Rozdział dziewiąty
O przeszłych i przyszłych nieprzyjemnych faktach i o znaczeniu guzików
Los wskazał na Albusa. Aberforth nie był tym zachwycony, w końcu to on był przyjacielem Gellerta, nie brat.
Ale… Ale Gellert przecież odrzucił jego przyjaźń, nie chciał złożyć przysięgi. Może uważał, że Aberforth jest za mały na tak poważne sprawy. A może wolał mądralę Albusa, Albus był zawsze tym lepszym…
Zły i zawiedziony wziął ojcowską różdżkę i podreptał w kierunku oranżerii. Mimo wszystko, nie chciał, by Gellert umarł; musiał więc dać Albusowi trochę czasu, by ojciec go nie dogonił. Zresztą nie miał ochoty na spotkanie z rozwścieczonym rodzicem, a poza tym w jednej ze szklarni powinny się właśnie wykluwać te fantastyczne motyle. Aberforth mógł obserwować godzinami, jak wyłażą z kokonów, a potem powoli rozprostowują skrzydła.
.
Sam Percival też był zły, roztrzęsiony i zawiedziony. Po pierwsze, stracił różdżkę, do której był bardzo przywiązany. A pokonana różdżka nie była już wiele warta, nawet, jeśli Yastrebsky mu ją kiedyś odda; trzeba było kupić nową.
Stracił ją w tak głupi sposób, i to podczas utarczki z człowiekiem, który Avady na oczy pewnie nie widział. Dał się pobić czarodziejowi, który spędził życie goniąc za kaflem i susząc zęby do wojowniczych księżniczek. Ech, co za upadek.
Po drugie, rozwścieczył generał Batory. Co prawda nie była ona z tych, którzy mszczą się na rodzinach wrogów, ale jeśli ten jej prawnuk umrze, to kto wie. Już nie wspominając o tej… tej scharłaczonej Freeman. Gadające zwierzę, zdolne do każdej podłości.
Ale nie mógł przecież dopuścić do tego, by ten cały Gellert się tu panoszył. Przecież ta Freeman… To bydlę. Owszem, Gellert nie był za to odpowiedzialny, ale krew to krew. Przyjaźń między nim, a Dumbledore'ami była niemożliwa. To byłaby hańba. Nie mógł dopuścić do tego, by jego ród skalał się zażyłością z kimś takim.
Poza tym, przy tym pochodzeniu… ten dzieciak już był zbyt szalony i niebezpieczny, by go wpuszczać do domu.
A ten bezczelny bawidamek jeszcze coś bredził o ich rodowym mieczu! Hańba? Claymore po prostu nie uznał tego śmiecia za godnego siebie przeciwnika, nie chciał się ubabrać krwią kłamcy i dziwki.
Ale, z drugiej strony, dobrze by było obserwować tego całego Gellerta, może z niego wyrosnąć naprawdę niebezpieczny czarnoksiężnik; nawet jeśli charakterem bardziej przypominałby Batory niż Freeman… W końcu Batory też była śmiertelnie niebezpieczną machiną bojową. Może i nie lubiła rzucać Niewybaczalnymi dla zabawy; ale przesuwała granice, jak dziecko klocki, a przy tym służyła podłym ustrojom. Percival czuł, że zawalił sprawę.
.
Albus z ciekawością rozglądał się wokoło. Owszem, latał już na dziecięcej miotełce, ale gdzie mu było do pradziadka Gellerta. Śmigali tak szybko i wysoko, że Albus miał ochotę krzyczeć z zachwytu. Po chwili jednak euforia ustąpiła miejsca ciekawości.
- Panie Gildo, czemu prawie nie czuć wiatru?
- Czar osłaniający – odparł Yastrebsky – Inaczej zamarzlibyśmy w kwadrans…
- Panie Gildo, dokąd lecimy?
- Pałac Nymphenburg, to w Monachium, w…
- Niemczech, wiem. Panie Gildo, kto to jest Garou?
Yastrebsky westchnął.
- Uprzejmi czarodzieje nie używają takich słów.
- Ale tato…
- Nie był wobec mnie uprzejmy… To brzydkie słowo. I kłamstwo.
- A co to jest „generalska kurwa"?
- Przydupas generałów – westchnął Gildo – Taki, co załatwia różne sprawy dla bogatszych i silniejszych od siebie. To też nie jest ładne słowo, zrozumiałeś?
- Panie Gildo… O co chodziło z naszym claymore?
- Nie wiem – odparł Yastrebsky – Wiem tylko, od jednej generał, że ktoś z waszych przodków użył go niehonorowo. Wtedy miecz się obraża i przestaje służyć rodowi.
Co prawda słyszał to i owo o okolicznościach tego „niehonorowego użycia", ale nie chciał takich rzeczy mówić przy dziecku, zwłaszcza, że nie był pewien, ile w tych opowieściach było prawdy.
Nastała cisza, ale nie na długo.
- Panie Gildo, o co chodzi z tym długiem?
Gildo policzył w myślach do dziesięciu. Powinien był zabrać tego drugiego dzieciaka.
- Kiedy czarodziej ratuje czarodzieja, albo mu pomaga w trudnej sytuacji, uratowany musi mu się potem odwdzięczyć. Jeśli tego nie zrobi, Magia go ukarze.
