Rozdział ósmy

Gdzie wygrzebuje się stare sprawy i popełnia te same błędy

Ferenc Johnson zdawał sobie sprawę z tego, że MACUSA nie będzie się z nim cackać, ale Avady się nie spodziewał. A powinien był; prababka Elżbieta powtórzyła mu ze trzy razy, żeby absolutnie i pod żadnym pozorem nie łamał żadnych przepisów podczas pobytu w Nowym Jorku, bo każdy błąd zostanie wykorzystany przeciwko niemu, a tamtejszy system sądowniczy jest mocno upolityczniony.

Tak też się stało; proces był farsą, Fernec nie miał pojęcia, kim był człowiek – o zgrozo, polityk, tyle Ferenc zdołał wydedukować z prokuratorskiej przemowy - którego jakoby miał zamordować. Nie wiedział nawet, czy paczka, którą przewiózł na polecenie Elżbiety miała cokolwiek wspólnego ze śmiercią tej osoby. Ale jakie to miało znaczenie? Sąd i tak nie bawił się w szczegóły, wyrok zapadł po piętnastu minutach; dwóch ponurych aurorów bez słowa zaprowadziło go do celi.

Ferenc oparł się o kamienną ścianę i wziął kilka głębokich oddechów, by uspokoić szalejące serce. Musiał coś zrobić, musiał się stąd wydostać. Ale jak? Rozejrzał się, zdziwiony, nie rozumiejąc, czemu zaprowadzono go do innej celi, niż ta, w której oczekiwał na proces. Pomieszczenie było tak wielkie i wysokie, że można by było w nim trenować Quidditcha. Miało nawet okna, a raczej kilka maleńkich okienek pod samym sufitem. Nie było szans, by się do nich wspiąć; zresztą nawet dziecko nie przecisnęłoby się przez kraty.

- Hej, podoba ci się poczekalnia? – Usłyszał czyjś kpiący głos.

Ferenc drgnął, zaskoczony. Przez okienka wpadało niewiele światła, a kilka magicznych pochodni oświetlało tylko środek celi; nie zauważył kobiety, która siedziała w rogu, po przeciwnej stronie pomieszczenia.

- Poczekalnia? – zdziwił się.

- No, tu się czeka na egzekucję, nie? – Odparła wiedźma ironicznym tonem, wchodząc w krąg światła pochodni.

Była wysoka, koścista i ciemnoskóra, o wiele ciemniejsza niż prababka Joyce; jej lewy policzek szpeciło głębokie oparzenie, a jej szata w jaskrawe zygzaki wyróżniałaby się na tle prostych, jednokolorowych strojów, modnych w Nowym Jorku. Mówiła po angielsku z mocnym akcentem, którego Ferenc nie potrafił rozpoznać.

- Przymknij się, Beka – z mroku dobiegł kolejny głos, tym razem męski.

- Wyluzuj – zaśmiała się kobieta. – Będziesz siedział po raz trzeci, jak ja, to przestaniesz się tak spinać. Thembeka – kobieta wyciągnęła dłoń w stronę Ferenca – A ty musisz być ten Johnson od Crowa.

- Ferenc…

- To ciebie zamknęli za prababki i Crowa? Strażnicy ględzą o tym bez przerwy. Co prawda nie za bardzo wiem, o co chodzi, ale zdaje się, że dobrze je sobie tu zapamiętali, te twoje babunie. – Thembeka nie dała mu dojść do słowa.

- Jeszcze lepiej, sądząc z tego, co one czasem opowiadają. – Ferenc uśmiechnął się lekko.

- Nie, ciebie wsadzili za mnie. – Mężczyzna wynurzył się z cienia. – Poznajesz mnie?

Ferenc przyjrzał mu się uważnie. Nieznajomy był rudy i piegowaty, miał na sobie prosta szatę, szarą szatę – nowojorczycy ubierali się naprawdę beznadziejnie mugolsko - i w ogóle wyglądał… przeciętnie. Nie był kimś, kogo się łatwo zapamiętywało.

