Rozdział czwarty

O przysięgach, początkach kariery czarnoksiężnika i przeszłości Elżbiety B.

Morze Północne było, jak zwykle, niełaskawe. Morska piana, niesiona podmuchami zimnego wiatru, biła go po twarzy, zapierała dech. Prababka Ludwika zdawała się jednak nie zważać na tak drobne niedogodności. Aberforth najwyraźniej też, bo niemal podskakiwał z nadmiaru entuzjazmu.
- Popływamy – stwierdziła Ludwika radosnym tonem – Dobrze wam to zrobi, a przy okazji poznacie...

Gellert wyłączył się na chwilę. Miał już powoli dość gigantycznych wilków (Geri, Freki, Hati, Rudi, Dolfi... I Munin jeden wie, ile tego jeszcze po krzakach siedziało), żar-ptaków, krzyżówek konia ze wszystkim, co się dało (Loki był grzecznym chłopcem w porównaniu z Ludwiką von Bayern), przerośniętych kóz i...

No dobrze. To były fascynujące i przydatne zwierzęta, a prababka wiedziała o nich naprawdę wiele. Jednakże entuzjazm Ludwiki i Aberfortha powoli dawał się we znaki. Mocno. Ludwika uparła się jednak, że incydent w Monachium może Gellertowi zaszkodzić, sprowadziła więc Abiego „żeby dziecko miało towarzystwo" i z uporem godnym lepszej sprawy przedstawiała im co bardziej zębate stworzenia.

- Patrz – pisnął Aberforth – To przecież...
Wielka, trójkątna płetwa rozcinała fale, powoli, majestatycznie zbliżając się do nich. Gellert westchnął. Megalodon to urocze zwierzę, faktycznie. Jeśli prababce zachciewa się miłej przejażdżki, niech jej będzie. Ale to bydlę nie podpłynie do brzegu, bo nie może, jest przecież na to o wiele za duże.

Rzeczony megalodon wygiął się w łuk, uderzył ogonem o wodę i kilkoma całkiem zgrabnymi skokami pokonał płyciznę, by zatrzymać się na plaży, przy okazji fundując Gellertowi prysznic.

- WUUUMMM! – ryknęło zwierzę. Zabrzmiało to jak gwałtownie hamujący pociąg skrzyżowany z silnikiem czołgu, wyjącym na najwyższych obrotach.

Gellert zrozumiał swój błąd. To nie był rekin, tylko orka. Bardzo duża orka. Orka, która jadała megalodony na śniadanie.

- Mamy z nim pływać? – zapytał sceptycznie.
Ludwika uśmiechnęła się szeroko.
- Z nią. Trochę szacunku dla dam. Avado, kochanie, witaj. Czekaj, niech ja cię pocałuję... Kochane zwierzę. Tak, tak, popływamy, Gellercie. Jeśli dodamy to tego trochę magii...
Ludwika wyciągnęła z torebki skrzeloziele. A potem okazało się, że ma jeszcze więcej niespodzianek w zanadrzu, jak choćby zaklęcie, pozwalające dobrze widzieć głęboko pod wodą.

TO. BYŁA. CZYSTA. MAGIA.

Gellert wyszedł z morza oszołomiony, pijany podwodnym światem.
W poprzednim życiu Ludwika nie zdążyła – chyba – pokazać mu tego wszystkiego. Nie, na pewno nie zdążyła. Warto było poświęcić pół tamtego życia za tę godzinę. Za godzinę prawdziwego, magicznego życia.

- Fantastyczne, naprawdę – szczerze zgodził się z Aberforthem, który trajkotał jak najęty, nie mogąc zapanować nad swoim zachwytem - Wiesz – powiedział – Jeśli zostanę animagiem, to chciałbym być rybą.

Nie był pewien, czy w tamtym życiu nauczył się tej sztuki. Chyba. A może nie.

- Nie, ty będziesz białym perskim kotem – odparł Aberforth z przekonaniem – Albo psem husky.
- A to niby dlaczego? – parsknął Gellert.
- Bo masz białe włosy i szalone oczy. One też często tak... Oj, przepraszam, mama zabroniła... – Abi zrobił się czerwony jak burak.
- Heterochromia iridis – stwierdził Gellert z mądrą miną – Całkowita heterochromia iridis. Dziedziczna. Moja prababka Joyce też tak ma. Mama zakazała wam o tym mówić?
- No... Bo Albus stwierdził, że masz szalone oczy i mama się zdenerwowała... I powiedziała, że to nieładnie obgadywać wygląd innych, i...

No pewnie. Na początku, w tym chaosie, nikt nie zwrócił na to uwagi. Ludzie dostrzegają zaskakująco niewiele, zwłaszcza, gdy po kuchni szaleje im oddział zdenerwowanych aurorów... Ale trudno, by prędzej czy później nie zauważyli heterochromii w wersji ekstremalnej, gdy jedno oko jest bladoniebieskie, a drugie w kolorze gorzkiej czekolady. U czarnoskórej Joyce wyglądało to zresztą jeszcze bardziej uderzająco.

Ale szalone oczy? Dobre sobie. Mądrala latał z tymi oczami, jak pies za suką. O ile Gellert to dobrze pamiętał, rzecz jasna. Może to nie był Albus, tylko Aberforth?

- No i? – Charlotta mocno wychyliła się z kominka.
- Zwierzęta go akceptują – szepnęła Ludwika – Nie, nikt nie rzucił na niego żadnego zaklęcia zniewalającego, czy jakiegokolwiek innego. Sleipniry by to wyczuły.
- Eliksir to też nie jest – mruknęła Charlotta w zamyśleniu – Twoje wilki by oszalały.
- Myślisz więc, że on naprawdę miał sen?
- To niewykluczone – odparła Charlotta – Odwiedzę jeszcze Joyce, porozmawiam z nią. Krzywe z magografów wyglądają... interesująco.
- Jakby ona się znała na krzywych.
- Nie jest tak niewykształcona, jak mniemasz.
- Nic nie mniemam. Ona wie dużo więcej, niż mówi. Ale na krzywych się nie zna.
- Och – Charolotta machnęła ręką. – Ja wypalę cygaro, ona tę swoją sziszę, no i pogadamy. Nasze metody są odmienne, ale to tylko zaleta. Każda metoda jest bowiem obarczona błędem i ma słabe punkty. Dwie krańcowo różne techniki zastosowane...
- Dobrze, ufam ci! – przerwała jej Ludwika – Jej mniej, ale... Ale nie mam wyboru. Tylko proszę cię, uważaj.
- Nie zrobię Gellertowi krzywdy.
- Ale Joyce...
- Joyce Freeman dawno już wyrosła z etapu mordowania wszystkiego, co jej stanie na drodze. Nie jest ani głupia, ani okrutna. Tylko urodziła się w podłym świecie, i każdą zaletę, jaką posiada, musiała w sobie wykształcić wbrew temu światu.

