Rozdział szósty
O tym, jak Joyce i Elżbieta siały terror i zgorszenie, tudzież o kłopotach niejakiego Ferenca Johnsona
.
Gellert unosił się w pustce. Wokół niego, jak odłamki rozbitego lustra, wirowały fragmenty jego wspomnień. Widział wydarzenia, których nie rozumiał; ludzi, których nie poznawał.
Bał się, przeraźliwie się bał. Miał ochotę wrzeszczeć, wyć o litość, nie będąc nawet pewnym, kogo błagać i o czyje życie. Nie wiedział, nie pamiętał, nie rozumiał.
Spoglądał na dziwne, przerażające, mugolskie maszyny, których przeznaczenia mógł się jedynie domyślać, a owe domysły wpędzały go w panikę. Widział miasta, góry, zamki, ale nie mógł sobie przypomnieć, co kiedyś dla niego znaczyły.
Rozbite lustro migotało, pokazując... kogo? Przyjaciół? Synów? Przeciwników?
Nie potrafił sobie przypomnieć, kto jest kim, więc szarpał się w panice. Nie mógł nikomu zaufać, nie mógł więc ani na chwilę spuścić z oczu tańczących zwierciadlanych odłamków, ale było to zadanie ponad ludzkie siły. Rzucał się, krzyczał, osłaniał przed strumieniem bezsensownych obrazów, słabnąc coraz bardziej, bo żaden człowiek nie jest w stanie przetrwać w samotności.
Szukał bratniej magii, pomocnej dłoni, umysłu, który by go zrozumiał, ale wir lustrzanych fragmentów nie pozwalał mu się uwolnić. Był sam, jego istnienie nie miało celu, nie miało sensu, nie rozumiał świata, nie miał nikogo bliskiego, więc umierał, jego magia zanikała, bledła, gasła.
.
Tymczasem Elżbieta, Joyce i Charlotta usiadły wokół kominka.
- Co się dzieje? – Batory nawet nie przywitała się z Ludwiką – Czy MACUSA jednak...
- Tak – syknęła przez zęby Ludwika – Pomimo moich dyplomatycznych starań...
- Ferenc się doigrał – mruknęła Elżbieta.
- O co wam chodzi? – Charlotta miała dość tych półsłówek.
-Ferenc się doigrał – wyjaśniła Elżbieta. Ferenc Johnson, gwoli ścisłości. A mówiłam, żeby się nie wtrącał w nieswoje sprawy. MACUSA wydała na niego wyrok śmierci – ciągnęła z kamiennym spokojem – A myślałam, że... Nieważne.
- To dlatego studiowałaś amerykańskie mapy. – Dla Charlotty nagle wszystko stało się jasne: i zainteresowanie Elżbiety USA, i jej zdenerwowanie.
Merlinie, ten mały Ferenc...
- Też – przyznała Batory – Ale sprawa jest o wiele bardziej... problematyczna.
- Co może być bardziej problematycznego, niż to, że nasz prawnuk...
- Nie nas wszystkich, gwoli ścisłości. – Batory wciąż się zachowywała, jakby nie o gardło chodziło.
- Czy to ma znaczenie...
Ma. Kolosalne – warknęła Elżbieta – Jego drzewo genealogiczne ma kolosalne znaczenie. Czy ty naprawdę myślisz, Charlotto, że tym nowojorskich charłakom chodzi o rzekome morderstwo rzekomo popełnione przez Ferenca Johnsona? Zwłaszcza, że to nie on zabił i każdy głupi auror się domyśli, że on nie mógł... – urwała, jakby się obawiała, że powie zbyt wiele.
- To kto zabił? – dopytywała się Charlotta.
- Ja, jeśli chcesz wiedzieć. Ferenc tylko przewiózł śmierciotulę i nawet nie wiedział, co transportuje – wyjaśniła Elżbieta – A wypuścił ją jeszcze ktoś inny. I MACUSA bardzo by się zdziwiła, gdyby wiedziała, kto. Ale to był mój pomysł i mój rozkaz. A gdybym nie poleciała wtedy po Gellerta i sama dopilnowała organizacji tej sprawy... Wszystko przez tę... wycieczkę Gellerta. Mały chyba nie przewidział... nie mógł przewidzieć, w co wpakuje własnego brata. Ale z drugiej strony, jeśli uratował tę małą Szkotkę, to może tak miało być?
