Rozdział szesnasty

Powrót do domu

Węzeł był już przecięty, a Elżbieta, stojąc po pas w wodzie, usiłowała wyciągnąć coś z głębi.

Budowniczowie spojrzeli na Ludwikę. Nikt nie miał ochoty zadzierać ze sławną Batory, ale…

Woda kłębiła się i bulgotała, Elżbieta ciągnęła, ile magii starczy, na powierzchi wyłoniło się coś… Kelpia?

„Nie dam mu tym razem umrzeć."

Ludwika zrozumiała.

- Ciągnać! – Krzyknęła – Wszyscy razem! Bo się potopią!

I rzuciła Zaklęcie Liny. Inni poszli w jej ślady. Kilkanaście zaklęć zanurzyło się w wodzie, oplatając cel.

Ludwika ciąfnęła ile sił w różdżce, mając nadzieję, że Elżbieta i Gellert mieli rację; nie mogła jednak jeszcze zobaczyć, co znajduje się w jeziorze, bo światło magicznych latarni rozpraszało się na kroplach deszczu i pianie fal. Coś jednak było nie tak, coś stawiało opór zaklęciom…

- Utknęło! – Zawołał ktoś.

Elżbieta zamachnęła się różdżką jak batem, zimna woda chlusnęła Ludwice w twarz, przewracając ją w błoto. Zgrzyt rozrywanych zaklęć zgłuszył na moment wycie wichru.

Jakiś młody czarodziej pomógł Ludwice wstać. Stara wiedźma zakaszlała, wypluwając muł spomiędzy zębów, i rozejrzała się wokoło.

Z fal wynurzał się zaprzęg. Ludwika nie musiała mu się przyglądać, by wiedzieć, że to jej zagniony Panzerzug. Oby tylko…

Na jednym z pegazów siedział foryś. Ludwika wszędzie poznałaby tę jego fryzurę. O dziwo, zaklęcia podtrzymujące ową fikuśną konstrukcję wciąż działały.

- Ferenc! – zawołała Ludwika, i rozkaszlała się na dobre.

.

.

Gellert łypnął spode łba na wilka. Hrodvitnir odwzajemnił mu się tym samym.

Gellert otworzył usta, próbując znowu użyć Głosu, ale wydał z siebie tylko chrapliwy świst. Bolało go nie tylko gardło ale i szyja, zupełnie, jakby wrzeszczał cały dzień. Prababka Elżbieta nie bez przyczyny mówiła, że Głos to nie różdżka, nie można go używać zbyt długo, a dla dziewięciolatka „zbyt długo" oznaczało najwyraźniej kilka słów.

Zresztą Hrodvitnir był wilkiem Ragnaröku czystej krwi, stworzeniem wielkości mamuta, niezwykle odpornym na jakiekolwiek czary. Głos Gellerta pewnie i tak nie zrobiłby na nim najmniejszego wrażenia.

Grindelwald zacisnął pięści. Prababka Ludwika kazała mu czekać, a sama pobiegła nad jezioro, jakby nie rozumiała, że Gellert przecież pierwszy zrozumiał i zobaczył…

No dobrze, niezbyt wyraźnie zobaczył, a jeszcze mniej z tego zrozumiał, ale tym bardziej chciał się jak najszybciej dowiedzieć, co się działo. Nie mógł jednak wyjść. Hrodvitnir położył się w bramie, zastawiając przejście.

Gellert już zaczął się zastanawiać, czy dałby radę przecisnąć się przez okienko, gdy nagle wielki wilk zastrzygł uszami i skoczył na równe nogi.

Prababka Elżbieta jako pierwsza weszła przez bramę, prowadząc za sobą pegazy, ociekające wodą i szlamem. Zwierzęta szły powoli, z wysiłkiem, zwieszając łby i skrzydła. Jeden z nich wyraźnie utykał.

Sama Elżbieta też była ubłocona od stóp do głów, zmęczona i nie miała ochoty na długie rozmowy.

- Ferenc – powiedziała krótko.

A potem wszystko zaczęło się dziać szybko, o wiele za szybko.

Trzeba było zaopiekować się Ferencem i jego towarzyszami tudzież pegazami, ponownie zawiązać rozszarpany węzeł, wezwać uzdrowiciela do kaszlącej Ludwiki…

.

Kiedy Gellert się obudził, szyja wciąż dawała mu się we znaki. Miał wrażenie, że w gardle utkwił mu agrest, ten wielki, żółty, włochaty agrest, który rósł u ciotki Praskowii. Ale to nie było ważne, ważne, że tuż obok spał Ferenc.