- Twoja prababcia jest niesamowita – stwierdził Abi następnego dnia, z apetytem pochłaniając kanapki – Po prostu... najmagiczniejsza na świecie.
- Nie zaprzeczę – odparł Gellert.
- I wiesz, powiedziała, że nauczy mnie wszystkiego o zwierzętach. Wszystkiego! – ciągnął radośnie Abi.

Dobrana z nich para, na wszystkie dzieci Lokiego. Gdyby nie ta różnica wieku, kto wie, czym by się to skończyło...

- Lert, zostańmy przyjaciółmi, co? – ciągnął Abi z dziecięcą powagą.
- A nie jesteśmy? – zdumiał się Gellert.
- No tak, ale tak... Naprawdę. Magicznie. Albi mówił, że wy, na Kontynencie, macie taką przysięgę...

Marmor, Stein und Eisen bricht,
Aber unsere Liebe nicht,
Alles, alles, alles geht vorbei,
Doch wir sind uns treu;

Marmor, Stein und Eisen bricht,
Aber unsere Freundschaft nicht,
Alles, alles, alles geht vorbei,
Doch wir sind uns treu;Marmor, Stein und Eisen bricht,
Aber unser Bündnis nicht,
Alles, alles, alles geht vorbei,
Doch wir sind uns treu...*

Gellert zacisnął zęby, mocno, aż zabolało. Przysięgał już przecież, prawda? Tak, przecież przysięgał. I na wiele to się zdało? Zasłona niepamięci uchyliła się na moment. Przecież on i Albus obiecywali sobie... A potem jedno głupie słowo za dużo, potem krew.

Zresztą jakby Gellert Grindelwald mógł się spodziewać innego losu. Jakby był, mógłby być, czymkolwiek innym jak tylko generałem.
A niemiecki generał i brytyjski nauczyciel mogą patrzeć sobie w oczy tylko zza uniesionych różdżek, taki wyrd.
Wyrd.

Przysięgał, i Albus też przysięgał. A potem ten scharłaczony Tommy, ten mięczak, tchórz i zdrajca miał go pod różdżką i zamiast zabić, zabić jak się należy, zabić jak oficer oficera, pozwolił go zamknąć w klatce, jak jakieś groźne zwierzę.

Scheissverräter. Weichei. Schreibtischstratege.**

- Nie – wychrypiał Gellert – Nie, Abi. Nie przysięgaj nigdy i nikomu.
Zawód w oczach Abiego aż bolał.
Gellert właśnie spieprzył kolejną przyjaźń.

* W realu jest to tekst z piosenki (pierwsza zwrotka gellertowej przysięgi), o tu
watch?v=hFYjMyrVddQIdzie to mniej więcej tak: Marmur, kamień i żelazo pękną, ale nie nasza miłość;
Wszystko przemija, ale my pozostajemy sobie wierni
W kolejnych zwrotkach zamiast „miłości" stoją „przyjaźń" i „przymierze".** a więc po kolei: p... zdrajca, mięczak i hm... teoretyk wojskowy. Taki, co to prochu nie wąchał, a wie najlepiej. Ciężka obelga.

Charlotta Lovelace-Feinmann-Grindelwald była nie tylko wybitną znawczynią numerologii tudzież wielu innych dziedzin magii. W ciągu swego długiego życia nabrała doświadczenia w wielu innych sprawach, również tam, gdzie o gardło chodziło. W związku z tym doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że stąpa po grząskim gruncie, tak pod względem prawnym, jak i politycznym. I moralnym też.

Nie, w magii takie rzeczy nie dzieją się przypadkiem. Gellert jakimś cudem dokonał skoku czasoprzestrzennego i nie chodziło tu o godzinę czy dwie, czego i sama Charlotta mogła dokonać za pomocą swego nowego wynalazku. Nie, to nie był zmieniacz czasu, gdzie skoku mógł dokonać nawet dzieciak. Gellert cofnął się o stulecie.

Pytanie numer jeden brzmiało: jak? Jako uczona, Charlotta pragnęłaby poznać na to odpowiedź. Wiedziała jednak, że i sam Gellert jej nie zna. Takie zaburzenie czasoprzestrzeni musiało doprowadzić do zaburzeń, poważnych zaburzeń pamięci. Szkoda. Skok zostawił jednak na tyle śladów, że Charlotta i tak miała sporo materiału do badań.

Pytanie drugie, o wiele istotniejsze, brzmiało: po co? Wedle obliczeń Charlotty, nawet potężny czarodziej musiałby kumulować moc przez kilkaset lat, by wytworzyć tesserakt. Gellert najwyraźniej znalazł katalizator procesu; tym niemniej było to zadanie na lata. Lata bez magii, lata pracy w sekrecie i samotności. Dlaczego? Co wydarzyło się w tamtej rzeczywistości? Czy miała do czynienia ze zrozpaczonym człowiekiem, który stracił jedynego wnuka? Ukochaną żonę?

A może z genialnym, ale szalonym politykiem, który uparł się urzeczywistnić swoją utopię za wszelką cenę?

A może ze zdesperowanym generałem auroratu, który ratował świat magii przed rzezią za cenę zatracenia samego siebie, własnej pamięci?

Pojawienie się zamachowca kierowało podejrzenia Charlotty w stronę tej ostatniej hipotezy. Skok wygenerował potężne zaburzenie czasoprzestrzenne; przeciwnik Gellerta, korzystając z odpowiedniego ustawienia planet, mógł zlokalizować rezonans magograwitacyjny i przeskoczyć za Gellertem nie ponosząc dużych kosztów magicznych.

I prawie mu się udało. Miał co najwyżej kilka godzin na wykonanie zadania, potem implozja czasoprzestrzeni pozbawiłaby go pamięci, a pewnie i życia; tym niemniej był blisko, bardzo blisko swojego celu.

