Rozdział trzeci
O trzech prababkach Gellerta, jednej kozie i jednym zamachu
Wiatr, szarpiący długą, ostrą trawę. Latawiec wysoko nad głowami, rzucany kapryśnymi podmuchami. Słońce, które jeszcze długo, długo nie zajdzie, przecież to lato i północ Szkocji.
Energiczne, bystre, silne kucyki, galopujące i skaczące jak same diabły.
Dudu-dum, dudu-dum, ich kopytka wybijały rytm galopu, galopu zabawy, a nie bitwy i ucieczki.
Kucyki. Mięciutkie, ciepłe chrapy, twarde włosy grzywy. Kucyki... U prababci Ludwiki Bö znowu w stoi w stajni. Bö, i Flocke, i Lisa, i Lotte. A on znów jest na tyle mały i lekki, by skakać na nich przez te małe, śmieszne żywopłoty w jej ogrodzie w Linderhof. Norny, niech ten dzień trwa...
Albus, ciekawski, wylewny i roześmiany Albus. Chociaż, szczerze mówiąc, Aberforth wydawał się Gellertowi ciekawszym kompanem. Przede wszystkim o wiele lepiej znał się na kucykach; widać było, że miał rękę i serce do zwierząt, a tego Albusowi brakowało. No i Albi nadął się jak przestraszona ropucha, gdy Aberforth po raz kolejny wygrał wyścig.
- Zawsze tak ma – stwierdził ze stoickim spokojem Aberforth – Nie cierpi, jeśli ja albo Ari potrafimy coś lepiej.
- Skąd my to znamy... – mruknął do siebie Gellert. Przemądrzały Albus. „Dla większego dobra", tak, to było genialne hasło, Albusie. Paniczyk, który myśli, że wszystko wie najlepiej.
Może teraz rodzice trochę go utemperują, bo jak nie, to za dwadzieścia lat chłopak gotów rozpętać jakąś szaloną rewolucję. I przeżyć może trzy dni... Chyba, że zrobią mu proces, to może pożyje trochę dłużej. Na Norny, Albus do końca życia nie nauczył się dostrzegać połowy rzeczywistości, a może i trzech czwartych. Jeśli ktoś go nie poprowadzi...
Aberforth za to zdawał się mocno stąpać po ziemi. Ciekawe, co z niego wyrośnie, teraz, gdy rodzina będzie normalna?
Ari siedziała w trawie, a nad jej głową krążyły bajecznie kolorowe motyle, takie, jakich nie ma nawet w dżungli. Gellert miał ochotę śmiać się i wyć równocześnie. To te motyle zrobiły z niej żywego trupa, a ona o tym nie wiedziała i nigdy się nie dowie.
W szklarni pani Dumbledore rosły truskawki, wielkie jak dziecięca pięść i słodkie jak cudem ocalone życie. Soczyste jabłka z pękały z chrzęstem pod naciskiem zębów. Świat porażał intensywnością dźwięków, kolorów i woni; Gellert zapomniał już przecież, jak to jest mieć oboje oczu, jak to jest mieć uszy, których nie stępił huk wystrzałów. Norny, niech ten dzień trwa, niech słońce nigdy nie zajdzie!
Pani Dumbledore grała na fortepianie, prababka zaczęła śpiewać.
- A zna pani arię generalską? – Elżbieta zaśmiała się wesoło.
- Generalską?
- Cóż, została napisana dla tenora, ale bardzo ją lubię – ciągnęła prababka – Nessun dorma, nessun dorma... – zaczęła powoli.
- A gdzie tu generał? – pan Dumbledore uniósł brwi. Elżbieta uśmiechnęła się łobuzersko.
- Na końcu. All'alba vincerò! Vincerò! Vincerò!
Gellert mógłby spędzić tak całe życie. Trwaj, chwilo, jesteś piękna!
Werd ich zum Augenblicke sagen:
Verweile doch! Du bist so schön!
