Rozdział siódmy
O genealogii Gellerta, leczeniu piwem i teorii magoprzestrzeni
Ludwika wybiegła na dziedziniec, szybko sprawdziła uprząż, już wdrapywała się na kozioł...
No nie, jego tu jeszcze brakowało. Hermenegildo.
Ludwika wygięła usta w wymuszonym uśmiechu.
- Witaj, Gildo – wycedziła – Co za wiatr cię tutaj przywiał?
Czarodziej fiknął koziołka na swojej miotle, jakby wciąż miał dwadzieścia lat. Podleciał bliżej, zawisając głową w dół o kilka kroków od Ludwiki. Von Bayern westchnęła; ten człowiek był gorzej, niż bezczelny i nieznośny. Co Elżbieta w nim zobaczyła? Cóż, pewnie właśnie to.
- Jeden z moich prawnuków jest ciężko chory, drugi może stanąć pod Północną Ścianą za coś, czego nie zrobił – stwierdził zimnym tonem Hermenegildo – A w zasadzie to za bycie potomkiem moim i madame Elżbiety, jak sądzę. I co, mam za kaflem gonić?
- Bycie potomkiem zdrajcy i okupanta...
- Jakby to była jego wina! – warknął czarodziej.
- ...nie poprawia sytuacji Ferenca. To nie zarzut, to fakt. – Ludwika nie zamierzała się z nim kłócić.
- A co może poprawić?
- Co do Ferenca, to Elżbieta ma pewne plany i z pewnością cię wezwie, jeśli będziesz potrzebny. – Ludwice wpadł właśnie do głowy pewien pomysł – Ale co do Gellerta… Dolecisz do Szkocji szybciej, niż ja powozem, prawda?
- Pani daje adres i wytyczne, stary Gildo jest w Edynburgu za godzinę, jeśli nie trzeba przewieźć niczego kłopotliwego.
- Słuchaj… Ale nie mów o tym nikomu…
- Jakbym po raz pierwszy latał za generalskimi sprawami i nie wiedział, kiedy się zamknąć – prychnął Hermenegildo – Swego czasu to i legilimencji po parysku na mnie próbowali, całą noc, a guzik się dowiedzieli. – Skrzywił się na samo wspomnienie.
Takiego wyznania von Bayern się nie spodziewała; spojrzała na miotlarza z szacunkiem i współczuciem. Wytrzymać całonocne francuskie przesłuchanie, to było coś. Cóż, ten człowiek był najwyraźniej czymś więcej, niż generalską zabaweczką.
- Gildo, polecisz do rodziny Dumbledore`ów, zaraz dam ci adres…
.
Gellert rzucał się na łóżku, krzyczał, wył. Był głupcem, myśląc, że Historia podda się bez walki; był głupcem, myśląc, że w ogóle będzie zamierzała się poddać. Pamięć uderzyła znowu, jeszcze mocniej, bo przecież Grindelwald przeżył – spowodował – coś gorszego, niż śmierć własnych synów.
Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Zabił Niemcy, a to stokroć gorzej, niż zabić matkę.
Dość wcześnie zrozumiał, że ten cały Führer sprowadzi na wszystkich kłopoty, więc postanowił rozwiązać sprawę po generalsku. I, na Hel i jej królestwo, zabił Niemcy.
Znał się na tyle na starej, politycznej magii, by zrozumieć, że to mugole muszą pociągnąć za spust, a on może im tylko dyskretnie pomagać. Nie wahał się ani chwili, przystąpił do działania, mugoli chętnych do rozwiązania problemu szalonego przywódcy nie trzeba było zresztą daleko szukać.
A on, dureń, wmieszał się w to wszystko, zderzył się ze starymi barierami chroniącymi mugolski porządek rzeczy przed zakusami magicznych manipulantów i zabił ich, i zabił Niemcy.
Nie, żeby zaprzyjaźnił się z którymś z tych nieszczęsnych mugoli, nie należeli przecież do tego samego świata, mogli się zrozumieć tylko w bardzo ograniczonym zakresie, ale byli w końcu Kameraden. Działali razem, ryzykowali razem, mieli wspólny cel, a to do czegoś zobowiązywało. Ale kiedy znowu magia i chemia zawiodły, a intryga runęła jak domek z kart, nie mógł im już pomóc. Zanim wyrwał się z kolejnego więzienia, było już za późno.
Co to były za czasy, o wielkie Norny, że przyzwoity oficer musiał stać się zdrajcą i mordercą, a i tak na nic to się nie zdało, że ani odwaga, ani magia nie mogły powstrzymać katastrofy.
Kraj płonął, a on siedział w lochu bez okien, bezbronna marionetka magii i polityki, tłukąc pięściami w kamienną ścianę w bezsilnej furii.
