Rozdział trzynasty, gdzie wszyscy zajmują się magią, która jest albo nielegalna, albo niebezpieczna, albo jedno i drugie

Gellert siedział na niskiej gałęzi potężnej, starej jabłoni, gryząc jabłko.

- Dasz mi jedno? – zapytała Charlotta.

- Proszę, babciu.

Wiedźma usiadła obok niego, opierając się o pień.

- I jak się czujesz? – zagaiła.

Gellert westchnął.

- Boję się, babciu. To jest silniejsze ode mnie.

- To zawsze będzie silniejsze od ciebie. To… jak zmęczenie. Możesz z nim walczyć, ale w końcu i tak zaśniesz. – Wzruszyła ramionami Charlotta.

- Ludzie nie zasypiają nagle na ulicy, bez ostrzeżenia. I nie straszą przyjaciół…

- Dumbledore to głupiec. – Charlotta wypluła pestkę.

Gellert spojrzał na nią ze zdumieniem.

- Ojciec, nie syn. Ludzie się boją nas, Widzących… Tak jak mugole boją się czarodziejów. Ale nie spodziewałam się takiej głupoty po Niewymownym.

- On nie chce, żebyśmy…

- Gellercie – westchnęła Charlotta – Dziecko, on może sobie nie chcieć. Co magia związała, człowiek nie rozdzieli.

- Nie przysięgaliśmy sobie niczego. To znaczy, Aberforth chciał, ale ja nie chciałem i…

- I dobrze. Sam widziałeś, że przysięgi to niebezpieczna magia. – Stwierdziła spokojnie Charlotta. – Nie powinno się ich składać bez zastanowienia. Ale magia kazała ci przebyć całą Europę, by im pomóc. Takiej więzi nie przerwą żadne ojcowskie zakazy.

- Nie pamiętam dlaczego… - Gellert nie wiedział, jak opisać to, co się stało. - To znaczy, śniło mi się, że Ariana… Ona upadła i umarła. Myślisz, babciu, że ci mugole by ją zabili?

- Nie sądzę – odparła Charlotta po namyśle – By zrobili to celowo. Ale pamiętam, gdy byłam małą dziewczynką, jeden chłopak z sąsiedztwa pokłócił się ze swoim przyjacielem. Zaczęli się szarpać, popychać… I ten przyjaciel upadł tak nieszczęśliwie, że już nie wstał. Uderzył głową o kamienny próg. Kto wie, co miało się stać…

Gellert skinął głową.

- Albus mówił, że jego mama mówiła coś o magii, która zamyka się w sobie, jeśli takie małe dziecko się przestraszy.

- Obscurus – Skinęła głową Charlotta – Poważne zaburzenie rdzienia magicznego. Widziałam to już, u mugolaków. Ich rodziny nie mają pojęcia o magii i czasem próbują zwalczyć to, czego nie rozumieją. Bywa, że to się źle kończy.

- Tego nie da się leczyć?

- Słyszałam o ludziach, którzy sami zapanowali nad swoim obscurusem. O terapii nie. To rzadkie zaburzenie. A że dotyka głównie mugolaków, pierwszymi czarodziejami, którzy się stykają z nosicielem obscurusa, są najczęściej aurorzy. I dzieje się to zazwyczaj w czasie gwałtownego ataku choroby.

- I zabijają go…

- Gellercie – westchnęła Charlotta – Wszyscy wiedzą, że mają do czynienia z ofiarą, nie z przestępcą. Ale magia obscurusa jest niestabilna i agresywna. Twoja babka Elżbieta mówiła, że to ta magia zabija nosiciela, że mało kto przeżywa takie natężenie mocy.

Gellert w milczeniu przeżuwał jabłko.

- Zapytam ją o to. – Stwierdził w końcu. – I miałem inne sny. Śniła mi się aurorka. I wydawała mi się bardzo ważna. Była… To było chyba więzienie. Rozmawiała z kimś, on był chyba więźniem, tak mi się wydawało. Taki dziwny czarodziej, miał długi, czarny warkocz i bardzo zielone oczy… On… Chciał od niej filiżanki.