- Niby, że śmierć nie odpuści i ktoś musi umrzeć za nią? – wtrąciła się Joyce – Gdzie śmierć była, tam już zawsze będzie?
- A skąd mam wiedzieć, co się dzieje, gdy naginasz magię aż tak brutalnie? – Elżbieta wzruszyła ramionami. – Teraz musimy coś z tym zrobić i mamy na to tydzień.
- Zanim rozważymy, co teraz zrobić z Ferencem, musimy się zająć Gellertem – przerwała jej Ludwika – To pilniejsza sprawa. MACUSA nie wykona wyroku w tym tygodniu, a Gellert...
- Gellert? A ten co znowu przeskrobał? – westchnęła Charlotta.
- Chyba utknął w jakimś wyjątkowo okropnym wspomnieniu z poprzedniego życia. Wygląda na to, że próbował rzucić klątwę Nibelungów, bo ktoś zabił mu dziecko... Dzieci. – Ludwika zamilkła na moment. - I jakby... zatrzymał się na tym. Jakby jego pamięć zawierała tylko to. Cmentarz z drzewami, spalone miasto i chyba... gigantyczny wybuch.
Elżbieta wypuściła powietrze z sykiem.
- Cmentarz z drzewami, powiadasz? Cmentarz nas Batorych, zapewne. Widzę, że szanował rodzinne tradycje. Ktoś tu lubi się bawić czarną magią.
- Jakbyś ty...
-Najwyraźniej jest to dziedziczna skłonność – ucięła dyskusję Elżbieta – Ludwiko, wezwałaś uzdrowicieli?
- I co mam im niby powiedzieć? – westchnęła Ludwika - Że podejrzewamy skok czasoprzestrzenny, bazując na kontrowersyjnej teorii numerologicznej, która zresztą sama mówi, że taki skok jest praktycznie niewykonalny, bo Gellert musiałby kumulować moc przez millenium? I nawet nie wiemy, po co miałby to zrobić i dlaczego akurat rzucił się ratować tę małą Szkotkę. I co ja mam z nim teraz zrobić? Miał zapomnieć, Charlotto...
- Ale nie powiedziałam, że będzie to spokojny proces. Wspomnienia naładowane emocjami lubią pozostawiać ślady.
- Ale co mam zrobić? – dopytywała się von Bayern – Gellert leży półprzytomny, ma gorączkę, bełkocze coś o spalonej operze i zabitym synu czy zdrajcy... O synu zdrajcy, czy synu, którego on zdradził, czy... W kółko to samo, jakby jego umysł zatrzymał się na jakimś wspomnieniu. Jest coraz gorzej, temperatura mu rośnie, eliksiry nie pomagają...
Freeman, która do tej pory w milczeniu przysłuchiwała się dyskusji, ożywiła się nagle.
- A on nie ma po prostu gorączki chrzcielnej? – zapytała.
Pozostałe wiedźmy wlepiły w nią wzrok.
- Co ma mieć? – zdumiała się Elżbieta – Widziałaś kiedyś coś podobnego?
- Owszem. – Skinęła głową Joyce. – Sama przeżyłam coś w tym stylu... Ledwo.
Batory wstała, odwróciła swoje krzesło i usiadła na nim okrakiem, obejmując udami oparcie.
Mów – zakomenderowała krótko.
Freeman wyciągnęła się na swoim krześle, splatając dłonie na karku.
- Dawno, dawno temu – zaczęła powoli – Była sobie mała, czarna dziewczynka, której jeden pijany white thrash włożył łapy pod spódnicę... I był to ostatni błąd jego życia. Nawet normalne jaguary przegryzają czaszki aligatorom, więc zdajecie sobie sprawę, co się dzieje, gdy półtonowa bestia złapie zębami człowieka...
