Rozdział dziesiąty
Zdrada i zdrada
.
- Pomogło! – stwierdziła z radością Ludwika – Mały Dumbledore potrzebował może kwadransa, żeby wybudzić naszego Gellerta. Wszystko będzie dobrze… Mam nadzieję. Gellert trochę się przespał i jest jak nowo narodzony.
- Bo jest – mruknęła pod nosem Charlotta.
- Dumbledore… - warknął Ethan, a jego bladoniebieskie oczy pociemniały – Z tych Dumbledore'ów?
- Nie ma innych – odparła Elżbieta – Mówiłam ci już.
- Nic z tego dobrego nie wyniknie – syknął Ethan.
- Panie Hunter… - wtrąciła się Ludwika.
- Pendragon.
- Panie Hunter, Lordzie Pendragon, jak pan woli – Ludwika uśmiechnęła się krzywo. – Ja rozumiem, że niesprawiedliwość społeczna i wyrządzone krzywdy…
- Oni…
- Ja wiem, co oni, i wiem, co wy! – przerwała mu Ludwika – Rżnęliście się tam nawzajem, nożami i różdżkami, z diableską fantazją. I nie moja sprawa wnikać teraz, kto zaczął, kto winien, i kto komu płacił. Ale żądam, by pan zakończył to szaleństwo.
- Nie tknę dzieciaka palcem – mruknął obrażony Ethan – Tak nisko jeszcze nie upadłem. Chciałem tylko zauważyć, że mały pewnie kiedyś się dowie o historii, łączącej jego ród z moim. I kto wie, co wtedy zrobi. Szkoci są pamiętliwi i mściwi. Dla mnie to stare blizny, nauczyłem się z nimi żyć, ale młody, porywczy chłopak… Kto wie, co mu może strzelić do głowy.
- Może będzie mądrzejszy i zakończy tę… sprawę.
- Czemu mam przeczucie, że to się nie skończy jak w bajce.
- Panie Hunter, niech pan nie sieje paniki i defetyzmu.
- Jakoś, gdy słyszę nazwisko „Dumbledore", to mnie łupie w starych bliznach i mam wtedy zły humor
- Droga Elżbieto, możesz polecić coś panu na takie bóle? – Ludwika uśmiechnęła się krzywo.
- Owszem – odcięła się Elżbieta – Tokaj. Najlepsze lekarstwo na świecie.
- Cóż za patriotyzm, El – mruknął Ethan – Nawiasem mówiąc, ty chyba nie trzeźwiejesz, jeśli sama stosujesz to lekarsrwo…
- A ty nie dasz rady siedzieć przez tydzień, jak cię wyzwę na pojedynek…
- Będę leżał. W hebanowej trumience.
- Cóż za marnotrastwo drewna. Snob z ciebie, Pendragon…
Ludwika i Charlotta westchnęły i przewróciły oczami unisono.
- Chodźmy zobaczyć naszego drogiego prawnuka. – Charlotta przerwała w końcu radosne przekomarzanki.
- Są w ogrodzie. On i ten mały Albus. – Ludwika wslazała im oszklone drzwi. – Pomyślałam, że świeże powietrze dobrze zrobi Gellertowi.
Gdy wyszli na zewnątrz, dobiegł ich dziecięcy śmiech. Elżbieta w ostatnim momencie zrobiła unik, zręcznie schodząc miniaturowemu Kaflowi z drogi.
- Już ja wam pokażę Quidditcha! – ryknęła z udawaną złością – Ludwiko, miotła dla mnie i dla Charlotty, proszę, już my im damy popalić!
- I dla mnie – poprosił Ethan.
- Dzieci, chodźcie… - zaczęła Ludwika.
- Miotły, do mnie! – głos, a w zasadzie Głos Elżbiety odbił się echem od drzew.
Dziecięce miotły, posłuszne rozkazowi, pofrunęły w jej stronę, ignorując rozpaczliwe szarpnięcia małych graczy.
- W rząd! – zakomenderowała Batory. – Dość tego głupiego latania.
Miotły posłusznie zniżyły lot.
- Ale babciu… - usłyszała nieśmiały protest.
- Witam wszystkich – Elżbieta zignorowała kolejne pięć „ale babciu" i „ale ciociu". – Co powiecie na porządny, aurorski trening? – dodała już zwykłym, niemagicznym głosem. – Mamy tu…, O, Ludwiko, toż tu cała rodzina się zebrała… Starczy was na cztery drużyny, idealnie.