- Filiżanki, z której nikt nigdy nie pił? – Spytała Charlotta.

- Skąd babcia wie?

- Zgadywałam. Wiele eliksirów wymaga takiego naczynia.

A to, że strażnicy więzienni chętnie korzystają z wiedzy uwięzionych warzycieli, zwłaszcza z tej zakazanej wiedzy, nie było dla Charlotty niczym nowym. Pytanie brzmiało: co miało to wspólnego z Gellertem?

- A potem śniła mi się inna dziewczyna – ciągnął Gellert - Jakby… Chyba mugolka, bo była bosa, brudna, miała na sobie wytartą, połataną sukienkę. I… coś w tym śnie było nie tak. Wydawało mi się, że ona będzie moją żoną. A ja przecież nigdy bym nie poślubił mugolki!

- To ludzie, jak i my, Gellercie. – Stwierdziła Charlotta surowym tonem.

- Ale ożenić się z mugolką to tak, jakby… Jakby chcieć rozmawiać z kimś, kto nie zna twojego języka. Oni przecież nic nie widzą!

- To nie są łatwe związki, to prawda. – Zgodziła się Charlotta. – Dla obu stron. Moi rodzice byli pozbawieni magii, jak pewnie wiesz. Ojciec był synem pary charłaków, a matka córką charłaka i mugolki. Moja siostra Annegret jest czarownicą, ale Annalena i Marianna były charłaczkami. Wszystkie nasze dzieci za to były magiczne. To była… wybuchowa mieszanka.

O tak. Jak to szło?

Prababka: „No wreszcie się doczekałam zdrowych potomków, w trzecim pokoleniu. Dość już tego pecha."; „Nie chwal się taką siostrą, Lotto, bo żaden czarodziej nie będzie chciał się z tobą ożenić."; „Nie zadawaj się z tym chłopakiem, Lotto, to przecież mugol! Chcesz urodzić charłaka? Mało tego mamy w rodzie? Z twoim pochodzeniem musisz uważać, sama rozumiesz…"

Matka: „Lotto, nie afiszuj się tak! Siostrzyczkom będzie przykro!"; „Mogłabyś wreszcie wyjść za mąż, nie wypada, żeby w twoim wieku…".

Annalena: „Czemu ona może, a ja nie, mamo? Magia jest niesprawiedliwa!"; „Nie gadaj o tak tej magii. Mam tego dość. Tylko to jest dla was ważne."; „Ubierz na siebie coś normalnego, bo rodzina Johna się czegoś domyśli…"

On nie rozumie, że ja nie chcę żyć jak mugolka! Może i nie mam magii, ale dam się traktować, jak one! Nie jestem skrzatem!"

Szwagier John: „Jak to, dziewczynki w jednej szkole z chłopcami? Wykluczone."; „Pieniądze to sprawa mężczyzn, moja żona nie musi zarabiać, jak jakaś praczka. Co ludzie powiedzą?"; „Te wasze gry są takie brutalne, droga Lotto, kobieta nie powinna…"

Tak, cali mugole. Kobieta nie powinna, panience nie wypada, to męska sprawa, ja, jako mężczyna zadecyduję, przecież to grzech, to nie po Bożemu…

I cali czarodzieje. Tylko magia się liczy. Nie masz w sobie magii, jesteś kaleką, nic nie możesz, i nie wychodź z pokoju, kiedy są goście, bo co sobie oni o nas pomyślą.

- Z charłakiem powinno być łatwiej. Przynajmniej ma pojęcie o naszym świecie. – Zauważył Gellert, wyrywając Charlottę z zamyślenia.

- Ale o wiele częściej odczuwa zawiść i złość. Mugol, dowiedziawszy się o magii, najczęściej godzi się z tym, że jest mugolem. Uznaje magię za coś… egzotycznego, taki rzadki dar.

- Może nam zazdrościć.