Zaczynało się. Freeman zaczynała wykład o mugolskiej podłości i upadku moralnym. To mogło trwać i ze dwie godziny.
- Joyce, on mi umrze, zanim dojdziesz do sedna – przerwała jej Ludwika.
- I mała dziewczynka... Półtonowa bestia uciekła na bagna, gdzie szybko wywąchała podobne jej monstra – ciągnęła spokojnie Joyce – I to, co mówię, ma znaczenie, jak sądzę. No więc jaguarzyca spotkała Isabelle, której ojciec wybrał narzeczonego starszego o czterdzieści lat ale będącego w posiadaniu weksli całej rodziny. No i pan narzeczony chciał od razu wypróbować towar, do tego był przyzwyczajony, hebanem handlował w końcu całe życie. Błąd, bo w końcu trafił naczarownicę. Potem Étiennette, Nini, która pracowała w manufakturze rękawiczek, pan inżynier się nią zainteresował, błąd. Ostatni błąd. Tak, Charlotto, nie patrz tak na mnie, w tej historii wszystko się kręci koło d... desusów z przyległościami. Nie ma siły, magia wybucha, jeśli jakiś świr pcha się z łapami na siłę. O Margaret i jej siostrze Hannah wam oszczędzę, ojciec po pijanemu... Błąd. I dochodzimy do panicza Ethana i jego niewolnika imieniem Andre...
- Bez szczegółów, Freeman...
- A tam, ojciec Ethana nie miał nic przeciwko temu, że się po kątach obściskiwali, sam lubił takie rzeczy. Ale Ethan za dużo czytał.
- Joyce, do rzeczy...
- To ważne. No więc Ethan czytywał za dużo, wszystko co było górnie, chmurnie i rymami. I ten zakochany dureń... Para zakochanych durniów złożyła sobie przysięgę, że się nie rozstaną, że do grobowej deski itepe. Długo to nie potrwało z tą grobową deską, Andre szczęścia wojennego nie miał za grosz, ale... Ale obaj nie wiedzieli, że są magiczni, że przysięga ma moc. No to jak szacowny ojciec sprzedał Andre temu samemu dżentelmenowi, którego czaszkę tu na stole widzicie... A on lubił czarnych chłopców, no. Nieźle odjechało, podobno. Ethan twierdził, że jak El puściła Czterech Jeźdźców na Finistère, to wyglądało podobnie... Tylko mniejsze było, rzecz jasna, dzieciak bez przygotowania teoretycznego to nie to samo, co Dunajska Rusałka w sile wieku...
- Dziękuję za komplement. Ale. Do. Rzeczy – warknęła Elżbieta.
- No i potem siedzieliśmy na tych bagnach i Ethan nam czytał. Wtedy był jedynym, co umiał, więc miał etat czytacza. A umiał po angielsku, francusku i niemiecku. I po łacinie też, nie to, co reszta.
- Czytał wam, powiadasz – wtrąciła się Elżbieta – Ale Gellert...
- Powieści nam czytał. Biblię. Tę prawdziwą, nie tę wersję dla niewolników. Gazety. Żywotów męczenników to w życiu nie zapomnę. Sadystyczne opowiastki o pięknych, gołych, wymyślnie spętanych nastolatkach i młodych żołnierzach... Nie chcę wiedzieć, czemu kucharka pani Jones to tak namiętnie czytywała, to była taka dobra, poczciwa kobieta. Chociaż, jak się widziało, co potrafiła z nożem, to kto wie, co robiła za młodu... No dobra. No więc Ethan nam czytał, co się ukradło. – Freeman sięgnęła po ustnik i wydmuchała kolejną scenę.
.
Grupka przyjaciół, skupiona wokół ogniska, wygrzebywała z popiołu jakieś pieczone bulwy. Herbata parowała w poszczerbionych filiżankach. Blondwłosy chłopak o delikatnych rysach siedział na zwalonym pniu, przyświecając sobie kulą magicznego ognia i czytał, a reszta towarzystwa słuchała z dziecięcym zaciekawieniem. Świecił księżyc, drzewa kołysały się lekko na wietrze.