Drugi raz dostał takiego ataku szału, gdy Imre Nagy wzywał pomocy przez radio, a mugolski świat uparcie udawał, że nic się nie dzieje. Zresztą, co można było zrobić? Interwencja skończyłaby się pewnie kolejną gigantyczną wojną, tym razem atomową.
A Grindelwald, potężny, przebiegły Grindelwald siedział sobie w Nurmengardzie jak szczur w pułapce, gdy Budapeszt umierał, wiedząc, że jeśli zareaguje, to i tak zderzy się z magią, chroniącą mugolską historię. Magią, tworzoną pewnie jeszcze przez Arpada, a wzmacnianą przez kolejnych wielkich magów, w tym i niejednego z Batorych.
Co z niego za Batory, jeśli pozwolił, by wróg skrwawił Budapeszt? Co z niego za von Bayern, gdy nie ocalił Monachium?
A ten dureń, ten szlachetny, głupi, szkocki dureń nie cisnął mu za to Avady w serce, tak jak się należało. Walkirie przybywały po jego towarzyszy, jego Kameraden, a on siedział za kratami jak szczur i tłukł pięściami w ścianę, aż połamał sobie kości w dłoni.
A może i słusznie, może nie zasłużył na tak godne towarzystwo, w końcu zadziałał pochopnie, jak niedoświadczony aurorzyna i uruchomił mechanizm, który stworzyli najpotężniejsi w dziejach magii.
Wył z wściekłości, dlaczego, dlaczego decyzje podjęte w minionych tysiącleciach miały zniszczyć to, co powinny były chronić? Czarodzieje byli tak aroganccy, tak krótkowzroczni! Chronili mugoli przed zakusami czarnoksiężnika, który chciał swojego mugolskiego pociotka uczynić królem. Niby rozsądnie, w przeciwnym przypadku czarodzieje stawaliby do walki w każdej mugolskiej wojnie i każdy mugolski konflikt przenosiłby się do świata magii. Ale geniusze dawnych epok nie przewidzieli, że mugole mogą się stać tak potężni, że wstrząsną całym światem, że trzeba ich będzie powstrzymać, dla większego dobra i ich, i czarodziejów.
Stara, bezlitosna magia wyrosła jak mur, zbyt wysoki, by go przeskoczyć, zbyt gruby, by go przebić. A durny Grindelwald nie zorientował się w porę, z czym ma do czynienia i jak, na kły Fenrisa, obejść tego Maginota.
Trzeba było iść do Aachen, roztrzaskać karolowy tron. Trzeba było paść przed tym tronem na kolana, czołgać się po posadzce katedry, wyć i błagać o litość dla świata. Trzeba było.
.
Hätte, hätte, Fahradkette*. Mądry czarnoksiężnik, gdy eliksir już się wylał.
Trzeba będzie. I niech Norny mają litość nad światem, jeśli i tym razem nie uda się zatrzymać mugolskiego szaleństwa, jeśli świat magii pozostanie pasywnym świadkiem wydarzeń.
Na Norny, Grindelwald pamiętał, do czego to prowadziło.
Pamięć nie zapomniała, jeszcze nie.
.
Zaspany Gellert otworzył jedno oko, obrzucając budzącego go czarodzieja niechętnym spojrzeniem.
- Panie generale – oznajmił strażnik – Wiem, że jest jeszcze wcześnie, ale to chyba nie powinno czekać...
Była dopiero czwarta rano, więc Grindelwald, który ślęczał na wyliczeniami numerologicznymi do późna, burknął ze złością:
- Szturmują? W Wigilię? Kompletnie im...
- Nie, Striekozow stoi pod drzwiami i prosi o rozmowę.
- Jaki znowu...
- Konstanty Ilicz Striekozow, TEN Striekozow. To musi być ważne, panie generale...
- Jeśli chce mnie aresztować, to mu powiedzcie, że mnie nie ma w domu! – syknął Grindelwald – Że też aurorstwu chce się w Wigilię... Czy oni rodzin nie mają?
- Tutaj raczej obchodzi się Święta wedle prawosławnego kalendarza, panie generale – zauważył strażnik - A on przyszedł sam, stoi pod drzwiami i niemalże błaga o pięć minut.
Cóż, jeśli petersburski auror go jakimś cudem odnalazł, przyszedł bez wsparcia w środku nocy i pokornie prosił o audiencję, to pewnie miał ważny powód.
- To go wpuśćcie – rozkazał Gellert – I traktujcie jak gościa... na razie.