- Nie bardzo – przyznał Ferenc.

- Kenneth. Kenneth Armstrong.

- Wybacz, nie kojarzę.

- A pamiętasz tę czarnowłosą non-maj, która była w ciąży z czarodziejem? Tę, której pomogłeś w porcie? Gdyby nie ty, aurorat by ją dorwał. To moja żona, Hannah. Słuchaj, ja… Gdybyś się nie wtrącił, nie dałbym rady wsadzić ją na statek… Tak by jej wyczyścili pamięć, że wylądowałaby jako żebraczka na ulicy, nie trafiłaby do własnego domu… Johnson, ja… Jesteś tu przeze mnie…

- Tylko bez łzawych scen – parsknęła Thembeka.

- Jak wytrzeźwieje, będzie mniej gadatliwa – westchnął Kenneth – Poznajesz mnie teraz?

- Było ciemno, nawet nie dostrzegłem, jak wyglądasz – odparł Ferenc – Ale… Dobrze, że chociaż twoja żona im uciekła.

- Jak czegoś panowie nie wymyślicie, to niedługo wdowa po nim – parsknęła Thembeka – Ty… Johnson…

- Ferenc.

- Wybacz, nie mam głowy do egzotycznych imion… Ferenss, ciebie te twoje babki nie nauczyły jakichś pożytecznych sztuczek? Przecież generałami były, musiały wykręcać niezłe numery… -Wiedźma zaśmiała się ironicznie.

Ferenc rozejrzał się nerwowo.

- Ciszej – syknął – Mogą podsłuchiwać.

- Nic tu nie ma – zapewnił go Kenneth – Jestem magiarchitektem, sprawdziłem, nie obserwują tej celi. Czar podsłuchu i podglądu źle się zgrywa z klątwami, blokującymi szmugiel materiałów magicznych.

- Zaraz, zaraz – Przerwał mu Ferenc. - Jeśli ty jesteś architektem, a ona już tu siedziała i żyje, to jakim cudem nie możecie…

- Słuchaj, Ferenss – przerwała mu wiedźma – Ja już siedziałam w poczekalni, ale nie w takiej. Pierwszy raz to mi pomogła łapówka, ale to teraz nie przejdzie. Oni tu mają… Jak mówiłeś, Neth?

- Wybory. I pan prezydent będzie się chciał wykazać, nie odpuści nam. Musi udowodnić, że stanowczo występuje przeciwko przestępczości, zwłaszcza, że jego prawa ręka, niejaki Crow, zginął w podejrzanych okolicznościach…

Crow. Teraz Ferenc był pewien, że skazano go za to, co naprawdę – choć nieświadomie – zrobił. Prababka najwyraźniej zdecydowała, że radykalny izolacjonista, rasista i podżegacz wojenny musi umrzeć. I pewnie załatwiłaby sprawę cicho i dyskretnie, ale wzywano ją na pomoc do Krakowa (smocze problemy, jak zawsze), Gellert zniknął, a pani von Bayern miała atak choroby.

Koniec końców, w całym tym chaosie Ferenc dostrzegł szansę, by się wykazać. Cóż, na pewno nie wykazał się rozwagą.

Ferenc był rzadkim przypadkiem Spätzünder, czarodzieja, którego moc objawia się o wiele później, niż u większości. Na ogół magiczne dzieci zaczynały używać magii przed siódmym rokiem życia, choć początkowo nie potrafiły jej kontrolować. U Ferenca magia obudziła się nagle i gwałtownie w dzień jego trzynastych urodzin. Powtarzano mu co prawa wielokrotnie, że nie miał się czego wstydzić i że mógł dorównać innym, ale Ferenc i tak rozpaczliwie próbował się wykazać. Dostrzegł swoją szansę i z chęcią podjął się zadania, zaproponowanego mu przez prababkę. Gdyby generał Batory miała trochę więcej czasu na analizę danych i podjęcie decyzji, z pewnością posłałaby kogoś innego. Ale nie miała.