- To on umrze? Jak kiedy się złamie przysięgę? Tatuś…
- Nie bój się o ojca, nic mu nie będzie, bo ty i twój brat wypełniacie wasz obowiązek za niego – odparł Gildo, choć nie był pewien, czy to wystarczy. Pani von Bayern mówiła, że Gellert uratował córkę tego głupka Percivala. I że madame Elżbieta kiedyś miała dobry powód, by go skląć jak Dracula więźnia, a odpuściła durniowi. Dług był więc ogromny. Z drugiej strony, jeśli generał Freeman rzeczywiście bawiła się jakąś mroczną odmianą voodoo czy jakiejś azteckiej magii – a różne rzeczy Gildo o tym słyszał – i pozarzynała przy okazji paru Dumbledore'ów, to Percival miał prawo się mścić. Inna sprawa, że na Freeman, nie na jej prawnuku. Tym niemniej było zrozumiałe, że nie chciał, by jego synowie mieli styczność z kimkolwiek spokrewnionym z Jaguarem.
Ale żeby wykształcony czarodziej wierzył w Garou? I jakieś bzdury o Wewnętrznym Oku?
Ale podobno Brytyjczycy byli ogromnie przesądni, a z drugiej strony niewiele wiedzieli o starych formach magii.
- Panie Gildo, a czy to prawda… Co tatuś mówił… Że się pozabijali i…
- Dziecko, wojna była. Ale ja byłem wtedy małym chłopcem i… No i to się nie działo u nas, więc niewiele o tym wiem. – Gildo nie zamierzał wdawać się w dyskusję na ten temat. Co by z tego przyszło? I zemsta, choćby słuszna, winna mieć granice.
- A gdzie była ta wojna?
- W Dixie. To na południu Ameryki Północnej. A ja mieszkałem w Nowym Jorku, to zupełnie inny świat…
- Panie Gildo, a czy to prawda, że tam avadują za to, że się ktoś ożeni z mugolką?
Gildo mało nie zrzucił smarkacza z miotły.
- Tak było – syknął przez zaciśnięte zęby – Teraz TYLKO zamykają.
- W Azkabanie?
- Nie, mają swoje pudło.
Niech ten dzieciak się wreszcie zamknie.
- Ale… Oni się pozabijali? Ta babcia Gellerta i mój dziadek?
- Nie, bo to było zbyt dawno. Mały, dobrze ci radzę, nie wtykaj w to nosa, mocniejsi od ciebie źle kończyli przez swoją ciekawość – warknął, choć czuł, że to się na wiele nie zda. Ten mały i tak zacznie drążyć, i Morgana jedna wie, do czego się dokopie. Powinien był zabrać tego drugiego dzieciaka.
.
Ferenc ćwiczył, tak jak go uczyła prababka Elżbieta. Starał się skoncentrować, zapomnieć o tym, gdzie i dlaczego się znajduje, choć nie było to proste. Cóż, chciał być wojownikiem, to musiał żyć z perspektywą bliskiego spotkania z Avadą…
.
Drzwi celi otworzyły się z nieprzyjemnym zgrzytem; to aurorzy przyprowadzili ową aztecką dziewczynę.
Faktycznie, porozmawiać się z nią nie dało; po pierwsze, żadne z nich nie znało nahuatl, a ona nie mówiła chyba w żadnym innym języku. Po drugie, z człowiekiem poddanym twardej legilimencji i tak ciężko byłoby się porozumieć.
Thembeka, zobaczywszy, w jakim stanie jest Indianka, wyciągnęła z rękawa szaty malutką buteleczkę u tęczowo lśniącym eliksirem. O dziwo, dziewczyna wypiła lekarstwo bez protestu.
- Za godzinę, dwie, zacznie gadać, może jednak umie coś po hiszpańsku – stwierdziła Thembeka.
- Jak ty to tu wniosłaś? – zdziwił się Ferenc.
- Ja tam nie wiem. Gość, co mi to sprzedał, za ciężką kasę, obiecał, że flaszeczki są kryte, no i są. Solidna firma. A i eliksir mocny jak nundu.
- Kto ci to sprzedał? – zainteresował się Kenneth.
- Ty tutejszy, a nie wiesz? – prychnęła Thembeka – No ale ty z tych porządnych… No, Shagswell, nie słyszałeś?
- Baron Shagswell?
- Taki z niego baron, jak ze mnie księżna, ale tak go nazywają.
- Niezły pseudonim – prychnął Ferenc.
- Albo i la petite Mort – zaśmiała się Thembeka – Ty, Ferenss, francuski znasz?
- Znam. A ten baron ma i inne urocze pseudonimy?
- Pewnie i ma. A ty co, auror w przebraniu, że się tak dopytujesz?
- Dziwi mnie jedynie dobór tych pseudonimów.
- On… Głównie pracuje w branży nielegalnych eliksirów rozrywkowych, z tego co słyszałem – wtrącił się Kenneth – Gdybyś poczytał tutejsze gazety, to byś wiedział, że co niedziela uzdrowiciele mają pełne ręce roboty przez jego mikstury. To tego zdaje się doszło do regularnej wojny gangów, bo jaśnie pan baron robił konkurencję miejscowym warzycielom. Ale nie wiedziałem, że potrafi robić takie zaawansowane cudeńka.
- Przydałby nam się - westchnął Ferenc – Może by drzwi wysadził.
