Rozdział dwunasty

W którym rozważa się zawiłości drzew genealogicznych

- Hereinspaziert!* – Elżbieta oderwała wzrok od dokumentów, słysząc pukanie. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Batory uważnie spojrzała na wchodzącego. – Ottmar – Uśmiechnęła się krzywo. – W jakiejż to sprawie? Zanim zaczniesz, przypomnę, że nie jestem głucha.

Ottmar Grindelwald wiedział, że nie będzie to łatwa rozmowa, ale, na wszystkie bachory Lokiego, Batory nie mogła znowu wykręcić się sianem.

- Głucha może nie. Ale za to małomówna – pomyślał.

- Pani mnie pamięta? – Zdziwił się.

- Mam dobrą pamięć, jeśli idzie o drzewa genealogiczne. A tych, którzy ośmielili się rzucić mi wyzwanie, zapamiętuję szczególnie dobrze.

Cóż, ostatni raz rozmawiali po śmierci Lokiego. A raczej to on, czternastolatek, wpadł do gabinetu Wielkiej Pani Generał z wyciągniętą różdżką i zażądał wyjaśnień w sprawie tragicznego zgonu kuzyna. Wrzeszczał, rzucił nawet paskudny – jak na dzieciaka – urok, a w końcu się rozpłakał. Krótko mówiąc, zachował się skandalicznie. Rodzina była oburzona i kazała mu przeprosić Batory. Ottmar odmówił.

Co sama Elżbieta myślała o tej sprawie, Ottmar nie wiedział. Wyjechała jeszcze tego samego dnia, a gdy wróciła, jakoś nikt nie miał odwagi albo ochoty jej przypominać o tym małym skandalu.

Najwyraźniej jednak o nim nie zapomniała…

Ottmar spojrzał prosto na nią. Nie chciał jej drażnić, ale płaszczyć się przed nią też nie zamierzał.

- Frau Generalin - zaczął najspokojniej, jak umiał – Ja…

- Siadaj. – Elżbieta weszła mu w slowo. – Możesz sobie darować uprzejme wstępy. Do rzeczy. O kogo chodzi ci teraz?

- O Ferenca.

- Ktoś tu się troszczy o rodzinę… - Elżbieta uśmienchnęła się krzywo.

- Czyż nie jest to naszym obowiązkiem? – Ottmar odbił piłeczkę.

- Owszem. – Przytaknęła Elżbieta. – Może na początku wyjaśnimy sobie jedno… Herbaty?

- Poproszę.

- Postawmy więc sprawę jasno. – Elżbieta odkręciła kurek samowaru. – Nie udzieliłam ci wyjaśnień w sprawie śmierci Lokiego. I nie zamierzam. Tak jak nie zamierzam tłumaczyć się z moich innych czynów. Nie mogę narażać naszych agentów i stronników.

- Ale Lokiego ktoś zdradził.

- Owszem. – Kiwnęła głową Elżbieta. – I wiem nawet, kto. A kiedy ten charłak przestanie mi być potrzebny, przyniosę ci jego łeb w prezencie.

- Potrzebny?

- Przecieka. – Elżbieta uśmiechnęła się drapieżnie. – To znaczy pije i mówi zbyt wiele. A poza tym ciągle potrzebuje pieniędzy i nie brzydzi go żadna methoda zarobkowania… To jeden z tych wysoko postawionych durniów, którzy swą pozycję zawdzięczają swemu urodzieniu. Lubi żyć ponad stan i nie poczuwa się to odpowiedzialności za cokolwiek. Jest więc przydatny, toteż pozwalam mu żyć. O! - Uniosła brwi w geście teatralnego zdziwenia. – Nie prawisz mi jeszcze kazań o mym cyniźmie?

Ottmar upił łyk herbaty, by zyskać na czasie.

- Cóż – zaczął ostrożnie – Mniemam, że dobrze pani przemyślała… co trzeba wybrać… Między obowiązkami głowy rodu i generała.