Poza tym durny Ferenc usłyszał przypadkiem, że w Nowym Jorku znajduje się Kamień i chciał skorzystać z okazji… MACUSA też chciała i radośnie wydała na niego wyrok.

- A drugi raz, jak siedziała to ścianę się we trójkę wywaliło, ale przy tych murach… - Thembeka potrząsnęła głową z rezygnacją.

- Pewnie ta twoja babka Batory dałaby radę wybić dziurę w tej ścianie – zaczął się zastanawiać Kenneth – Ale od zewnątrz i mając różdżkę.

- W którym miejscu? – przerwał mu Ferenc.

Kenneth wyjaśnił, gdzie należałoby rzucić klątwę, wyjaśniając mu zawiłości magobudowy.

- Więzienia są budowane inaczej, niż twierdze, i dotyczy to tak zaklęć, jak i murów – wyjaśnił – Ten budynek jest zaprojektowany, by powstrzymać ucieczkę ze środka, a nie, by zatrzymać agresora, atakującego od zewnątrz. Oczywiście, jest wyposażony w zaklęcia chroniące przed włamaniem, ale nie są one tak potężne, jak czary, powstrzymujące więźniów przed ucieczką.

- Powinno się chyba zabezpieczać więzienie i na zewnątrz, i od wewnątrz – zauważył Ferenc.

- Można – przytaknął Kenneth – Ale to znacznie zwiększa koszty budowy i utrzymania. Wymaga większej ilości wysoko wykwalifikowanego personelu, a i czary trzeba odnawiać o wiele częściej, bo gryzą się ze sobą. No i nawet zwykłe zabezpieczenia pożerają mnóstwo miejsca, ta cela nie bez powodu jest taka wielka i nie bez powodu trzymają nas tu razem.

- To jest tylko jedna… poczekalnia?

- To są tak naprawdę cele, przeznaczone dla więźniów, którzy na pewno będą próbowali uciekać, bo niewiele mają do stracenia. O ile wiem, są tu takie trzy. Jedna jest dla normalnych więźniów, jedna dla magicznych stworzeń, zamykają tam wilkołaki w czasie pełni i różne dziwadła, które odbierają stukniętym hodowcom… A jedna jest dla specjalnych gości.

- Specjalnych?

- No wiesz, takich, którzy mogliby się pojedynkować z Merlinem. Jest problematyczna w utrzymaniu, więc nie używają jej bez powodu. Naszej czwórki raczej nie zaliczają do nadzwyczaj niebezpiecznych…

- Czwórki? Tu ktoś jeszcze…

- Przesłuchują ją teraz – mruknęła Thembeka – Ale i tak z nią nie pogadasz, to jedna z tych szurniętych Azteków. Umie tylko po ichniemu.

- Azteków? Czemu… szurniętych? Moja prababka ma znajomą, która…

- Która pewnie jest z normalnych Azteków…

- Ferenc, Beka ma na myśli sanguinistów-izolacjonistów – wyjaśnił Kenneth – Wiesz, tych co nie chcą przyjąć do wiadomości tego, że w Amerykach jest teraz mnóstwo czarodziejów… obcego pochodzenia.

- Znaczy, europejskiego.

- Europejskiego, azjatyckiego, afrykańskiego. I nie mają na myśli podróźników, tylko potomków mugolskich migrantów…

- I niewolników.

- Właśnie. Większość miejscowych robi dobrą minę do złej gry, ale niektórzy zareagowali izolacją. Udają, że żyją w czternastym wieku. I zdarza się, że niektórzy z nich nie wytrzymują tej klatki i uciekają. Tyle, że dziewczyna wybrała zły czas i miejsce, tutaj teraz wszędzie węszą sabotaż i szpiegostwo…

- Gdybym wysyłał kogoś na przeszpiegi, wybrałbym wiedźmę, która zna miejscowy język i zwyczaje… - zauważył Ferenc.