Wniosek pierwszy: Gellert musiał nieźle narozrabiać; w przeciwnym wypadku nikt nie próbowałby się go pozbyć w tak wstrętny i desperacki sposób. Musiał stać się kimś potężnym, wielkim generałem, wpływowym politykiem, geniuszem magii. I bardzo, bardzo komuś przeszkadzał. Co nie znaczyło, że Gellert był... będzie krwawym tyranem. Co nie znaczyło też, że będzie szlachetnym bojownikiem o wolność i równoumagicznienie.

Wniosek drugi: strona konfliktu, która wysyła magicznego smarkacza, by zamordował dziecko i sam przy tym zginął, nie jest stroną, którą Charlotta poparłaby z entuzjazmem. Co nie znaczy, że Gellert będzie niewinny albo chociaż trochę od nich lepszy. Może tamci zostali tak przyparci do muru przez Gellerta-tyrana, że zdecydowali się na ten desperacki krok?

Nie. Szalony dyktator nie zamknąłby się w jakieś jaskini w Himalajach, by przez dziesięciolecia studiować numerologię i kumulować moc. Tyrani najpierw tracili serca, a potem rozum. Narcyz i sadysta, a innych tyranów przecież nie ma, nie potrafi spojrzeć na siebie i na rzeczywistość na tyle trzeźwo, by zacząć wszystko od początku, płacąc za to samym sobą.

Ale bitny, zaciekły, bezwzględny, zrozpaczony generał mógłby. Co jeszcze nie znaczy, że ów generał był wzorem szlachetnego i wielkodusznego wojownika.

Taka Joyce była przecież wielkim, wielkim dowódcą, nie tylko pod względem taktycznym. Joyce Freeman była naprawdę generał Freeman. Umiała i wygrać bitwę nie do wygrania, i zakończyć wojnę nie do zakończenia, i jeszcze wyjść z tego z honorem. Freeman potrafiła zmienić i świat, i, co jest jeszcze trudniejsze, siebie.

Na Merlina, niewolnica z generalskim honorem, tego jeszcze świat nie widział. Nawet Johnson, szczwany, stary lis, dał się wtedy zaskoczyć.

Ale Joyce była też bandytą. Joyce the Jaguar nie była wiedźmą, którą chciałoby się zaprosić na imieniny, o nie. Gdyby jej ofiarami padli nie mugole, a czarodzieje, dawno zgniłaby w więzieniu. No dobrze: gdyby Johnson się nie uparł, Joyce dawno by wisiała, jak jakiś mugolski rzezimieszek.

Wniosek trzeci: zamachowiec działał ze smyczy. Tak młody czarodziej nie dokonałby skoku samodzielnie. Ktoś go tu przysłał. Ktoś o wiele większej mocy i wiedzy; ale kawał tchórza, który nie odważył się przyjść sam, i durnia, który posłużył się smarkaczem. Doświadczeni aurorzy, łowcy potworów tudzież mordercy chyba nie wyginęli w ciągu stulecia? I żaden nie dał się przekabacić ani przekupić?

Na prosty, mugolski rozum, ktoś z mocą dojrzałego czarodzieja i latami doświadczenia bojowego miałyby większe szanse, zwłaszcza, że przecież nie wiedział, gdzie i kiedy dokładnie wyląduje; Gellert mógł mieć lepszą obstawę niż jedna stara wiedźma, niespodziewająca się niczego złego.

No dobrze, Ludwika von Bayern nie była przeciętną wiedźmą, ale z jej zdrowiem nie było najlepiej i zaatakowano ją z zaskoczenia. Gdyby zamachowcem był doświadczony auror, Gellert pewnie by już nie żył.

Dlaczego więc zleceniodawca nie wybrał kogoś stosowniejszego? Czyżby działał w ukryciu, w konspiracji? Przed kim się ukrywał? Przed siepaczami Gellerta? Przed auroratem? Przed trzecią, czwartą stroną konfliktu?

Może był uczonym, zdesperowanym, potężnym, ale pozbawionym armii? Nie miał nikogo lepszego? Nie każdy geniusz magii nadawał się na przywódcę, zwłaszcza, jeśli musiał działać w ukryciu.

Ale wtedy powinien był dokonać skoku osobiście. Czarodziej, który potrafił ślizgać się na fali czasoprzestrzeni, umiałby ustabilizować rzeczywistość po przejściu na tygodnie, może i na rok. Miałby o wiele więcej czasu i o wiele większe szanse, by dopiąć swego.

A jeśli sumienie nie pozwalało mu tego zrobić, to ten tchórzliwy charłak nie powinien był wydawać wyroku i rozkazu. Wedle praw starożytnych magów Germanii, kto wydawał wyrok, ten miał go sam wygłosić skazańcowi i wykonać go własną różdżką. Dowódca ma poczuć konsekwencje swoich decyzji.

Podobno prawo to cudownie łagodziło obyczaje.

Wniosek końcowy: pytanie, czy Gellerta należy powstrzymać, czy też mu ze wszystkich sił pomagać, pozostało bez odpowiedzi. Choć w głębi duszy Charlotta wolała generała, który się po szwabsku uparł i przenicował czasoprzestrzeń, niż intryganta, który siedział w twierdzy i zrzucał brudną robotę na innych.

Nie pozostawało więc nic innego, tylko wybrać się do Joyce i spojrzeć w przyszłość jej metodami, modląc się, by generał Freeman panowała nad Joyce the Jaguar. Niech jaguar śpi, niech już się nie budzi.

Gellert wpatrywał się w sufit, wodząc oczami wzdłuż wymalowanych wzorów. Wiedział, że zawalił sprawę, i wiedział też, dlaczego. Nie potrafił zerwać z przeszłością. Codziennie przywoływał w pamięci obrazy, twarze, imiona.

Nie potrafił rozstać się z synami, i tak martwymi i przede wszystkim niebyłymi.

Myślał o żonie i magia wariowała, bo wspomnienia dojrzałego mężczyzny nijak nie mogły pasować do rdzenia magicznego chłopca i do ciała dziecka.

Wspominał przyjaciół, którzy w tej rzeczywistości jeszcze o nim nie słyszeli. I może nie usłyszą. Stary Zunzun, dajmy na to, musiał się właśnie szkolić na aurora... I o żadnych puczach i juntach jeszcze mu się nie śniło, zapewne.

Dość.

Albo da im odejść w niebyt, albo oszaleje; ale nie potrafił ich zabić w swojej głowie. Bez nich tracił grunt pod nogami, był sam, nie wiedział, kim jest.

Dość.

