany, by przelać na Gellerta tyle uczuć, pragnień, marzeń. Ten Albus będzie mógł spełniać swoje marzenia i bez Gellerta. Może nawet – w końcu niektórzy lubią grać raz w Quidditcha, raz w szachy – znajdzie narzeczoną. A nawet jeśli nie narzeczoną, a bardzo bliskiego przyjaciela, to Gellert nie będzie jedyną możliwością.

I bardzo dobrze. Gellert mógłby mu to i owo podarować – bo i szachy, i Quidditch to piękne gry – ale Albus chciał mieć wszystko, na wyłączność i na zawsze. Górnie, chmurnie i rymami, wzniośle, namiętnie,nierozłącznie i do grobowej deski. Uff. Patos, etos i Aramis, tego Gellert by nie zniósł.

Nie, żeby lubił skakać w bok. Co to, to nie. Krótkie chwile przyjemności miewały długotrwałe i paskudne konsekwencje, zwłaszcza dla wodza i polityka. No i psuły charakter, a to dla wodza zabójcze. Ale Albus... Cóż, Gellert był dla niego jedynym zapomnieniem, nadzieją, jedynym towarzyszem, jedynym khm... obiektem romantycznych zrywów. Chciał się w niego wczepić, stopić się z nim, stać się jednym. Niezdrowa reakcja wywołana sytuacją rodzinną, rozpaczliwa, obsesyjna zaborczość. Ale teraz tak się stać nie musi. Teraz Albus może się rozwijać w prawidłowy sposób. A rozsądny i dominujący ojciec może jeszcze wyprostuje to, co klakierzy z Hogwartu wypaczyli... To znaczy dopiero będą wypaczać i psuć.

Prababka, spróbowawszy ciasta, w głos wychwalała kunszt pani Dumbledore.

- Proszę nie przesadzać – Kendra zaczerwieniła się, zakłopotana – To tylko stary przepis mojej prababci...

- A mogę go dostać? – spytała wprost prababka.

- Pani piecze? – zdziwiła się Kendra.

- Owszem – odparła prababka – Tudzież nadzoruję wyrób wina. Kiedyś warzyłam, i to nieźle – westchnęła – Ale teraz – spojrzała na pusty rękaw – To już nie to samo.

Tak, nie to samo, zważywszy że miałaś czternaście lat, kiedy ci odstrzelili rękę i jakoś ci to nie przeszkodziło studiować alchemii pomiędzy kolejnymi wojnami i porodami. Prababka uprawiała politykę Avadą, trucizną i macicą, jak na córkę wielkiego rodu przystało.

Pozostałe prababki też zresztą miały ciekawe życiorysy... Nie, żeby Gellert był pod tym względem lepszy, chociaż on pochował tylko jedną żonę, a prababki w sumie jedenastu mężów. Czarodzieje z ich epoki powinni byli bardziej dbać o dietę, pilniej ćwiczyć sztukę uników i bardziej uważać, komu ufają. I nie wsiadać na miotłę po pijanemu.

A propos flaszek, prababko, „teraz już nie to samo", co?

A ta buteleczka, która zmieniła bieg historii, sama się uwarzyła? Tak, tam kiedyś wyszło, czemu ten most się zawalił, gdy przejeżdżał po nim ten pociąg i długo dysputowano, czyś bohaterką magicznego świata, czy też zdrajczynią i morderczynią. Czyś szlachetną altruistką, czy też dbasz tylko o własną skórę i majątek.

Durnie. Jakby jedno musiało wykluczać drugie. Czasem mord i zdrada są jednym rozsądnym i honorowym wyjściem.

Chociaż kto wie, może prababka była odpowiedzialna „tylko" za stworzenie przepisu i zdobycie składników, a warzył stary Vuk Malefoi albo i któryś z pomniejszych oficerów. Kto ich tam wie, co tak naprawdę porabiali, gdy szli „omawiać strategię".

- Chociaż – ciągnęła prababka – Chodzi mi po głowie pewien pomysł... Ale byłyby mi potrzebne niebieskie róże, a tak trudno o prawdziwe, a nie tylko obłożone zaklęciem.

Kendra uśmiechnęła się i szepnęła coś Aberforthowi, który pędem wybiegł z domu. Po chwili wrócił, niosąc w rączce wielki kwiat w kolorze głębokiego błękitu. Nieśmiało podał go Elżbiecie.

- Cóż za dżentelmen. – Pochwaliła go prababka i z uwagą zaczęła się przyglądać róży. – Ile ich zakwitło?

- Około setki – odparła pani Dumbledore – Mam tylko kilka krzaków, sama je wyselekcjonowałam. Nie mają jeszcze licencji Ministerstwa...

- Nie stanowi to dla mnie problemu – odparła prababka – Chętnie je zakupię i zamówię kolejne.

- To dość kosztowny kwiat – zauważyła pani Dumbledore – Wyhodowanie róży o czystej magicznie barwie...

- Zdaję sobie z tego sprawę.

Świat wirował Gellertowi przed oczami. Jeśli prababka Elżbieta dostanie te róże, uwarzy eliksir dla prababki Ludwiki ze trzy lata wcześniej, niż uczyniła to tam. Wtedy Ludwika von Bayern pożyje dłużej, może na tyle długo, by powstrzymać magiczną Europę przed wojną, która tam wybuchnie za siedem lat. A wtedy cała historia, którą Gellert znał, runie jak domek z kart. Nie, historii nie da się zmienić tylko trochę. A co wtedy...

- Nad czym myślisz? – Albus trącił go łokciem.

- Nie... Nic ważnego. Zmęczyłem się trochę.

- Ale pójdziesz z nami puścić latawca? Wiatr się zerwał.

Niech Fenris zeżre historię. Można jej trochę pomóc tam i tu, ale skutki i tak pozostaną nieprzewidywalne. Polityka? Pomyśli o tym jutro, dziś niczego już nie zmieni. Ideologia? Zawsze można ją zmienić tak, żeby ocalić to, co ważne. I do Hel z resztą.

Uratuje swój świat. Czołgami. Klątwami. Kłamstwami. Bombą w butelce po koniaku. Zrobi, co trzeba. Zrobi wszystko.

Ale teraz liczy się tylko ten dzień, ten moment. Teraz będzie żył, nie tylko nieumierał. Gellert zaśmiał się głośno.

- Latawiec? A pewnie! Kto ostatni w sieni, ten gumochłon!

* nie jest to całkiem poprawne po mugolsku, ale jeśli jest mon(sieur) général to niech i będzie ma(dame) générale

** bo w starszą różdżkę to jeszcze uwierzę, ale nie w czarną. Wand of Elder, różdżka z czarnego bzu.

"Once the rockets are up, who cares where they come down?
That's not my department" says Wernher von Braun.

You too may be a big hero,
Once you've learned to count backwards to zero.
"In German oder English I know how to count down,
Und I'm learning Chinese, " says Wernher von Braun.

TOM LEHRER, „Wernher von Braun"

15