Gellert powoli zsunął się z łóżka, starając się nie trącić brata, chociaż ten pewnie by się nie obudził, choćby mu nad głową ryczały smoki.

Oj. Trzeba było nie przesadzać z Głosem. Gellerta bolała nie tylko szyja ale i głowa; na szczęście skrzaty pomyślały o nim i zostawiły mu na stoliku cały dzban herbaty rumiankowej z miodem. Gellert wypił pełną szklankę, powoli, małymi łykami, ale i tak wciąż nie mógł wydać z siebie żadnego sensownego dźwięku. Chyba, że za sensowne uznać świsty i skrzeki. W ustach, mimo herbaty, wciąż miał pustynię.

Usiadł znów na skraju łóżka i popatrzył na śpiącego brata. Ferenc miał długie, czarne, kręcone włosy, z których układał niesamowite fryzury. Tym razem jednak ktoś zaplótł je w warkocz; Gellert chyba po raz pierwszy widział Ferenca uczesanego w prosty sposób. Grindelwald delikatnie pogłaskał brata po policzku. Jak dobrze, że znów byli razem…

Potrząsnął głową. Obrazy, dziwne, niezrozumiałe, rozmazane znów zatańczyły mu przed oczami… Prababka Elżbieta była rozgniewana - przecież Ferenc sprowadził na nią kłopoty. Zaufała mu, a on wplątał się w jakąś aferę. Co będzie, jeśli teraz go ukarze? Gellert miał paskudne, niezrozumiałe przeczucie, że Ferenca spotka ze strony prababki coś bardzo złego. I że Ferenc sam zapracował na jej gniew.

Prababka Charlotta mówiła jednak, że przyszłość nie jest zapisana w kamieniu, że przepowiednie i wizje zawsze, ale to zawsze są dwuznacznie i że przyszłość nigdy nie odkrywa wszystkich kart. Może… Pewnie było możliwe… w jakiejś możliwej wersji przyszłości… Nie było wykluczone… Mogło się zdarzyć, że Ferenc – na pewno niechcący – pokrzyżował Elżbiecie szyki. Prababka mogła mieć dobre powody, by sięgnąć po różdżkę.

Grindelwald wstał, ignorując łupanie w głowie. Musiał to powstrzymać. Nie, nie pozwoli, by bratu coś się stało. Już nie pozwolił, by prababka Ludwika powstrzymała prababkę Elżbietę. Nie pozwoli też Elżbiecie skrzywdzić Ferenca.

.

Niedługo później wrócił do pokoju z niczym. Prababki Elżbiety nie było w zamku; prababka Ludwika kaszlała i gorączkowała, nie można było jej przeszkadzać. Ferenc Batory, stryj prababki Elżbiety, usiłował z pomocą budowniczych związać magiczny węzeł w jeziorze. I nie wyglądało na to, że się prędko z tym uporają. Ciotka Hekate, bliska przyjaciółka generał Batory, była zajęta, jak twierdziły skrzaty, „rozmowami na najwyższym szczeblu".

Gellert dostrzegł też, ku swojemu zdziwieniu, ciotkę Praskowię, ale i ona nie miała dla niego czasu.

Wszyscy biegali wokół chorych i rannych, łatali dziury w osłonach zamku tudzież próbowali zapanować nad politycznymi konsekwencjami „Wielkiej Ucieczki", o której trąbiły już wszystkie magiczne gazety. Zdaje się, że kłopoty Ferenca wcale się nie skończyły…

Gellert uświadomił sobie nagle, że i on sam narobił sobie kłopotów. Po pierwsze, nie dało się już ukryć, że był Widzącym. To znaczy brytyjski Aurorat musiał to podejrzewać od momentu, gdy Gellert wytłumaczył swoją wycieczkę na kogucie magicznym snem. Ale ta informacja będzie pewnie drzemać w archiwach, dopóki Gellert nie nadepnie im na skraj szaty. Chociaż – Grindelwald pomasował bolące czoło – kto wie? W końcu kuzyn Albusa próbował zabić prababkę Ludwikę… To była grubsza, polityczna sprawa, może i jego, Gellerta, w to już wplątano?

Grindelwald zamarł. Wulfryk Dumbledore, niedoszły morderca, też był Widzącym. Tak zresztą wytłumaczono w prasie jego atak: niezrównoważony psychicznie wróżbita źle zinerpretował swoją własną przepowiednię i zaatakował niewinną osobę…

Gellertowi zrobiło się niedobrze. Może Wulfryk wcale nie był ani niezrównoważony ani niekompetentny. Może to nie prababka Ludwika była jego celem.

