Rozdział 11

O zemście i złośliwej krowie

Joyce okazała się bardziej rozmowna niż Ethan, zwłaszcza, że Elżbieta rozmawiała z nią sam na sam.

- No, było ich czterech – stwierdziła, – Bracia, czy kuzyni, nie wiem. Szkoci, sądząc po akcencie. MACUSA ich na nas nasłała. Skąd ich wytrzasnęli, nie mam pojęcia. Gadali, że musieli uciekać, bo zrobili taki rozpirz na weselu, że pannę młodą trzeba było kłaść do grobu. Inni znowu mówili, że oni pozbyli się pradziadka, bo im było spieszno do jego złota. Czy to które prawda, to wy sobie po waszych kronikach poszukajcie… Fuj, nie cierpię rozmawiać przez ten kominek, El. Wyglądasz tak niezdrowo… - Skrzywiła się z obrzydzeniem.

- Zabezpieczenia fałszują kolory. – Wzruszyła ramionami Batory. – I powiedz mi, czy był powód do zemsty?

- No przecież! – ryknęła Joyce – Wiesz, jak oni nas traktowali, jeśli kogoś dorwali żywcem!

- Chodzi mi o ich powody do zemsty, wasze są mi znane. – Cieprliwie uściśliła Elżbieta.

- No… Myśmy ich też nie głaskali.

- A konkretnie?

- Cóż… - Zamyśliła się Joyce. – To dawno było… Czekaj. Abrax to nie my. Dostał nożem w jakimś podłym kasynie, od niemaga. Dorabiał szulerką; myślał, że każdy niemag to ślepy idiota i źle myślał. Znaczy… Czy go ktoś nie zaavadował i na niemagów tego nie zepchnął, nie mam pewności. Ale to na pewno nie nasza robota. – Uśmiechnęła się krzywo. - Aureliusz… no dostał klątwą w bitwie. Od Ninni. Potrzaskaliśmy go potem, ale trupa. I trochę tylko, Queen nie pozwalała…

- Wiem. A reszta?

- Adelwolfa diabli wzięli. Zniknął, charłak jeden. Podobno wybrał się do lasu po jakieś zioła i nie wrócił. Czy zwiał ze złotem całej tej bandy i teraz grzecznie uprawia marchew na Sahalinie, czy go coś zeżarło, czy go ktoś sklął na proszek, nie mam pojęcia.

- A ten czwarty?

- Abelard? Ano… - Joyce urwała.

- Ano całą noc go, jak to ty mówisz, trzaskaliście, zanim ducha wyzionął?

- Nie pamiętam.

- Joyce, nie ze mną te numery – warknęła Elżbieta.

- Nie pamiętam! Wyskoczył na mnie ze swoimi, było pięcioro tego… Durna sprawa, dałam się zwabić jak jakaś charłaczka.

- No i?..

- Eliksir miałam. Taki, żeby dawać więcej czadu. Uwarzyła go wtedy…

- Za dużo wypiłaś?...- przerwała jej Elżbieta.

- Nie, rozbiłam fiolkę… No, wypadła mi, jak jakiejś charłaczce… I wbiłam sobie szkło w ramię.

- Joyce, jesteś geniuszem.- Elżbieta pokazała zęby w drapieżnym uśmiechu.

- Nie nabijaj się ze mnie! Miałam czternaście lat i…

- To było najlepsze rozwiązanie z możliwych, jeśli nie mogłaś go wypić. Choć ryzykowne, muszę przyznać, nie każdy eliksir działa, gdy się go wprowadzi bezpośrednio do krwi. Ale w takiej sytuacji trzeba ryzykować. – Batory ucięła dyskusję. – I co dalej?

- No i… Poharatałam drani, i się wykrwawili. Ale co się dokładnie tam działo, nie pamiętam.

.

- To średni powód do zemsty… - stwierdziła Elżbieta, powtórzywszy całą rozmowę Charlotcie i Ludwice. – Po takich eliksirach ma się niewiele kontroli… Nie mogło to trwać zbyt długo. Zresztą, przy takim stosunku sił nikt się nie zabawia z wrogami, musi ich zlikwidować jak najszybciej.

- To mówisz ty, doświadczony generał – wtrąciła Ludwika – A czternasoletnia, przerażona…

- Tym bardziej będzie kląć na oślep, a nie realizować swoje sadystyczne fantazje – odparła spokojnie Elżbieta – Nie będzie to elegancka i precyzyjna obrona, owszem. Nie będzie szybko, czysto i bezboleśnie. Ale nie będzie w tym rozmyślnego okrucieństwa. Poza tym to oni ją zaatakowali, więc nie ma tu podstaw do magicznej zemsty.