Nie spieszył się z ubieraniem i czesaniem włosów, niechże Striekozow nie wyobraża sobie za dużo, był środek nocy! Niech się cieszy, że Grindelwald nie kazał go poszczuć wilkami prababci Ludwiki albo i od razu potraktować Avadą.
W końcu elegancki i wyperfumowany Grindelwald raczył się zjawić w gabinecie, do którego strażnicy zaprowadzili aurora.
Listopadowy Petersburg spowijała noc, tylko w jednej z mugolskich kamienic po drugiej stronie ulicy w jednym z okien widać było światło.
Konstanty Ilicz stał, opierając się ręką o szybę i wpatrywał się w strugi deszczu przecinające ciemne niebo. Nie zauważył Gellerta, który potrafił chodzić cicho jak jaguar.
- Konstantynie Iliczu, obaj jesteśmy żołnierzami, zechciejcie się więc po żołniersku streszczać – warknął Gellert, nie bawiąc się w uprzejmości – W jakiej sprawie przyszliście o tak nieludzkiej porze?
Auror drgnął, odwrócił się w stronę Grindelwalda, a potem bez słowa ukląkł przed nim.
Jeśli chciał zaskoczyć Gellerta, to mu się to udało. Grindelwald zamrugał, zdumiony. Co tu się wyprawia, na wszystkie bachory Lokiego?
- Konstantynie Iliczu, nie jestem cesarzem Karolem, a z takim kultem jednostki to się na Kreml wybierzcie! – syknął - Wstawajcie w tej chwili i mówicie, co się stało, nie mam zamiaru sterczeć tu do rana!
Auror nie spojrzał nawet na niego.
- Zabrali mojego ojca – wychrypiał – I jego dwóch braci, gospodin gienerał... Proszę... Oni nic nie zrobili...
- Nikogo nie kazałem uprowadzać! – ryknął Gellert – A już na pewno nie za to, że są waszymi krewnymi! Czy ja kiedykolwiek robiłem takie charłactwa?! Jak się wam rodzina popiła i gdzieś się teraz szlajają, to nie moja wina! Idźcie ich szukać, zanim się w Newie potopią!
- Na Łubiankę ich...
Grindelwald zrozumiał. Chyba.
- Konstantynie Iliczu, jesteście mugolakiem?
Auror przytaknął.
Gellert wypuścił powietrze z płuc z głośnym sykiem. Pułapka. Akurat pójdzie na Plac Łubiański, jakby nie wiedział, jaka magia drzemie pod jego brukiem. Striekozow blefował stanowczo zbyt bezczelnie, ale Gellert lubił zuchwalców, nie sięgnął więc od razu po różdżkę.
- Konstantynie Iliczu, ja wiem, że różne są metody walki z wrogiem, gracie naprawdę nieźle, ale szanujcie moją inteligencję, pókim dobry. Nie jestem Berią, ale za takie sztuczki...
Auror spojrzał prosto na niego; Gellert widział niejednego kłamcę, ale nie spodziewał się, że Striekozow, wojownik Striekozow, potrafił płakać na zawołanie.
- Beria – szepnął auror drżącym głosem – Wzięli i moją kuzynkę, Gellercie Lokiczu, sąsiadka słyszała, jak powiedzieli stryjowi, że dla niego... Ona ma tylko dwanaście lat, Gellercie Lokiczu, zmiłujcie się choćby nad nią.
Grindelwald nie potrzebował zaawansowanej legilimencji, by pojąć, że Striekozow nie kłamie i że nie ma tu żadnego blefu, żadnej gry, jest tylko stalinowska maszynka do mielenia mięsa, piekielna miasorubka, i Beria, nienormalny nawet jak na swój kraj i epokę.
Przypomniał sobie nagle prababkę Joyce i jej opowieść o tym, jak odkryła w sobie magię; a tamta dziewczyna była mugolką, jej nie obronią kły i pazury...
Jaguar ryknął tak, że cała kamienica zadrżała, a szyba, o którą przed jeszcze niedawno opierał się Striekozow, dosłownie wybuchła, choć Gellert gotów był przysiąc, że nie wykonał żadnego gestu i nie wydał z siebie żadnego dźwięku, że jaguar był tylko w jego głowie. Wiatr wpadł do pokoju, zimne, mokre powietrze buchnęło mu w twarz, otrzeźwiając go trochę.
Na córkę Lokiego, to była pancerna szyba, której nie ruszały klątwy klasy Blitzkriegu, Gellert próbował przecież.
Auror, przerażony wybuchem mocy, kulił się na podłodze, kawałeczki szkła i krople deszczu lśniły mu we włosach.
- Gellercie Lokiczu – spróbował jeszcze raz – Gospodin gienerał, zlitujcie się, to tylko dziecko... Wasza prababka Batory by...
