Uwaga, będą chwilami niezbyt przyjemne kawałki. Gellert wspomina martwych synów, osiąga moralne dno i bierze się do czarnej magii, więc nie jest to milutki tekst.

Plus niedoszły i żałosny slash.

Rozdział piąty

O przykrych skutkach zabawy z czasem i o paskudnych wspomnieniach niejakiego Grindelwalda

Ordnung muss sein, porządek musi być! A generał zaczyna porządki od własnej głowy. Gellert powoli, systematycznie zabijał dawnego siebie, pozwalając niebyłym wspomnieniom rozpłynąć się w niepamięci.

Objął żonę, po raz ostatni wdychając zapach jej włosów. Magia dziecka zaprotestowała gwałtownie wobec uczuć mężczyzny.

- Sissi, obyśmy się już nie spotkali. Tobie należał się pałac godny cesarzowej, a nie więzienna cela. Znajdź sobie normalnego człowieka, nie wiecznego rewolucjonistę i brutalnego furiata.

Nie, przecież nie pójdzie do Durmstrangu, nie poznają się, nie skończą w lochach Moskwy, bo nie będzie sprawy Fimy. Nie uciekną z więzienia po trupach i nie zacznie się ta szalona gonitwa, nigdy. Nie będzie życia w cieniu Avady i szafotu. Nie dla Sissi.

A może, jeśli prababki pożyją dłużej, może w ogóle nie będzie bandyty Grindelwalda. Może Norny uprzędą dyplomatę Grindelwalda. Albo całkiem przyzwoitego i legalnego generała, a nie samozwańca.

Twarz Raisy powoli rozmywała się, bledła, aż w końcu zniknęła. Nie, nowy Gellert da swojej żonie lepsze życie, kimkolwiek ona będzie. Nie będzie moskiewskiego więzienia, nie będzie ucieczki i krwi.

A zbiegły więzień, czarnoksiężnik i już morderca Grindelwald nie zaszyje się w Szkocji, której prawo nie pozwalało na ekstradycję do dyktatur takich, jak rosyjska, gdzie ludzi nie interesowało nic, co działo się poza Wyspami, a ciotce dało się wmówić mocno wybieloną wersję wydarzeń.

Gdzie nikt nie zapyta o szczegóły wyrzucenia z Durmstrangu. Zresztą Gellert i tak nie opowiedziałby przyjacielowi o więzieniu, nigdy, za żaden artefakt i pod żadną klątwą. Ojciec Dumbledore'a umarł przecież w Azkabanie, Albus mógłby zacząć sobie wyobrażać Wotan wie co. Pewnie przestałby wierzyć w wersję o zapaleniu płuc i jeszcze zacząłby – Szkot jeden – planować zemstę. I skończyłby jak ojciec.

Ale tego nie było i nie będzie.

Czarnoksiężnik Grindelwald nie spotka zdesperowanego Albusa i nie pożyczy mu własnoręcznie zrabowanych galeonów na pokątnie kupowane środki nasenne dla Ariany. A dureń Albus nie kupi za część tych pieniędzy eliksiru dla siebie, nie naćpa się jak mugol, i nie zacznie w stanie wskazującym na spożycie składać Gellertowi ciekawych propozycji.

Nie żeby Gellert miał z zasady coś przeciwko propozycjom fascynujących i przystojnych osób; poza tym po miesiącach walki o przetrwanie bardzo, bardzo pragnął czyjegoś ciała, skóry na skórze, ciepła, uwagi, miłych słówek. Zresztą – dobry generał nie okłamuje samego siebie – tak naprawdę desperacko potrzebował bliskości, zaufania i odprężenia, potrzebował ich o wiele bardziej, niż samej przyjemności. Zgodziłby się na to i owo, czemu nie? Życie jest krótkie, więc zacznij od deseru, jak uczyli w Lizbonie.

Ale Gellert widział fiolkę po tym eliksirze i wiedział, co jakiś scharłaczony Giftmischer* sprzedał Albusowi. Gdyby Dumbledore był o pięć lat starszy, wiedział, czego chce i świadomie wypił tę miksturę, Gellert już ściągałby z niego koszulę. Ale Albus był głupim, naćpanym dzieciakiem, i pewnie nie miał pojęcia co kupił, jak ten eliksir działał, i co ludzie wyprawiali pod jego wpływem. Kto wie, czy jego bełkot był w ogóle skierowany do Gellerta, a nie do jakiejś koleżanki z Gryffindoru albo do tego mugolskiego chłopaka zza rzeczki. I czy w ogóle były to jego słowa, czy tylko efekt bardzo mocnego mózgotrzepa uwarzonego w niedomytym kociołku. Eliksiru, który „kopał jak abraksan". I nie była to opinia Gellerta, który tego świństwa nigdy nie próbował, ale jednego genialnego Giftmischera z Paryża, typa o uroczym pseudonimie la petite Mort. Nomen omen.

Do tego Albus wziął najwyraźniej za dużo, bo ledwo trzymał się na nogach. Albo miksturę uwarzono faktycznie w niedomytym kociołku, z niezbyt świeżych składników, kto wie. Tak czy inaczej, Dumbledore był nawalony jak Messerschmitt.

A Gellert przysięgał. I przysięgi dotrzymał.

Zawlókł zataczającego się przyjaciela do jego własnej sypialni, siłą owinął kołdrą i pilnował całą noc, bo obawiał się, że Dumbledore nagle zapomni jak się oddycha. Do brytyjskiego szpitala bał się go zabrać, bo lokalne prawo było bardzo surowe, jeśli chodziło o narkotyki. Albus miałby zababrane papiery na całe życie.