- Głupiś – mruknęła Thembeka – A co byś zrobił z tą hordą strażników, która by się tu zleciała? Trzeba albo cichutko się przemknąć, żeby cię nie zobaczyli, albo najpierw skombinować różdżki?
- To by było możliwe – zaczął się głośno zastanawiać Kenneth – Skonfiskowane materiały magiczne są składowane w takim zielonym domku, zaraz obok. Mogą tam leżeć i nielegalne różdżki.
- A to ich nie łamią?
- Łamią. Ale przecież najpierw muszą przebadać. Gdybyśmy się dostali do tego domku…
- Ale najpierw trzeba by było stąd wyjść, umiesz fruwać?
- Nie jestem animagiem, niestety.
- Ja jestem – westchnęła Thembeka – Ale nie latam, a i tak bym się nie przecisnęła przez to okienko.
Ale Ferenc miał już pomysł na to, jak wykorzystać owo okienko. Nie wiedział tylko, czy zdąży go wprowadzić w życie.
.
.
Charlotta i Elżbieta leciały więc z powrotem do Europy. Charlotta zamyśliła się, wspominając spotkanie z Joyce.
- No i czego chcecie ode mnie? – zdziwiła się Freeman, wysłuchawszy całej historii – Chcecie go zatrzymać? Zanim się rozkręci, my i tak już będziemy w grobach. Chcecie, żebym mu pomogła? To powiedzcie, co mam zrobić, lepiej się na tym znacie.
- Pytanie – zaczęła powoli Elżbieta – Jak radykalne kroki są konieczne...
- Tknij go palcem, to ci łeb odgryzę! – ryknęła Joyce, zrywając się z krzesła – Między sobą, aurorzyny jedne, to możecie i na topory, jak mugolstwo, ale dziecka ruszyć...
- Nie jego – syknęła Elżbieta – Nie jego. To chyba oczywiste?
- Chcesz mu drogę wyrównać? To się dołączam, ale wiesz, kogo trzasnąć? – Joyce od razu przeskoczyła na tryb generalski.
- Myślę, że na tym etapie musimy go po prostu nauczyć najwięcej, jak się da. I postarać się nie umrzeć do czasu, gdy zrozumie, co to znaczy dowodzić. I że nie zawsze brutalna siła jest najlepszym wyjściem.
- I kto to mówi? – Charlotta nie mogła się powstrzymać od złośliwości.
- Ja. – Elżbieta nawet nie mrugnęła, usłyszawszy zaczepkę Charlotty. – Mówię ci to po stu czternastu latach biegania po pustyniach, górach, lasach i miastach z różdżką w ręku. A czasem i z nożem w zębach. Mówię ci to po zdobywaniu twierdz, poddawaniu twierdz, kłanianiu się tyranom, mordowaniu tyranów, po triumfalnych paradach i podpisywaniu kapitulacji. I po tej idiotycznej jatce na Finistère.
- Nazywasz swoją największą bitwę...
- Idiotyczna jatka! – Elżbieta uderzyła pięścią w stół. – Niepotrzebna, idiotyczna jatka. Dla nadętych ego biurokratów, dla Schreibtischstrategen, którzy nigdy Avady na oczy nie widzieli. Wiesz przecież, co im oferowaliśmy! Ale nie, bo straciliby twarz! Woleli tracić dywizje, charłaki jedne... – Talerz, rzucony z wściekłością, roztrzaskał się o ścianę. Potem pofrunęły kolejne elementy zastawy stołowej. Elżbieta klęła jak pijany charłak, mieszając z błotem połowę światowej dyplomacji z czasów owej „idiotycznej jatki".
Charlotta nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Batory zawsze była spokojna, opanowana, generalska, choćby noc była zielona od klątw, i wydawało się, że czyjakolwiek śmierć na polu bitwy dawno przestała wywierać na niej najmniejsze wrażenie. A zwłaszcza śmierć wrogów, którzy przecież chcieli wyrżnąć jej wojsko do ostatniego człowieka i pegaza.
- Przecież mówiłam, że drań nie żyje, że im wydam jego przydupasów i mogą ich sobie smokom na pożarcie rzucić, jeśli mają taki kaprys! I że zamki im oddamy, i to, co te charłaki zrabowały, też! Z procentami! Że, na Norny, uklęknę na środku Notre Dame i będę błagać o wybaczenie za swoje i nieswoje winy na oczach całego Paryża! Że mi mogą guziki publicznie poobrywać! O bezwarunkowej kapitulacji na starym prawie też mówiłam! O długu krwi też! Ale nie, ludzie czarnoksiężnika mają ponieść słuszną karę, co tam strata siedmiu dywizji, auror od tego jest aurorem, żeby zdechł na rozkaz...
- El! – Głos Joyce był spokojny, ale stanowczy. – El. Przecież wiemy, i moi ludzie tam byli! El! Dość.
Batory, o dziwo, przestała wrzeszczeć. Przez chwilę słychać było tylko jej szybki, chrapliwy oddech. Dwie stare wojowniczki w ciszy mierzyły się wzrokiem, stojąc po przeciwnych stronach stołu.
Charlotta dyskretnie sięgnęła po różdżkę. Jeśli Batory i Freeman rzucą się sobie do gardeł, trzeba będzie się zasłonić jakąś tarczą, a potem uciekać, i to szybko i daleko.
Freeman odezwała się pierwsza. Mówiła powoli, cicho, ważąc każde słowo.