.
Idylla. Charlotta poczuła, że zaraz zwymiotuje ten stek z aligatora. Po pierwsze dlatego, że to były dzieci. Ethan, najwyraźniej najstarszy z nich, nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat, a Joyce właśnie w dosadnych słowach wyjaśniła, dlaczego te dzieci siedziały same w lesie.
Niby Charlotta wiedziała to wcześniej, zaciągając się do armii Johnsona. Ale przeczytać, a zobaczyć na własne oczy, to było co innego. Zresztą, było to już trochę później, Joyce miała wtedy siedemnaście, a nie dwanaście lat.
Po drugie, Johnson zdołał kiedyś pojmać rzeczonego Ethana. Charlotta pamiętała młodego mężczyznę w czarnym stroju ozdobionym germańskimi runami, celtyckimi wzorkami, azteckimi hieroglifami i Merlin jeden wie, czym jeszcze. Pamiętała wojownika, umięśnionego, wytatuowanego, obwieszonego amuletami, z twarzą pomalowaną w czarne, żółte i czerwone pasy („red on yellow kills the fellow"*, jak mówiono w owym czasie) pamiętała furię i nienawiść dzikiego zwierzęcia, które wpadło w potrzask. Na Merlina, trzeba go było zakneblować, bo gryzł, i to mocno, jak zwierzę, a od samego draśnięcia można było umrzeć. Charlotta wolała nie wiedzieć, jakiej pasty do zębów używali.
Wrażliwy, zakochany bez pamięci Ethan, czytający przyjaciołom powieści dla nastolatków?
Lord Pendragon, brutalny, przebiegły, podstępny warlock**, jak mówiono na Południu, silny jak koń pociągowy, rzucający kule ognia, które potrafiły rozwalić gruby, kamienny mur.
Przynajmniej Charlotta się dowiedziała, skąd niepiśmienni smarkacze wpadli na to, by nadać mu takie nom de guerre. Z durnych powieści dla nastolatków, czytywanych przy księżycu.
- No i raz czytał nam o piratach – ciągnęła Joyce – Kapitan też był zresztą zbiegłym niewolnikiem, który kiedyś zbierał trzcinę cukrową na Karaibach... No to nas zainteresowało, rzecz jasna. No i w tej powieści mieli taki zwyczaj, że gdy przyjmowali kogoś do załogi, to nadawali mu pirackie imię. Nowy przestawał być niewolnikiem czy innym służącym - i stawał się wojownikiem.
- I postanowiliście, że wy też nadacie sobie nowe imiona?
- A widziałaś niewolnicę o nazwisku Freeman, Lotto?
Fakt. Charlotta jakoś się nigdy nad tym nie zastanawiała.
- I jaki jest krótki sens tej długiej mowy? – Zdenerwowana Ludwika zamachała rękami, aż z kominka buchnęła chmura popiołu. – Niełatwo jest tak długo utrzymać połączenie przez ocena, Joyce. Przejdź do meritum.
- Meritum jest takie, że skakaliśmy przez ogień, oblewaliśmy się kradzionym winem, cięliśmy się nożami i wrzeszczeliśmy na cały las, że wyrzekamy się dawnego życia. I zadziałało. Wspomnienia mi poleciały, dostałam gorączki, trzy dni mnie męczyło...
- Wspomnienia ci co?..
- Dostałam dziur w pamięci. I to sporych. I wszyscy potem tak mieli. Amnezja, gorączka, bredzenie od rzeczy. Wyrzekaliśmy się dawnego życia krwią, przed magią, to je traciliśmy, jak najbardziej dosłownie. A jak delikwent utknął na jakimś przykrym wspomnieniu, to gorączkował tak, że dostawał drgawek. A myśmy byli przecież dziećmi, ile wspomnień mogliśmy nagromadzić? Jeśli Gellert odrzucił sto lat swojego życia, to musiało mu nieźle odpalić.
- To ciekawa hipoteza – stwierdziła Charlotta.