Gellert nie zmrużył więc oka aż do rana. Rankiem usłużnie podstawił wiadro, gdy nadszedł czas kaca i biedne, durne gryfiątko wymiotowało jak chory kuguchar. Dał wody. Zaprowadził do łazienki. Zasłonił okna, by słońce nie męczyło tego głupka. Powstrzymał się od prawienia kazań. Ukradł mugolskim sąsiadom kuraka i trochę marchwi, i ugotował ten scharłaczony rosołek. Z makaronem. Nakarmił.

No i na tym powinno się to było zakończyć. Nic się przecież nie stało. Ludzie brali szemrane eliksiry i gadali po nich od rzeczy. Wymiotowali po źle uwarzonych miksturach. Mieli drgawki po zbyt ostrej legilimencji. Sikali w gacie po klątwach. Nie wyglądało to elegancko, ale było się czego wstydzić; prędzej czy później każdy, wielki generał czy byle rzezimieszek, leżał w pochlastanej klątwami szacie, płakał, śmierdział, krwawił i ciekło mu z nosa. A obowiązkiem przyjaciół było go opatrzyć, umyć, nakarmić i uspokoić.

Dla Gellerta sprawa była więc zamknięta ale dla Albusa nie. Coś się zepsuło w ich przyjaźni. Może Dumbledore pamiętał, co wygadywał i czerwienił się na samą myśl. Albo miał żal, że Gellert go odrzucił. Albo i wstydził się tego, że obiekt zauroczenia widział go skacowanego, zasmarkanego i zarzyganego. Coś zgrzytało w ich przyjaźni, pojawił się między nimi jakiś niezdrowy dystans, jakaś bariera.

I tu Gellert popełnił błąd. Nie odszedł, a próbował naprawić sytuację nie do naprawienia. Zorganizował coś do jedzenia, skombinował przyzwoitą herbatę, fukał na wścibskiego Aberfortha i w ogóle chciał dobrze.

Rommel na Normandii też chciał dobrze i upierał się, że to dla dobra ojczyzny. I najpewniej sam szczerze w to wierzył. Angloamerykanie też tak twierdzili i tej wersji się trzymali. A efekt tego chcenia śnił się Gellertowi po nocach w Nurmengardzie.

Dość. Tego nie było, nie ma, i nie musi być. Te maszynki do przesuwania granic biegają teraz w krótkich spodenkach, a matki stawiają ich do kąta za wyjadanie marmolady.

Tak więc Gellert zaparzył herbatę, rozmowa zeszła na politykę, a Albus nazwał prababkę Ludwikę wredną pruską intrygantką, która wrobiła pół magicznego świata w rzeź na Finistère, do spółki z krwawą Batory, generałem bez krzty honoru. (Pruską intrygantką, na Lokiego! Pruską! Aż dziw, że Ludwika von Bayern nie wstała z grobu i nie sklęła głupka do nieprzytomności.)

Gellert, zmęczony po zarwanej nocy, kazał mu się zamknąć. Albus nie mógł przypuszczać, że obrażał krewne najlepszego przyjaciela, ale mógł się przecież powstrzymać od powtarzania londyńskiej propagandy przy Niemcu.

Dumbledore, wciąż nie całkiem trzeźwy, mruknął jeszcze coś niepochlebnego o Elżbiecie. Gellert znów kazał mu się zamknąć, a raczej nawrzeszczał na niego. Albus sięgnął po różdżkę. Nie, przecież nie chciał zrobić krzywdy Gellertowi, to było dziecięce zaklęcie, coś w rodzaju żartobliwej sójki w bok, takie „brachu, wyluzuj".

Urok, sztubacki, słaby urok żądlący trafił Gellerta w bliznę po klątwie lodowego pejcza. Bliźnie, która była niezbyt poprawnie zaleczona przez pokątnego uzdrowiciela.

Zaskoczony Grindelwald wrzasnął, jakby dostał Niewybaczalnym, skoczył na równe nogi, wywracając stolik, przy którym rozmawiali, i cały czajnik wrzątku chlusnął na Albusa.

Reszty Gellert nawet nie chciał wspominać. Jeden galeon, głupio wydany na Nokturnie, kosztował Arianę życie. I zniszczył Albusa.

Może i ta bójka uwolniła Dumbledore'a od szalonej siostry, dała mu możliwość rozwoju. Ale zabiła w nim zaufanie do ludzi.

Albus nigdy nie założył rodziny, chyba nigdy z nikim nie był naprawdę blisko. Żadnych płomiennych romansów, dłuższych związków, prawdziwych przyjaźni, o ile Gellert mógł to ocenić.

Dobrzy znajomi, owszem. Może ktoś do zabawy na urlopie. Grupa oddanych podwładnych, jak najbardziej. Albus był całkiem niezłym manipulatorem i potrafił zjednywać sobie sprzymierzeńców. Ale nie ufał nikomu, nie ufał za złamanego knuta, chciał wszystko kontrolować sam. I dlatego był kiepskim generałem, na Norny. Za dużo tajemnic, za dużo intryg, za dużo komplikacji.

Na wszystkie dzieci Lokiego, jaki ten człowiek był wrażliwy i kruchy. Przyjaźń z Gellertem, człowiekiem delikatnym jak Panzerdivision w ataku, nie mogła mu wyjść na zdrowie.

Ale tak się nie stanie. Gellert roztrzaskał wspomnienie, które w tym świecie mogło być tylko nocnym koszmarem, a potem wstał i poszedł pod prysznic. Cała piżama już była przepocona, musiał śmierdzieć jak mugol. Przeciągnął palcami po nieistniejącej bliźnie po niezadanej klątwie. Lodowy pejcz, niech to Fenris zeżre. Nie pamiętał już, kto to rzucił, nie pamiętał, dlaczego, ale ciało wciąż jeszcze nie zapomniało.