Grindelwald zaczął się zastanawiać, jakich klątw musiałby użyć, żeby doprowadzić Striekozowa do takiego stanu.
- Przecież ja nie mam kluczy do Łubianki – westchnął – I dlaczego po prostu nie pójdziecie tam we trzech i nie rozwiążecie problemu? Moskwa ma potężne bariery, ale wiem, że mniej kompetentni od was wyciągali swoich krewnych z tych lochów. Jak długo nie jest to wielka, polityczna sprawa, nie jest to aż takie trudne.
- Chyba już wiecie, Gellercie Lokiczu, że przegłosowano tę poprawkę do ustawy o tajności. Ministerstwo reaktywowało osłony trzeciego stopnia – szepnął auror – Galina Pawłowna próbowała kilka dni temu, nawet nie zobaczyła murów na oczy i dostała za to dziesięć lat, od razu, bez procesu. Jeśli ona nie dała rady, to ja tym bardziej. Gospodin gienerał, błagam, zróbcie ze mną, co chcecie, będę wam posłuszny jak inferius, przysięgam, ale...
To, czego Gellert nie wymusiłby żadnymi torturami, ta banda biurokratów załatwiła za pomocą dwóch linijek na pergaminie.
Grindelwald-rewolucjonista szalał. Oto, do czego doprowadziła ta idiotyczna ustawa o tajności. Prawo, które zmuszało szlachetnych, odważnych ludzi – Gellert musiał przyznać, że Rosjaninowi było blisko do oficerskiego ideału – do zdrady i poniżania się przed wrogiem.
Oczywiście, że cieszyło go to, że auror gotów jest mu sprzedać duszę, takich sprzymierzeńców nie znajdowało się łatwo, ale... Ale, mimo wszystko, widok Konstantyna Ilicza rozbitego psychicznie na kawałeczki nie napawał go satysfakcją, tak jak nie cieszyłoby go oglądanie pięknego bojowego pegaza ze strzaskanym kręgosłupem i połamanymi skrzydłami. Nawet, jeśli był to pegaz wrogiej armii.
Hańba i zdrada, oto, co prawo szykowało uczciwym czarodziejom. Strach, ból i poniżenie.
Cóż, jak to mawiali mugole, gdy modlitwy nie pomagają, trzeba iść na rozstaje i wezwać tego z wierzby. A gdy prawo staje się bezprawiem, trzeba iść do bandyckiego generała, który też pracował za tę samą, uświęconą tradycją, stawkę.
I co miał teraz zrobić? Cóż, to, co zawsze. Gellert mógł podeptać własne ideały, pójść na brudne kompromisy, ale jedna zasada było dla niego święta, jak drzewo, z którego czyniono różdżki. Chociaż, sam to przyznawał, interpretował ją w... oryginalny sposób. Ale zawsze była dla niego ważna.
Wo Recht zu Unrecht wird, wird Widerstand zur Pflicht, Gehorsam aber Verbrechen!
Gdzie prawo stało się bezprawiem, opór staje się obowiązkiem, a posłuszeństwo zbrodnią**.
Beria. Verdammt. Na podłego wroga trzeba będzie użyć podłych sztuczek; nie cieszyło go dalsze poniewieranie tym nieszczęsnym aurorem, ale... Dla większego dobra, verdammt noch mal.
- Kostja – zaczął Gellert łagodnym tonem – Myślę, że byłoby to wykonalne, ale jeśli oni rzeczywiście reaktywowali te osłony... Krew. Magia krwi to jedyne wyjście.
- No to zabijcie mnie, jeśli to konieczne.
Gellert prychnął.
- Kostja, toż tu porządnej ofiary potrzeba – mruknął obłudnie słodkim tonem, uśmiechając się drapieżnie – Musiałbyś przyjąć na siebie to, przed czym chcesz ich ochronić, a ja musiałbym bawić się w Berię. Nie powiem, mógłbym, ładny jesteś, ale...
Auror spojrzał na niego, mając nadzieję, że był to tylko okrutny żart. Był, w tym przypadku ofiary nie trzeba było złożyć, wystarczyło się tylko na nią zgodzić. Tego auror, rzecz jasna, nie mógł wiedzieć i nie mógł się o tym dowiedzieć, dopóki jego rodzina nie była bezpieczna. Wszystko, co ma wartość, ma też cenę.
Nie, Gellert nie zamierzał wyrządzić mu krzywdy, nie śmiałby kpić z magii ofiary, nigdy. Ale teraz musiał grać rolę podłego czarnoksiężnika.
- Róbcie, jak uważacie, gospodin gienerał.