- Owszem. – Zgodziła się Charlotta. - Ale tak, jak się zazdrości, dajmy na to, wybitnemu artyście, albo królewiczowi. Pewnie, kto nie chciałby być geniuszem czy władcą… Ale mało kto dostaje obsesji na tym punkcie, ludzie rozumieją, że to przywilej nielicznych. Charłacy za to czują się pokrzywdzeni przez los. Wydaje im się, że stracili coś, co im się należało. Nie bez powodu mówi się "złośliwy jak charłak". To często zgorzkniali, smutni ludzie. Moja siostra Annalena też wpadła w tę pułapkę. Była bardzo nieszczęśliwa. Nie mogła czarować, a w świecie mugoli się dusiła.

- Ale miała rację. Babka Elżbieta zawsze powtarza, że gdyby była mugolką, mogłaby być najwyżej generałową, nie generałem.

- To prawda. Żebyś widział spotkanie mojego szwagra Johna z twoją prababką Elżbietą… To było niedługo po tym, jak poznałam twoją prababkę Joyce. - Charlotta uśmiechnęła się, wspominając zszokowaną minę krewniaka. – Generał Batory w pełnej gali kontra pobożny metodysta…

- Babcia Ludwika mówiła, że pownienem iść do szkoły do Neuschwanstein. – Gellert zmienił temat. – Lubię ten zamek…

- To bezpieczniejsze, niż Durmstrang. – Zgodziła się Charlotta. – Będę tam uczyć Wróżbiarstwa.

- Ze względu na mnie?

- Widziałeś, że nie tylko ty masz ten talent. Tylu Widzących na raz to coś niezwykłego. Ktoś musi się wami zaopiekować, a ja lubię uczyć.

- Ale ty nie masz wizji, babciu?

- Klasycznych nie. Ale miewam sny. Jak już wiesz, znam się an arytmancji. Jestem też astrolożką. Umiem wróżyć z lanego wosku. Szisze nie chciały mnie słuchać ale babka Joyce pokaże ci, jak działają, jeśli będziesz miał do tego talent.

- Babciu, możesz mnie zacząć uczyć już teraz?

- Czemu nie? Chodź, pokażę ci kilka podstawowych ćwiczeń.

.

Joyce postawiła na stole przybory do szycia. Duże, krawieckie nożyce, malutkie nożyczki do obcinania nitek, poduszeczka z igłami, naparstek, nici…

Po czym zaczęła się zastanawiać, który materiał wybrać.

Przejrzała szafę, w której wisiały stare ubrania, ale nic nie przypadło jej do gustu.

Potem przejrzała to, co leżało starym, sfatygowanym kufrze. Nie, to nie to.

Wreszcie uchyliła wieko dużej, drewnianiej skrzyni, malowanej w kwiaty. Czego tam nie było... Stary mundur. Suknia, którą podarował jej Ethan, ukradłszy ją w Atlancie, dawno, dawno temu…

Wreszcie, na samym dnie…

Czarna, prosta, lniana suknia, z wzorkiem w czerwone kwiatki. Ręce Joyce zadrżały.

To była noc przed… tydzień przed piekłem na Finistère.

- Gdzie El? – Joyce rozejrzała się po namiocie. Elżbiety nie było, tylko jej stryj Ferenc, mimo późnej pory, ślęczał nad jakimś dziełem o runach.

- Poszła się przewietrzyć – odparł Ferenc, nie podnosząc wzroku znad lektury.

- Tak bratanicy pilnujesz? – parsknęła Joyce – Sama poszła?

- Dziwisz się? – odparł Batory – Taka cudna noc, księżyc właśnie wstał, jest pięknie. Niech ma trochę spokoju.

Joyce spojrzała w niebo, a raczej w przeźroczysty dach namiotu. Księżyc wyglądał dziwnie, jakby przepołowiony przez wieżę bretońskiego kościółka.

Księżyc.

Przepołowiony.

Kościół.

Joyce rzuciła się przed siebie, w skoku zmieniając się w jaguara i wielkimi susami popędziła w stronę kościółka. Usłyszała tylko, jak Ferenc biegnie za nią ale nie zatrzymała się, by mu wyjaśnić, co ją przeraziło.