- Toż to ani ćwierci tego towarzystwa nie ma – mruknęła Charlotta. Zawsze podziwiała Elżbietę, która doskonale pamiętała kto jest z kim jak spokrewniony. I która dała jej możliwość obserwacji Gellerta, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Chłopak zachowywał się normalnie. Był może jeszcze bledszy niż zwykle, ale poza tym wszystko wydawało się być w porządku. Charlotta przefrunęła tuż za nim, dyskretnie rzucając kolejne zaklęcie diagnostyvczne. Pełną analizę będzie musiała zrobić wieczorem, ale wstępne pomiary wyglądały wręcz podejrzanie zwyczajnie. Gellert był normalnym chłopcem, który najpewniej nie pamiętał niczego z poprzedniej nocy.
.
Ludwika odetchnęła z ulgą i powoli, ostrożnie usiadła na ławeczce, by obserwować grających. Bolało. Eliksir Elżbiety czynił cuda, ale musiała go zażywać kilka razy dziennie, by móc w miarę normalnie żyć. Musiała porozmawiać z Batory, potrzebowała czegoś… mocniejszego. O wiele mocniejszego.
W normalnych czasach pogodziłaby się już ze zbliżającym się końcem; w końcu od dawna już żyła na kredyt, dzięki zakazanym sztuczkom Elżbiety. Ale czasy nie były normalne i Ludwika, jako odpowiedzialny polityk, nie mogła umrzeć w spokoju. Potrzebowała czasu, więcej czasu!
Cóż za ironia, pomyślała. Gellert też potrzebował czasu…
Oczywście, znała kilka sposobów, by przedłużyć swoją egzystencję. Kamień filozoficzny nie wchodził w grę, spowalniał jednynie starzenie, ale nie był w stanie zatrzymać jej choroby.
Horcrux… Brzydziła się samą ideą rozdarcia duszy i morderstwa, choć w obecnej sytuacji… Dusza była w końcu niewielką ceną za pokój. Ale nie bez powodu niewielu czarodziejów tworzyło horcruxy: były nie tylko ohydne; miały też mnóstwo skutków ubocznych. Do tego horcrux nie uzdrawiał, a stworzenie nowego ciała, choć możliwe, było jeszcze bardziej paskudne. Zresztą w stworzonej nekromancją powłowce nie mogłaby się przecież pokazać publicznie.
Ludwika westchnęła, czując palący ból w płucach. Wyprostowała się dumnie, i skoncentrowała na grze.
Charlotta wywijała na miotle, aż miło było popatrzeć; w końcu grała kilka lat zawodowo. Prawie nie było widać tego, jak rzucała zaklęcia i zbierała dane, dzieci na pewno niczego nie spostrzegły.
Elżbieta nie była aż tak zreczną lotniczką; najczęściej przecież latała na skrzydlatych zwierzętach, albo na modłę rosyjską, na zaczarowanym drzewku. Braki w technice nadrabiała jednak cnotami generalskimi: szybko podejmowała decyzje, nie wahała się, była szybka i brutalna. Rozpędziła się, lecąc prawie pionowo w górę, niespodziewanie zrobiła salto do tyłu i puściła miotłę. Ktoś krzyknął. Elżbieta, spadając, przybrała swoją postać animagiczną i chwyciła Znicza wielkimi szczękami.
Ogromny chart Dzikiego Gonu lekko wylądował na murawie; złota piłeczka rozpaczliwe trzepotała skrzydełkami pomiędzy zębami wielkiego, rudego borzoja.
- To nie fair, ciociu! – rozległ się czyjś oburzony głos.
Chart wypluł piłeczkę i powrócił do ludzkiej postaci.
- To nie jest zakazana technika. Jest więc dozwolona. I nie uszkodziłam Znicza – odparła Batory ze spokojem.
Ludwika parsknęła śmiechem. I zamarła, widząc, że Charlotta sięga po różdżkę, ale było już za późno.
- Nie zabijaj nas! – wrzasnął Gellert po węgiersku, histerycznym, nienaturalnym tonem - Nie zabijaj nas!
Elżbieta jednym susem znalazła się przy nim i mocno nim potrząsnęła, ale to nic nie pomogło.
- Kogo? – zapytała.
W odpowiedzi usłyszała całą litanię imion, histerycznie wywrzaskiwanych. Elżbieta przyciągnęła Gellerta do siebie i, posługując się Głosem, rozkazała - Dość.
Ku zdumieniu Ludwiki, chłopak zamilkł, ale wciąż się trząsł.
- Na Morganę, co to… - Ethan wpatrywał się w Gellerta z przerażeniem.
- Przepowiednia – szepnęła Charlotta – Elżbieto, nie…
- A niby kogo i za co? – syknęła Batory.
- Jego. I Ferenca. I mnie.
Wszyscy, jak jeden czarodziej, odwrócili się w stronę głosu.
Cyneburg, wciąż na miotle, wpatrywała się w nich nieprzytomnym wzrokiem wróżbitki.
- Za co? – zapytała Elżbieta. Nie doczekawszy się odpowiedzi, powtórzyła, znowu korzystając z Głosu – ZA CO?