- El, pamiętasz przecież, przybyłam ci wtedy z pomocą, z ochotnikami. Nikogo nie ciągnęłam na Bretanię na siłę, wszyscy poszli z własnej woli. A dla tamtych nie byliśmy aurorami, a tylko bandytami, albo i niebezpiecznymi zwierzętami. Jak twoi podwładni, zresztą, wszyscy siedzieliśmy na jednym abraksanie. No to pokazaliśmy im, jak walczą zwierzęta, gdy się im pogrozi rzeźnią. I może Gellert też miał swoje Finistère i chce je powstrzymać.
Elżbieta zaczęła bębnić palcami po stole.
- I to jest jedyne Finistère, które się jeszcze liczy. Jego Finistère, jego idiotyczna jatka. Wiesz, że też miałam swoje i na moją magię, pamiętam, jak się bałam. Rzygałam ze strachu, El. Tyle, że potem przyszedł Georgie Johnson, który zechciał paktować ze szlamowatą, czarną dziwką mugolskiego plantatora, analfabetką stojącą na czele jej podobnej hołoty...
- To była świetna armia – zauważyła Elżbieta.
- Wiem. Ja ci tylko mówię, jak oceniali to... No wiesz, klasa społeczna Johnsona. Biali, czystokrwiści, bogaci, wykształceni, miastowi. W każdym razie, Johnson wolał schować dumę do kieszeni i rozmawiać ze mną, jak z równym sobie generałem, niż wpuszczać swoich ludzi w luizjańskie bagna, żeby nas wytłukli. A wygrałby. Na pewno. Wyrżnąłby nas wszystkich.
- Ale jakim kosztem...
- Kosztem Finistère. Na dziesięciu wróciłoby może dwóch, a i to chorych na głowę. A Johnson i tak chodziłby w glorii, klekocząc medalami, jak te wasze alpejskie krowy dzwonkami. Rozłożyłby skórę jaguara przed kominkiem i byłoby epicko.
- Joyce! – jęknęła Charlotta.
- Nie byłam dla nich niczym więcej, jak tylko niebezpiecznym zwierzęciem. Ale, ale, dość o tym. Nasze bitwy są już historią, nie możemy już nic zrobić. Gellert jeszcze może i po to tu jest, jak mniemam.
- Nauczę go każdej generalskiej sztuczki – syknęła Batory przez zaciśnięte zęby – Każdej, Czterech Jeźdźców też. Kto się ośmieli podnieść przeciwko niemu różdżkę...
- El, mam tylko jedno pytanie – ciągnęła Joyce – I jedną prośbę.
- Słucham.
- El, naprawdę uklękłabyś przed nimi, byle tylko nie było tej jatki?
- A choćby i w katedrze Stefana w Peszcie. Cofnij czas, to zrobię to jeszcze dziś.
- I to o guzikach to też było serio?
Batory bez słowa oderwała guzik od aurorskiego płaszcza i cisnęła go na stół. Charlotta patrzyła na to ze zdumieniem, Joyce z uznaniem skinęła głową.
- El, naucz go tego, rozumiesz? – ciągnęła Freeman - Jeśli mały to załapie, dopóki nie będzie za późno, nie musimy się o nic martwić. Guziki, El. Naucz go tego o obrzynaniu guzików.
- Guziki? – zdumiała się Charlotta.
- Chodź, pójdziemy po sziszę, to ci po drodze wytłumaczę – westchnęła Joyce.
.
- Guziki – zaczęła Joyce, powoli, z wysiłkiem wspinając się po schodach - zranione udo wciąż dawało o sobie znać – To stara, generalska metafora.
- Metafora, powiadasz?
- Wiem, co to jest, Lotto. Nauczyłam się czytać, wyobraź sobie, i znam nawet kilka trudnych słów. – Freeman parsknęła jak kot.
- Nie chciałam cię obrazić, ale metaforyczne generalskie guziki...
- A widziałaś El w pełnej gali?
- Widziałam. Nawet w draculowej – westchnęła Charlotta.
- Wujek Władek miał dobry gust, nie powiem.
- Joyce...
- Miał – Freeman weszła jej w słowo – Możesz potępiać jego metodykę czy ideologię, ale to były bardzo ładne mundury. A guziki pamiętasz?
- Miały na sobie wybite te dwa smoki jego Gildii...
- To guzik pamiętasz. Smoki na strojach nosili tylko członkowie Gildii, a El nigdy się tam nie zapisała.
- Naprawdę? I dali jej dywizje? – zdziwiła się Charlotta.
- Nie wiedziałaś? Lepszy bezpartyjny fachowiec, niż mierny, bierny, ale wierny...
- To trochę... dziwne. W końcu była niepewna ideologicznie.
- Dracula był dziwny. Choć prywatnie całkiem szarmancki i elokwentny. – Wzruszyła ramionami Joyce.
- Skąd ty...
- Przecież był między nami sojusz. Traktaty podpisywaliśmy. Piłam na jego bankietach. Przespałam się nawet z dwoma czy trzema generałami...
- Joyce...
- Ale wróćmy do guzików. Guziki El były złote i to jest norma u generalicji. Nawet ja takie miałam, gdy siedzieliśmy po krzakach i robiliśmy rebelię.
- Złote? Skąd niby?