Elżbieta, w tej charłackiej sukience, siedziała na ołtarzu… Joyce powinna się była domyślić wcześniej, widząc tę szmatę… Czerwone kwiatki, maki, maki! Jak mogła się nie domyślić, że Elżbieta nie bez powodu kazała sobie uszyć czarną suknię w czerwone maki!

Jaguar ryknął z całych sił. Elżbieta, zaskoczona, przerwała inkantację. Ale wahała się tylko przez moment. Nóż błysnął w świetle świec…

Jaguar skoczył i zdążył. Wielkie łapy przycisnęły Elżbietę do ołtarza.

- Co robisz, charłaczko? – wrzasnęła Joyce, wróciwszy so ludzkiej postaci – Idiotko!

- Musimy… wygrać… - wychrypiała Elżbieta – Trzeba…

Wrzasnęła z bólu, ale Joyce nie zamierzała jej puścić.

- Bez ciebie nie wygramy, charłaczko jedna! Ty durna idiotko!

Elżbieta spróbowała ją z siebie zrzucić, ale, osłabiona gorączką i nie całkiem wygojoną klątwą, nie dała rady.

- Idiotka, idiotka – powtarzała Joyce, trzymając ją z całych sił – Durny, rudy łeb… Ty naprawdę myślsz, że… Ofiary będziesz składać… Głupia…

Elżbieta przestała się szarpać.

- Popsułaś wszystko! – jęknęła tonem, który do niej zupełnie nie pasował – Nawet mugole wiedzą, że jeśli wódz się…

- Zamknij się – warknął Ferenc – I ani się waż więcej…

- I żadnych kościołów – dodała Joyce – Wysnuwasz złe wnioski z kleszych bajań.

Elżbieta wykrzywiła się paskudnie.

- Nawet mugole rozumieją… - Zakaszlała. - Wszystko popsuliście.

- Nie możesz umrzeć, El.

- Puść mnie wreszcie, Joyce.

- Nie, jeśli nie obiecasz…

- Nie widzisz, że magia już zdecydowala? Gdyby wam nie kazała, nie przyszlibyście tu. Magia zdecydowała. Nie będę – syknęła Batory – Złaź ze mnie wreszcie. Bo się zarazisz.

.

.

Joyce potrząsnęła głową, odganiając wspomnienia. Tak, to był odpowiedni materiał. A nóż… Nóż powinien być na samym dnie skrzyni.

Usiadł przy stole i wzięła do ręki szablon. Który powinna wybrać? Wilka? W końcu Gellert miał na drugie imię Hrodvitnir*, to by do niego pasowało… A może klasycznie, niedźwiadka? A może smoka? A może?... O, tak. To dobry pomysł.

Wybrała odpowiedni szalbon, pocięła materiał i zabrała się do zszywania kawałków. Pracowała powoli, starannie, przeplatjąc uroki z nićmi.

Potem jeszcze przyszycie guzikowych oczek i noska, wypychanie starannie przygotowaną mieszanką ziół, nasion, piórek i futra, przyszycie ogonka…

W końcu szmaciany jaguarek dla Gellerta był gotowy. Joyce ukłuła się igłą w palec i rozsmarowała kropelkę krwi na guzikowym nosku.

- Fiat – szepnęła.

.

.

Znowu piłeś, charłaku. – Elżbieta bezceremonialnie, szybkim ruchem różdżki, zrzuciła butelki i kieliszki na podłogę. Roztrzaskały się z brzękiem. Jörg skulił się w fotelu.

- A teraz mi powiedz, i to szybko, czemu zabroniłeś synowi przyjaźnić się z jego własnymi kuzynami.

Żadnej odpowiedzi. Elżbieta uniosła różdżkę, niewiele, ale Jörg, były auror, zauważył ten gest. Ton starej generał też nie uszedł jego uwagi.

- Nie macie prawa mnie zmuszać… - zaczął.