Nie mógł żyć życiem Lerta i życiem generała Grindelwalda. Nie mógł żywić urazy do Albusa za to, co się nie wydarzyło. Ale stara, niebyła rana piekła. Wspomnienia powracały z potworną siłą.

Czterdziesty piąty. Pył, który oślepiał, który wdzierał się do płuc. Strzaskana kość udowa, smród surowego mięsa. Piach zgrzytał w zębach, ciało drżało z bólu i upływu krwi.

Pić, na wszystkich bogów, pić! Pył dusił, zasychał mu na twarzy, tworząc twardą skorupę. Coś przygniatało go do ziemi. Gdyby tylko mógł sięgnąć po lugera...

Nie było już niczego, rodziny, przyjaciół, Niemiec, rewolucji. Cały świat, i magiczny, i mugolski, stanął dęba, trzaskał w szwach, rozlatywał się na kawałeczki.

Ragnarök.

A Gellert, syn Lokiego, nie powinien był przeżyć Ragnaröku, to naturalna kolej rzeczy.

Oczy Albusa były niebieskie, nieziemsko niebieskie, różdżka drgała mu w dłoni, a może to wzrok płatał Gellertowi figle.

- Erbarme dich meiner, mein Bruder, töte mich. Du hast ja geschworen.*

Albus milczał, podniósł różdżkę, a potem ją opuścił.

- Erbarme dich meiner, es tut so weh... **

Mówił, szeptał, a każde słowo sprawiało mu ból, jakby miał gardło pełne tłuczonego szkła. A ten durny belfer nie potrafił nawet dwóch prostych słów wypowiedzieć. Dwa słowa i po wszystkim. Gdyby Gellert tylko mógł się ruszyć, sięgnąć po lugera... Zabiłby i jego, i siebie, i odszedł jak na generała przystało.

Ale nie, przecież Albus rączek by sobie nie pobrudził. Niewiniątko się znalazło. A może myślał, że Gellert, jak posiedzi, to przejdzie przemianę moralną?

Naiwny. Kto raz został generałem, naprawdę, głęboko w sercu, ten nigdy nie będzie nikim innym.

Może zmienić zdanie. Odrzucić ideologię. Napalić rozkazami władcy w kominku. Może spiskować z dowódcą wroga i zdradzić.

Może sięgnąć po lugera i osobiście dokonać zmian personalnych na najwyższym szczeblu.

Może, na wszystkie dzieci Lokiego, klęczeć na środku gotyckiej katedry i publicznie prosić o wybaczenie za krew, którą przelał. Prosić szczerze i z własnej, nieprzymuszonej woli. Może spłacić dług krwi, jak robili to czarnoksiężnicy w dawnych wiekach. Nie takie rzeczy świat widział.

Ale na zawsze pozostanie generałem.

- Lass mich gehen, Bruder, bitte. Hab Gnade mit mir***.

I, na kły Fenrira, Albus mógł to zrozumieć, i machnąć różdżką. Albo chociaż dać się Gellertowi w spokoju wykrwawić.

Podobno sam miał o wiele większy komfort, gdy przyszedł na niego czas.

Dlaczego? Dlaczego, na Hel i jej królestwo, Albus nie mógł zrozumieć, że tak byłoby lepiej? Że Gellert właśnie stracił cały świat, i że to boli?

Albus nie miał dzieci, martwych dzieci. Albus nie szedł z innymi ramię w ramię pod Avady i na szafot, nie szedł na wojnę, która przyniosła tylko zniszczenie i hańbę. Co on mógł wiedzieć o wartości życia i śmierci?

A jeśli już Gellert nie zasłużył na generalską śmierć, to, na Lokiego i jego córkę, Albus mógł mu dać coś do picia.

Nie, Albus nie był sadystą, skądże znowu. Po prostu o tym nie pomyślał, zajęty rozważaniami o moralności, zapewne.

A zresztą, co on mógł wiedzieć? Schreibtischstratege. Podpowiadał kolegom na klasówkach w czasie, gdy Gellert spisywał pierwszy rozdział opasłego dzieła pod tytułem „Zbrodnie Grindelwalda".

Dzieło to miało wiele stron, o wiele za dużo. Ale pierwszego rozdziału wcale się nie wstydził. Zatłukłby Feliksa jeszcze raz.

Albus pewnie jeszcze myślał, że postępuje słusznie. Nieszczęsny, delikatny Albi, który powinien całe życie nauczać transmutacji, żyjąc w czasie pokoju, spokoju i harmonii. Nie był człowiekiem, który pasował do swojego losu. Był za wrażliwy, zbyt zraniony, zbyt pobity przez życie. Nie był Gellertem, któremu połamać można było tylko kości. Nie był Joyce the Jaguar, która mogła wstać, wymyć się z błota, poniżenia i krwi, spojrzeć na własny ból z dystansu i zapanować nad sobą.

* Miej litość nade mną, mój bracie, zabij mnie. Przecież przysięgałeś.

** Miej litość nade mną, to tak boli...

*** Daj mi odejść, bracie, proszę. Zmiłuj się nade mną.

Ale gdyby Gellert był wtedy z nim szczery, gdyby go nie okłamał...

Jeszcze jedno wspomnienie wyłoniło się z niepamięci, znów ostre i wyraźne, jak u Caravaggia.

Gellert wziął głęboki oddech. Musiał przejść przez to jeszcze raz, a potem odciąć się od tego i zepchnąć niebyłą przeszłość w nicość.

Marmor, Stein und Eisen bricht,
Aber unsere Liebe nicht,
Alles, alles, alles geht vorbei,
Doch wir sind uns treu;

Marmor, Stein und Eisen bricht,
Aber unsere Freundschaft nicht,
Alles, alles, alles geht vorbei,
Doch wir sind uns treu;

Marmor, Stein und Eisen bricht,
Aber unser Bündnis nicht,
Alles, alles, alles geht vorbei,
Doch wir sind uns treu...

Jak mógł oczekiwać, że Albus go zrozumie, że dotrzyma przysięgi, jeśli nawet nie wiedział, komu przysięga? Gdyby znał przeszłość Gellerta, pewnie nie wpuściłby go za próg.

Albus wiedział, że Gellert został wyrzucony z Durmstrangu. Jakoś nigdy jednak nie dopytywał się o szczegóły. A zaczęło się, jak to u czarnoksiężników bywało, niewinnie.