Gellert wyciągnął do niego dłoń. Auror powoli, ostrożnie, podał mu swoją, magiczny płomień z sykiem owinął się im wokół rąk, sięgając aż do barków. Gellert powoli, wyraźnie akcentując każde słowo, wypowiedział słowa przysięgi. Jaguar szarpał się niecierpliwie, węsząc krew.
– Chodź, Kostja, wstańże wreszcie, jeszcze jeden drobiazg...
Auror zacisnął zęby, widząc nóż w dłoni Grindelwalda.
- To tylko płytkie cięcie – wyjaśnił Gellert – Muszę przenieść magię twojej ofiary na siebie. Liczyć się będziemy, jeśli ich ci przyprowadzę. Jeśli nie zdołam tego zrobić do południa, jesteś wolny.
Striekozow spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Nie można sobie kpić z magii ofiary – ciągnął Grindelwald – Jeśli nie dotrzymam swojej części umowy, będziesz wolny i nikt z moich ludzi nawet nie spróbuje cię zatrzymać.
Powoli, ostrożnie, by nie przeciąć niczego więcej poza skórą, przeciągnął nożem po szyi aurora, od karku aż po mostek. Striekozow zacisnął zęby i pięści, ale nie oponował.
Gellert gwałtownym ruchem przyparł go do ściany, złapał dłonią za włosy i zanurzył usta we krwi. Czuł, jak auror drży z obrzydzenia i strachu, jak walczy sam ze sobą, by go nie odepchnąć.
Gellert puścił go w końcu i cofnął się o krok.
- Metoda Batorych – uśmiechnął się krzywo, czując, jak ciepła strużka spływa mu po brodzie – Starożytna, nieelegancka, skuteczna. Teraz mogę mówić mocą twojej ofiary... Ale mamy tylko trzy godziny, zanim twoja magia mnie opuści. Chodź, musimy pożyczyć konia, musimy zdążyć do Moskwy zanim świr się obudzi i każe sobie dziewuchę przywieźć na Kreml. Kremla magią sam Mordred z Lokim i starym Gorynyczem do spółki by nie ruszyli, a po mugolsku tym bardziej się tam nie wejdzie. Chodźmy po konia.
- Konia?
- Wsparcie wyślę Wołgą***, ale my pożyczymy sobie konia od Piotra Aleksiejewicza.
- Piotra Aleksiejewicza? – zdziwił się auror, bo o żadnym hodowcy pegazów o tym imieniu nie słyszał.
- Mojego, pra... czekaj, mojego pra-pra-pra-pradziadka.
- Pożyczenie konia od obrazu nie...
- Pomnika. Lepszego konia nie ma w całej Rosji, Kostja – ciągnął Grindelwald – Klątwy się go nie imają, jakby był z elektronu, nie z miedzi... A i krew lubi. Bydlę się zabawi, a i dziadek będzie zadowolony, nie podoba mu się obecny porządek... choć metodyka mu pewnie odpowiada, łagodny to on nie był – tłumaczył, jednocześnie szykując się do drogi i wydając rozkazy obrazom.
- To on był waszym przodkiem? Ten Piotr?
- Tak, ten. Jak może słyszałeś, z drugą żoną Katarzyną miał tabun dzieci, z których większość oficjalnie zmarła jako niemowlęta. To były jego magiczne dzieci, kazali je od razu wychowywać wśród nas. I on, i Katarzyna byli mugolakami, wiedzieli, jak ciężko jest wejść do naszego świata nastolatkom.
- Ale dlaczego sami żyli wśród mugoli?
- Nie oni jedni. Jaką karierę mógł zrobić w tamtych czasach rosyjski mugolak? Też wolałbym być mugolskim carem niż ministerialnym popychadłem. A Katarzyna wolała być carycą, niż chłopską córką, której do Ministerstwa pewnie by nawet nie wpuścili. A tak to żyjesz sobie jak wielki pan, a w wolnym czasie bawisz się alchemią...
- Chyba nekromancją – mruknął Striekozow do siebie.
- Też – przyznał Grindelwald – Nie masz pojęcia, jak pasjonujące są jego dzienniki laboratoryjne, on z samym Newtonem o alchemii i teorii magii dyskutował, wiesz, jakie teorie wysnuwali w listach? Naprawdę, trudno powiedzieć, który z nich był większym geniuszem... Drań Cruciatusa wynalazł, nawiasem mówiąc. Piotr znaczy, nie Izaac.
- I na własnym synu wypróbował...
- W porównaniu z metodami, które czarnoksiężnicy... i uczciwi ministerialni śledczy zwykli stosować w siedemnastym wieku, to crucio jest humanitarną klątwą. Prześpisz się, piwa napijesz, głowa trzy dni poboli i po sprawie. Kości składać nie trzeba...