- Prawa nie, możliwość – owszem – odparowała Batory – To doczekam się odpowiedzi? Czy mam cię zamknąć o suchym pysku i poczekać? Najpóźniej jutro zrobisz wszystko, czego zażądam, za kieliszek alkoholu. Ty charłaku. – Skrzywiła się pogardliwie.

- Wyście nie stracili ręki z mocą – mruknął Jörg – Zawsze byliście leworęczni, szanowna ciotko.

Elżbieta prychnęła. Owszem, jej pradziadek był i jego praprapradziadkiem, ale te wszystkie „szanowne ciotki" „drogie kuzynki" i inne „jaśnie wielmożne krewne" bawiły ją niezmiernie.

- Szanowna ciotka nie przyszła rozmawiać o twojej prawej dłoni. Nie ma już o czym. – Uśmiechnęła się złośliwie. – Tylko o Ottmarze, twoim synu. Co ty znowu kombinujesz? Hmm?

- No przecież… Przyjaźnił się z Lokim! A Loki… No… Było z nim… Nie tak.

- Nie tak, mówisz. – Głos Elżbiety przeszedł w lodowaty szept.

Jörg zadrżał. Przypomniał sobie, że Loki był mężem wnuczki Elżbiety.

- Nie chciałem tylko… Te eksperymenty… A potem was posłuchał, i zginął! - Wrzasnął w nagłym przypływie pijackiej odwagi. – Nie pozwolę, żeby i Ottmar…

- Gdybym cię nie obiła jak charłaka, nie uznałbyś go za syna. – Trzeźwo zauważyła Elżbieta. – Smarkałeś w rękaw, że dziecko z mugolką to taaka straaszna hańba… - Dodała płaczliwym tonem, szyderczo przeciągając słowa. - A tu popatrzcie, troskliwy ojciec się znalazł.

- Wciągacie wszystkich w te wasze gry – odparł Jörg oskarżycielskim tonem – Lokiego też wciągnęliście. A potem wy wychodzicie z tego bez szwanku, droga ciotko. A oni… Martwi, albo jak ja, jeszcze gorzej…

Elżbieta uniosła wzrok ku sufitowi.

- Brakuje ci tylko dłoni – syknęła – Ale kto ma charłacką duszę, ten charłakiem będzie.

- Ale wy…

- Ale ja! – Przerwała mu Elżbieta. – Ale ja żądam, byś zniósł ten zakaz. Tu i teraz. I dobrze ci radzę, nie nadużywaj mojej cierpliwości.

- No i czego chcecie? Żeby Ottmar zaprzyjaźnił się z tym dzieciakiem Lokiego? To przecież nie jest… Pewnie z nim też…

- Jörg. Wiesz. Jaką. Klątwę. Wynalazł. Nasz. Pradziad. Piotr? – Wycedziła Elżbieta. – Czy mam ci ją zademonstrować?

- Nie ośmielicie się… - Zaczął Jörg piskliwym tonem.

- A założysz się, drogi kuzynie, że się ośmielę? – Różdżka Elżbiety zawisła Jörgowi tuż przed nosem. Rozpoznał tę pozycję. Batory nie żartowała.

- Ale… - Przypływ pijackiej odwagi już się skończył. Teraz następował jej odpływ. Różdżka Elżbiety uniosła się jeszcze wyżej. – Tak jest, pani generał.

.

.

Elżbieta ledwie opuściła kamienicę, w której mieszkał Jörg, gdy jej lusterko zawibrowało. Ludwika. Elżbieta widząc jej zdenerwowanie, aportowała się od razu do Monachium, ignorując fakt, że powinna się udać do Ministerstwa.

- Zniknęła jedna z moich karet – oznajmiła Ludwika bez dłużych wstępów.

- Która?

- Panzerzug**.

- W co zaprzężony?

- Nie uwierzysz – odpowiedziała Ludwika – Dwa abraxany, dwa greckie pegazy, dwa sleipniry i dwa garbuski.