- Za zdradę. – Cyneburg spojrzała na Gellerta. – Będziesz leżał u jej stóp, zdrajco.
Ludwika pomyślała, że zaraz zemdleje, Charlotta była blada jak ściana.
Elżbieta, jak na starą generał przystało, zareagowała pierwsza.
- Zachowacie to dla siebie – powiedziała, powoli i wyraźnie, Głosem – Ludwiko, zajmij się dziećmi, proszę – dodała już normalnym tonem – Charlotto, zaopiekuj się Widzącymi.
.
Jeśli Ludwika myślała, że to koniec atrakcji, to się myliła.
- Pani Dumbledore jest pod bramą – oznajmiła skrzatka.
- Jaka pani Dumbledore? – zdziwiła się Ludwika.
- Babka panicza Albusa. Twierdzi, że pan Gildo go porwał.
- Budź go, natychmiast! – rozkazała Ludwika. – I możesz ją wpuścić.
- Ja zaprowadzę dzieci do środka, ty idź z nią porozmawiaj – powiedziała Elżbieta. Ludwika skinęła głową i ruszyła w stronę bramy.
Tego jeszcze brakowało. Czyżby Guido, spiesząc się, nie pomyślał, by zawiadomić rodziców chłopca? Może nie było ich w domu? Ale przecież Guido mógł im zostawić wiadomość. Ludwika zacisnęła dłoń na różdżce.
.
- Babcia! Babcia po mnie przyjechała! – zawołał rzeczony Albus i popędził w stronę bramy. Gellert, bez namysłu pobiegł za nim. Najwyraźniej nie dotarło jeszcze do niego, co się stało. Widzący często nawet nie pamiętali tego, co mówili.
- Koniec zabawy! – Elżbieta spojrzała na przestraszone, zdezorientowane dzieci. – Do środka, migiem!
Magia znów zadrgała.
- Dzidka… - jęknęła Ludwika.
Dziadumiła wyprostowała się nienaturalnie, jej oczy wyglądały jak szklane paciorki.
- Ehrenbreitstein, Nymphenburg, Neuschwanstein… - zaczęła wyliczać magiczne zamki, wieszcząc im upadek.
Ludwika spojrzała na Charlottę, która najwyraźniej też nie wiedziała, co ma robić.
- Niech zdrajca otworzy bramy nad wielkim jeziorem – ciągnęła Dzidka – Zamku tych, którzy przybyli z północy…
.
Błysnęło i zagrzmiało. Ludwika odwróciła się w stronę bramy i machnęła różdżką, ożywiając marmurowe zwierzęta, stojące w ogrodzie. Nymphenburg był jej domem i zamierzała go bronić.
- Oni poszli do bramy! Gelli i ten… Albus! – zawołało któreś dziecko.
Ethan popędził żwirowoą ścieżką, przeklinając w myślach i żwir, i Dumbledore`ów na czym świat stoi. Ludwika podążyła za nim ale gdy dotarła na miejsce wpadła w środek regularnej bitwy.
Ethan pojedynkował się z jakąś wiedźmą, która nie żałowała ani Avady, ani innych paskudnych klątw. Gellert i Albus cudem – a raczej dzięki refleksowi tego pierwszego – uszli śmierci. Co tu się wyprawiało, do wszystkich…
Trójłapy borzoj pojawił się znikąd i powalił napastniczkę na ziemię.
- Moja babcia! – krzyknął Albus.
Borzoj wyszczerzył zęby. Ethan wypowiedział tę swoją słynną inkantację, spirala niebieskiego ognia zaczęła pełznąć po ziemi.
- Moja babcia! – krzyknął znów Albus, zwracając się do Elżbiety, która zdążyła wrócić do ludzkiej postaci. – Zostaw ją, ty… ty indycze, rude jajo!
Elżbieta łypnęła na niego i parsknęła śmiechem.
- Jaki ojciec, taki syn – parsknęła – Nie bój się, mój bracie w magii – dodała już poważnym tonem. – Jeśli to naprawdę twoja babka i jeśli jest winna, to ty zapłaciłeś już nam za jej życie, ratując Gellerta.
- Gdyby to nie była Dumbledore, brama by jej nie przepuściła – wysapała Ludwika. – Ale dlaczego…
- Bo jest niewinna – warknęła Batory. Po czym machnęła różdżką wypowiadając –Maleficum glaciare!
Niebieskie zaklęcie uderzyło w napastniczkę. Wyglądała teraz, jak pokryta igiełkami szrony, tyle, że błękitnymi i świecącymi.
- A teraz, drogi Ethanie – zakomenderowała Batory – Oświeć mnie, co się naprawdę wydarzyło między wami a rodem Dumbledore'ów.
- Nie przy dzieciach – odparł czarnoksięźnik.