- To jedyna hipoteza, jaką mamy – stwierdziła Elżbieta – I co robiliście z delikwentem, który utknął?
- No... Trzeba było z nim siedzieć. Mówić do niego. Nie zostawiać samego. I samo przechodziło.
- Sprowadzę kilkoro dzieci z rodziny – zdecydowała Ludwika – Spróbujemy. Nie spuszczę go z oka, obiecuję. A wy zajmijcie się Ferencem, posyłam wam wszystkie dokumenty. Pendragon i Queen też pewnie się dołączą, możecie im powiedzieć o wszystkim. Jeśli tylko będziecie czegoś ode mnie potrzebować, fiukajcie. Tylko, Elżbieto...
- Słucham.
- Elżbieto... To nasz prawnuk, ale wywołanie wojny międzykontynentalnej...
- Nie będzie wojny międzykontynentalnej – warknęła Batory – Jestem bardziej generałem, niż człowiekiem. Zawsze byłam.
- Akurat – mruknęła do siebie Ludwika, przerwawszy połączenie – Nie jestem pewna, kto jest większym zagrożeniem; prababka Bethi B. czy generał Batory.
- Co narobili moi prawnukowie? – Ethan, zwany Pendragonem, stanął w drzwiach, ciężko dysząc. – Co się tu...
- Mówimy mu, El?
- Mówimy. To też jego prawnukowie.
- To kto jeszcze wie? – wtrąciła się Charlotta.
- Tylko Ferenc. Mój stryj – powiedziała Elżbieta – I Hekate, rzecz jasna. Musimy zwołać wszystkich przodków...
- Zaraz, zaraz! – Zdenerwowała się Charlotta, która w ogóle nie miała głowy do drzew genealogicznych. – Kto tu jest czyim przodkiem?
- Chodźmy do salonu – zaproponowała Joyce – El, zechcesz wyrysować te krzaki genealogiczne? Zawsze miałaś to w małym palcu. Eti, ty też chodź i szykuj się na jazdę cwałem. Nasi kochani potomkowie odziedziczyli po nas... charakterki.
.
* "Red on yellow kills a fellow" i podobne wierszyki odnoszą się w realu do wężów koralowych; węże, mające pasy czerwone obok żółtych mają być jadowite, acz to nie jest cała prawda...
** cudne słowo; oznacza tak wrednego czarnoksiężnika, jak i wojownika, którego się żelazo nie imało...
.
Nie działało. Choć kuzynów wszelakiego stopnia Gellert miał niemało – sama Elżbieta miała wszak dziewięć córek – to ich obecność nie przynosiła efektu. Chłopak wciąż miał gorączkę, rzucał się, krzyczał, wygadywał jakieś brednie... Ludwika nie miała pojęcia, co robić.
Hekate Grindelwald też nie.
- Kim jest ten Adolf, którego on tak wyklina? – zastanawiała się głośno – Droga Ludwiko, może trzeba go będzie... rozumiesz, to Gellert się uspokoi?
- A jesteś pewna, że on się w ogóle już urodził? – westchnęła von Bayern – Wyłapałam nazwisko Eisenhauer*, możemy go poszukać...
- Piękne, niemieckie nazwisko – mruknęła do siebie Hekate – I piękne imię, a typ pewnie paskudny...
Zapadło milczenie.
- Wiesz, nie mogę w to uwierzyć... Dwudziesty wiek będzie straszny.
- A dziewiętnasty jest lepszy? – wzruszyła ramionami Ludwika – Ale jeśli czegoś szybko nie wymyślimy, dwudziesty wiek odbędzie się bez Gellerta.
Hekate zaczęła krążyć po komnacie.
- Załóżmy, że on cierpi na to, co sugeruje generał Freeman... To co oni robili inaczej, niż my?
- Powiedziała, że gromadzili się wokół chorego, mówili do niego... I wtedy, czując ich obecność, delikwent mógł uwolnić się od starego życia. Obecność przyjaciół...
Hekate zatrzymała się wpół kroku.