- Dałaś mu uprawnienia do tego powozu? – Zdumiała się Elżbieta. – On nie utrzyma tego zaprzęgu. Ja nie utrzymam!

- I ja nie utrzymam – Stwierdziła Ludwika – Bez dobrego forysia nie da się…

- A Ferenc jest na tyle dobrym stangretem, by sobie poradzić, gdyby miał forysia? – Spytała Elżbieta.

- Nigdy nie powoził tą karocą. I nigdy nie prowadził ośmiokonnego bojowego zaprzęgu. Rozbije się. Masz jakiś pomysł, Elżbieto?

- I owszem. – Skinęła głową Batory. – A ty wymyśl jakąś dobrą wymówkę, gdy pani Minister będzie mnie szukać. Nie musi być godna. – Elżbieta uśmiechnęła się krzywo i posłała skrzata, by natychmiast i bez zwłoki sprowadził Ottmara.

.

.

Spotkali się w ogrodach Nymphenburga.

- A… ten dywan, pani generał? – Ottmar rozejrzał się, zdziwiony.

- Nie wierz we wszystkie opowieści starych aurorek. – Elżbieta uśmiechnęła się ironicznie. – Czy ty naprawdę myślałeś, że zafunduję ci krwiaka pod czaszką? Znam się na swoim fachu. Ale trzeba oddzielić czarodzieja od charłaka. – Dodała.

Ottmar skinął głową. Batory chciała go nastraszyć, by się przekonać, czy jest naprawdę gotowy zmierzyć się z potężną magią.

- Ten rytuał nie uczyni ci fizycznej krzywdy – wyjaśnila Elżbieta – Acz jest bolesny. Im dłużej wytrzymasz, tym lepiej.

- Zacznijmy więc.

- Zacznijmy. – Powtórzyła Elżbieta. – Do kogo się modlisz?

- Do Trzech.

- To dobre boginie – stwierdziła z uznaniem Elżbieta – Stań tu i patrz na mnie… W imieniu Morrigan, Minerwy i Michaeli… - Zaczęła.

Magia zawirowała; Ottmar miał wrażenie, że moc uniosła go wysoko ponad ziemię, pulsowała mu w głowie, roztapiał się w niej jak moneta w tylgu złotnika… Magia dudniła, płonęła, nie, to on się w niej spalał na popiół…

- Amor vincit omnia. – Głos Elżbiety zdawał się wypełniać całą przestrzeń. Magia, coraz więcej magii, Ottmar nie miał już pewności, kim jest, to było nie do wytrzymania… Amor vincit omnia! I kiedy wydało mu się, że coś zaraz w nim pęknie, Elżbieta przerwała rytuał.

Magia umilkła. Ottmar podniósł się z ziemi, ciężko dysząc. Elżbieta leżała na trawniku, a jej suknia nasiąkała krwią.

- Pani generał! – Ottmar ukląkł przy niej – Co…

- Nic mi nie będzie – wychrypiała Elżbieta – Łańcuch Narfiego*** nie lubi się z magią ofiary. Jest wszak jej zaprzeczeniem. – Zakaszlała.

Ottmar zamrugał, zdumiony.

- Łańcuch Narfiego? – Powtórzył. – Ale przecież…

- Paskudna magia – mruknęła Elżbieta, wpatrując się w niebo – Używana, by przywiązać czarodzieja do danego miejsca… budynku. Wieź tworzy się, używajać kropli krwi innego czarodzieja. Jeśli uwięziony przerwie łańcuch, ten drugi umrze.

Dopiero teraz Ottmar zauważył, że plama krwi na ubraniu Elżbiety rzeczywiście przypomina sznur, owijający się wokół jej ciała, od dłoni aż po prawą stopę.

- Ale kto?..

- Ale kto? – Prychnęła Elżbieta. – Przecież Charta Draculi trzeba było uwiązać, czyż nie?

Ottmar już chciał się zapytać, o co jej chodzi, ale przypomniał sobie, co kuzyni mówili o przemianie animagicznej Elżbiety. „Chart Draculi", cóż, to do niej pasowało… Ale kto był tak podły, by użyć tak czarnej magii?