- Urżnięte. Z cudzych mundurów – wyjaśniła spokojnie Freeman - Nie miałam co prawda kompletu, bo część złota szło od razu na eliksiry i takie tam – nie masz pojęcia, ile taki bunt kosztuje, ile się trzeba było narabować i naprzemycać... Wracając do tematu, to były guziki z trzech różnych generałów. Znaczy, tacy to byli generałowie, jak i ja, El by takie zera samym spojrzeniem do Wahali wysłała. Tyle, że mieli błogosławieństwo jakiegoś ministerialnego pierdzistołka, więc byli uczciwymi dowódcami, a nie bandytami, jak my. Ha. – Joyce uśmiechnęła się kpiąco. - Smarkula z prowincji z krzywo przyszytymi złotymi guzikami. Musiałam wyglądać komicznie, prawda?
- Tylko do momentu, gdy ruszałaś do ataku. Wtedy już nikt się nie śmiał.
- O taaak – Joyce wyszczerzyła zęby w paskudnym uśmiechu. – Ale co do guzików. To symbol stanowiska, rangi, godności dowódcy, nazwij to, jak chcesz. Obrywa się je, albo urzyna, gdy generał jest degradowany. Albo przy egzekucji. Ale i to nie zawsze, a tylko wtedy, gdy był wyjątkowo podłym charłakiem. Jakbyś El taki guzik oberwała, to by się z tobą pojedynkowała, i to na śmierć i życie. To jak splunięcie w twarz, albo i gorzej.
- Rozumiem.
- No widzisz. Czy więc jakikolwiek generał da sobie te guziki obrywać przy ludziach?
- Wątpię.
- A jednak. Przed Finistère El próbowała się układać, przecież wiesz. Queen jeździła z poselstwem, pamiętasz Porpentinę Queen?
- Rzecz jasna.
- El wiedziała, że dalsza wojna nie ma sensu, dla nikogo. I zamiast dać swoich wybić, a wroga przy tym solidnie skrwawić, żeby było epicko, wzniośle i honorowo, wysłała tym zasranym charłakom taki złoty guzik. Co oznaczało mniej więcej, że bierze całą winę na siebie, że mogą jej zrobić pokazówkę, że... No wiesz. Pokój za cenę jej honoru. A, powiedzmy sobie szczerze, ona była w porządku. Nigdy nie popierała tych charłackim metod Gildii, wszystko u niej się odbywało zgodnie ze starym prawem, więc to naprawdę nie była jej wina.
- I na nic to się zdało – skomentowała krótko Charlotta, choć o niewinności Elżbiety miała swoje zdanie.
- I na nic to się zdało – westchnęła Joyce, otwierając ciężkie drzwi do swoich apartamentów – Powiedzieli, że wszystkich wykończą, z pegazami włącznie; zresztą to sama wiesz, sama tkwiłaś w tym kotle na Finistère. No to potem przemówiły różdżki... Wejdź, wejdź, Lotto.
.
Pokój był pełen pudeł i kufrów, a pod ścianą stała potężna, stara szafa. Freeman otworzyła jej drzwi i powoli, ostrożnie wyciągnęła sziszę, zrobioną z czaszki.
- To był twój właściciel? – Charlotta nie potrafiła powściągnąć naukowej ciekawości.
W oczach Joyce błysnął jaguar.
- Nie – warknęła – Nie, mój ostatni był w nawet porządku, tylko za dużo grał w karty. Mnie też przegrał, nawiasem mówiąc... A ten tu mugolski śmieć kupił mojego brata i... – Wargi Joyce zadrgały nerwowo. – No wiesz, on był z tych, co psują zabawki, bo im się nudzi. Myśmy mu też coś potem... zepsuli.
Nie odezwały się ani słowem, wracając na patio. Dopiero gdy szisza znalazła się na stole, Joyce zapytała:
- Co w zasadzie mam wam pokazać? „Przyszłość" to bardzo pojemne słowo.
- Pokaż wojnę. Z czasów dorosłego Gellerta – zażądała Elżbieta.
- Klient nasz pan. – Joyce wydmuchała wielki kłąb dymu i...
- Cóż to jest, na Merlina? – szepnęła Charlotta.
- Wygląda na armatę na kółkach – stwierdziła Elżbieta – Samobieżną i porządnie opancerzoną. Wotanie, jak ja bym chciała coś takiego... – Westchnęła z rozmarzeniem.
- To samo jeździ? Na lokomotywę nie wygląda, gdzie by się temu zmieścił kocioł? – dziwiła się Joyce.
- Mnie się pytasz? – parsknęła Batory – Może do tego czasu mugole wymyślą mniejsze, te...
- Kotły parowe.
- A mugol, co tym wszystkim kieruje, pewnie siedzi w środku – Elżbieta z zainteresowaniem przyglądała się nieznanej machinie. – Ciekawe, jaki to ma zasięg...
- Co?
- Zasięg, Charlotto. To ma lufę, więc strzela. Jak rewolwer, tylko, jak mniemam, ładuje się to większymi pociskami i pewnie od środka. Ciekawe, jak daleko taka kula leci i co może przebić...
- Okropne.
- Cudne. – Wyszczerzyła zęby Elżbieta. – Gdyby im ukraść tak z dziesięć sztuk tego czegoś... Tyle ton stali co prawda ciężko zaczarować, ale uroki niewidzialności i wyciszający mogłyby... Czym oni to napędzają, to musiałoby pochłaniać tony węgla...
- Batory! Gellert chyba nie będzie walczył po mugolsku!