Poczłapał do łazienki i spojrzał w lustro. Wyglądał okropnie: jeszcze bledszy niż zwykle, z ciemnymi kręgami wokół oczu i spękanymi wargami. Nie o to mu jednak chodziło. Długo wpatrywał się w swoje odbicie, usiłując dostrzec w nim to, co tak rozgniewało, a może przeraziło Wulfryka.

- Nie będę krwawym świrem – mruknął, a raczej usiłował mruknąć.

Nie był jednak pewnien czy którykolwiek z tych okrytych złą sławą czarnoksiężników w dzieciństwie pragnął nim zostać. Ale z drugiej strony, czy można było stać się morderczym szaleńcem ot, tak sobie, bo tak wyszło?

Westchnął ciężko i wrócił do pokoju.

- A, tu jesteś! – powitał go radosny głos. Przy łóżku Ferenca siedział kuzyn Ottmar. – Przyszedłem zobaczyć, jak się macie.

Gellert chciał odpowiedzieć, ale tylko zaskrzeczał jak przydeptana żaba.

- Przyniosłem ci coś od uzdrowicieli. – Ottmar poklepał go po ramieniu. – Wypij. I jak?

- Lepiej – wychrypiał Gellert – Skąd się tu wziąłeś?

- Wszyscy już wiedzą, że Ferenc wystrychnął na dudka cały aurorat MACUS-y. – Ottmar uśmiechnął się radośnie. – Co tu kryć, walnął urokiem w gniazdo szerszeni. Wyjdźmy, co? Dajmy mu spać… Ładnie się zrobiło…

Rzeczywiście, po deszczowych chmurach nie było ani śladu.

- Zimno. – Gellert owinął się peleryną i narzucił kaptur na głowę.

- Po takiej ulewie to normalne – odparł Ottmar – No więc pomyślałem, że wszyscy starsi muszą mieć urwanie głowy… To przyszedłem zobaczyć, czy się na coś nie przydam.

- Dzięki.

- Ojciec trochę narzekał, ale w końcu odpuścił… Wiesz, używał jakichś zaklęć przeciwko mnie, bo uważał, że znajomość z twoim ojcem nie wyjdzie mi na dobre…

- Znałeś tatę? – Gellert spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Był moim ulubionym kuzynem. – Wyjaśnił Ottmar. – Takim starszym bratem… A potem, wiesz…

- Zabili go.

Ottmar tylko westchnął.

- I ojciec bał się, żebym się nie wplątał w jakąś zemstę, czy coś… Dość pokrętnie to tłumaczył. Ale musiał odpuścić. No więc jestem.

Gellert usiadł na ogrodowym murku.

- Opowiedz mi o nim – poprosił.

.

.

Korzystając z ładniej pogidy, hrabina Sydonia von Hexen-Einmal-Eins zdecydowała, by podwieczorek odbył się na zewnątrz.

Henning i Bibi, wystrojeni w swoje najlepsze ubrania, rozglądali się z ciekawością. Nigdy jeszcze nie byli w ogrodzie hrabiny. W miasteczku mówiono zresztą, że mało kto kiedykolwiek ujrzał to, co skrywał otaczający go wysoki mur.

- I jak ci się tu podoba, dziecko? – Hrabina zauważyła jego zachwyt.

Henning się zawahał. Od czego tu zacząć?

- Nigdy jeszcze nie widziałem tylu motyli i żuków, proszę pani.

- To nie jest zwykły ogród – odparła hrabina z tajemniczym uśmiechem – Siadajcie, proszę.

Bibi zaczerwieniła się po same uszy.

- Nie wstydź, się, Birgit – Dodała hrabina łagodnie – Popatrz, twoje krzesełko ma poduszeczkę w twoim ulubionym kolorze.

Skąd ona to wie? Pomyślał Henning. Hrabina nie wyglądała na osobę, słuchającą okolicznych ploteczek. A zresztą kto by rozpowiadał takie rzeczy?

Henning odsunął krzesło hrabinie, potem pomógł Bibi usadowić się na rzeczonym krzesełku, i wreszcie sam usiadł. Tak jak siostra, czuł się trochę nieswojo. Zdawał sobie sprawę z tego, że hrabina nie należała do jego sfery. Takie panie, jak ona, przypominały gwiazdy – można było czasem na nie spojrzeć, ale nie można było się do nich zbliżyć.

Ojciec powiedział mu wprawdzie, że hrabina uważa jego i Bibi za utalenowane dzieci – i może pragnie opłacić ich naukę – ale to nie wyjaśniało, dlaczego zaprosiła ich do swego prywatnego ogrodu.