Dann magst du mich in Fesseln schlagen,
Dann will ich gern zugrunde gehn! *
Zadrżał. Nie, nie wolno mu się zatrzymać, bo ten świat pęknie jak bańka mydlana. Musi działać. Zacznie od zdobycia sympatii Dumbledore`ów.
- Babciu – zapytał niewinnym tonem – Mogę tu zostać na noc?
Został cały tydzień. Jeździł na kucykach po wzgórzach, pływał w rzeczce, latał na dziecięcej miotełce, opychał się owocami i ciastem.
Pomagał pani Dumbledore w szklarni i sadzie, i nauczył się wiele o roślinach. Ósmego dnia spędzili cały ranek goniąc sadzonki z Birnam, którym udało się wydostać z paczki. Spędzili, to znaczy pani Dumbledore, on, Abi i Ari. Albus nie lubił się babrać w ziemi.
- No wreszcie. – Pani Dumbledore wcisnęła wierzgającą brzózkę do doniczki. – Dziękuję, Gellercie, doskonały z ciebie pomocnik.
...który zabił... ocalił ci córkę, a ty o tym nie wiesz – dokończył w myślach Gellert.
Dość tego. Nie myśl o rzeczach niebyłych, głupcze. Szczerze mówiąc, nie pamiętał już, w jaki sposób Ariana zginęła. Wiedział tylko, że pokłócił się z Albusem – choć nie był już pewien o co – i że doszło do tragicznej w skutkach bijatyki.
- Mamo, mamo! – usłyszał głos Abiego – Jakaś pani przyjechała po Lerta!
A Abiego kiedyś udusi za wymyślanie takich zdrobnień.
Prababka Ludwika wolno szła ścieżką. Błękitny płaszcz ślizgał się po trawie, jakimś cudem nie zahaczając o krzaki. Musi wydębić od prababki to zaklęcie, koniecznie, jest takie... dostojne.
Pani Dumbledore wstała, by przywitać niespodziewanego gościa.
- Ludwika von Bayern – przedstawiła się prababka.
- Ta o pseudonimie „Królewna"? – Albus pojawił się wie wiadomo skąd. Pewnie się naczytał gazet, mały mądrala.
- Dziecko – Prababka uśmiechnęła się łagodnie. – To nie pseudonim. To fakt.
Prababka Ludwika w całej krasie. Prababki Elżbieta i Joyce mogły sobie dowodzić armiami, obalać tyranów i babrać się w krwi wrogów po łokcie. Prababka Charlotta mogła być geniuszem numerologii. Ale to Ludwika miała królewski styl, niech ją Fenris pożre.
Pożre, akurat. Fenris chodziłby za nią na smyczy; Ludwika uwielbiała magiczne zwierzęta. No właśnie...
- Ale fajny kozioł! – zawołał Aberforth i nie czekając na pozwolenie, podbiegł do habergoassa** i zanurzył rączki w długiej, czarnej sierści. – On ma cztery rogi! Mamo, widzisz?
Dobrze, że pani Dumbledore nie znała się na zwierzętach, bo by z pewnością dostała zawału. Koźlisko było wielkie jak koń pociągowy, kudłate i masywne, a do tego potężne magicznie. Gellert nie chciałby się z nim mierzyć w pojedynkę.
- On nie ma ratek, tylko kopyta jak shire***! Mamo, zobacz!
Czyli kopyciska jak talerze, którymi mógłby cię wysłać nie na drugi, a na trzeci świat, dzieciaku. Ale najwyraźniej nie miał takiego zamiaru, bo żadne magiczne bydlę nie jest tak głupie, by kopać i bóść kogoś, kto ma w zanadrzu pachnące jabłka i chętnie się nimi dzieli.
- Jaki bystry chłopczyk – powiedziała prababka – Interesują cię magiczne stworzenia?
- Wszystko, co się rusza – westchnęła pani Dumbledore – Abi, nie!
- Niech sobie pojeździ, Czarny Pan nic mu nie zrobi – uspokoiła ją Ludwika – To poczciwe zwierzę, jeśli go nie drażnić.