- Prywatę łatwo potępia się u obcych. We własnej rodzinie widzi się ją jako oczywisty obowiązek, czyż nie?

- Ale Ferenc… Jest już piątek! – Ottmar pojął jej aluzję.

- A MACUSA zamierza wykonać wyrok w poniedziałek o świcie, jak już oficjalnie potwierdzono. – Przerwała mu Elżbieta. – Wiem, co robię.

- Ale.. to musi być straszne. Tak czekać…

- To jest straszne. – Zgodziła się Batory. – Zwłaszcza za pierwszym razem. I nie każemy mu czekać dla naszej sadystycznej satysfakcji.

- My?

- Chyba nie uważasz, że inni krewni zapomnieli o Ferencu?

- MACUSA was sprawdza – mruknął Ottmar – Panią, ród Johnsonów, panią Freeman… Czy macie na tyle wpływów, by go uratować.

- I czekają na naszą nieostrożność, by nam narobić kłopotów. Może nawet gotowi są rozpocząć wojnę.

- Ależ – Zdumiał się Ottmar. – Przecież koszta takiej wojny…

- Nie wszyscy myślą logicznie – burknęła Elżbieta – Zwłaszcza, gdy rachunek zapłaci kto inny.

Ottmar westchnął.

- MACUSA jest wszak demokracją. Ich rządy nie powinny więc podejmować decyzji, które będą tak… szkodliwe dla obywateli. Przegrają wtedy następne wybory.

- Nie zawsze najlepszy towar najlepiej się sprzedaje. Krzykliwa reklama i kolorowe opakowanie są skuteczniejsze, niż myślisz. Poza tym urażona duma zaślepiła już wielu. Niejeden głupiec uważał, że można rozpocząć wojnę z trzema aurorami u boku.

- A nie można?

Elżbieta się roześmiała.

- Można, Ottmarze, można. Lecz nie możesz jej zakończyć… Tak, jak byś chciał.

- Czy mógłbym… być pomocny? Dla Ferenca? – Ottmar wrócił do meritum sprawy. - Jeśli istnieje jakiś rytuał…

Elżbieta dolała sobie herbaty. - Co dałbyś za jego życie? – spytała bez zbędnych wstępów.

Ottmar spojrzał na nią, zdumiony.

- To… jest możliwe? – wyszeptał – Dlaczego więc pani od razu nie…

- To jest możliwe. – Przerwała mu Elżbieta. – Pod warunkiem, że ktoś ośmieli się o to zapytać. A jakoś kolejki pod moim gabinetem nie było… Chyba, że przeoczyłam te tłumy? – stwierdziła cierpko. – W końcu jestem jednooka.

- Jak to? Wystarczy zapytać? To przecież…

- A tak to. – Wyjaśniła spokojnie Elżbieta. – Że ta magia wymaga ochotnika, który musi sam podnieść się z szezlongu i zacząć jej szukać. My, stara gwardia – Dodała, uprzedzając kolejne pytanie – Jesteśmy już zbyt pozbawieni… niewinności w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu, by móc się posłużyć mocą, która płynie prosto z duszy. A wy, młodzi, cóż. Niewielu znajduje drogę do kwintesencji magii. Ale że to ty… - Podniosła filiżankę do ust.

Ottmar zacisnął pięści.

- Moje pochodzenie nie czyni mnie…

- Twoja matka była mugolską cyrkówką, Ottmarze. – Elżbieta spojrzała na niego surowo. – Córką chłopów pańszczyźnianych, a więc niewolnicą. To, że uciekła jako dziewczynka z cyrkowcami tylko dobrze o niej świadczy. Jej praca tym bardziej, niewielu ośmieliłoby się wykonywać takie akrobacje. A mugole nie znają żadnych zabezpieczeń, pamiętaj, ich akrobatki nie popełniają błędów… po raz drugi. Twoja matka miała więcej odwagi, niż mugolski pułk. A że potem została kochanką bogatego…