To były piękne czasy. Smarkaty Gellert biegał po zamku, bredząc coś o polityce i marząc o wielkiej karierze. Był w końcu potomkiem Wittelsbachów i Batorych, polityka zdawała mu się jedyną oczywistą drogą. Powtarzał to, co usłyszał jeszcze od prababek, co wyczytał w pamiętnikach, śniąc o nowym, lepszym świecie.

Dyrka nie była zachwycona, gdy zaczął wypalać różdżką egipskie i germańskie symbole na ścianach. I miała rację, Gellert musiał jej to przyznać. Czasy były niebezpieczne, Ministerstwa węszyły wszędzie, szukając dysydentów, czarnoksiężników, anarchistów i Munin jeden wie, kogo jeszcze. Niewiele trzeba było, by się doigrać. A Gellert miał przecież dwie prababki, o bardzo ciekawych życiorysach; powinien więc tym bardziej uważać. W murach Durmstrangu był bezpieczny, bo Moskwa nigdy nie ośmieliła się naruszyć zamkowego immunitetu; ale szkoła nie mogła go chronić przez całe życie.

Ale tego dnia, tej niedzieli, nikt nie rozprawiał o prawach mugoli, ani powiązaniach prababki Batory z Gildią wujka Władka.

Wiatr hulał, trzaskając okiennicami; śnieg wciskał się w każdą szparę, tworzył zaspy i nawisy, chociaż skrzaty Durmstrangu uwijały się całą noc, usiłując doprowadzić podwórze zamku do porządku.

- Polatamy? – spytała Raisa, mocno wiążąc rude włosy wstążką.

Gellert potrząsnął głową.

- Przy tej pogodzie, Sissi?

- Europejczyk – prychnęła z pogardą dziewczyna – Zimno mu. Kilka płatków śniegu mu zaszkodzi.

- Weź, Gelli, nie bądź mugol – zawtórował Jefim, jej młodszy brat, rówieśnik Gellerta – Popatrz, jaką miotłę przysłała mi ciotka!

- No dobrze, dobrze, Fima – Gellert podniósł dłonie w geście kapitulacji – Idziemy. Ale jak nas dyrka złapie, to nie moja wina. Tylko nie jęcz potem, że ci dała po łapach.

Było tak zimno, że bez czarów policzki zamarzłyby im na kość w ciągu pięciu minut. Wiatr wył, szarpiąc ich miotłami, śnieg utrudniał orientację, ale Raisa śmiała się radośnie.

- Buran, buran*! – wołała – Złap go za grzywę...

Płatki śniegu wirowały, szalały, tańczyły. Śnieżny koń zjawił się znikąd, parskał, ścigał się z nimi, wzlatywał pod niebo, by nagle runąć na ziemię, roztrzaskać się na miliny śnieżynek, zakręcić się śnieżnym wirem i pocwałować dalej.

Nie zauważyli nawet, jak bardzo oddalili się od zamku. Koń tańczył, rżał, bawił się tak dobrze, jak oni.

Nagle buran stanął dęba, rżąc przeraźliwie, w panice.

Sissi zorientowała się pierwsza, co go tak przeraziło.

- Moroz Iwanowicz! – wrzasnęła nieswoim głosem – Do zamku!

Dyrka ostrzegała ich, by nie oddalali się od zamku, a w czasie zamieci w ogóle nie wystawiali nosa poza krąg magicznych drzew, chroniących zamek. Moroz Iwanowicz oznaczał pewną śmierć.

Gellert już nigdy później nie wycisnął z miotły takiej szybkości, choć latał na nowocześniejszych modelach. Chyba sam buran niósł ich na swoim grzbiecie, inaczej nigdy, przenigdy nie uciekliby przed zimowym monstrum. I już myślał, że mu zwiali, że wrócą do zamku, otrzepią się ze śniegu i następnego dnia będą się śmiać z własnego strachu. Byli już przecież we wnętrzu leśnego kręgu, którego Iwanowicz nigdy nie ośmieliłby się przestąpić, gdy Fima skręcił gwałtownie, zniżył lot i niezgrabnie wylądował.

- Dostał mnie – jęknął, przyciskając dłonie do serca – Nie... mogę...

Raisa wyciągnęła różdżkę i rzuciła zaklęcie rozgrzewające. Nie zdało się to jednak na wiele.

- Do zamku – szepnął Gellert.

Oczy Fimy wyglądaly jak szklane, błękitne paciorki. Raisa rzuciła inne zaklęcie, którego Gellert nie znał. Czar szarpnął ciałem Timy.

- Co ty?..

- Serce! – krzyknęła Raisa – Jeśli serce mu się zatrzyma...

- Do zamku. Lećmy z nim...

Raisa powtórzyła zaklęcie.

- Nie damy rady. Muszę... Muszę się zająć jego sercem. Gelli... – spojrzała mu prosto w twarz – Gelli, mówili, że twoja babka... Ta rusałka, Batory... Że ożywiała poległych jedną inkantacją... Gelli, błagam cię...

Gellert spojrzał na nią, zdumiony. Owszem, o prababce opowiadano różne rzeczy, jedna bzdura goniła drugą. Gadano nawet o tym, że sypiała z Draculą, który mógłby być jej wnukiem.

Ale przywracanie zmarłych do życia zaklęciem? I że miała go tego nauczyć? Zmarła przecież, a raczej nadziała się na Avadę, gdy Gellert był w trzeciej klasie. Nawet Merlin i Freya w tym wieku nie bawili się zaawansowaną nekromancją.

- Sissi, przecież...

- Gelli, błagam...

- Nie mogła tego przecież robić! – ryknął zrozpaczony Gellert – Była rusałką, nie boginią!

Ale wiedział, że w tych opowieściach tkwiło ziarno prawdy. Prababka nauczyła go wielu rzeczy, o których nawet w Durmstrangu nie mówiło się głośno.

Fima zaczął się rzucać w śniegu, trzasnęła pękająca kość.

Elżbieta by to zrobiła, ona by to zrobiła... Ale ona była generałem!

- Gelli... – jęknął Fima.

- Jest taki rytuał – szepnął Gellert – Dla ciężko rannych... Pokazała mi... Rytuał łańcuchowy. Ale pójdziemy za niego siedzieć...

Raisa splunęła na ziemię.

- To mój brat – warknęła.

Gellert przełknął ślinę. Wiedział, co ma zrobić. Ale nie mógł przecież, nie Sissi...

- Nie, nie możemy... Sissi...

- Co mamy zrobić?! – zawyła dziewczyna, przykładając mu różdżkę do gardła – Rusz się, ty mugolu! No zrób to! Albo powiedz mi, co jak mam zrobić!