- To armia na czterech nogach – mruknął pod nosem Gellert.
Tymczasem „poczciwe zwierzę" woziło Abiego po sadzie, grzecznie słuchając jego poleceń.
- Niezwykła moc – stwierdziła w zamyśleniu prababka – Czy myślała pani o kształceniu syna jako zaklinacza zwierząt? Takie zdolności to rzecz niespotykana.
Aberforth był w siódmym niebie, a Albus siedział na ławeczce, znów nadęty jak ropucha. Był zły, że to nie on jest w centrum uwagi.
Prababka zakaszlała, wyciągnęła z torebki piersiówkę z eliksirem i pociągnęła solidny łyk z gwinta jak stary furman. Gellert zauważył, że eliksir jest niebieski, niebieski jak róże pani Dumbledore. Prababka Elżbieta nie zwykła tracić czasu.
- Gellercie, dziecko, musimy się pospieszyć – ciągnęła Ludwika – Tak, wiem, lubisz tu być, będziesz mógł odwiedzać przyjaciół. A my zaprosimy Aberfortha do nas, prawda? Z pewnością spodobają mu się moje zwierzęta.
O tak. Prababka chyba wymykała się czasem z zamku i żyła wśród mugoli pod nazwiskiem Hagenbeck****.
Zamek Neuschwanstein na zdjęciach wyglądał jak zabawka. W rzeczywistości było to jednak potężne zamczysko, a jego magiczna wersja wręcz porażała ogromem.
- Czy to nie cudowne miejsce? – westchnęła Ludwika.
Gellert przytaknął. Zamek stał w lesie, na wzniesieniu; za nim piętrzyły się strome skały, po których spływał kaskadami potok; przed nim rozpościerała się równina. Jezioro, dużo większe w swojej magicznej, niż mugolskiej wersji, połyskiwało w słońcu.
- Zamierzam otworzyć tu szkołę – stwierdziła prababka – Jeśli tylko mi zdrowie pozwoli... Będziesz do niej uczęszczał, do pierwszego rocznika.
Coś ukłuło go w sercu. Zmiana, znowu coś się zmieniło... Ale na lepsze. Gellert przytulił się do ciepłego muru. Uwielbiał Neuschwanstein.
- Dziękuję, babciu. To najlepsza wiadomość w moim życiu.
Mały, otwarty powozik, zaprzężony w dwa kare konie, toczył się ulicami Monachium. Prababka Ludwika powoziła osobiście, a Gellert siedział obok niej na koźle. W powozie zaś jechał kosz kwiatów, które prababka zakupiła od pani Dumbledore.
Gellert uśmiechnął się do siebie. Taka reklama i jutro wszystkie kwiaty zostaną wykupione. Fantastycznie.
Prababka skręciła w Neuhauser Strasse i zatrzymała powóz przed kościołem jezuitów. Gellert już wiedział, dla kogo te kwiaty.
Zeszli do krypt rodu Wittelsbachów.
- Biedny Ludwik – westchnęła prababka, stawiając kosz przed królewskim sarkofagiem - Biedny Ludwik. Mogli go chociaż nie upokarzać.
Detronizacja a potem kula w głowę i do jeziora – pomyślał Gellert – Fakt, niepięknie.
- Babciu, nie mogłaś mu pomóc? – zapytał głośno – To przecież był nasz krewny i wiedział o tym, że magia istnieje.
- Wiedział – Ludwika znów westchnęła – I bardzo pragnął nią władać.
Co widać po tym, co zbudował – dodał w myślach Gellert – I to go zabiło.
- Zawsze pragnął być tym, czym być nie mógł – ciągnęła prababka – Czarodziejem, choć pochodził w mugolskiej części naszej rodziny. Władcą potężnego imperium, choć Los dał mu małe państewko. Pragnął żyć nad stan, żyć w świecie sztuki i marzeń, a to nie jest przeznaczeniem króla.
- Nie poprosił o pomoc?