- Przyjaciół – stwierdziła – Właśnie. Przyjaciół z nowego życia. To jest ta różnica. Nie krewni, których znał już wcześniej. A ta dziewczynka, którą uratował przed mugolami...
- Dumbledore. Ariana Dumbledore.
- Dumbledore? – zdziwiła się Grindelwald – Mówi mi coś to nazwisko.
- To stary ród. A ojciec tej małej i Elżbieta zatańczyli raz razem. On ma do dziś bliznę na twarzy – wyjaśniła Ludwika.
- A kto nie tańczył z Bethi? – Wzruszyła ramionami Hekate. – Ona nigdy nie zrobiła sobie przerwy międzywojennej dłuższej, niż trzy lata. A te trzy lata, to tylko dlatego, że była ciężko ranna, a potem w więzieniu.
- Za odmowę?
- Żeby tylko. – Hekate wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. – Za zakończenie konfliktu na własną rękę, samowolne ustalenie warunków rozejmu i postawienie Ministerstwa przed faktem dokonanym. Nie byli zbyt szczęśliwi. Urzędasy... Nie dość, że sama wykonała całą robotę za nich...
- Kiedy ona urodziła te wszystkie dziewczynki... – Pokręciła głową Ludwika. – Między wojnami nie miała wiele czasu.
- W trakcie. Zawsze twierdziła, że ciąża to nie choroba. – Dla Grindelwald sprawa była prosta. – A szczyt wszystkiego to było po Nowym Jorku... Wiesz, o czym mówię. Spodziewała się dziecka tego ślicznego ścigającego... Hermenegildo Yastrebsky, pamiętasz?
A jakże. Batory, ostentacyjnie paradująca po okupowanym mieście z tym smarkaczem, uwieszonym na jej ramieniu. Cóż, wokół takich, jak Batory, zawsze krążyło stado karierowiczów, żigolaków, szpiegów tudzież desperatów, usiłujących łóżkową metodą zapewnić przetrwanie sobie i rodzinie.
Acz Yastrebsky ryzykował i karierę, i życie, wybierając jedną ze stron konfliktu w otwarty sposób, więc dziwiono się nieco, czemu chłopak nawet nie próbuje być dyskretny. W końcu nie miał krewnych w draculowym więzieniu, więc nie musiał się posuwać do aż takich metod.
Wszyscy zaś łamali sobie głowy nad tym, czy Elżbieta dostała jakąś klątwa w głowę o jeden raz za dużo, czy też sprawa ma drugie, albo i trzecie dno.
W końcu Batory nigdy przedtem nie gustowała w młodziakach. A jeśli już, to była, na wszystkie bachory Lokiego, sławną i wielbioną generał; młodych, ładnych i chętnych miała we własnych dywizjach tylu, że się Avadami od nich oganiać musiała. Już nie mówiąc o synach i kuzynach wszelkich przyjaznych Gildii polityków, których podsuwano jej w sposób wręcz obrzydliwy.
Ale nie. Polityczne mariaże i romanse, owszem, tu Batory była arystokratką w każdym calu, ale nigdy historie rodem z pisemek dla znudzonych czarownic. A tu nagle, ledwo miasto się poddało, Yastrebsky - gwiazda nowojorskiej drużyny - jeździł tą fikuśną karocą Batorych po magicznym Manhattanie, chadzał z panią okupant do mugolskiej opery, patrzył na nią cielęcym wzrokiem i sprawiał wrażenie zakochanego po uszy. A surowa, brutalna Elżbieta głaskała go publicznie po główce i szeptała mu coś konspiracyjnie do ucha, jakby byli parą nastolatków przeżywających pierwsze uniesienia miłosne.
Było to tak bezczelne, ostentacyjne i prowokujące, że Ludwika dopatrywała się tam i czwartego dna. Ale Yastrebsky trzymał język za zębami, a Elżbieta konsekwentnie wyzywała na pojedynek każdego, kto choć krzywo na niego spojrzał. I brała potem delikwenta pod buty po prusku.
Takoż od dawna nikt nie ośmielił się poruszać tej sprawy.