- Ale ty nie masz wyborów na głowie – odparł Kenneth – Tu nie chodzi o prawdę, tu chodzi o popularność.

Thembeka zaśmiała się głośno. Jej śmiech odbił się echem od kamiennych ścian.

- Wytrzeźwieje, to jej przejdzie – mruknął Kenneth.

- Dają tu alkohol? – zdumiał się Ferenc.

- E tam, skąd. Ale ją przesłuchiwali, wiesz… Beka ma jakieś eliksiry, brała je i przed, i po… Najwyraźniej mają skutki uboczne. Wczoraj było to samo, zdrzemnie się i przestanie.

Ferenc zdumiał się jeszcze bardziej. Wiedział o istnieniu eliksirów, które pomagają chronić wspomnienia i przed serum prawdy, i przed legilimentami, ale…

- Jak je tu przemyciła? – zapytał. Jeśli dało się tu coś wnieść, to może…

- Mnie się pytasz. Wytrzeźwieje, to zapytamy.

Thembeka usiadła pod ścianą, nucąc jakąś piosenkę; od czasu do czasu wybuchała głośnym śmiechem, po czym znowu zaczynała śpiewać.

- Mam dość tej piosenki.

- Ale oknem nie wyskoczysz, musisz wytrzymać.

Okno. Ferencowi wpadł do głowy pewien pomysł. Prababka Elżbieta, gdy z nim ćwiczyła, powiedziała mu w żartach… Ale może to nie był żart.

.

Joyce zapukała do drzwi.

- Hereinspaziert!

- Chciałaś się ze mną widzieć, El. I z moja sziszą.

- Chciałam.

Elżbieta siedziała przy biurku, kartkując solidnie wyszarganą książeczkę. Joyce zmarszczyła brwi; widziała już gdzieś to dziełko.

Ach, tak, Batory nosiła je ciągle ze sobą i często do niego zaglądała. Złocony tytuł ogłaszał, że są to „Modlitwy do bogiń wszelakich dla wojowniczek i aurorek na każdą okazję". Nikogo nie dziwiło, że generał modli się do wszystkich możliwych bogiń – boskiej pomocy wszak nigdy za wiele – ale Joyce założyłaby się o swoją magię, że treść książeczki jest o wiele ciekawsza. Pewnie były to „Klątwy bojowe wieków dawnych" albo i „Sztuka oblężenia magicznych zamków".

Elżbieta, jakby odczytawszy jej myśli, odłożyła książeczkę na blat biurka.

- Dostałam tę książkę od mojego ojca – powiedziała pełnym szacunku tonem – To znaczy odziedziczyłam ją po nim… Pomaga, gdy się jest w potrzebie, podjąć właściwą decyzję… Polegałam na jej pomocy całe życie i nigdy się nie zawiodłam, ale dziś Książka Adresowa mówi coś dziwnego. Poleca mi, bym udała się do Niemiec, do pałacu Nymphenburg.

- Jeśli to zawsze działało, to czemu teraz miałoby zaszwankować? – odparła Joyce.

- Ale Ferenc jest w Nowym Jorku. Jak mam mu pomóc z daleka?

Joyce bez dalszej dyskusji postawiła sziszę na biurku i solidnie dmuchnęła.

.

Ethan ledwie zdołał uchylić się przed klątwą i zablokował następną, lecącą w kierunku Gellerta. Następny zielony promień minął go o cal, Gellert rzucił się na ziemię, pociągając za sobą inne dziecko…

.

- To ten mały Dumbledore – szepnęła Elżbieta – Chyba obecność starej generał będzie tam niezbędna. A pokażesz mi jeszcze Ferenca?

.

W kłębie dymu pojawił się niuchacz.

- A to ciekawe – mruknęła do siebie Batory.

- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak to zinterpretować – przyznała Joyce.

- A ja chyba wiem. – Uśmiechnęła się Elżbieta. – Jadę do Monachium i zabieram ze sobą Ethana. Trzeba przewietrzyć nasze różdżki.