- Jak już ci, Helmucie, wspominałam – zwróciła się so pana Gotta, gdy cała czwórka wreszcie usiadła – Iż Birgit i Henning to utalentowane dzieci. Obdarzone wielkim darem. Uważam więc, że powinny wykorzystać swoje zdolności.

- Moje dzieci są pilne i chętne do nauki. – Helmut uśmiechnął się z dumą. – Ale ów dar, o którym pani wspomniała…

Hrabina wstała i…

- O Boże… - jęknął Helmut.

Tam, gdzie przed chwilą widział elegancką, starszą damę, stał koń. Ze skrzydłami. Rumak spojrzał na niego, zarżał donośnie i ponownie przybrał postać człowieka.

- To jest ich dar – stwierdziła hrabina – Magia. Nie żadne tam mesmeryzmy i wywoływanie duchów, którymi bawią się znudzone damy.

Mugole różnie reagowali, gdy dowiadywali się o istnieniu magii. Niektórzy nie chcieli uwierzyć, inni wpadali w szał, jeszcze inni zaczynali odpędzać diabły; mało kto przyjmował taką wieść spokojnie. Hrabina Sydonia była więc zdumiona reakcją Helumuta. Podejrzewała, że niełatwo wystraszyć doświadczonego oficera, ale nie spodziewała się, że zdumienie szybko ustąpi miejsca zrozumieniu.

- A więc to tak, z tym koniem – szepnął Helumt – Widziałem już coś takiego.

- Naprawdę? – zdziwiła się hrabina – Animagia – bo tak się nazywa umiejętność przemiany w zwierzę – nie jest zbyt często praktykowana.

- Raz… To było w Afryce. Towarzyszyłem generałowi von… Jednemu z generałów na safari. W Kairze ostrzegano nas przed złodziejem, który zmienia się w papugę. Nie wierzyliśmy w to, ale na własne oczy zobaczyłem wielkie, czerwone ptaszysko, które wleciało przez okno hotelowe do jednego z drogich apartamentów. Potem się okazało, że jednej diwie operowej zginęło sporo biżuterii. I raz w jednej bitwie pułkowinik przyjechał do nas sam, na pięknym gniadoszu. A potem ten koń jakoś zniknął, za to pojawił się adjutant pułkownika, a nikt z nas nie widział jego przybycia. To było… to, pani hrabino?

- Niewykluczone. – Skinęła głową hrabina. – My, magiczni, mamy swoje prawa, i zabraniają one mieszać się w sprawy mugoli – ludzi niemagicznych – ale, powiedzmy to szczerze… Nie każdy jest praworządny.

Rozmowa na temat magii toczyła się jeszcze długo; major Gott był dociekliwym i bystrym człowiekiem.

- I mówi pani, że dzieci… magiczne dzieci, muszą rozwijać swój talent?

- Jest to konieczne. – Przytaknęła hrabina. – Inaczej dochodzi do bardzo niebezpiecznych zaburzeń. Do tej pory sama nauczałam dzieci mugoli. Jednakże moja krewna, Ludwika von Bayern, otwiera nową szkołę magii w Neuschwanstein. To najbliższa szkoła magii, gdzie przyjmuje się wszystkie magiczne dzieci.

- A nie wszystkie szkoły to czynią? Sama pani mówiła, pani hrabino, że dzieci muszą mieć zapewnioną edukację.

- Niektóre szkoły przyjmują tylko dzieci ze starych magicznych rodów. To tak, jak te słynne brytyjskie szkoły dla młodych arystokratów. Z pewnością słyszał pan o nich; koneksje są tam najważniejsze…

- Rozumiem, że moje dzieci są w waszej społeczności… nisko postawione.

- Nie będę cię okłamywać, Helmucie. Dzieci mugoli nie mają łatwo.

- Cóż, od kiedy życie jest łatwe… - westchnął Helmut – A co do czesnego…

- Szkoła jest darmowa. Sam pan rozumie, chodzi i o dobro dzieci, i o bezpieczeństwo publiczne. Chcę jednak uprzedzić, że moja droga kuzynka nie podziela tak naszych, jak i mugolskich przesądów. Do szkoły w Neuschwanstein przyjmowane są wszystkie dzieci, bez względu na płeć, wyznanie, czy stan społeczny.

- Nie jestem demokratą – odparł Helmut – Ale i nigdy nie pozwalałem, by Henning dokuczał innym dzieciom dlatego, że są gorzej urodzone.

9