- Pani generał, proszę…

- Związki tej natury to rzecz normalna. I panny ze świetnych rodów szukają majętnych kawalerów, czyż nie? Tylko, że one mogą zostać szacownymi małżonkami i spoglądać z góry na kobiety, które nie były posażne i dobrze urodzone. Których nie stać na to, by uwiązać do siebie jaśnie pana męża paroma formułkami, wypowiedzianymi przez ich kapłanów. Ja nie dostrzegam różnicy między jednymi a drugimi. Twoja matka była odważną i inteligentną kobietą. Twój ojciec natomiast…

- Ale mój ojciec…

- Twój ojciec tęskni za tym, czego już nie może, a nigdy nie dostrzegł, ile jeszcze mógłby.

I ten scharłaczony dziwkarz nie uznałby cię za syna, gdybym sobie z nim nie porozmawiała po prusku. Ale tego nie musisz wiedzieć. – Dodała w myślach. – Na Morrigan, jak można zepsuć sobie całe życie tylko dlatego, że się nie ma dłoni?

Ottmar westchnął. Generał Batory była delikatna jak szarżujący buchorożec, ale, niestety, mówila czystą prawdę.

- Wracając do rzeczy, nie zamierzałam analizować twojego drzewa genealogicznego. – Ciągnąła Elżbieta. - Zdziwiło mnie tylko, że to ty przyszedłeś do mnie. Ostatnim razem doszło między nami do ożywionej dyskusji. Mogłeś więc podejrzewać, że nie będę zbyt… miła.

- Ferenc też nie spędza miło czasu.

- Raczej nie. – Zgodziła się Elżbieta. – Ale ty musiałeś schować dumę do kieszeni, by tu przyjść.

- Jeśli więc chce pani wyrównać rachunki…

- Mamy ważniejsze sprawy na głowie – prychnęła Elżbieta - Istnieje rytuał, który byłby pomocny. Nie ocali on Ferenca, ale zwiększy, znacząco zwiększy, jego szanse. Jadłeś śniadanie?

- Nie.

- I lepiej nic dziś nie jedz. Zarzygałbyś mi cały dywan – stwierdziła spokojnie Batory – A kiedy stary Vuk Malefoi robił to ze mną na gołej podłodze, dorobiłam się krwiaka w mózgu, kiedy mną rzuciło o posadzkę. No więc ja bez dywanu nie będę…

Monolog Elżbiety na temat szczegółów rytuału trwał jeszcze dobre pięć minut. Ottmar miał wrażenie, że dywan i tak ucierpi, zanim jeszcze stara generał podniesie różdżkę.

- Jednakże – ciągnęła Batory – Rytuał musi być wykonany dobrowolnie. No więc… jaką podjąłeś decyzję?

Nim Ottmar zdążył odpowiedzieć, Elżbieta dodała. – To potężna magia. Nie należy postępować z nią pochopnie… Idź teraz. Spotkamy się o zachodzie słońca, w tej altanie obok rzeźby feniksa, wiesz, o której mówię. A jeśli zmienisz zdanie… Nie powiem nikomu.

* proszę wejść

.

.

- O czym rozmawiałaś z młodym Grinelwaldem? – zapytała Ludwika, spotkawszy ją w ogrodzie.

- Ottmarem? – mruknęła Elbieta, nie przerywając ścinania kwiatów. – Rodzinne sprawy.

- Nie wyglądał zbyt dobrze, gdy go rano spotkałam.

- Martwi się o Ferenca. Dobry chłopak. Myślę… że mógłby nam pomóc w opiece nad Gellertem, a i na Ferenca miałby dobry wpływ. Jest kuzynem ich obu, to się dobrze składa. Może…

- Nie wolno im się spotykać. – Pokręciła głową Ludwika. – Ottmarowi i Gellertowi. Stary konflikt rodowy między pradziadkami… Dzieli ich klątwa.

Elżbieta zmarszczyła brwi, wyraźnie zdumiona.