- Leczycie postcruciatus piwem?
- Radlerem. Jedna trzecia portera, jedna trzecia soku z cytryny, jedna trzecia wody, dla recydywistów można dodać mały kieliszek szkockiej albo koniaku, Dopplera**** obalasz i na drugi dzień jesteś wesół i szczęśliwy, jak niuchacz w skarbcu. Polecam. Wypróbowane osobiście i wielokrotnie.
Striekozow wiedział, że Grindelwald jest szalonym czarnoksiężnikiem, ale żeby torturować więźniów i wmuszać w nich potem dwa litry takiej mikstury, żeby przetestować jej skuteczność...
Gellert opacznie zrozumiał jego minę.
- Doppler z koniakiem to dawka dla mnie, na moje dobre sto siedemdziesiąt funtów i ciało tyle razy potraktowane klątwami, że żaden eliksir porządnie nie chce już działać. Zresztą, po paru tygodniach w jakimś Azkabanie czy innej norze, to się nazbiera tyle niedoleczonych klątw, że trzeba pić mikstury wiadrami jak abraksan, żeby znowu funkcjonować... Tobie dałbym Mass, jesteś jeszcze młody i ważysz sporo mniej, a i nerwy masz jeszcze nieprzepalone...
Wspomnienia wirowały, stapiały się ze sobą, rozpadały na kawałeczki, by połączyć się na nowo.
Gellert widział przeszłość… przyszłość, możliwe i już niemożliwe przyszłości, a jego magiczny rdzeń wibrował, nie radząc sobie ze strumieniem magii.
.
* teraz to możemy sobie pogdybać; „trzeba było"
** niemieckie powiedzenie, bezczelnie ukradzione niejakiemu Brechtowi
*** jest to ahistoryczne, wtedy to nawet Pobiedy jeszcze nie jeździły, ale furda to, czarna Wołga idealnie pasuje do Grindelwalda
**** Doppler to dwulitrowy kufel, Mass – ergo miara piwa, bawarski standard, to jeden litr
Piotr Aleksiejewicz Romanow, ergo Piotr I Wielki, w realu alchemik :-) Ciekawy, acz paskudny typ, byłby idealnym czarnoksiężnikiem. A jego miedziany koń stoi w Petersburgu do dziś.
Newton też alchemikiem był i w okultyzm się bawił. I jak najbardziej panowie mogli się spotkać (Piotr odwiedził Anglię) i korespondować, jako siedemnastowieczna wersja Grindeldore.
.
Percival Dumbledore był Niewymownym, i jak każdy doświadczalnik miewał dziwaczne godziny pracy. Big Ben wybił drugą w nocy, gdy eksperyment dobiegł końca i wreszcie można było wracać do domu. Na szczęście Kendra była wyrozumiałą żoną; zresztą i magiczni ogrodnicy pracowali czasem o nieludzkiej porze, by zebrać zioła w czasie pełni, albo o wschodzie słońca.
Percival zapisał wyniki doświadczenia na rolce pergaminu, starannie zabezpieczył laboratorium i ruszył w stronę wyjścia.
- Percy! – Odwrócił się gwałtownie, słysząc swoje imię; nie spodziewał się spotkać kogokolwiek o tak późnej porze. – Wstąpisz do mnie do gabinetu na chwilę?
- Pani Prewett? – Zdziwił się. – Przecież była pani na konferencji…
- Owszem – odparła była aurorka – Wiem, że to nieludzka pora, ale czy mógłbyś wstąpić na chwilę do mojego gabinetu?
- Ależ oczywiście.
Konstancja Prewett była niezwykłą wiedźmą. Gdy odchodziła na emeryturę po dwudziestu pięciu latach służby aurorskiej, nie zamierzała spędzić reszty życia, bawiąc wnuki i piekąc ciasta – choć jej szarlotki były słynne na całe Ministerstwo.
O nie, Konstancja postanowiła zająć się na poważnie teorią magii i Percival musiał przyznać, że jej rozważania na temat natury magicznego rdzenia i magopola Ziemi były nadzwyczaj inspirujące.
Ale przeczuwał też, że madame Prewett nie zamierza dyskutować o tachionach i tensorach w środku nocy. Pewnie chodziło o bardziej… aurorskie sprawy.
- Mam wieści dla ciebie, w tym żadnych dobrych – Wiedżma od razu przeszła do rzeczy, zamknąwszy za sobą drzwi. – O ile mi wiadomo, miałeś ostatnio pewną niezapowiedzianych gości, którzy są oficjalnie naszymi wrogami.