- A ty podmagowanego rewolweru nie nosiłaś, Lovelace?
- To co innego.
- To tylko kwestia wielkości. Lufa to lufa. Gdybym miała tak z dziesięć tych armatolokomotyw...
Charlotta westchnęła. - Wiele się nie dowiedziałyśmy. – Przerwała radosne rozważania Elżbiety. - Tyle, że mugole wymyślą mniejszy kocioł parowy i podłączą go do armaty. Co samo w sobie jest mocno niepokojące.
- Zamierzasz zostać supremacistką? – zakpiła Batory.
- Folwark niewolników – warknęła Joyce.
- Nie, nie zamierzam rozgłaszać bzdur o konieczności podporządkowania mugoli czarodziejom! Supremacja magicznych nad niemagicznymi to niebezpieczna mrzonka. – Charlotta uniosła dłonie w obronnym geście. – A zakładanie komuś kajdan dla jakoby jego własnego dobra jest ohydne.
- Zgadam się – mruknęła Joyce – Choć mugole to najgorsze bydło, jakie kiedykolwiek widziałam.
- Ale to niebezpieczne... – zaczęła powoli Elżbieta – Jeśli będą wojować między sobą, to w końcu ich sprawa. Dunaju zaklęciem nie zawrócisz, całego świata nie upilnujesz. Ale taka artyleria... Może naruszyć pole magiczne. Wystarczy, że zniszczą, dajmy na to, Stonehenge i Notre Dame...
- A kto burzyłby Stonehenge? – zdziwiła się Charlotta – To mugole.
- Mugole nie są całkiem ślepi – odparła Elżbieta – Dostrzegają węzły magicznego pola. Nie tak jak my, ale i oni uważają je za coś niezwykłego, świętego. Dlatego urządzają tam swoje miejsca kultu.
- Ale kto przy zdrowych zmysłach niszczyłby kościół?
Elżbieta spojrzała na nią, jak na tępą charłaczkę.
- Po pierwsze, artyleria nie jest precyzyjnym narzędziem. Jeden niefortunny strzał w czasie walk o miasto wystarczy, by narobić poważnych szkód. A po drugie – W oku Elżbiety błysnęło coś niepokojącego – Odkąd to władcy są przykładem rozsądku, szlachetności i zdrowia psychicznego, Charlotto? Upadający tyran może zarządzić zniszczenie budynku, który nie ma wartości strategicznej, ale jest dla jego przeciwników czymś ważnym, symbolicznym. Ot tak, dla głupiej zemsty. Ja nie mogę mieć tej zabawki, to wy też nie będziecie.
- Ale nie możemy się mieszać do ich polityki – westchnęła Charlotta – To niewykonalne.
- Jest ich zbyt wielu, to prawda.
- Nie, to nie tak – ciągnęła Charlotta – Mugole... Mugolska polityka jest chroniona przed czarami. To zaklęcia sięgające początków Persji i Chin. Dawni magowie najwyraźniej mieli dość tego, że podejrzewano ich o wszystko albo chciano wykorzystać ich moc... Więc odcięli się od mugoli. Magicznie. I te zaklęcia były systematycznie wzmacniane przez wieki, bo mało kto miał ochotę sprzątać po głupcach, mieszających się w nieswoje sprawy. Zmienianie mugolskiej polityki nie jest magicznie wykonalne.
- To jak, nie mogę zaavadować mugola? – prychnęła Joyce – To co myśmy niby...
- Mordowaliście ludzi, którzy was skrzywdzili. To nie polityka, to zwykła zemsta i prywata. Polityką byłoby, Joyce, gdybyś chciała, dajmy na to, zmusić magią prezydenta, by zarządził abolicję.
- Więc nie będzie zabijania tyranów?
- Nie, Joyce.
- Jak daleko można się posunąć? – zainteresowała się Elżbieta.
- Nie wiem. Ale wiem, że jeśli przekroczysz granicę, to albo ci nie wyjdzie, albo efekt będzie odbiegał od zamierzonego. Pole magii nie dopuści do żadnych... ekscesów. Twój czyn obróci się przeciwko tobie, choć może nie w bezpośredni sposób. Wiesz, że stare zaklęcia działają wolno, ale przewrotnie.
- No to klątwa rzucona, rób, co chcesz... – westchnęła Freeman – Jeśli nie da się wpłynąć na mugoli, którzy...
- Da się. Niektóre mugolskie rządy przecież o nas wiedzą i rozmawiają z naszymi ministrami – wyjaśniła Charlotta – Ale nie wymusisz zmian w polityce za pomocą magii.
- A generałów i królów źle się czyta – dodała Elżbieta.
- Czyta? Legilimencją?
- Owszem, Charlotto. Podstawą oklumencji jest kontrola emocji i myśli; każdy dowódca, mugolski czy magiczny, musi najpierw zapanować nad własną głową. Bez władzy nad własnym lękiem, agresją, językiem daleko nie zajdzie. Nie mówię tu o takich, którzy nie siądą nad mapą na trzeźwo, gdy wróg u bram, bo ich trzęsie ze strachu i wyobrażają sobie, że wszystko się zaraz rozsypie... Ale porządny generał jest praktycznie nie do odczytania, przynajmniej w trybie bojowym. Musi też być pewny siebie i uparty jak smok, więc i Imperius tudzież pokrewne zaklęcia słabo się go będą trzymać. Próbowałam.