– Na którym poziomie?

- Czekaj… Trudno to spamiętać. – Ludwika potarła czoło dłonią. – Możesz mi pokazać ich drzewo genealogiczne?

Elżbieta spełniła jej prośbę.

- Podziwiam twoją pamięć – westchnęła Ludwika – A, już wiem, tutaj. Waldemar Grindelwald miał córkę Anzelmę i syna Arnolda. Doszło między nimi do do kłótni, i to w poważnej sprawie. Podobno Anzelma uznała, że chłopak stajenny Arnolda to dobry cel dla wypróbowania jakiejś klątwy.

- Powiadasz…

- Cóż, musiała to być poważna sprawa, bo Arnold zepchnął ją za to z murów i zerwał więzi rodowe. Z czego wniosek, że Anzelma użyła okropnej magii. – Ludwika zakaszlała. – A teraz patrz. Arnold miał syna Siegmara, tego, który został mężem Charlotty. Ich syn Manfred z kolei był ojcem Lokiego…

- A tenże Loki ożenił się z moją wnuczką i mieli syna Gellerta. – Kiwnęła głową Elżbieta. A rzeczona Anzelma, jak widzę, wyszła za mąż za swego kuzyna czwartego stopnia. Anzelma Grindelwaldowa de domo Grinelwaldówna, jak ładnie… I od nich wywodzi się Ottmar.

- Ty też kiedyś wyszłaś za kuzyna…

- A z iloma dzieliłam łoże! – Zaśmiała się Elżbieta. – Gdybym dyskryminowała krewnych, musiałabym się zadowolić samymi mugolakami…

- Elżbieto… - warknęła ostrzegawczo Ludwika.

- Nie wymagaj subtelności od starej wojowniczki… Ale co do tej klątwy, już ja sobie porozmawiam, z kim trzeba.

- Grób będziesz rozkopywać? – Skrzywiła się Ludwika.

- Zaraz tam grób rozkopywać – parsknęła Elżbieta – Prędzej to będze kilka kopniaków. Ten… Arnold użył magii w gniewie, zapewne słusznym… Ale jeśli Ottmar przyjaźnił się z Lokim, to coś mi tu nie pasuje. Już ja sobie porozmawiam, z kim trzeba. – Uśmiechnęła się drapieżnie. - Kaszlesz, Ludwiko.

- Zauważyłam. Twoje lekarstwo nie jest jednak…

- Żyjesz na kredyt, Ludwiko – stwierdziła ostro Elżbieta – Musisz się z tym pogodzić. Warzę kolejną porcję, myślę, że będzie skuteczniejsza.

- Co ja bym bez ciebie zrobiła… - Westchnęła Ludwika. – Umarłabym w osiemsetdziewiątym.A ty nie stałabyś się draculową…

- Nie sądzę. – Warknęła Elżbieta. – By, koniec końców, to coś zmieniło. I, na Ragnarök, nie czyń ze mnie niewinnej ofiary szaleńca. To śmieszne. Nikt mnie do niczego nie zmuszał.

Ludwika pokiwała głową.

Draculi nie, na pewno nie. Ale porządku społecznego z pewnością. – Powiedziała do siebie Ludwika. – Ale może i lepiej, że sama tak nie uważa. Jeszcze spróbowałaby znowu ulepszyć świat…

Elżbieta wróciła do ścinania kwiatów; Ludwika patrzyła na jej szybkie, zręczne ruchy w milczeniu.

- Jeśli lekarstwo zawiedzie – odezwała się nagle Elżbieta – Można spróbować bardziej… radykalnych metod.

- Które mają swoją cenę.

- Wszystko, co ma wartość, ma też cenę. – Wzruszyła ramionami Elżbieta. – Acz nie zawsze w złocie.

.

.

- To niesprawiedliwe – powiedział Albus – Gellert chciał tylko…

- To Widzący! – Percival uderzył pięścią w stół. – Tak, wiem – dodał spokojniejszym tonem – Pomógł Ari. Miał dobre zamiary. Ale…

- Nie lubisz jego pradziadka, tato.