- Nie – Potrząsnęła głową prababka. – Może nie zdążył. Może był zbyt dumny. Może nie docenił podłości własnych krewnych. A ja miałam wtedy naszą wojnę na głowie i nie śledziłam wydarzeń w mugolskim świecie, niestety. A zresztą... Nie wolno nam zmieniać mugolskiej historii, Gellercie.
- A dlaczego nie? – spytał hardo Grindelwald – Czemu nie można zapobiec hańbie i zbrodni?
- A wiesz, czemu ukrywamy się przed mugolami? I to od wieków, od tysięcy lat, także tam, gdzie magia jest akceptowana? Także tam, gdzie żyją szamani? Dla mugoli jesteśmy zbyt niebezpieczni. Jedni się nas boją i zabiliby nas dla własnego bezpieczeństwa. Inni chcieliby nas zniewolić i wykorzystać jako broń albo źródło zysku. Pokojowe współistnienie w prawdzie byłoby niemożliwe.
- Moglibyśmy nimi zawładnąć.
- Cały świat jako wielki folwark niewolników – parsknęła Ludwika – Idź, dziecko, do swej prababki Joyce i spytaj, co o tym sądzi. Pokojowe współistnienie naszych światów nie jest możliwe, chyba, że jedna ze stron byłaby całkowicie podporządkowana drugiej. Straszne. Terror nie...
Gellert poczuł falę magii, falę, która mu się z czymś kojarzyła. Usłyszał klątwę i poczuł, jak prababka popycha go z całej siły w bok, wrzeszcząc „Bavaria". Upadł i odruchowo przeturlał się za najbliższą kolumnę. Sięgnął po różdżkę, ale był tylko dzieckiem, był bezbronny i mógł tylko patrzeć, jak klątwa dosięga Ludwiki.
Avada Kedavra, jak wiele innych zaklęć, jest widoczna; jej promień nie porusza się jednak z prędkością światła, mimo, że sam światło emituje. Gellert widział, jak zieleń uderza prababkę w pierś, rzucając ją na posadzkę. Nić naszyjnika pękła, trzasnął materiał rozdzieranej sukni, perły rozprysły się na wszystkie strony.
W tej samej sekundzie kamienny lew Bawarii powalił zamachowca na ziemię. Ryk zwierzęcia wstrząsnął kryptą, odbił się echem od jej ścian, a potem wszystko umilkło; tylko perły turlały się jeszcze z grzechotem po podłodze.
Gellert przez chwilę tkwił nieruchomo za kolumną, ale kolejny napastnik się nie pojawił. Lew wciągnął powietrze w kamienne nozdrza, a potem uderzył trzykrotnie ogonem o podłogę. Droga wolna.
Gellert wyskoczył z ukrycia i podbiegł do prababki. Na zamachowca nawet nie spojrzał, bo i po co? Po bawarskim lwie nie trzeba było niczego poprawiać.
Ludwika podparła się ręką i z jękiem usiadła. Krew ciekła jej spomiędzy włosów.
- Nic mi nie będzie, kochanie – szepnęła – Uderzyłam głową o balustradę i chyba rozcięłam sobie skórę.
- Ale przecież... Klątwa...
Prababka prychnęła.
- Już sam naszyjnik chyba ją zatrzymał. A poza tym... – Uśmiechnęła się drapieżnie, odsuwają na bok strzęp rozdartej sukni – Przezorny zawsze ubezpieczony. Ten charłak nie był pierwszym...
Gellert pamiętał jeszcze z teorii klątw, że Avadę dało się zatrzymać mechanicznie. Nie można było jej rzucić przez ścianę, pień drzewa czy szybę; metale i kamienie szlachetne były szczególnie dobrą osłoną. A Ludwika była obwieszona biżuterią jak sowiecki marszałek medalami. Sama suknia też była wyszywana złotą i srebrną nitką, zaś pod suknią...
- Babciu, nosisz kolczugę pod koszulą?