.

.

Percival Dumbledore wracał do domu bladym świtem, z okropnym bólem głowy. Analiza drzewa genealogicznego Grindelwalda była… zaskoczeniem, i to bardzo nieprzyjemnym. Jak madame Elżbieta mogła być tak nierozsądna? Dzieci nie mogły się przyjaźnić z kimś o takim rodowodzie. Trzeba było coś zrobić z tą znajomością, zanim skończy się to nieszczęściem.

Aportował się niedaleko od domu i przystanął na chwilę. Szum rzeczki i zapach traw koiły jego skołatane nerwy.

Nagle… Percival odwrócił się, wyciągając różdżkę.

Miotlarz wylądował zgrabnie i uniósł dłonie w uspokajającym geście.

- Nie szukam zwady.

Percival przyjrzał mu się uważnie, kojarzył skądś tę twarz.

- To czego pan tu szuka o tak wczesnej porze? – zapytał, opuszczając różdżkę.

- Domu rodu Dumbledore. – Padła lakoniczna odpowiedź.

Percival przypomniał sobie nagle, skąd zna tego czarodzieja. Poczytał sobie o nim tej nocy i była to pasjonująca lektura.

- Yastrebsky – syknął – Generalska kurwa.

Gildo nawet nie mrugnął okiem.

- Cóż – uśmiechnął się kpiąco – Zwykłem służyć generałom płci nadobnej swoją miotłą… Obiema miotłami. Ale pieniędzy za to nigdy nie brałem, to podła potwarz.

Jego opanowanie tylko rozwścieczyło Dumbledore'a.

- Zmiataj stąd, zdrajco. Trzymaj się od mojej rodziny z daleka.

Gildo poderwał miotłę, zawisając ze dwie stopy nad ziemią. Zaczynało się robić… interesująco.

- Percival Dumbledore, jak mniemam? – zapytał – Pozdrowienia od generał Batory. Sądzę, że madame Elżbieta nie byłaby zachwycona, gdyby mnie pan odesłał z kwitkiem, a jej gniew…

- Że też nie ma godniejszych chłopców na posyłki…

- Ma – zgodził się Gildo – Ale nie ma szybszych.

- Czego więc życzy sobie ode mnie pani generał? – wycedził Percival przez zaciśnięte zęby – Mów, i zmiataj stąd. Nie chcemy tu takich, jak ty.

- Jak mi powiedziano, prawnuk generał Batory, Gellert…

- Jej i twój bękart – mruknął pan Dumbledore.

- Niewątpliwie – prychnął Gildo – Niewielu jest na tyle dobrze urodzonych, by generał Batory chciała z nimi brać ślub. Ale do rzeczy. Gellert uratował pańską córkę, czyż nie?

Percival niechętnie skinął głową.

- Gellert… - ciągnął Yastrebsky – Ma problemy z magią. Nie wygląda to dobrze… Pani von Bayern – pan ją przecież zna – jest zdania, że odwiedziny pańskich dzieci mogłyby mu pomóc.

- Co? – syknął Percival – Mam wysłać dzieci z… takim jak ty, do szalonego Widzącego? I Garou do tego? Żeby mi je pozabijał w napadzie szału?

Yastrebsky policzył w myślach do dziesięciu.

- Gellert uratował pańską córkę. Magiczny dług…

Dumbledore nie wytrzymał.

- Magiczny dług?! – ryknął, unosząc różdżkę – Jak śmiesz, ty…

Poczuł mocne szarpnięcie i różdżka wyleciała mu z dłoni. Yastrebsky złapał ją nonszalanckim gestem. To jeszcze bardziej rozjuszyło Percivala.

- Claymore! – ryknął.

Ale nic się nie wydarzyło, miecz nie pojawił mu się w dłoni.

Gildo prychnął i fiknął koziołka w powietrzu.