Laurenty. Ławrientij. Ławrientij Pawłowicz, tak się nazywał ten sadystyczny charłak. Pewnych wspomnień nie wymaże i przenicowanie rzeczywistości, nie tak łatwo i od razu. Ciało pamięta przecież, pamięta dłużej i mocniej, niż umysł.

Nie.

Gellert z mściwą satysfakcją rozwalił ten fragment własnej pamięci po raz kolejny. Może to już nie wróci, nie będzie podłych klątw, leczonych po mugolskich strychach przez złodziejki, nie będzie ucieczek, strachu i wojny. Nie.

.

* plus minus warzyciel trucizn / diler

.

Stał pod prysznicem, pozwalając ciepłej wodzie spływać po ciele, po nieistniejących bliznach, urazach, tatuażach. Zmywał z siebie brud tamtego, szalonego, okrutnego życia, życia, którego się wyrzekł, pozwalał wspomnieniom i ludziom odchodzić.

Dzieci, na Norny, zapominanie o nich bolało.

Zygfryd, dziecko jego smarkatego romansu. Bezczelny, zuchwały, pyskaty Zygfryd i jego równie narwany Ziggi junior. Obaj głupi, niepotrzebnie się rwali do pierwszego szeregu w bitwie nie do wygrania. A przecież kazał się im deportować, na Norny, a nie osłaniać odwrót.

Ciekawe, czy ktoś kiedyś uświadomił Zygfryda, że jego kochający tatuś wlazł jego mamusi – starszej od niego o dwadzieścia siedem lat - do łóżka tylko po to, żeby dobrać się do dokumentów, które trzymała w sekretarzyku w sypialni. I że mamusia początkowo uparcie twierdziła, że Zygfryd jest synem jej trzeciego męża, któremu wreszcie dała dziedzica. I dopiero gdy kłamstwo wyszło na jaw, dziedzic stał się bękartem i odesłano go Gellertowi jak wadliwy towar.

Henning, Ferenc i Fima, dzieci Raisy.

Henning, głupi, głupi zdrajca Henning. Nie, to Gellert był głupi, nie słuchał, co się do niego mówi, nie dostrzegał rzeczy oczywistych, nie chciał ich widzieć, a Henning próbował tylko powstrzymać najgorsze. I zapłacił za to.

Gdyby Henning nie dostał Avadą w bitwie, gdyby złapano go żywcem i rzucono Gellertowi do stóp... Gellert wolał nie myśleć, co by wtedy zrobił. Litość czy prawo, prywata czy sprawa, ojciec czy generał?

Ferenc, który osłonił go własnym ciałem. Głupi, głupi, głupi Ferenc, to nie tak miało być, to ojciec ma ratować syna. Ale czy Ferenc ratował ojca, czy rewolucję? Człowieka, czy generała?

Fima, który nie miał nic wspólnego z wojną, z rewolucją, z tym całym chaosem, był na to zbyt mały. To nie była jego decyzja, jego wina. Był tylko synem niewłaściwego ojca i... Gellert miał wrażenie, że coś pęka mu w środku.

Dość. Daj mu odejść.

Benjamin, Minni, który nie był dzieckiem Sissi – Gellert był już wtedy wdowcem - tylko tej małej Serrure.

Głupia, głupia, głupia smarkata paryżanka, której zachciało się romansu z szalonym generałem. Generałem, którego gwiazdy już gasły.

Durna włamywaczka Serrure.

Biedny, maleńki Minni, któremu Norny nie dały żyć.

Gellert miał wrażenie, że tonie, że wspomnienia wciągną do z powrotem w tamtą rzeczywistość.

.

- Nie uratuję i jej, i dziecka – szepnęła uzdrowicielka – Nie mogę... pomóc obojgu.

Gellert zacisnął zęby.

- Komu możesz?

- Ona ma jeszcze szansę. Ono... Urodzone tak wcześnie... Niech pan nie...

- Pokaż mi je. Pokaż mi moje dziecko – zażądał Gellert.

- Nie powinien pan...

- To był mój syn!

- Nie...

Głupia charłaczka. Jakby mógł mu jeszcze zaszkodzić widok czegokolwiek.

Nigdy jeszcze nie widział tak maleńkiego dziecka. Paluszki, malusieńkie paluszki jeszcze bez paznokci, buzia jeszcze bez brwi i rzęs, żebra, widoczne pod cieniutką warstwą skóry i mięśni. Jego piękny, martwy syn.

Ale...

Maleńkie żebra poruszały się przecież.

- On oddycha, na Norny!

- Ale płuca w tym wieku nie są jeszcze na tyle rozwinięte, żeby... – uzdrowicielka nie zdążyła dokończyć zdania. Gellert uderzył jak mugol, mocno, na odlew.

Głupia charłaczka.

Gellert wziął synka na ręce i przytulił go delikatnie, by nie połamać cieniutkich kostek. Ciałko było chłodne, ta durna parodia wiedźmy mogła go chociaż czymś przykryć.

- Witaj, Minni – szepnął, choć nie wiedział, czy dziecko może go usłyszeć – Długo to potrwa? – warknął w stronę uzdrowicielki.

- Długo... co?

- Zanim mój syn umrze, charłacka dziwko. Ile to potrwa?

Wiedźma nie ośmieliła się odezwać. Generał Grindelwald nie zwykł przeklinać w ten sposób, nawet na polu bitwy, nawet na przesłuchaniach.