- Tym niemniej ktoś chciał się na niej zemścić tak bardzo, że użył pięciu przysiąg.

- Gdyby miał porządny powód, najpewniej bym ich nie przełamała – odparła Elżbieta. – Porządnie umotywowana zemsta jest praktycznie nie do przełamania. Zbyt wielkie ryzyko, ogromne koszta… Nie próbowałabym, jeśli dałoby się zabić mściciela.

- Wniosek? – westchnęła Charlotta.

- Porywczy, zawzięty, ale głupi i słabo wykształcony mściciel – warknęła Elżbieta – Przedobrzył. A że nie mógł… albo się bał zaaktakować Joyce, postanowił działać zdalnie. A ta cała Dumbledore… czy jak ona wtedy miała na nazwisko… była jeszcze na tyle młoda i naiwna, że dała się namówić na owe przysięgi.

- A to niby taki porządny ród… - mruknęła z przekąsem Charlotta.

Elżbieta parsknęła.

- Nie ma porządnych rodów, czasem tylko nikt nie szukał na nich haków wystarczająco dokładnie. Pójdę, wytłumaczę to dzieciakom.

.

Jak powiedziała, tak zrobiła. Kazała skrzatom przynieść ciasteczek, napełniła samowar wrzątkiem i zaprosiła Albusa oraz Gellerta do altanki.

- Ale… dlaczego? – zapytał Albus – Czemu babcia… Czemu ktoś jej kazał… No przecież Gellert nic nam nie zrobił! Chciał tylko pomóc!

- Nie mnie, nie słyszałeś? – mruknął Gellert – Tylko prabbabce Joyce.

- Ale dlaczego…

- Jak Charlotta… pani Lovelace-Grindelwald wam już wyjaśniła, Joyce Freeman i twój ród, Albusie, walczyli przeciwko sobie – odpowiedziała Elżbieta.

- Ale dlaczego…

- Powody generał Freeman są dla ciebie jasne?

Albus przytaknął.

- A powody tych czeterech dżentelmenów z twojego rodu nie są mi znane. Może po prostu potrzebowali pieniędzy. Może uważali, że generał Freeman stanowi zagrożenie dla społeczeństwa. Nie wiem.

- Ale dlaczego po prostu nie spytamy babci kto i dlaczego kazał jej…

- Gdyby to było takie proste, Albusie – westchnęła Elżbieta – Ale przysięgi to magia, która sięga bardzo głęboko. Przełamując je, naruszyłam i wspomnienia z nimi związane. Potężna magia ma, niestety, potężne skutki uboczne. Dlatego chcę cię ostrzec. Nie wiem, kto to zrobił twojej babce i nawet ona sama nie ma co do tego pewności. Ale ten ktoś nie przejmował się tym, że może ją tymi przysięgami zabić. Mniemam, że twoja babka była wtedy młodziutka i nie zdawała sobie sprawy z tego, jak niebezpieczne są takie przysięgi. A ten, kto to zrobił, pewnie był sporo od niej starszy… Takich przysiąg nie uczą w szkołach, to dzieło kogoś doświadczonego magicznie. Zakładam więc, że ta osoba już nie żyje. Ale uważaj na portrety przodków, ich pamiętniki i tym podobne przedmioty. Człowiek, który tak się zapamiętał w swoim pragnieniu zemsty, mógł przygotować więcej paskudnych niespodzianek.

- Ale… - Albus wciąż nie rozumiał – Dlaczego pani… generał Freeman była… brutalna? Jeśli ktoś jej zrobił krzywdę, to powinna wiedzieć, że to boli.

- Wiedziała. – Wzruszyła ramionami Elżbieta. – Ale umysł nie działa w ten sposób. Ona sama zawsze powtarza, że wielu niewolników wcale nie chciało wolności i równości. Chcieli tylko zabić pana i zająć jego miejsce. I wcale nie byliby od niego lepsi… Człowiek, który długo głodował, może zacząć się objadać, gdy wreszcie będzie miał dość żywności. Człowiek, żyjący w biedzie i upokorzeniu, może pragnąć pieniędzy i władzy… i nigdy się nie nasyci.

- Do dlatego Dracula… Podobno, jak był w więzieniu… Auć! – jęknął Albus.

- Gellercie, nie kop Albusa pod stołem! – warknęła Elżbieta – Owszem. Był w więzieniu, gdzie przesłuchano go tak, że mało nie umarł. Musiałam użyć naprawdę potężnej magii, by go ocalić.