- Eksperymentowałaś na mugolach?
- Za ich wiedzą i zgodą. Taki George Buntownik, na przykład, miał jakiegoś magicznego kuzyna żony adiutanta. Wiedział o nas, miał jakie takie pojęcie o naszym świecie...
- Jaki znowu George Buntownik? – Charlotta znowu nie nadążała za Elżbietą.
- Washington. Wtedy już prezydent Washington. Piękna ściana w głowie, nie do przebicia. I twarda sztuka, nie dało się go ruszyć Imperiusem za hipogryfa z rzędem. Nieźle nas wtedy wymęczył... A wiesz przecież, że zaklęcia zniewalające wywołują odruch immunizacyjny. Raz się nie dasz, drugi raz będziesz jeszcze silniejszy.
- Uczyliście prezydenta?..
- Potrzebowaliśmy jego współpracy. I muszę powiedzieć, że był to bardzo rozsądny człowiek. Uwierz mi, na ogół kooperacja z mugolami jest o wiele trudniejsza. Ale, wracając do sprawy, z nimi można negocjować. Można ich też trochę postraszyć. Ale ze szczwanymi, starymi lisami trzeba uważać, są mocniejsi, niż się to może wydawać. Nigdy nie lekceważ przeciwnika, nigdy.
- To też trzeba będzie małemu uświadomić, zanim wysadzi monarchię habsburską w powietrze – stwierdziła Charlotta – Joyce, pokaż nam go jeszcze dobrze? Dorosłego Gellerta.
Joyce posłusznie wydmuchała wielki kłąb dymu.
- Co to niby ma być? – szepnęła Charlotta. Nawet Elżbieta uniosła brwi ze zdumieniem.
- Ano, nasz mały Gellert to chyba ten blondyn o gabarytach Zygfryda Smokobójcy. – Uśmiechnęła się Joyce. – Piękny mężczyzna, nie powiesz, że ci się nie podoba. Choć paskudnie ostrzyżony, nie znoszę krótkich włosów.
- Ale jego mugolskie ubranie i łańcuchy podobają się mi zdecydowanie mniej – syknęła Elżbieta.
- Kajdanki.
- Jak zwał, tak zwał. Jak ja dostanę pod różdżkę tego, kto go uwięził...
- El, jesteś generałem, analizuj obraz, zamiast brać się do klątw bez myślenia...
Batory posłuchała.
- Cóż – zaczęła – Nasz mały Gellert najwyraźniej narozrabiał i dał się złapać, jeśli stoi, z rękami skutymi na plecach, przed mugolskim generałem...
- To generał jest? – skrzywiła się Joyce – Ja widziałam raz jednego, jak byłam jeszcze smarkulą, wyglądał jak papuga. Było na co popatrzeć, a ten tu... W takim szarym płaszczu z dziurą na rękawie, nieogolony od trzech dni, jak jakiś white trash...
- Front. Są na froncie – Ucięła jej rozważania Elżbieta. – I tak, to jest generał.
- A to skąd wiesz? – wtrąciła się Charlotta – Znasz ich przyszłą hierarchię?
Elżbieta westchnęła.
- Jestem rusałką i wojuję od ponad stu lat, moja droga, wyczuwam podobnych do siebie na milę. To jest generał i to taki, z którym trzeba się liczyć. Dobrze, może go oni nazywają wielmożnym atamanem, superszychą, nadpułkownikiem czy innym jeger-marschall-ober-rotmistrzem... Ale to szyszka. Dla uproszczenia mówię więc: generał.
- I nosi się jak byle robotnik? I skąd wiesz, że to front?
- To elementarne – prychnęła Elżbieta - Pan szyszka w poszarpanym i przybrudzonym mundurze bierze się do wydawania wyroków w jakiejś stajni czy innej oborze? To możliwe tylko w sytuacji wojennej.
- Wyroku?
- Jak mnie przyprowadzano skutych ludzi, to na ogół, bym ich osądziła. Albo jako jeńców, a że Gellert jest ubrany podobnie do tego generała, więc udaje jego podwładnego, jak mniemam. Wnioskuję więc, że Gellert i ten drugi obok niego, co też stoi w tych... kajdankach, narozrabiali i dowódca im będzie prawił kazanie.
- Ten drugi jest mulatem... – zauważyła Joyce.
- Wojska francuskie, dajmy na to, miały kolorowych w swoich szeregach...
- Ale mundur ma inny! Gellert i ten cały generał mają podobne, takie szare, a ten...
- Gellert pobił się z żołnierzem wojsk sprzymierzonych o butelkę wina i obaj dostaną po tyłkach za robienie burd... – zasugerowała Elżbieta – To częstsze, niż by się wydawało.
Zapadła cisza, ale nie na długo.
- A co on robi w mugolskim wojsku? – Zaczęła się zastanawiać Joyce.
- Chowa się przed wrogiem. Do niezły pomysł – odparła Elżbieta – Armia na froncie się przemieszcza, co utrudnia tropienie ukrywającego się. No i trzeba bardzo uważać, bo wszyscy mają broń i szybko po nią sięgną, jeśli ktoś zaatakuje jednego z nich.
Niby brzmiało to logicznie, ale... Ale Charlotta była sceptyczna.
- Elżbieto, wojska mugolskie są o wiele liczniejsze, niż nasze. Ichniejszy generał nie będzie sobie zawracał głowy bójką. Gellert musiał wyciąć o wiele lepszy numer. A ten mulat też może być z naszych...