- No ile, mów, pókim dobry, bo za chwilę mi to wywrzeszczysz.

- Godzinę... Może dwie.

Gellert poczuł, jak pętla zaciska mu się na szyi, chociaż to było tak dawno, ale wciąż pamiętał, jak się walczy o oddech... i przegrywa. Pamiętał, jak stryczek zaciskał się wolno, wolniutko, ale nieubłaganie, a świadkowie egzekucji doskonale się bawili.

- Daj mu coś. Niech to się skończy.

- Nie mogę...

- Wsadzę ci łeb pod wodę i przytrzymam, po minucie będziesz wiedzieć, jak to jest się dusić.

- Ale...

- Ale ja się dusiłem dziesięć minut, jak mnie fachowo powiesili w Patagonii. Jeśli myślisz, że pozwolę, żeby mój syn to czuł przez dwie godziny...

- Ale...

Generał Grindelwald sięgnął po różdżkę.

Gellert w nowej rzeczywistości wymiotował jak chory kuguchar. Coś w nim pękło, magia szalała, stracił nad nią panowanie, szyby wyleciały z okien, świece pogasły. A pamięć nie chciała zapomnieć.

Nie mógł już nic innego zrobić. Nic. Cała magia świata nie była w stanie dać tak maleńkiemu dziecku ciała, które mogłoby przeżyć poza organizmem matki. Nie mógł już nic więcej...

Ależ mógł. Zabrali mu syna, niech poczują gniew czarnoksiężnika. Nawet ten malarz od siedmiu boleści nie kazał patrzeć oficerom dwudziestego lipca na śmierć ich dzieci. Nawet on.

Gellert nie był w stanie przetransmutować czegokolwiek w ubranko dla synka, jego magia nie chciała go słuchać, nie po tym, co zrobił. Złamał różdżkę na kolanie, i tak była już przeklęta. Nie szkodzi, ma jeszcze Bzową Różdżkę, wyciśnie z niej całą moc i pokaże im wszystkim, co to germańska zemsta.

Otworzył kufer i zaczął wyrzucać z niego swoje mugolskie stroje, które miały mu umożliwić ucieczkę. Nie, nie było już po co uciekać, ale było po co przeklinać. Oderwał kawał materiału od czarnej koszuli, owinął Minniego tą szmatą, przycisnął martwe dziecko do piersi i aportował się, pewnie i precyzyjnie.

Cmentarz przywitał go ciszą, tylko zmrożony śnieg zaskrzypiał mu pod butami. Groby rodu Batorych. Skromne, proste, każdy odznaczający się tylko drzewem wyrosłym z różdżki pochowanej razem z jej właścicielem.

Ferenc, Gellert, Rudolfina, Ginewra, Ferenc, Minerwa, znowu Ferenc, Bellatrix, Corvus, Altair, Wotan, Hildegarda, Izyda... Ludzie, z którymi dzielił krew, ale których nigdy, rzecz jasna, nie poznał.

Prababka Elżbieta, która uparła się, by pochować ją obok ojca, którego nigdy nie widziała na oczy. Elżbieta, z potężną osiką na grobie.

Synowie Gellerta, którzy nigdy nie poznają najmłodszego brata. Dąb, magnolia, brzoza, cis.

Znowu Ferenc, starszy brat Gellerta, którego Elżbieta rozkazała tu pochować, chociaż był zdrajcą, mordercą i ogólnie idiotą, i to Elżbieta kazała go postawić pod ścianą. Hikora.

Znowu Ferenc, stryj Elżbiety, ojcobójca. Jawor.

Altair, tenże ojciec, okrutnik, rokoszanin, alkoholik, chory na głowę sanguinista, szalony na punkcie czystej krwi chyba gorzej, niż ten cały Voldemort. Miłorząb.

Mordercy, ofiary, rozpustnicy, dziewice, kłamcy, męczennicy za sprawę, bohaterowie, zdrajcy, tchórze, generałowie, szlachetni rycerze, uczone czarownice, narkomanki, dyplomaci, kochające żony, dobre córki, ojcobójcy, poeci. W różnych kombinacjach.

Wystarczy miejsca i dla Minniego, a jutro – pojutrze – i dla mordercy Gellerta.

Na dziecięcym grobie wyrosło drzewo, którego Gellert nie znał. Pewnie coś z bagien Luizjany, drzewo pisane Minniemu.

Nieważne, teraz to już było nieważne.

Teraz... Londyn. Nowy Jork. Niech płoną. A pierwszy zapłonie Paryż, miasto, które mu zabrało Minniego; von Choltitz i Nordling* byli głupcami, tępi mugole, niech Paryż spłonie, niech spłonie to brudne miasto kurew i tchórzy.

Ale najpierw oni pożałują, że się urodzili. Scharłaczeni zwycięzcy, będą wspominać dzień swojego triumfu, dzień śmierci generała Grindelwalda, ze łzami w oczach. Nie będzie opijania wiktorii, będzie stypa.

Gellert wyciągnął nóż i ciął głęboko. Jego krew kapała na groby, a on szeptał słowa klątwy. Przeklinał, przeklinał ich wzywając Minniego na świadka. Niech niewinna dusza dziecka obudzi magię, niech moc drzemiąca w cmentarnych drzewach zemści się na mordercach chłopca. Niech te bydlaki cierpią. Niech krew ich synów płynie po ulicach, niech się dowiedzą, jak to jest stracić dzieci.

Nie, nie uderzył piorun, nie zerwała się wichura, widma nie powstały z mogił. Ale mściwa, stara magia wskazała Gellertowi drogę.

Aportował się jeszcze raz.