- Ale dlaczego?..

- Bo był piętnastolatkiem, krwawiącym z uszu i nosa, i żal mi się go zrobiło. Tobie też bym pomogła, gdybyś był ranny.

- Ale… To dlatego on później był taki… okrutny?

- Gellercie, nie kop Albusa pod stołem! – powtórzyła Elżbieta - Po części na pewno dlatego. Myślał, że jeśli ludzie będą się go bać, to nie ośmielą się znowu go skrzywdzić. Ale przede wszystkim to kwestia wiary, jak sądzę.

- Wiary? Ale przecież… - Albusowi niełatwo było nadążyć za Elżbietą.

- Nie, nie w żadnych bogów. – Batory potrząsnęła glową. - Ale jeśli nie zdradził przyjaciół, choć sypały się na niego klątwy, to niby dlaczego?

Nie było to łatwe pytanie. Dracula był zły, to Albus wiedział. Więc dlaczego niby miałby… Tacy ludzie nie mają przyjaciół!

- Ale on przecież… No jak zły człowiek mógł bronić przyjaciół?

- Albusie – westchnęła Elżbieta – Wiesz, co to błędy w rozumowaniu?

To było o wiele łatwiejsze pytanie.

- Argumentum ad personam, ad…

- I jednym z tych błędów jest uznanie wroga za bezwartościowego. Jeśi jest przeciw nam, to jest głupi, tchórzliwy, słaby, podły – odparła szorstko Elżbieta - Gdyby tak było, nigdy nie stanowiłby prawdziwego zagrożenia, prawda? – Dodała już łagodniejszym tonem. - Dracula był odważnym, lojalnam i inteligentnym człowiekiem. I wiele wiedział o magii. Ale wracając do meritum. Żeby czegoś bronić, potrzeba wiary, że to coś ma wielką wartość. Możesz bronić swojej rodziny, religii, państwa… Czegokolwiek. Ale to coś musi być dla ciebie ważne. Dracula wierzył w słuszność swoich idei tak bardzo, jak tylko młodzi potrafią… Bezgranicznie i bez żadnych wątpliwości. A jeśli uważasz, że twoje poglądy są mądre, szlachetne i wspaniałe, to chcesz, by inni je podzielali, prawda?

- No tak. – Z tym Albus musiał się zgodzić.

- Ale zawsze znajdą się tacy, którzy je będą zwalczać. – Elżbieta uśmiechnęła się krzywo.

- Ale jeśli to są szlachetne idee…

- To nie ma znaczenia, Albusie. Jeśli cały kraj żyje w nędzy, a jeden bogacz ma lochy pełne złota, to szlachetnie jest podzielić to złoto pomiędzy biednych, czyż nie?

- Bogacz nigdy się na to nie zgodzi – mruknął Gellert – Bo na tym straci.

- Bo na tym straci. – Zgodziła się Elżbieta. – A więc nie będzie zachwycony twoim cudownym pomysłem. Ktoś inny będzie uważał, że złoto trzeba podzielić, ale nie po równo. Tak czy inaczej, żaden pomysł nigdy nie zyska powszechnej aprobaty. To drażni. Frustruje. I tak dochodzi się do wniosku, że jeśli ktoś nie podziela naszych wielce szlachetnych idei, to jest albo głupi, albo zły. A że takich ludzi zawsze będzie wielu, trzeba ich pokonać. - Elżbieta odkręciła kurek samowaru i nalała sobie herbaty.

- Zabić. – Zrozumiał Albus.

- Najczęściej tak się to kończy. – Elżbieta podniosła filiżankę do ust. – I piękna idea powoli zmienia się w potwora. A że to dla większego dobra, to szlachetny bojownik o lepszy świat będzie zabijał. Bo tak trzeba. Bo to smutna konieczność. – Wykrzywiła się ironicznie.

Chłopcy milczeli przez chwilę.

- To znaczy, że świata nie da się ulepszyć? – zapytał w końcu Gellert.

Wreszcie padło to właściwe pytanie, ucieszyła się Elżbieta.

- Da się. Ale każdą wolność trzeba sobie wywalczyć i zawsze ktoś na tym cierpi. To prawo natury. Jeśli wilk ma żyć, zając musi umrzeć. Jeśli zając ma żyć, wilk musi głodować. Jeśli niewolnik pragnie wolności, jego pan na tym straci. Może nawet niewolnik będzie musiał go zabić. Pytanie, po co to zrobi. Żeby być wolnym, czy żeby być nowym panem? Zmiana systemu, czy tylko zmiana warty?