- Wolałem nie oponować, gdy generał Batory…
- I słusznie. Rozjuszenie akurat tej wiedźmy byłoby idiotyzmem. Gdybyś podniósł przeciwko niej różdżkę, z pewnością spróbowałaby odbić swojego wnuka siłą. Ale jakim cudem ten chłopak się u ciebie znalazł? Jego krewni są waszymi sąsiadami, prawda?
Percival zaczął się zastanawiać, o co tu chodzi. Przecież wyjaśniał już do wszystko aurorom. Ale madame Prewett pewnie dostrzegła coś więcej.
- Prawnuka. I owszem, nasza sąsiadka, pani Bagshot, jest bodajże córką kuzynki pani Lovelace-Grindelwald, prababki Gellerta.
- Ta Lovelace od numerologii i arytmancji?
- Ta właśnie.
Konstancja zamyśliła się głęboko.
- Tak, to by wyjaśniało pewne sprawy… - powiedziała cicho – Ale skąd ten mały Grindelwald się u ciebie wziął bez wiedzy generał Batory?
- Gellert twierdził, że śniło mu się, że moja córka potrzebuje pomocy. Faktycznie, napadła ją grupa mugolskich podrostków…
- Sen, powiadasz? A to ciekawe… Sny, które sprawiają, że rzucasz wszystko i pędzisz na pomoc nieznajomej wiedźmie, żyjącej o tysiące mil od ciebie. Dziwne, nieprawdaż?
- Widzący bywają przecież… ekscentryczni.
- Owszem, ale… Widzisz, ten sen nie był chyba jedynym. Utrzymujesz kontakt ze swoim kuzynem Wulfrykiem?
- Wulfi jest synem mojego kuzyna drugiego stopnia, Aureliusa. To ostatni Dumbledore, poza moimi synami, rzecz jasna. I nie, nie widujemy się zbyt często, ale wiem, że on też miewa prorocze sny.
- Twój kuzyn próbował zabić Ludwikę von Bayern, jedną z prababek owego Gellerta.
Percival zbladł. Zamach na jedną z najbardziej wpływowych wiedźm w Europie nie mógł nie mieć konsekwencji. Oczywiście, wiedział o próbie zabójstwa, ale nie miał pojęcia, że Wulfryk był w nie zamieszany.
- O Merlinie… Ona chce teraz wojny? Czy wyroku…
- Ona go zabiła. Wiem, że to… drastyczne, ale, jakby na to nie patrzeć, to on strzelił jej Avadą w plecy z zasadzki, a ona tylko broniła siebie i tego Gellerta.
Zapadła ponura cisza.
- Ale dlaczego? – spytał w końcu Percival – Nie miał żadnego powodu…
- Percy, jak wiesz, zmiany pola magii można rejestrować. Atakowi Wulfryka towarzyszyła nadzwyczaj silna fala pola, do tego niezmiernie podobna do tej, którą wywołał Grindelwald, przybywając do ciebie. Sam popatrz. – Wiedźma rozłożyła wielką płachtę pergaminu. – To jakby to samo zaburzenie, tylko przesunięte w fazie.
Percival pochylił się nad wykresem.
- Ale… To wygląda jak wykres Lovelace-Grindelwald pętli magoczasu… Nie. Mówi mi pani, że Gellert cofnął się w czasie, by ratować Arianę, a Wulfryk zrobił to samo, by zabić panią von Bayern? To nie ma sensu… Merlinie. – Percival zaczynał dostrzegać sens w tym nonsensie. - On chciał zabić Gellerta? Oni… Ścigali się w czasie? Ale on… Przecież on chciał tylko pomóc mojej córce, co było w tym złego? Czy ona może zostać… Co ona może złego zrobić, to takie dobre dziecko… Ale co mogłaby zrobić, gdyby ci Mugole… Stałaby się Obscurusem i zrobiła komuś krzywdę? Nie, przecież… Ale to takie wrażliwe dziecko… Ale…
- W tych energiach następuje unifikacja. Nie można powiedzieć, czy faktycznie nastąpiła podróż w przeszłość, czy Widzący miał sen, dotyczący możliwej przyszłości. Nawet sam Widzący nie jest w stanie tego odróżnić. Zresztą, to nie ma znaczenia, czy ktoś zobaczył możliwą przyszłość podczas wizji, czy rzeczywiście ją przeżył. Tej przyszłości już nie będzie, Grindelwald już ją anihilował, więc nikt jej nigdy nie doświadczy. – Cierpliwie wyjaśniła pani Prewett.