- Ty musisz się tylko zgodzić – wychrypiał Gellert – Ale wiesz, co ja mam... muszę tobie zrobić?

- Jeśli ona mogła to zrobić tobie, to ty zrób to mnie!

Gellertowi zrobiło się niedobrze. Nie, no przecież...

- Jesteś mistrzem rytuału, zrób to! Zgadzam się, na co ty jeszcze...

- To jest czarna magia, rozumiesz? – syknął Gellert – Wiesz, co muszę ci zrobić?

- To rób. Szybciej zaczniesz, szybciej skończysz.

Gellert uderzył ją w twarz. Mocno. Po raz pierwszy w życiu uderzył kogoś, kto nie mógł – nie chciał - się bronić.

* burza śnieżna

- Sissi – szepnął Gellert – Sissi, ja nie chciałem... Bardzo cię boli?

Raisa zignorowała to pytanie, zajęta bratem. Fima przestał się dusić, nie rzucał się już w śniegu. Otworzył oczy i nawet się słabo uśmiechnął.

- Działa – szepnęła Sissi – Gelli, to działa!

Gellert tępo wpatrywał się w śnieg, brudny, zdeptany i wstrętny.

- Gelli – w oczach dziewczyny zabłysły łzy – Gelli, jesteś wielki!

Gellert milczał.

- Gelli, no przestań – Raisa pogłaskała go po twarzy – Przecież nic mi nie będzie, to tylko...

- Zamknij się – warknął Gellert – Zamknij się.

Raisa westchnęła.

- To rytuał łańcuchowy, prawda? Twoja babka nauczyła ciebie, ty mnie... Teraz ja będę mogła?..

Tak, moja prababka Elżbieta zrobiła to mnie... Ze mną. A ja tobie. A teraz jesteś mistrzynią rytuału i możesz go przekazać dalej. I tak to idzie od paleolitu górnego. Nie, nie było zbyt ostro – dodał, widząc strach w jej oczach – Prababka wiedziała, co robi. Byłem dzieciakiem. Niewiele trzeba było, żebym się popłakał.

- Nie powinna była...

- Nie ucz Elżbiety Batory, jak być generałem! – wrzasnął Gellert – Jej się też to nie podobało... Ale nie miała nikogo innego pod ręką.

Raisa zaklęła. Gellert spojrzał na nią, zdziwiony.

- Dira necessitas, co? – parsknęła Raisa.

- Nie było nikogo innego. Nic do niej nie mam, musiała. No weź, Sissi, to była Batory! Nie cackała się z nikim.

- Ona go zabiła, prawda?

- Kogo? – nie zrozumiał Gellert – Kto kogo?

- Batory, twoja prababka. Wysadziła w powietrze pociąg wujka Władka.

- Ona mówiła o nim „der pathologische Lügner" *.

- Patologiczny kłamca? Cudne. To ona była?

- Pewnie tak. Nie chwaliła się tym nigdy, ale widać było, że go nienawidzi. Honor jej zabrał. I paru przyjaciół.

Honor, na Lokiego. I przyjaciół. Jak można było... Jak mógł w ogóle...

- Sissi, ja nie...

- Wiem, że nie chciałeś. Przestań wreszcie, nic się nie stało.

- Nie stało się? Sissi, przepraszam, ja nie chciałem... Nigdy, nigdy, przysięgam, ja nie...

Klęczał w tym śniegu, skomlał i płakał, histeryzował, aż Raisa solidnie nim potrząsnęła.

- Musimy zabrać Fimę do zamku – powiedziała, siląc się na spokój – Przestań. Dira necessitas.

I musieli przyznać się do wszystkiego, co też od razu zrobili. Nie mogli igrać z życiem Fimy, musieli powiedzieć, co się stało. Zresztą Dyrka nie była idiotką, a szkolny uzdrowiciel znał się na swoim fachu. I tak by doszli do prawdy.

Dyrka, znaczy Rusłana Nikityczna, zbladła jak ściana. Mieli szczęście, że nie sklęła ich od razu jak MACUSA więźniów.

- Wyszła z ciebie krew Freemanów i Batorych – mruknęła tylko – Zbrodniarze wojenni, co jedna, to...

Jaguar kłapnął zębami przez sen.

- Batorych, Freemanów, Wittelsbachów – syknął Gellert – I Grindelwaldów. I nie śmiałaby pani powiedzieć im tego w twarz.

Dostał zaklęciem w policzek. Mocno. Samowar Dyrki pękł z hukiem, choć Gellert nie wypowiedział żadnej inkantacji, nawet o tym nie pomyślał.

Jaguar warczał, choć wciąż spał.

Rusłana Nikityczna zrobiła to, co wedle prawa powinna. Wysłała Fimę do uzdrowiciela, a parę nieletnich kryminalistów zamknęła w lochu, po czym bez zwłoki wezwała aurorów.

Nieraz już przymykała oko na uczniowskie wybryki, ale stary rytuał wojenny, brutalny i okrutny, magia w stylu Draculi, czary ukochane przez jego Gildię, to nie był drobiazg, który dało się zignorować.

Krata zamknęła się z metalicznym trzaskiem. Pięćdziesięcioletni generał Grindelwald uśmiechnąłby się kpiąco i uciąłby sobie drzemkę, piętnastoletni Gellert był przerażony.

Jaguar jęczał i tarzał się po ziemi, śniąc koszmary.

* numer dwa na mojej liście przebojów „The best of the Desert Fox"

Charlotta obawiała się reakcji Joyce. Owszem, Freeman zdawała się kontrolować jaguara, czymkolwiek ten jaguar by nie był. Ale Charlotta pamiętała czasy, gdy Joyce BYŁA jaguarem, gdy nie panowała nad własną magią, siejąc postrach w Dixie*, i nie była pewna, czy chora i ranna Freeman da sobie radę z własną mocą. A czekać, aż Joyce wygrzebie się z łóżka też nie chciała. Zresztą, kiedy Freeman nie była poobijana na kwaśne jabłko?

Nawet, jeśli udało jej się przez miesiąc spokojnie siedzieć na tyłku, to zachciewało się jej meczu Quidditcha - a grała jakby o życie chodziło – i znowu trzeba było ją składać.

Pani Grindelwald, przemyślawszy sprawę, postanowiła poprosić o pomoc Elżbietę. Generał Batory potrafiła przemówić do rozumu cięższym przypadkom, niż Joyce. Poza tym, jeśli... jeśli sprawa przybierze poważny obrót, Elżbieta będzie umiała podjąć właściwą decyzję.