- Jest kilka rzeczy, drogi panie, których się nauczyłem od pań generał – stwierdził lodowatym tonem – Po pierwsze, nie lekceważ przeciwnika, choćby był TYLKO dziwką, bawidamkiem, bękartem półkrwi i chłopcem na posyłki potężniejszych od siebie. Po drugie, pańscy krewni zhańbili rodowy claymore. Może pan go wzywać do skończenia świata.

- CO?

- Nie tylko Gellert ma… ciekawych przodków, panie Dumbledore. Miecz nie będzie posłuszny, dopóki niewinna krew nie zostanie z niego zmyta. A o ile mi wiadomo, nie jest to prosta procedura.

- Jak śmiesz, ty… ty zdrajco, mówić o honorze? Wziąłeś złoto…

- Zapłaciłem zdradą za morderstwo. Złoto? Upadek tego brudnego miasta był wystarczającą zapłatą – warknął Gildo – Po trzecie, nie radzę narażać się na gniew Magii. Dług…

- Jaki dług!? – wrzasnął Percival – Kto komu jest dłużny krew! On ma tę Freeman w rodzie! Garou! Bydlę! Wymordowała nam połowę rodu i to jak! Co oni wyprawiali z więźniami! I ona, i ten jej kochaś Pendragon, cała ta banda czarnych magów, którzy…

- Silencio. Dzieci pan pobudzisz, panie Dumbledore. – Gildo wciąż nie ustępował. – Jest pan podobno wykształconym czarodziejem ze starego rodu, niechże pan poważnie podchodzi do Magii. Długi tak nie działają. Nie zamierzasz pan chyba zabić dziecka ze względu na winy przodków…

Ale Percival nie zamierzał ustąpić. Gildo zaczął się zastanawiać, co robić z upartym, mściwym Szkotem, gdy nagle dostrzegł coś, kryjącego się za pniem starej jabłoni.

- Dobrze – westchnął – Nie wszystko da się uzyskać na siłę. Ale nie ręczę za reakcję generał Batory.

- Oddaj mi różdżkę.

- Sam ją pan sobie weź – syknął Gildo i wzbił się wysoko w powietrze.

Percival wrzeszczał na niego przez chwilę, po czym zrozumiał, że nic nie wskóra i udał się do domu. Yastrebsky tylko na to czekał. Obniżył lot.

- Co wy tu wyprawiacie? – zapytał.

Aberforth i Albus patrzyli na niego z niebotycznym zdumieniem.

- Gellert jest chory? – zapytał w końcu Abi – Ja z panem pojadę, nieważne, że…

- O co chodziło ojcu? – przerwał mu Albus – To jakieś rodowe… konflikty?

- Między prababkami i pradziadami – westchnął Gildo – A wy jesteście bracia Dumbledore, co? Co wy tu robicie? Dopiero świta.

- Poszliśmy – stwierdził dumnie Albus – Obserwować Gille Dubh.

- Spłoszyłeś go – burknął Aberforth – A mówiłem, masz patrzeć, a nie łapać. To nie jest zwykła, głupiutka wróżka…

Gildo nie wiedział, co to Gille Dubh i czym się różni od zwykłej wróżki, i, szczerze mówiąc, niewiele go to obchodziło. Miał zadanie do wykonania. Zanim jednak zdołał coś powiedzieć, chłopcy przypomnieli sobie o celu jego wizyty.

- Tatuś był głupi! – tupnął nogą Aberforth – A sam mówił, że nie można zostawić przyjaciół w potrzebie!

- Ja pojadę – przerwał mu Albus – Jestem starszy.

- A nie możemy obaj?

Yastrebsky pokręcił głową.

- Słuchajcie – stwierdził – Jeden z was musi zostać i powiedzieć rodzicom… No i oddać różdżkę ojcu. Poza tym szybciej dolecę z jednym pasażerem…

- To ja…

- Ja jestem starszy…

- Losujcie, co? – westchnął Gildo, obawiając się, że kłótnia zwróci czyjąś uwagę.

.

Nymphenburg jak najbardziej istnieje i stoi w Monachium.