- A sam Gellert…
- Nie będzie miał wyraźnych wspomnień, bo nie można jasno pamiętać tego, co się nie wydarzyło i nigdy nie wydarzy. Dlatego przepowiednie są zazwyczaj mętne i fragmentaryczne. Zresztą, obawiam się, że nie mamy możliwości go przesłuchać, bez ściągania sobie generał Batory na głowę, a to nie byłoby rozsądne, prawda? – westchnęła wiedźma - Tym niemniej, jedno jest pewne: Gellert Grindelwald to potężny Widzący. Możliwe, że wyśnił sobie całe swoje życie, a z wykresów sądząc zobaczył – albo przeżył – ze sto lat. Twój nieszczęsny kuzyn też miewał niezwykle silne wizje. Chyba… - Wiedźma zawahała się na moment. – Trudno jest badać tak rzadkie dary, jak Wewnętrzne Oko, ale moje statystyki sugerują, że Widzący zazwyczaj pojawiają się parami. Jeśli się odnajdą, zaczną współdziałać, jeden równoważy wpływ drugiego…
- I ich wizje nabierają sensu – dodał Percival.
- W każdym razie mogą lepiej władać swoją mocą. Obecnie najsłynniejsza para to owa Lovelace-Grindelwald i Freeman…
- Morderczyni i…
- Też. – Przerwała mu Konstancja. - Jakby Lovelace-Grindelwald była niewinna, nawiasem mówiąc. Dracula ją złapał i podobno trzy dni ją… przesłuchiwano, a Batory wyciągnęła ją z lochu, myślisz, że z dobrego serca? Ale to nie ma nic do rzeczy, Percy. To silne Widzące, najpewniej źle by skończyły, gdyby nie mogły współdziałać. Samotna Widząca to problem, i dla siebie, i dla otoczenia, w najlepszym przypadku skończy jako alkoholiczka. One… Widzące mówią, że trudno jest zachować trzeźwy umysł, gdy nie ma nikogo, z kim można by się podzielić swoimi wizjami i przepowiedniami.
- Nie dziwię się.
- Z tego, co one mówią, dar jest niezmiernym obciążeniem, bo trudno zinterpretować to, co się widzi, a jeszcze trudniej żyć ze świadomością, że nie wszystko można zmienić, mimo wiedzy, jaką daje Wewnętrzne Oko. Ale czasem, rzadko, ich magiczne pola zaczynają rezonować, i pojawiają się niesamowite okna w przyszłość. I chyba z tym mieliśmy tu do czynienia, Wulfryk i Gellert byli magicznie… bliźniakami. Ich moce przystawały do siebie, uzupełniały się. Niesamowite, mężczyźni posiadający Wewnętrzne Oko to niezwykła rzadkość, a tu było ich dwóch.
- A Ludwika von Bayern przerwała ich połączenie. Na zawsze.
- Niestety. Gellert i Wulfryk równoważyliby się nawzajem, mogliby uspokajać się wzajemnie. Jeden byłby moderatorem mocy drugiego. Teraz, jeśli młody Grindelwald nie znajdzie innego Widzącego, jego magia może wyrwać się spod kontroli. A jeśli już stał się dobrym znajomym waszej rodziny, to byłoby rozsądnie mieć go na oku. Pewnie, że chciałabym go dokładnie przesłuchać i porobić pomiary, ale generał Batory mogłaby… nie wyrazić na to zgody. Możemy… Powinniśmy go jednak obserwować, zwłaszcza, że jego rodzina też już pewnie domyśla się prawdy, nie wierzę, żeby Lovelace-Grindelwald niczego nie zauważyła. W każdym razie von Bayern bez większych ceregieli zgodziła się wydać ciało i zatuszować całą sprawę, na ile to jeszcze możliwe. Z czego wnioskuję, że ona też coś wie, pewnie od Lovelace-Grindelwald. Pytanie tylko, jak dokładne dane zdobyła rodzina Grindelwalda i jaką interpretację wybiorą.
- Rozumiem.
- Przestudiowałam drzewo genealogiczne tego Grindelwalda, ten chłopak łączy w sobie trzy rody Widzących. Trzeba uważać na to dziecko, może wyrządzić krzywdę i sobie, i innym.
.
Trzy rody Widzących. Percival pomasował bolący kark. Tego jeszcze brakowało. Do tego zabójstwo. Ale przecież… Co zrobił… zrobi Grindelwald? Co miała zrobić Ariana? Czy jej Obscurus stał się niebezpieczny? Czy to ona, czy Gellert stanowili zagrożenie? Dla kogo? A może to Wulfryk był… problemem? I dlaczego postąpił w tak drastyczny sposób, w końcu przepowiednie i wizje mówiły jedynie, co może się stać, a ich interpretacja była co najmniej kłopotliwa.
Percival wiedział, że prędko nie zaśnie, postanowił więc przyjrzeć się drzewu genealogicznemu Grindelwalda.