Albus się zamyślił. To było niby logiczne, ale…

- Pani naprawdę była jego najlepszym generałem?

Elżbieta uśmiechnęła się drapieżnie.

- Takie rude, indycze jajo jak ja nie wygląda na generała, co?

Wstała, wyprostowała się, trzasnęła obcasami… Poczuła tak znajomą falę magii, i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, widząc minę Albusa… I minę Gellerta też.

- Jak pani to zrobiła? – Albus miał oczy wielkie jak spodki. – Transfiguracja ubrania na ciele… - Urwał, zawstydzony.

Elżbieta musiała przyznać, że lubiła tę, jakże praktyczną, przemianę. I że w draculowym mundurze wciąż wyglądała, jak to kiedyś określił Gildo, zabójczo.

W sumie – pomyślała – To taki prosty krój, bez żadnych tam falban, fikuśnych kołnierzy, wielkich guzików i skomplikowanych fałd na pelerynie. Szary, niemal czarny materiał. Nawet ochronne runy są wyszyte dyskretnie, tylko w trzech barwach, choć na ogół używa się a siedmiu. Ale i tak robi wrażnie. A może właśnie dlatego.

- No i jak? – Zwrócila się do Albusa. – Teraz mi wierzysz?

Na pewno widziałeś przedruki plakaków ze mną w tych waszych kłamliwych książkach do historii. A tam, one wszystkie kłamią, nie tylko te wasze…

I, dla zabawy, pokazała mu jeszcze kilka przemian. Chłopak był zafascynowany i gapił się na nią – a raczej na transfigurację ubrań – jak mugol na smoka.

- I co? – Zaśmiała się Elżbieta. – Teraz wyglądam na generała?

- Nie, ja nie to… - Zaczerwienił się Albus. – Pani zawsze… Ale on był zły! A pani jest dobra.

-Sądzisz, Albusie? – Elżbieta, uznawszy, że już dość popisów, usiała i upiła łyk herbaty.

- Przecież słyszałem tę historię o pani i moim tacie. Dracula by… - urwał.

- Owszem, Dracula by. – Zgodziła się Elżbieta. – Ale ja nie.

- Ale dlaczego?..

- Dlaczego świat jest tak paskudny, że już dzieci się dziwią, że nie zabijam każdego, kto mi pod różdzkę podejdzie? – Elżbieta odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Za dużo przebywałam ostatnio z politykami. To zdanie było długie jak dzień bez jedzenia.

- Bo pani mogłaby…

- Mogłabym. I niewielu z nas chodziłoby jeszcze po świecie, gdyby każdy zawsze robił to, co mógłby. Wiesz. – Dolała sobie herbaty. – Ja postąpiłabym tak samo na miejscu twojego ojca. A więc czemu miałabym mu coś za to zrobić? I ja wiem, że większość by. – Uśmiechnęła się krzywo. – Więkosziść myśli tak: jeśli ja komuś ukradnę pegaza, to dobrze. Jeśi mnie ukradną pegaza, to źle. Ale… - Elżbieta spojrzała najpierw na Albusa, potem na Gellerta.

No i co im powiedzieć? – Spytała samą siebie. – Bez względu na to, czy ten szalony dzieciak naprawdę cofnął się w czasie, czy tylko zobaczył to, co może się stać… Jak pokierować Widzącym i tym małym molem książkowym?

- Cóż – westchnęła – Mówiąc krótko. Każdy czasem potrzebuje litości. Tak, Albusie, ja też. Nie zawsze byłam potężnym generałem. A zresztą nie ma nic bardziej kruchego i niepewnego niż władza i potęga, i radzę, byś nigdy o tym nie zapomniał. Dla naszego wspólnego dobra, dajmy spokój grzebaniu w przeszłości i zemście bez końca. Jak sam widzisz, nie przynosi to nic dobrego.

.

.

Henning był niezadowolony. Pracowicie, przez cały wieczór, budował dla siostry latawca, a tu jak na złość, nawet listek nie drgnął.

- Cóż, musimy pobawić się w coś innego – westchnął.

Buzia Bibi wygięła się w podkówkę.

- Tawiec – krzyknęła ze złością – Tawiec, lata!

Rzeczony „tawiec" drgnął i powoli wzniósł się w powietrze.

- O nie, znowu – szepnął Henning – Co to…

- Ty, Gott, co ty tam wyprawiasz? Sąsiadka wyjrzała zza żywopotu.