- Przecież to Dracula był…

- Mirko Mayr był Czarnym Panem – warknęła Elżbieta – Bo przegrał. Złapały mnie te świętoszkowate charłaki – Wróciła do przerwanej opowieści - Niech ich wilkołaki zeżrą. Byłam w ciąży. A jak się moja Evelyn urodziła…. Evelyn, babka Gellerta… To mnie do niej uwiązali. Twoja cioteczna prababka Charlotta mało im za to łbów nie odklęła, jak się o tym dowiedziała…

- Ale… Przecież ona nie umarła!

- Evelyn umarła. Ale sześćdziesiąt lat później. – Wyjaśniła spokojnie Elżbieta. – Łańcuch nie jest zerwany. I dlatego dał o sobie znać.

- Ale… pani uciekła wtedy z brytyjskiej niewoli…

- A jakże. – Przytaknęła Elżbieta, uśmiechając się krzywo. – Nigdy nie szarp się z magicznym łańcuchem. I tak nie pęknie. A jeśli już, to więcej będzie z tego szkody niż pożytku.

- A więc jak…

- Wujek Isaac napisał bardzo pożyteczne dziełko o węzłach i łańcuchach. I o tym, jak się z nich sprytnie wyplątać. Był genialnym magomatematykiem…

- Wuj Isaac?

- Newton. Czasem mie woził na kucyku, gdy byłam małą dziewczynką, bardzo go lubiłam… - Elżbieta uśmiechnęła się do swoich wspomnień. - Przyjaźnił się z moim pradziadem Piotrem. Nie patrz tak na mnie! Piotr był naprawdę Czarnym Panem, jak się patrzy. Ale i wujek znał się na wszystkich rodzajach magii. Wbrew temu, co mówią, nie był wcale taki świętobiałomagiczny. W swoim mugolskim życiu namiętnie ścigał fałszerzy monet i weksli. Nie przeszkadzało mu, że skazani idą w ręce kata, a egzekucja nie należała do najszybszych… Był człowiekiem swojej epoki, nie mdlał na samo słowo „klątwa"… Uprawiał magię, nie patrzył na jej kolor. Ech. – Elżbieta podniosła się w końcu z trawnika. – Chodźmy. Nie jesteśmy kurami, niczego tu nie wysiedzimy… Jesteś dobry z numerologii, czyż nie?

- Praciotka Charlotta tak twierdzi.

- Muszę ci pożyczyć te dzieła wuja Isaaca. Mam wrażenie, że Łańcuch nie bez powodu dał o sobie znać.

- Pani… Mnie nie zobliviatuje, pani generał?

- A niby co masz zapomnieć? – Elżbieta uniosła brwi.

- To… Ten łańcuch. To nie jest ani miłe, ani chwalebne.

- Może. – Wzruszyła ramionami Elżbieta. – Nie opowiadaj o tym kolegom przy piwie. Ale mam paskudne przeczucie, że Łańcuch nie bez powodu dał o sobie znać.

.

.

*„Vitnir", „wilk", co ma podobno znaczyć „wierzchowiec wiedźm".

Hrodvitnir", „sławny wilk", to mniej popularne imię Fenrisa. W końcu Gellert jest synem Lokiego. A co do wiedźm, to poczekajmy parę lat, aż chłopak dorośnie…

** Tutaj „Panzerzug" znaczy „opancerzony zaprzęg"; ale może to być też „pociąg pancerny" ; -)

*** Z Narfim / Narim to różnie bywało… Wedle śliczniej, jakże germańskiej wersji w stylu gore, Narfi, syn Lokiego i Sygin, został rozszarpany przez swego brata, którego Odyn specjalnie w tym celu zamienił w wilka.

A z wnętrzności Narfiego bogowie zrobili łańcuch, którym skuli Lokiego. I jeśli Loki ten łańcuch przerwie, Narfi umrze.

Nie dziwię się, że Loki zrobił im Ragnarök.