- Może i wyciął? To nasza krew. I przecież nie wiem, czy to rzeczywiście generał, czy ktoś pomniejszy. Ale bardzo mi się ten człowiek nie podoba... Znaczy podoba, ale nie chciałabym go drażnić, więc powinien być dość wysoko. Ale nie powiem ci, ile ma dywizji i jak liczna jest taka dywizja. Nie wiem nawet, czyje to wojsko. O ile ichniejsze państwo już istnieje... Joyce, pokaż nam lepiej jakiś ważne magiczne wydarzenie.
Freeman spełniła jej prośbę. Trzy stare wiedźmy zamarły na moment, wpatrując się w magiczny dym.
- Zgaś to! – wrzasnęła w końcu Charlotta – No zrób coś z tym!
Joyce machnęła dłonią i obraz rozwiał się w powietrzu.
- Arturze na Camelocie – jęknęła Charlotta – To nie...
- To na ogół szybciej idzie – mruknęła Joyce.
- Można spowolnić zaklęciem – odparła Elżbieta.
- To na to jest zaklęcie? – Charlotta widziała już niejedno, ale żeby...
- Jest. Stary tego używał. Jak był w miarę trzeźwy i dobrze rzucił, to i kwadrans trwało.
- Dracula?
- Nie – warknęła Batory – On kazał używać Avady, na tyle był normalny. Mój dziadek... Altair... wyprawiał takie rzeczy z mugolakami. Stary świr. Nauczył mnie inkantacji, zresztą...
- Ty chyba nie...
- Na jego polecenie nie. Nigdy. Jako generał, owszem. – Elżbieta spojrzała jej ze spokojem w oczy. – Jak poszło o wyrok na typa, który sobie młode mugolki Imperiusem zwabiał, żeby... No wiesz. Gdyby spróbował takich rzeczy z czarownicą, to by mu magia łapy urwała... A potem jeszcze twierdził, że to były tylko mugolki, więc czego ja od niego chcę. To i owszem. Używałam tego zaklęcia. I nie wmówisz mi, że mam mieć wyrzuty sumienia. Bo. Nie. Będę. Mieć.
- Nie, nie miej – warknęła Joyce, a w jej głosie zabrzmiał jaguar – Myśmy nie takie rzeczy ze świrami robili... I wcale się tego nie wstydzę.
- I głupi Gellert wrócił, żeby...
- Nic mu nie będzie – stwierdziła z kamiennym spokojem Elżbieta – W tym pierwszym dymku był wyraźnie starszy, nie zauważyłyście? Nie takie rzeczy da się przeżyć, przy odrobinie szczęścia i magii. Joyce – Batory postanowiła zmienić temat - Dasz radę wydmuchać nam tego dżentelmena jeszcze raz? Tego mugolskiego generała. Niepokoi mnie ten człowiek.
Freeman bez słowa sięgnęła po ustnik sziszy.
Gellert, wyszargany, brudny i pokrwawiony, a do tego porządnie zakneblowany i przywiązany do krzesła, łypał ponuro na swoich strażników, uzbrojonych i w różdżki, i z mugolską broń.
A generał – czy kim ten człowiek był - przyglądał mu się podejrzliwie.
- Miałaś rację, że ci się ten mugol nie podobał, Elżbieto – westchnęła Charlotta.
- On go poobijać nie kazał. Skląć też nie – powiedziała ze spokojem Freeman – Widać, że w bójce oberwał... albo i w bitwie. To nie są ślady brutalnego przesłuchania.
- Sądzisz...
- Ja nie sądzę, ja to wiem. Mam oczy.
- Joyce mówi prawdę – dodała Batory – To widać. I ten człowiek nie każe torturować Gellerta.
- Skąd wiesz?
- Wiem. Nie mam pojęcia, kim jest ten mugol. Z jakiego kraju pochodzi. Gdzie jest i o co walczy. Ale on nie zrobi Gellertowi krzywdy.
- Skąd wiesz?
- Poznam człowieka, którego pocałowała Morrigan, nawet, jeśli to mugol, a oni nie lubią takiej... metodyki. A Gellert najwyraźniej nadużył Głosu, co musiało wzbudzić podejrzenia.
- Gellert będzie miał Głos?
- Najwyraźniej.
- Krzyżówka berserkera z rusałką, dobry...
- To tak, jak ja – stwierdziła ze spokojem Batory.
- Już zaczynam się bać. – Freeman wyszczerzyła zęby w kpiącym uśmiechu. – No, mesdames, pod względem hodowli niewątpliwie odniosłyśmy sukces. Ładny, silny, z Głosem, na dupie bezczynnie siedzieć nie lubi. Trzeba go tylko poduczyć, kiedy strategicznie wiać.
- Joyce, pokaż jeszcze...
Ale zanim Freeman sięgnęła po sziszę, w drzwiach ukazała się jej sekretarka.
- Pani von Bayern w kominku – powiedziała – Twierdzi, że to sprawa życia i śmierci.
- Gellert Grindelwald czy jego genialny braciszek Ferenc? – spytała od razu Batory.
- Powiedziała, że obaj, pani generał.
- Zaavaduję obu – syknęła Elżbieta przez zęby – Osobiście. Zrzucę głupków z murów Wyszehradu do Dunaju. Kopniakiem!