- Pod suknią, jeśli już. To się nazywa haleczka Walkirii, Gellercie, jest zrobiona z elektronowych nici. Zwykłe ubrania nie chronią przed Avadą, bo magia bierze je za jedność z ciałem, ale gobliński splot to co innego. Jeśli kiedyś zaczniesz się bawić w politykę, koniecznie spraw sobie męską wersję.
- Kalesony Odyna, co? – zaśmiał się w duchu Gellert, który już zdążył się uspokoić.
- Pomogę ci wstać, babciu.
- Niech ja zobaczę, kto to był tym razem – mruknęła Ludwika i pokuśtykała w stronę zamachowca – Ale przesluchać to już nie będzie kogo...
Kamienny lew pokazał zęby, jakby chciał się triumfalnie uśmiechnąć i odwrócił ciało jednym ruchem łapy. Gellert spojrzał na twarz wroga i aż się cofnął.
- Albus... – szepnął.
Ale to nie był Albus. Owszem, jego rysy były bardzo podobne do rysów Dumbledore'a, ale jego oczy były zielone, włosy rude, a całą twarz miał upstrzoną piegami.
- Głupi chłopak – syknęła prababka – Pewnie ledwie dwudziestki dociągnął... – Na Odyna, dziecko, to nie jest widok dla ciebie! – Zreflektowała się nagle. – Idziemy stąd, Gellercie, on mógł mieć wspólników. Szybko, tylnymi drzwiami...
Wieczorem, w Neuschwanstein, Ludwika roznieciła ogień w kominku i nawiązała połączenie.
- Charlotto – zaczęła – Mam do ciebie pytanie...
- A ja tu ze skóry wyskakuję – warknęła Charlotta – W całej Europie o niczym już nie mówią, tylko o zamachu na twoje życie.
- On chciał przekląć Gellerta – przerwała jej Ludwika. – Nie mnie.
- Jesteś pewna?
- Oczy mam jeszcze zdrowe, widziałam, w kogo mierzył. Ale to nie wszystko. W krypcie nie można się aportować. Kiedy ten charłak się pojawił, towarzyszyła mu fala magii, ale nie ta aportacyjna. Wydaje mi się, że to była wibracja podobna do tej z trzydziestego pierwszego lipca.
Charlotta zamyśliła się, gryząc końcówkę pióra.
- Mniemam, że zamachowiec nie przeżył.
- Dobrze mniemasz. Nie miałam czasu bawić się w subtelności.
- Przyślij mi więc ciało. I zapisy z najbliższych magografów.
- Myślisz, że Gellert...
- Myślisz, że Gellert przypadkiem wpadł na pomysł, by polecieć do Szkocji? I przypadkiem trafił na tę dziewczynkę? Drogę z Transylwanii do Szkocji można pokonać w tak krótkim czasie tylko wtedy, kiedy się precyzyjnie wyznaczy magotrajektorię.
- To znaczy?
- To znaczy, że miał cel podróży przed oczami, gdy wsiadał na tego kuraka Elżbiety. Tylko wtedy magiczny kur mógł go dowieźć na czas. Już nie mówiąc o tym, że leciał tak szybko, jak tylko mógł. Ludwiko, Gellert doskonale wiedział, dokąd musi lecieć i ile ma czasu.
- Ale skąd mógł...
- Nie wiem. Ale powiem ci jedno: nie wspominaj mu o naszej rozmowie, zamknij umysł, patrz mu na ręce i nie odwracaj się do niego tyłem.
* Jeżelibym zawołał kiedyś:
Trwaj, chwilo, jakeż jesteś piękna!
To spętaj mnie i porwij wtedy,
Niech nić mojego życia pęka
I niechaj śmierci biją dzwony!
Faust, rzecz jasna. Sprzedający duszę.
** habergoass / habergeiss: w realu jest to bliski kuzyn naszego turonia; a czterorogie kozy jak najbardziej można w Alpach zobaczyć
*** shire horse; rasa koni pociągowych
**** Carl Hagenbeck, twórca nowoczesnego ogrodu zoologicznego w Hamburgu