Miasto leżało w ruinie. Asfalt ulic był wypalony, stalowe drzwi bunkrów leżały poskręcane i nadtopione. Tu i ówdzie sterczały jeszcze fragmenty ścian, opalone do gołej cegły. Gellert szedł czymś, co kiedyś było ulicą, omijając kawały murów, blokujące mu przejście. Fragmenty strzaskanych dachówek i popękanych od gorąca szyb trzeszczały mu pod butami. Miasto śmierdziało sadzą, dymem, zwęglonym mięsem.

Za to też zapłacą, to mugolskie bydło za to zapłaci. Zbrodniarze wojenni ględzący o swojej wyższości moralnej pod sztandarem wolności, równości i demokracji.

O ich wolności i równości prababka Joyce mogła opowiadać godzinami.

O wyższości moralnej Gellert przekonał się dobitnie na Normandii. Nie, żeby Rzesza cackała się z jeńcami, ale i Angloamerykanie byli pod tym względem mocno na bakier z własnym prawem.

Poślizgnął się i upadł, podpierając się ręką. Coś wbiło mu się w dłoń. Podniósł tę rzecz i skrzywił się. Porcelana, kawałek główki porcelanowej lalki. Zacisnął pięść aż poczuł, jak odłamek przecina mu skórę i krew zaczyna ciec między palcami. Niech płynie, niech oni zwietrzą krew rannej bestii. Niech tu przybędą, im ich więcej, tym lepiej.

Mijał kolejne ruiny, wdychając smród dogasającego pożaru; coraz więcej porcelany pękało mu pod nogami, aż wreszcie dotarł do miejsca, wskazanego mu przez przodków.

Norny, litości. Czy to musiało się tak skończyć?

Ukląkł między resztkami spalonej opery Sempera, poprawił chwyt na odłamku i pewnym, zgrabnym ruchem przejechał nim po udzie.

Chodźcie, myśliwskie psy. Komt, kommt! Nie czujecie krwi? Nie widzicie magii? Chodźcie. Generał – berserker – bestia – ojciec – was wzywa. Chodźcie, wyrównamy rachunki.

Wycinał sobie runy na skórze, sycząc stare, germańskie słowa.

Kommt!

Oczywiście, wyczuli czarną magię i przybyli. Nie mieli jednak pojęcia, ilu ludzi ma ze sobą, spodziewali się czegoś wielkiego, czegoś potężnego – i na to Grindelwald liczył.

Aportowali się oddział za oddziałem, głupi, tak łatwo zwabieni w pułapkę.

Magia wibrowała, kłębiła się w powietrzu, zalewała Grindelwaldowi umysł.

- Tato, nie, nie rób tego...

Magia na moment oddała mu syna, Ferenc patrzył na niego przerażonym wzrokiem.

- Tato, nie, to tylko...

Gellert ciął mocniej, głębiej.

- Ojcze, proszę – Henning wyłonił się z oparów magii – Posłuchaj chociaż raz...

Zygfryd patrzył na niego ze smutkiem i pogardą w oczach.

Gellert dalej wyrzynał runy, nie czuł bólu, nie czuł niczego, poza nienawiścią. Zaczął mówić, mówić i mówić, wrzeszczał, zdania, porwane i chaotyczne płynęły same, nie dał sobie przerwać, nie słuchał.

- Ty płyto gramofonowa – syknął w końcu Zygfryd – Nauczyłeś się tego na pamięć, czy co? Ględzisz, jakby wciąż cię słuchały tłumy. Nic do ciebie nie dociera.

- Tym razem cię zatrzymam – szepnął Henning – My cię zatrzymamy.

Gellert czuł nienawiść, która nie mieszkała w głowie, ale pochodziła z głębi trzewi, mroziła szpik w kościach, pulsowała we krwi rtęcią.

- Fort! – syknął – Fort mit euch, ihr Verräter, ihr Feiglinge! **

Jednego z aportujących się zniosło trochę, upadł niezgrabnie, uderzając plecami o coś metalowego, śliskiego od szronu. Próbował wstać, ale gładki metal nie dawał stopom oparcia. Czarodziej znowu upadł i, rozzłoszczony, rzucił zaklęcie zmniejszające.

Blockbuster wytrzymał upadek z bombowca - to się czasem zdarzało - ale wstrząsu, wywołany zaklęciem, już nie. Dwa tysiące funtów materiałów wybuchowych eksplodowało.

Podmuch powietrza zwalił Grindelwaldowi ścianę na głowę. Leżał pod gruzami i nie mógł dosięgnąć ani różdżki, ani lugera, za to mógł podziwiać kawałek własnej kości udowej, krzywo sterczącej z rany.

Nigdy nie doszedł do tego, czy to synowie zdołali zza grobu przerwać jego rytuał, zanim wyzwolił coś o wiele gorszego, niż eksplozja blockbustera, czy też wybuch był wyjątkowo przewrotnym efektem jego własnej klątwy.

A może był to tylko paskudny przypadek, niewybuchy leżały przecież wszędzie.

Aurorzy, w każdym razie, nie powiązali jego działań z mugolską eksplozją, bo gdyby go o to podejrzewali, to by go przecież na miejscu zamęczyli na śmierć.

Grindelwald leżał pod resztkami operowej ściany, wdychając smród eksplozji, krwi i mięsa, dziwiąc się tylko, jak jest cicho – a może to wybuch go ogłuszył – i jakoś wcale nie odczuwał satysfakcji.

Chyba powinien się przyzwyczaić do tego, że życie nie jest epicką opowieścią, że letztes Ehrengefecht to nie ostatni, piękny, symboliczny, wzniosły, beznadziejny bój o honor..