- Kogo?

- Pana Gildo.

- Posłuchaj, synku. – Percival stwierdził, że, niestety, trzeba będzie uświadomić Albusowi pewne nieprzyjemne sprawy. - „Pan Gildo" był świetnym nowojorskim sportowcem i do dziś robi wrażenie swoimi miotlartskimi sztuczkami. Ale gdy nadeszły czasy Draculi ten charłak zdradził swoje miasto. Jak wiesz, pani Batory była wówczas stronniczką tego czarnoksiężnika, a „pan Gildo" pomógł jej przełamać bariery ochronne. To dzięki niemu zdobyła Nowy Jork w trzy dni.

- To… on był zdrajcą? A był taki miły… -Albus spojrzał na ojca z ogromnym zdumieniem w oczach.

- Bez wątpienia. Miły to on być potrafi. – Prychnął z pogardą Percival. - A ona potrafi zawracać ludziom w głowach. Zresztą… W rodzie Gellerta jest wiele osób o niepięknej przeszlości. Wiem, Gellert nie jest temu winien. Ale ci ludzie są niebezpieczni. Wiem, wiem. – Uprzedził pytanie syna. – Jesteś odważny i inteligentny. – Ale i oni są niezwykle przebiegli. Nie chciałbym cię narażać na niebezpieczeństwo.

- Ale przepowiednia…

- On wróci, prawda? – westchnął Percival – Z krwią, potem i łzami. Naprawdę chciałbyś…

- Pani von Bayern to słyszała. I nie wyglądała na przestraszoną. To coś znaczy. Sam mi tlumaczyłeś, że przepowiedni nie można… Że ich dosłowna interpretacja jest często błędna, tato. – Zaoponował Albus.

Percival jęknął w duchu. Dysputy z Albusem już były niełatwe. Co będzie za kilka lat?

- Owszem. Pani von Bayern nie przestraszysz tak łatwo. Ale jakoś nie chciała powiedzieć, jak zinterpretowała te słowa, prawda? Albusie… Gellert jest… Chodź, pokażę ci.

Percival wpuścił syna do gabinetu. Ten rozglądał się ciekawie, bo ojciec rzadko pozwalał mu tam zaglądać. Tymczasem Percival rozłożył na biurku wielką płachtę pergaminu. Z pozoru pusta, po kilku zaklęciach zaczęła się zapełniać nazwiskami.

- To jego rodzina, prawda?

- Tak, Albusie, to drzewo genealogiczne Gellerta. Linia źeńska, spójrz…

- Biegnie do generał Batory.

- A jeszcze dalej jest jej dziadek, Altair Batory. Swego czasu siał terror…

- Był Czarnym Panem? – Zapytał Albus.

- Pewnie miał takie ambicje. Ale był tylko okrutnym bandytą. Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwego Czarnego Pana, to spójrz tę gałąź drzewa. To matka generał Batory. Jej gałąź prowadzi do…

- Piotra Romanowa. Tego Piotra Romanowa? – Oczy Albusa były wielkie jak spodki.

- O innym nie słyszałem.

- A jego przodkowie? – Zapytał Albus. – Dlaczego ich tu nie ma?

- Piotr był mugolakiem. I jak zapewne czytałeś, był bardzo…

- Nie. Generał Batory nie jest taka. Nie jest zła. – Pokręcił głową Albus.

- Nie jest okrutna, to prawda. Ani mściwa. Sam słyszałeś, co chciałem jej zrobić.

- Wiem.

- Więc nie mogę o niej złego słowa powiedzieć. Ale jest niebezpieczna. A ta wiedźma, patrz tu…

- Generał Freeman, słyszałem. – Przytaknął Albus. – Bunt niewolników…

- Ona jest okrutna. I mściwa. To bardzo zła wiedźma.