- Jedziemy – odparła krótko Elżbieta – Jutro podjeżdżam do ciebie powozem o piątej. I nie toleruję spóźniej, pani Lovelace-Grindelwald.

- Rano czy wieczorem?

- O piątej, nie o siedemnastej. Podróż trochę potrwa, nie będę robić świstoklika transoceanicznego. Nie potrzebujemy kolejnych incydentów. MACUSA znowu robiła nam problemy, wiesz, jakie oni mają podejście do Dixie i do mnie. Tyle krzyku o byle zaklęcie.

Charlotta pokiwała głową ze zrozumieniem. Podział magicznej władzy w obu Amerykach był, delikatnie mówiąc, skomplikowany i kruchy. Najazd Europejczyków i handel niewolnikami nie dotknął rdzennej magicznej społeczności Ameryk – od tysięcy lat i tak żyjącej w izolacji - bezpośrednio; ale spowodował gigantyczne przemiany demograficzne, które wstrząsnęły starymi, magicznymi strukturami.

Populacja mugolaków europejskiego, azjatyckiego i afrykańskiego pochodzenia zaczęła gwałtownie rosnąć, podczas gdy liczba rodzimych, „nowych" czarodziejów spadła drastycznie. Na początku dziewiętnastego wieku czarodzieje nierodzimego pochodzenia, którzy mogli się pochwalić co najwyżej dwoma pokoleniami magicznych przodków, stanowili, wedle ostrożnych szacunków, trzy czwarte amerykańskiej czarodziejskiej populacji.

Był to wstrząs społeczny i kulturowy, jakiego czarodzieje nie zaznali od tysięcy lat. Chaos, konflikty i wojny szarpały Amerykami, dysputy na temat kształtu przyszłego społeczeństwa były najbardziej zaciekłymi w historii magicznego świata. Radykalnie izolacjonistyczna i biała MACUSA zderzała się z ruchami równościowymi, piewcami przedkolumbijskich porządków, ze zwolennikami kolonizacji mugoli i czystokrwistym, wręcz feudalnym żelazobetonem.

Nawet teraz, gdy od pięciu lat nie skrzyżowano różdżek, granice wciąż były niepewne, a stosunki dyplomatyczne – napięte.

Aparatczycy MACUS-y wciąż nie mogli zaakceptować tego, że wiele, wiele lat temu niejaka Freeman, czarnoskóra mugolaczka i do tego niewolnica, spuściła im niezły łomot. Analfabetka Freeman, generał szlam, niewolników, służących, dzikusów z lasu i innej magicznej hołoty.

A jeszcze bardziej dokuczało im to, że owa Freeman zawarła przymierze z niejakim Johnsonem – białym, czystokrwistym i politycznie dobrze ustawionym – i że ta niedobrana para stworzyła razem magiczne Dixie.

A wiadomo – gdzie Johnson i Freeman, tam i Batory, przybywająca z siostrzaną pomocą wiedźmom i czarodziejom uciśnionym przez zły reżim.

A jakby tego było mało, magiczni z Dixie nigdy nie opowiedzieli się przeciwko Draculi. Z wdzięczności dla Elżbiety i z wrodzonej niechęci wobec MACUS-y, zapewne.

Generał Batory czyniła więc nadzwyczaj rozsądnie, omijając Nowy Jork; jej poprzednią wizytę w tym mieście wciąż pamiętano aż za dobrze.

Charlotta westchęła. Aby przebyć tyle mil w rozsądnym czasie, musiały korzystać ze skrótów czasoprzestrzennych, które oferowała magogeografia. Tym niemniej, jeśli trzeba było ominąć tereny MACUS-y, sprawa się komplikowała.

Wyruszyły więc wczesnym rankiem; Elżbieta najwyraźniej pracowicie spędziła całą noc, bo na widok Charlotty mruknęła tylko „Jeszcze godzinkę się zdrzemnę", szczelniej owinęła się peleryną i zasnęła. Nie odpoczęła jednak długo; rulon papieru, który leżał wetknięty pod siedzenie, zamigotał, uniósł się w powietrze i rozwinął, ukazując mapę. Stara generał poderwała się natychmiast, wyciągnęła różdżkę i szybkimi, wprawnymi ruchami zaczęła nią wodzić po papierze. Zaciekawiona Charlotta pochyliła się, by zobaczyć, o co chodzi.

- Cóż to takiego? – zapytała.

- Marszruta – wyjaśniła Elżbieta – Wymaga niewielkich modyfikacji, bo nad Kubą ogłoszono właśnie podwyższony stopień zagrożenia zoomagicznego. Nie chcę im wchodzić w paradę, gdy będą łapać smoki.

Charlotta uważnie przyjrzała się mapie. Rzeczona marszruta przypominała linię, namalowaną przez wyjątkowo niezręcznego trzylatka.

- Przez Metz nie można? – zdziwiła się – O ile mi wiadomo, akurat z tym miastem...

- Mają rocznicę – odburknęła Elżbieta – Pewnych mocno nieprzyjemnych wypadków, w których po prawdzie bezpośrednio nie brałam udziału i gdybym wtedy nie leżała nieprzytomna, to bym do nich nie dopuściła, ale... Ale. Po co mam drażnić ludzi? Jestem tam potrzebna, jak niuchacz w goblińskiej kuźni. La Fayette pewnie by mnie powitała jak rodzoną siostrę, ale... Rozumiesz. Nie. Dziś.

- A przez Bretanię...

- A mówi ci coś bitwa na Finistère? – warknęła Batory – Byłaś wtedy ze mną, zapomniałaś? Niezbyt entuzjastycznie, co prawda, ale byłaś.

- Potrafiłaś być... przekonująca – westchnęła Lovelace – I składać propozycje nie do odrzucenia.

- Byłam pod ścianą! – syknęła Elżbieta – Inaczej nigdy bym się nie posunęła do... takich metod. To nie był mój wybór!

- Ależ był, i był to jedyny słuszny wybór.

- Halt Maul!

Charlotta zaczynała się poważnie niepokoić. Batory była rozdrażniona i podminowana i nawet nie próbowała tego kryć. Czy wiedziała więcej, niż powiedziała, jeśli idzie o Gellerta? Czy też to obecna sytuacja polityczna przedstawiała się aż tak źle? A przecież Elżbieta wytrzymywała psychicznie nie takie obciążenia. Co ją gryzło?