To tylko przypalone strzępy mięsa smarkaczy, którzy mogli być jego wnukami.

Trząsł się z zimna, bolało tak, że momentami tracił świadomość, walczył z ciężarem gruzu o każdy oddech – i czuł, że przegrywa.

I, na wszystkie dzieci Lokiego, konał z pragnienia.

.

* Generał von Choltitz wiódł sobie spokojne, generalskie życie (Polska, Rosja, Normandia... No, nic nadzwyczajnego, jak na zawód i epokę) aż w sierpniu czterdziestego czwartego został - na przymusowego ochotnika – komendantem Paryża, i miał miasto obrócić w ruinę. Ergo, wylądował między chorym na głowę tyranem, domagającym się rzeźnickich pokazów, ludem Paryża, entuzjastycznie budującym barykady tudzież Aliantami, którzy posyłali mu listy z pogróżkami. Tu do akcji wkroczył Raoul Nordling, szwedzki konsul, mówił, tłumaczył i obiecywał... O dziwo, okupant i okupowany pogodzili się na tyle, by cierpliwie doczekać nadejścia Aliantów bez większych szkód w ludziach i budynkach.

A puenta? Masz stresującą pracę, pomyśl o tych dwóch dżentelmenach, oni mieli gorzej. A puenta historyczna? Absurdalna. Dużo, dużo później niejaki de Gaulle wysłał delegację francuskich oficerów na pogrzeb von Choltitza, żeby mu nad trumną salutowali.

I tak to można przejść do historii za to, czego się – z wielkim trudem i nadstawiając karku - nie zrobiło.

Gwoli ścisłości, generał jest też autorem tekstu o płycie gramofonowej, który tu wygłasza Zygfryd. Acz głośno tego nie powiedział, rzecz jasna, samobójcą nie był.

** wynocha, tchórze i zdrajcy

.

Ludwika von Bayern przywykła do tego, że czasem ktoś ją brutalnie budzi w środku nocy. Usiadła na łóżku, odgarniając włosy z czoła i chwytając za różdżkę.

- Panicz Gellert! – ta nowa, młodziutka skrzatka załamywała ręce – Panicz Gellert!

- Znowu ma zapalenie ucha? – spytała ze spokojem Ludwika – To bardzo bolesne, ale niegroźne, Tuptusiu.

- On umiera, proszę pani! Jego magia... On umiera!

Ludwika pobiegła korytarzami Neuschwanstein, jakby znowu miała dwadzieścia lat.

Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie mokrego, nagiego, półprzytomnego dzieciaka, który wlazł pod prysznic, by wydrapywać sobie paznokciami runy na całym ciele. Dzieciaka powtarzającego klątwę Nibelungów.

Ludwika uwierzyła w podróż w czasie, a kiedy przyjrzała się runom, zrozumiała, dlaczego Gellert postanowił się w nią udać.

Ludwika traciła dzieci i wnuki, a teraz obawiała się kolejnej śmierci.

Ludwika próbowała się zabić po trzecim poronieniu.

Miała wrażenie, że Gellert – dorosły, silny Gellert – kopał ją ciężkimi buciorami po bliznach, które powinny dawno już przestać boleć.

Ale bolały, jak świeże.

- Gellercie – szepnęła – Jestem z tobą. Nie bój się.

Gellert otworzył oczy, patrząc na nią spojrzeniem Nibelunga.

.

Wiatr świszczał, powóz kołysał się lekko i Charlotta też powoli zapadała w sen.

Gellert... Wojna... Glasgow... Dracula... Dixie... Glasgow... Batory... Most na Dunaju...

Lochy Budapesztu... Batory... Most... Herbata... Most...

Elżbieta ziewnęła, zrzuciła z siebie pelerynę i przeciągnęła się jak kot.

- Gdzie to jesteśmy? – mruknęła do siebie, rozwijając mapę – A, polecimy jeszcze ze trzy kwadranse... – Machnęła różdżką, przywołując czajnik i dwie filiżanki. - Herbaty, Charlot..?

Charlotta aż podskoczyła. Batory. Herbata. Dracula... Batory, most, Dracula... Budapeszt... Nie, nie, nie...

- Lovelace...

Charlotta wrzasnęła. Zdezorientowana, przerażona, rozejrzała się nieprzytomnie po powozie, szukając drogi ucieczki. Drogi, której nie było.

Herbaty, panno Lovelace?" – pytała Elżbieta ze snu, z przeszłości, uśmiechając się łagodnie, a serce Charlotty zatrzymało się na moment. Batory wiedziała, znała jej prawdziwe nazwisko, a to oznaczało, że Dracula się dowie i...

- Lovelace, co się z tobą dzieje? – Elżbieta złapała ją za ramię i mocno nią potrząsnęła.

- To był kiepski dowcip, Batory – syknęła Charlotta – Nie przypominaj mi naszego pierwszego spotkania. Twoja herbata i...

- Co? – Elżbieta nie pojęła od razu, o co chodziło - Ale... Na Norny... – Nagle zrozumiała, co musiało się przyśnić Charlotcie. - Nawet mi to nie przyszło do głowy, przysięgam – dodała cichym głosem – Niby dlaczego miałabym teraz... – Potrząsnęła głową ze zdumieniem. - Na Morrigan, co cię ugryzło? Sama mówisz, że to było dawno. A ja dotrzymałam słowa, które ci wtedy dałam.

- Przepraszam – westchnęła Charlotta, powoli wracając do rzeczywistości – Za dużo ostatnio myślałam o... tym wszystkim. O naszej przeszłości. O Gellercie i tym, co go musiało skłonić do tak desperackiego kroku. Robię się za stara na takie rzeczy...