- Ale ona przecież tylk… Ty też byś sięgnął po różdżkę, tato, gdyby ktoś chciał sprzedać Ari, jakby była rzeczą!

- Wiem, była niewolnicą, i pewnie jej pan pobił ją tak bardzo, że się jej w głowie pomieszało. Ale nie chciałbym, żebyś ją kiedykolwiek spotkał. Ani ojca jej najstarszego syna… Widzisz, tego, który się ożenił z córką generał Batory…

Albusowi powoli się to zaczęło mieszać.

- Znaczy, męża generał Freeman, pana Huntera? Tego, co go nazywają Lordem Pendragonem?

- Zaraz męża – pomyślał z pogardą Percival – On sam obmacywał kolegów z tej ich bandy, ona też w młodości podobno nigdy nie odmawiała… Zmajstrowali sobie bękarta, Hunter pewnie chciał mieć dziedzica…

Ale ten szczegół postanowił opuścić. Albus miał w końcu tylko dziewięć lat.

- Freeman z Hunterem mieli syna. – Wyjaśnił zwięźle. –I to on ożenił się z córką generał Batory. Ta rodzina jest niebezpieczna, Albusie.

- Ale pani Lovelace… - Wtrącił Albus, wskazując na inną gałąź drzewa.

- Pani Lovelace-Grindelwald. – Pokiwał głową Percival. – Prababka Gellerta w linii męskiej. To też dziwna historia. Zważ, że służyła generałowi Johnsonowi, on też gdzieś tu jest… O, to on. – Percival wzkazał na jedno z odgałęzień. – Daleki krewny generał Batory, i, jak widzisz, prapradziadek niejakiego Ferenca Johnsona, który jest przyrodnim bratem Gellerta.

- Mają tę samą matkę…

- Mieli. – Zauważył Percival. – A wracając do Lovelace-Grindelwald, ona też ma swoje tajemnice. Johnson połączył siły z Freeman wbrew kontraktowi, który podpisał. Był więc zdrajcą. A panna Lovelace była wówczas jego... konsultantką od numerlogii, a więc i od magicznych kontraktów. Później dołączyła do nich generał Batory, nawiasem mówiąc, ale nie zabawiła długo w Ameryce. Wróciła do Europy, gdzie dołączyła do Draculi. Freeman i Johnson też go popierali. Może niezbyt entuzjastycznie, ale potrzebowali silnego sojusznika.

- Ale pani Lovelace-Grindelwald była przecież przeciwniczką Draculi! – Zauważył Albus.

- Owszem, była ważnym oficerem w jednej z podziemnych organizacji, walczących ze Smoczą Gildią Draculi. Ale podczas bitwy na Finistère… Wiesz o czym mówię?

- Wiem. To było po śmierci Draculi. Generał Batory kontra reszta świata.

- Mniej więcej – Percival uśmiechnął się krzywo. – Wtedy Lovelace-Grindelwald była po stronie generał Batory.

- Ona też zdradziła?

- Synku – Westchnął Percival. – Kiedyś czytałem książkę naszej sąsiadki, pani Bagshot, na temat tej bitwy. Tam mało kto był po tej stronie, po której powinien. Łącznie z połową ruchu oporu. Nie, nie wiem kto, kogo i dlaczego. Ale generał Batory potrafi być przekonująca,jeśli chce.

Albus drgnął. Nie, przecież generał Batory nigdy by…

- Generał Batory jest dobra – odparł – Pan Hunter też był w porządku.

- Nigdy się nie zbliżaj do niego – warknął Percival.

- Ale dlaczego? Jestem przyjacielem Gellerta…

Percival westchnął. Albus był dojrzały, jak na swój wiek, więc może dało mu się już wytłumaczyć, dlaczego.

- Hunter… Zakochuje się w mężczyznach – stwierdził w końcu. – Nie chcę, byś kiedykolwiek spotkał się z tym człowiekiem.

Albus zaczął myśleć. Nie wiedział jeszcze, jak niebezpieczna to czynność.