- Ale to było dawno – Charlotta usiłowała załagodzić sytuację – Może powinnaś się z tym rozliczyć...

- Z Finistère? – zainteresowała się Elżbieta – Rozliczyć się? Wyrównać rachunki, powiadasz? Daj mi dywizję, a za trzy dni będziemy w Brest, nie ma sprawy. A może wolisz Quimper? Wtedy tamtejszą twierdzę oblegaliśmy tydzień, ale ich dowódcą była sama...

- Batory... – syknęła Charlotta – Poważnie mówię.

- Lovelace-Grindelwald – odcięła się Elżbieta – Nie. Mam. Ochoty. Znowu. Babrać. Się. W. Tym. Bagnie. Zabiłyśmy Draculę, dyktatura upadła, nastał pokój. No dobrze, mniej więcej nastał, ale to nie tylko moja wina. Jeśli zacznie się znowu grzebanie w przeszłości, nie będzie dla nas żadnej przyszłości. To wszystko była jedna zdrada, spisek, zbrodnia, grabież, prywata i ogólnie podłe charłactwo. Gdybym powiedziała, kto z kim paktował, kto z kim tak naprawdę trzymał i czemu paryżanie z druidami po spółki radośnie poparli nie tę stronę, której przysięgali... Nie, nie będę tego więcej ruszać. A poza tym Dracula nie był wszystkiemu winien. Nie sam. Każdy taki, jak on, ma stado przydupasów, na ogół dużo gorszych od niego samego. A jak już jest po wszystkim, to każdy charłak tylko wykonywał rozkazy i nie śmiał się sprzeciwić tyranowi... Już nie mówiąc o tym, że gdyby szacowne auroraty nie popieściły go mieszanką crucio i legilimens, gdy był jeszcze opozycjonistą, to Dracula może miałby wszystkie klepki i śrubki w głowie na właściwym miejscu. I daj mi wreszcie spać! – Elżbieta otuliła się peleryną i ostentacyjnie nasunęła tiarę na oczy.

Charlotta w milczeniu patrzyła na śpiącą. Batory była wysoka i wciąż, mimo wieku, muskularna, chodziła szybkimi, długimi krokami, mocno wybijając rytm obcasami ciężkich buciorów. Niewzruszona pewność siebie starego, potężnego generała była widoczna w każdym jej geście, słyszało się ją w każdym jej słowie.

Ale teraz, gdy spała, gdy półmrok i peleryna skrywały jej pusty rękaw, gdy można było zapomnieć o szklanym oku, gdy blizna na wargach wyglądała tylko jak głęboka zmarszczka, Elżbieta wyglądała tak... delikatnie. Zupełnie jakby była tylko damą ze szlachetnego rodu, odsypiającą w powozie bal, który przeciągnął się do rana.

Pozory mylą, czyż nie? Charlotta usadowiła się wygodniej, wciąż wpatrując się w Elżbietę.

Batory żyła wojną, z wojny i dla wojny, a czasy Draculi były i jej czasami. Wyrywała obrońcom Europę kawałek po kawałku, jak jakiś szalony, myśliwski pies, i rzucała kontynent temu mordercy do stóp, uśmiechając się dumnie z plakatów, które Dracula kazał rozwieszać w każdym zdobytym magicznym mieście.

Elżbieta skakała po politycznej szachownicy jak niepokonana czarna królowa, której nie obowiązują żadne reguły gry, grała va banque i zdawała się nie przejmować ani niebezpieczeństwem, ani konsekwencjami. Szybciej, więcej, mocniej, zawsze głodna nowych wyzwań, nowych przeciwników, nowych wrażeń, jak młoda czarownica, która nigdy nie ma dość balu i muzyki, która chce tańczyć, tańczyć co noc, aż nogi odmówią jej posłuszeństwa.

I gdyby ta cała Gildia nie zaczęła w końcu chwiać się w posadach, to Elżbieta pewnie dalej ślęczałaby nad sztabówkami w draculowym zamku, uważając, że wszystko jest w porządku.

Zwycięzca nie musiał bać się swoich własnych ludzi, chyba, że znęcał się nad nimi ponad wszelką miarę. Triumf rodził lojalność, klęska śmierdziała zdradą i Vlad Dracula nie był pierwszym, który się o tym przekonał.

A zresztą, co w tym dziwnego? Każdy, kto znał historię magii, wiedział, że upadających tyranów najczęściej dorzynała ich własna generalicja, ta sama, która swoje medale tymże tyranom zawdzięczała. W końcu to oni mieli i środki, i powody, by pozbyć się dyktatora.

Gdy władca zaczynał wierzyć we własny geniusz, przestawał być skuteczny. Ciągnął wszystkich ze sobą na dno, a do tego najczęściej zrzucał odpowiedzialność za klęskę na swoich własnych dowódców, stając się dla tychże dowódców największym zagrożeniem, najgorszym wrogiem i często najokrutniejszym katem. Generałowie, cóż, jeśli mieli trochę szczęścia i zorientowali się w porę, że to już koniec balu, starali się rozwiązać problem po generalsku. Ginął tyran, albo oni.

I jeśli generałowie wyszli z puczu żywi, to jakoś zawsze dogadywali się ze zwycięzcą, w końcu to nie oni byli tymi złymi, w końcu to oni zabili krwawego szaleńca, ryzykując wszystkim, prawda? A nikt przy zdrowych zmysłach nie łamał goblińskiego miecza tylko dlatego, że należał on kiedyś do wroga.

Ostatecznie, uznawano, generałowie to w większości porządni patrioci, uczciwie wypełniający swoje obowiązki, a że zdarzały się błędy i wypaczenia, to już była wina dyktatora i ze trzech jego najbliższych współpracowników, a nie solidnych aurorów.

Solidni aurorzy zaszywali się więc na kilka lat w swoich zameczkach i dworach, pisząc memuary, po czym powracali w nowych mundurach, kłaniając się nowemu sztandarowi i bal rozpoczynał się na nowo. Czasem nawet i zaszywać się nie musieli, po prostu zrzucali jeden mundur i zakładali drugi, a muzyka grała dalej.

Jeśli Gellert był... będzie kimś takim...

*Dixie: plus minus stany Konfederacji w czasie wojny secesyjnej; południowa część USA

Nie widzę powodów, by czarodzieje wiernie trzymali się mugolskich podziałów politycznych. Widzicie taki numer w, dajmy na to, 1918? Albo 1940?