- A najlepsze jeszcze najwyraźniej przed nami – odparła Elżbieta – Miałam dziwny sen, wiesz? – zmieniła temat - Nie podobał mi się. Bardzo mi się nie podobał.

- Co ci się przyśniło? – Charlotta, uspokoiwszy się trochę, usiadła wygodniej i chwyciła filiżankę w dłoń. Batory, trzeba jej przyznać, zawsze serwowała doskonałą herbatę. Bez względu na to, jakie były okoliczności.

- Mapa – mruknęła Elżbieta.

-To chyba, u was, generałów, choroba zawodowa.

- Ameryki Północnej. Z Luizjaną i Alaską jako stanami USA. I z Florydą, na Norny! Gigantyczny kraj na pół kontynentu, nie uwierzysz! Sądzisz, że to przyszłość? Ależ to będzie wojna...

- Wojna? Jaka znowu wojna? – Charlotta nie nadążała – Luizjany z Alaską? Florydy z USA?

- USA o nowe stany! No przecież chyba ich nie kupią, jak jakiejś farmy! Kupić sobie stan? Dobre sobie... – prychnęła Elżbieta – Kupić sobie stan... Charlotto, czy myślisz, że to przez Gellerta?

- Kupno stanu? Mugole kupują ziemię...

- Ale przecież nie całą Alaskę! Kto miałby na tyle pieniędzy, żeby kupić całą Alaskę? Kto sprzedałby takie kopalnie złota?

- A chciałabyś tam prowadzić wojnę, mając mugolskie środki? Kupno taniej by wyszło...

- Mugole też idą do przodu – Elżbieta dolała sobie herbaty. – A na Alasce jest złoto. Drewno. I pewnie inne przydatne im surowce, węgiel i inne takie tam... Mugoli jest coraz więcej i będą potrzebowali coraz więcej surowców. Złoto, węgiel, stal, ziemia uprawna. Dostęp do morza.

- Nihil novi sub sole.

- Es ist eine alte Geschichte, doch bleibt sie immer neu*. Ale, Charlotto, czy Gellert ma coś wspólnego z tym snem?

- Nie wiem. Nie zrzucajmy wszystkiego na jego prawdopodobną podróż w czasie.

- Prawdopodobną? – Elżbieta uniosła brwi.

- Mówiłam wam przecież, że pewności nie mam. Dlatego jedziemy teraz do Joyce. Niech zobaczy, co na to jej szisza...

- Jak tylko jej powiem, że jej Luizjana zmieniła właściciela...

- W jej obecności najlepiej nie używać słowa „właściciel".

- Fakt – zgodziła się Elżbieta – Ale te USA... Nie, to przecież absurdalne...

Neurony Charlotty wreszcie się obudziły i zaczęły pracować.

- A nie przyśniła ci się przypadkiem mugolska mapa, Elżbieto?

Batory spojrzała na nią, jak na tępą charłaczkę.

- Mapa była magiczna – odparła z przekonaniem.

- Wierzę – ciagnęła Charlotta – Ale mógł ci się przyśnić mugolski świat na naszej mapie, prawda? Sny bywają dziwne. I wiesz, oni – mugole - kupili Florydę, Luizjanę i Alaskę**.

- Powiadasz – Elżbieta uniosła brwi. – Co za sprytni ludzie. Wypadło taniej niż wojna. U nas nigdy by coś takiego nie przeszło... Mugolski podział polityczny... Tak, to możliwe. Ostatnio zbyt wiele siedziałam na amerykańskimi mapami. Co się tak na mnie patrzysz?

- Nie chcę nawet wiedzieć, po co siedziałaś...

- Si vis pacem, fac bellum***.

- Elżbieto, ty chyba nie zamierzasz...

- Gdybym zamierzała, udawałabym gołąbka pokoju, to chyba logiczne. Poza tym nie jestem samobieżna.

- Słucham?

- Z niemieckiego na nasze, jestem generałem, nie władczynią. Nie wolno mi zaczynać wojen, bo mi się nudzi.

- Nie żeby ci to kiedykolwiek przeszkodziło...

- Samobieżnie, to ja kończyłam wojny, jeśli mnie pamięć nie myli. Zaczynali legalni władcy – Elżbieta dolała sobie herbaty. – Poza tym trzy i pół puczu mi wystarczy. Robię się zbyt stara na takie awantury.

- Pół?

- No, ta nasza obecna Minister. To nie było czyste przejęcie władzy – stwierdziła ze spokojem Elżbieta - Nie pomagałam, ale i specjalnie nie przeszkadzałam. Leżałam sobie ranna, marudziłam na szpitalne obiadki, grzecznie piłam eliksiry i pozwalałam innym pisać Historię. Choć gdybym się bardzo uparła, to by mnie nie zatrzymali. Potrafiłam dowodzić, będąc w gorszym stanie... No to pół puczu. I nie zamierzam więcej, chyba, że ona ze mną zacznie.

- Z tobą? Przecież jesteś, jak to sama mówisz, grzeczna.

- Generałowie mojego kalibru raczej nie giną na polach bitewnych, Charlotto. I nie umierają we własnych łóżkach.

- To niby co się im przytrafia?

- Zamach. Egzekucja zarządzona przez ich własnego władcę. Ewentualnie niezbyt entuzjastyczne samobójstwo, by się od tej egzekucji wykręcić. Charlotto, mam na tyle doświadczenia i kontaktów, i taki wpływ na swoich ludzi, że robię się niebezpieczna dla każdej władzy. A do tego, wiesz, coraz częściej mówię, co myślę, bo coraz mniej mi zależy na życiu. Auror ma słuchać. Generał ma podejmować decyzje samodzielnie. Im dłużej dowodzisz, tym więcej w tobie generała, a mniej aurora, i wierchuszka to wie.