Ale ten namiętny romansik to była przesada, z obu stron.
- Nie sposób zapomnieć takiego skandalu... – stwierdziła Ludwika, głośno i z przekąsem - Sportowa duma Nowego Jorku jako toy boy starszej o ponad czterdzieści** lat wrażej generał. I to ledwo Elżbieta tam wparadowała, to ten się uwiesił jej ramienia. Wiesz, byli dorośli, ich ciała, ich sprawa, ale... Obnosili się z tym romansem w naprawdę przesadny sposób. Taki piękny skandal! – prychnęła ironicznie.
- I taka piękna para – westchnęła Grindelwald - Ale, wracając do rzeczy, Dracula zmuszał ją wtedy do galopu, jakby była abraksanem, co tam dziecko w jej wieku. Toż wpadła w łapy Brytyjczyków trzy dni przed porodem... – Hekate potrząsnęła głową. - Ranna, w ciąży, chora, wyczerpana, wypruta z magii prawie do zera. Myślałam, że mi umrze na rękach, krwawiła z nosa i uszu, dusiła się krwią. Brytole szału dostawali, bo się bali, że Dracula zrobi z niej męczennika za sprawę, że rozgłosi, że to oni ją zamęczyli. Mało mi głowy nie odklęli... Pytali, co wzięła, co przysięgała, jakich klątw sama użyła, jakbym mogła to wiedzieć. Stali nade mną i grozili mi, jakby nie było oczywiste, że zależy mi jej życiu bardziej, niż na własnym. Ech, durnie.
- Co jej nie przeszkadzało uciec tydzień po porodzie, zostawiając im dziecko. I w podskokach wrócić na front. Wraz z tobą, prawda? I zdaje się, że nie zwolniła tempa – Ludwika nie potrafiła się powstrzymać od złośliwości.
Ona sama doczekała się ledwie jednej córki, i to dopiero z trzecim mężem. Batory ledwo spojrzała chłopu na portki, a już była w ciąży, rodziła zdrowe, mocne fizycznie i magicznie dzieci i zupełnie nie ceniła tego, co ma. Jakby nie istniało nic, poza kolejnym frontem.
Zresztą nawet nie raczyła się zjawić przy swojej umierającej pierworodnej, bo, na kły Fenrisa, tysięczne oblężenie było ważniejsze.
Gwoli ścisłości, Batory była na zewnątrz, nie w twierdzy, więc mogła wziąć trzydniowy urlop na pożegnanie i pogrzeb.
Ludzie nie cenią tego, co im łatwo przychodzi i nawet nie wiedzą, jakie mają szczęście.
- Jakby wtedy mogła... Ale my tu wyciągamy stare szkielety z szafy, zamiast zająć się dziećmi, więc też nie jesteśmy przykładne – odcięła się Hekate - Ten Dumbel...
- Dumbledore – poprawiła ją Ludwika.
- Jak przyjął Bethi? Nie wyciągnął przeciwko niej różdżki?
- Zdaje się, że się nawzajem szanują, a Gellert uratował tę małą przed mugolami, więc nie sądzę, by doszło jeszcze do jakichś scysji między nimi.
- To dobrze – Uśmiechnęła się Hekate. – Musisz więc sprowadzić tu tę małą.
- Jest czwarta rano.
- Gellert nie może czekać do południa.
Ludwika uznała słuszność argumentu; kazała więc zaprzęgać.
.
* Ja wiem, że pan prezydent się pisał EisenhOWer, w USA działy się nie takie cuda z pisownią nazwisk. Ale dla dwóch Niemek, przyszłej historii wszak znać niemogących, byłby to z pewnością poprawny ortograficznie EisenhAUer. Rodzaj Kowalskiego.
** Jeśli magiczni żyją dłużej, to i powinni się wolniej starzeć. Sto lat starości? Dziękuję, postoję. Osiemdziesiątka to powinno być ze czterdzieści pięć lat, najwyżej sześćdziesiąt. Batory musiała mieć czas na „a Bóg jej dał aż dziewięć cór".