- Tawiec, tawiec! – Bibi zaklaskała w rączki.

- Ale wiatru… - zaczęła kobieta.

Niech ona odejdzie, niech odejdzie… - myślał gorączkowo Henning, wiedząc, że trafili na najgorszą plotkarkę w miasteczku. – Idźże stąd wreszcie, wścibska babo! Krowę trzeba wydoić!

W tej samej chwili rozległ się ryk, pełen zniecierpliwienia.

- Już lecę! – zawołała sąsiadka, jakby Genta mogła ją zrozumieć. – Tylko nie urwij mi się z łańcucha, ty zarazo!

- A kopnij jej to wiadro, jak już będzie pełne. – Pomyślał ze złością Henning, dopiero teraz czując, że zacisnął pięści tak mocno, że aż wbił sobie paznokcie w skórę.

Znowu. Znowu działo się coś dziwnego…

.

.

Genta, złośliwe, wielkie krówsko, najpierw kopnęła gospodynię, co zresztą zdarzało jej się dość często. Dała się jednak spokojnie wydoić, jakby była najgrzeczniejszą krówką na świecie - po czym wsadziła nogę prosto do wiadra, pełnego mleka.

Komentarz sąsiadki usłyszało pół miasteczka.

Genta ze spokojem zabrała się do skubania trawy, za nic mając groźby gospodyni, po raz kolejny straszącej ją rzeźnikiem.

- Gott, to twoja sprawka! – ryknęła rozwścieczona kobieta, kończąc długą tyradę.

Henning zamarł.

.

- Pętacie się tu, krowę mi straszycie tymi latawcami, potem zwierzę z nerwów ustać spokojnie nie może! Gott jesteś, a pomysly diabelskie!

Henning odetchnął z ulgą.

.

.

- Nie wiem, czy dobrze postąpiłyśmy. – Ludwika usiadła, wzdychając ciężko.

- Dumbledore była ofiarą. Nie zaatakowała nas z własnej woli. A zresztą, chciałaś ją zabić? Jeśli potrzebujesz małego incydentu dyplomatycznego, mogę ci go zaaranżować. – Elżbieta wzruszyła ramionami.

- Przecież nie mogłyśmy… Na oczach tego dziecka…

- No to zamiotłyśmy sprawę pod dywan, Dumbledore`owie wrócili do domu cali i zdrowi, gdzież więc problem? Gellert też się dobrze czuje.

- Ale ta przepowiednia… - Ludwika westchnęła ciężko.

- O zdradzie? – prychnęła Elżbieta – Nie on pierwszy, nie ostatni…

- Ale chyba nie chcesz…

- Nic mi jeszcze nie zrobił. – Elżbieta spojrzała na nią surowo. – A znając mechanizm działania przepowiedni, gdybym tylko usiłowała go skrzywdzić, moje własne działania nastawiłyby go przeciwko mnie. Nie martw się na zapas. Od zdrady do jej wykrycia daleko. Od wykrycia do wyroku jeszcze dalej. Od wyroku do jego wykonania… O skuteczności owego wykonania nawet nie wspomnę…

- Joyce mówiła, że szisza pokazała jej…

- Nie, ja mu tego nie zrobię. – warknęła Elżbieta – To nie będę ja. Widzisz przecież, że dzieciak nie spędzi życia spokojnie stemplując licencje na posiadanie mioteł wyścigowych! Same przepowiednie wystarczą, by wpędzić go w kłopoty.

- Wiesz, co powiedział temu Albusowi, gdy się żegnali? – Ludwika poprawiła okulary.

- Hm? – Elżbieta uniosła brwi. – Coś o krwi i śmierci?

- Że przy ich kolejnym spotkaniu poleje się krew. Tudzież pot i łzy.

Elżbieta uśmiechnęła się drapieżnie.

- Myślisz o tym samym, co ja, Ludwiko?

- Elżbieto… Sądzisz, że chodziło mu o to… Co ty zrobiłaś z Teodorem? To... brutalne.

- Twój kuzyn Teodor uratował ci życie, Ludwiko. – Syknęła Elżbieta.

- Przecież wiem! Ale Gellert to jeszcze dziecko!

- Cóż – odparła Elżbieta – Na przepowiedniach nie ma dat ich spełnienia, prawda?

.

.

„Gott", czyli „bóg" to normalne niemieckie nazwisko. Wywodzi się of „guad" (dobry), Gotte (rodzic chrzestny) tudzież skrótów od imion takich jak Gottfried albo Gottlieb.