- A nie możesz po prostu przejść na emeryturę?

- Emeryturę? To już wolę szubienicę. Nikt by ze mną nie wytrzymał, a ja sama ze sobą to już w ogóle nie.

.

* To stara jest historia, lecz pozostaje nową (H. Heine) – Tak naprawdę chodziło o perypetie miłosne, nie o wojny, ale Elżbieta ma skrzywienie zawodowe.

** dodajmy, że francuska Luizjana to nie ten malutki współczesny stan Luizjana. To było ze ćwierć kontynentu. Gdyby George Washington zobaczył obecną mapę Ameryki Północnej, to by nie poznał kraju, który sam stworzył.

*** chcesz pokoju, czyń wojnę

.

Wielka jaguarzyca drzemała na patio willi Joyce, wygrzewając potężne cielsko w słońcu Południa. Obok niej, wyciągnięty, leżał kuguar.

- Joyce – powiedziała łagodnie Batory – Wstawaj, proszę.

Uszy kotów zwróciły się w stronę Elżbiety, ich powieki podniosły się leniwie. Charlotta miała uczucie déjà vu, bardzo nieprzyjemnego déjà vu.

Jeśli przerośnięty jaguar sam w sobie wyglądał groźnie, to ekstremalna heterochromia czyniła go jeszcze bardziej przerażającym.

- Joyce, miło cię widzieć, Kameradin* - ciągnęła Elżbieta – Wiem, że oczekiwałaś nas trochę później, ale sprawa jest poważna, nie traćmy czasu.

Jaguarzyca przeciągnęła się, ziewnęła, pokazując garnitur ostrych zębów i przybrała postać Joyce.

Drugi kot także się przemienił, stając się dziewczyną o smagłej cerze i kręconych, ciemnych włosach. Dziewczyną z, a jakże, ekstremalną heterochromią.

- No proszę, gratulacje, Gwendolino. Tak piękna przemiana animagiczna w tak młodym wieku, brawo! – pochwaliła ją Elżbieta – Joyce, dobrze się czujesz? – zwróciła się do krewnej - Słyszałam, że...

- Nie, nic mi nie jest – oznajmiła radośnie Freeman – Tylko jakiś niezbyt rozgarnięty magozoolog narobił nam kłopotów i trzeba było po nim posprzątać. I draństwo dziabnęło mnie w dupę.

- Nie mów, że wlazłaś w te bagna, żeby upolować...

- Nie sama. Ale natury nie oszukasz, czasem muszę wziąć coś między zęby. Uzdrowicielka od głowy mi kazała. A nikt się tak nie zna na łapaniu aligatorów, jak jaguar. Lotto, ty też się tu fatygowałaś? Jak miło...

Charlotta zazgrzytała zębami. Nienawidziła „Lotty"; poza tym rozespana Joyce zaczęła mówić po swojemu. To znaczy mieszała francuski (w wersji luizjańsko-kreolskiej) z luizjańskim dialektem angielskiego, doprawiając zdania indiańskimi słowami. Merlinie, ratuj. Jak to szło? „Mugolaka z Luizjany przesłuchać nie ma sensu; i tak nie zrozumiesz, co mówi".

- Herbatki? Ciasteczek? – kontynuowała Joyce.

- A może coś konkretnego? – zaproponowała Elżbieta.

- Steki z aligatora? Może być? Mamy też...

- Dawaj, co jest, dobry auror wszystko zje – przerwała jej Elżbieta – Dla mnie podwójną porcję mięsa, jeśli łaska.

Joyce strzeliła palcami i na patio pojawił się stół, a na nim talerze, napełnione po brzegi. Trzeba było przyznać, że skrzaty – czy kto tam gotował dla Joyce – znały się na swoim fachu. Charlotta wolała jednak nie dociekać, czy kucharz zaserwował im rzeczywiście mięso magicznie zmutowanych aligatorów, zagryzionych osobiście przez Joyce.

- No dobra – kontynuowała Joyce, zgrzytając nożem po porcelanie – Nie przyjechałyście tu, by pytać o moją rzyć. Nie wciśniecie mi, że...

- Charlotto, możesz przedstawić sytuację? – wtrąciła się Elżbieta – Nie ma czasu do stracenia. Gellert chyba ukradł stulecie.

- Nasza krew, El – stwierdziła z dumą Joyce – Dźwigniesz komu sakiewkę, to cię crucio na rynku popieszczą. Rąbniesz kontynent na czele siedmiu dywizji, to ministrem... To nie do ciebie, El. Tak ogólnie mówiłam.

- Joyce, najważniejszy etap mojej kariery to była kradzież kontynentu, nie będę udawać, że było inaczej. Trzymam medale po wszystkich moich władcach w szkatułce, uzbierały się tego ze dwa pudy. Ale Gellert ukradł stulecie. Cofnął się w czasie o wiek.

- A podobno można tylko o godzinę i trzeba ostro uważać, co by na samego siebie nie wpaść...

- Wygląda na to, że magonauka w dwudziestym wieku poszła do przodu – przerwała im Charlotta – Sytuacja przedstawia się następująco...

.

* „towarzyszko"; rzecz jasna Batory ma na myśli „Kriegskameradin", a więc „towarzyszkę broni", a nie „Parteigenossin", towarzyszkę partyjną u komunistów i nazistów. U nas, niestety, to jest to samo słowo.