Rozdział 17

Kamień

Gellert, Ferenc i Ottmar jedli razem placek z jabłkami.

- Poleciałeś na jej kogucie z Transylwanii do Szkocji? – Ferenc spojrzał na Gellerta z niedowierzaniem. – Zabrałeś prababce Elżbiecie bojowe zwierzę i wybrałeś się… Cz ogóle pomyślałeś… Takie ryzyko… Mogli cię złapać!

- I kto to mówi… - mruknął Gellert.

- Ale… Jesteś jeszcze dzieckiem, Lilli!

- Nazywasz go „Lilli"? – wtrącił się Ottmar.

- Owszem, Otti.

- Cóż, Fifi, w końcu to nie moja sprawa… - Ottmar wyszczerzył zęby w kpiącym uśmiechu.

- Na kogucie! – Powtórzył Ferenc. – Mogłeś spaść! To bydlę mogło cię dziobnąć! To bojowy kogut! I to naszej prababki, która w pojedynkę jest gorsza, niż rozwścieczona smoczyca!

- Nie chcę się wtrącać, - Uśmiechnął się Ottmar. – Ale ty przeleciałeś nad Atlantykiem bojową karocą. Zaprzężoną w osiem bojowych pegazów. Skąd ją w ogóle wytrzasnąłeś?

- Sama stała. – Westchnął Ferenc. – Jak zobaczyłem te białe i niebieskie romby na drzwiach, to wsiedliśmy…

- Sama stała? – Powtórzył Ottmar.

- Ja jej nie wzywałem! Nie wiem nawet, jak to się robi! – bronił się Ferenc.

- A ktoś widział ten herb? – Wtrącił się Gellert.

- A jakże – odparł Ottmar – Zajrzyj do gazet, cały świat o tym mówi. Stara pani von Bayern ma teraz nieliche kłopoty…

- Wiem – burknął Ferenc – Karoce mogą same przybyć na pomoc, owszem, taka ich magia. Ale to ma działać tylko wobec krewnych, a ja nie jestem z nią spokrewniony.

- Przez prapradziadka Johnsona też nie? – zapytał Gellert.

Ferenc potrząsnął głową.

– A więc wszyscy myślą, że to ona podesłała mi ten Panzerzug. – Westchnął.

- Ty się ciesz, Fifi, że się nie rozbiliście tym potworem. Kim jest ten facet, który powoził? – Zapytał Ottmar. – Pani von Bayern coś wspomniała, że się dziwi, że tu dotarliście…

- Nie mam pojęcia, kto to i jak dał radę – odpowiedział Ferenc – Cóż… Dosiadł się do nas po drodze, leciał na miotle, miał aurorów na ogonie… Jakoś nie zapytaliśmy go o imię. Ale gdyby nie on, to byśmy się pewnie potopili. Albo by nas dorwali.

- Prababka Elżbieta go zamknęła. – Wtrącił się Gellert. – No, za kratą go trzyma.

Ferenc zerwał się na równe nogi. – Ona nie może go…

- Spokojnie – Powstrzymał go Ottmar. – Sam mówiłeś, że go aurorzy ścigali. Pomyśl logicznie. Byle rzezimieszek nie umiałby powozić tą karocą. Ten czarodziej to jakaś większa szyszka. Może szpieg. Nie martw się. Pani Batory nie jest z tych, którzy chętnie się do Avady biorą.

Ferenc tylko westchnął.

- Ona głowę mi urwie. – Jęknął.

- Zaraz tam urwie. W głębi ducha cieszy się jak goblin w skarbcu. Przecież wiesz, że to ją chcieli wystawić na pośmiewisko. – Ottmar poklepał go po ramieniu. – A ty wyciąłeś im taki numer! Jesteś niesamowity!

- Bałem się o ciebie. – Dodał Gellert. – I ona też się martwiła.

- Gelli, ja nie chciałem…

Trudno mi uwierzyć, że jesteście braćmi. – Ottmar spróbował zmienić temat. – Gdyby nie te wasze oczy, nigdy bym o tym nie pomyślał.

- Nic dziwnego. – Zaśmiał się Gellert.

Bo jak można by przypuszczać, że platynowy blondyn jest bratem chłopaka o ciemnej skórze i czarnych włosach?

Przyrodnimi. – Uściślił Ferenc. – Moja… nasza matka wyszła za jego ojca po śmierci mojego.

To wy… W zasadzie nie pamiętacie rodziców. – Zasmucił się Ottmar. – Ja też prawie nie pamiętam matki…

Ferenc łypnął na niego ponuro.

- Przepraszam. – Westchnął Ottmar.

- I przez to się wrobiłem. – Przyznał Ferenc.

- To przez Kamień? – zapytał Gellert.

- Zgadłeś. – Mruknął Ferenc. – Ona mi za to urwie głowę. Co najmniej.

- Generał Batory? – Zdziwił się Ottmar. – Nie bredź. Stanęła na końcu różdżki, żeby cię z tego wyciągnąć. – Przez chwilę zastanawiał się, czy powiedzieć, jak brutalnej magii użyła, by pomóc prawnukowi, ale zdecydował się tego nie zrobić. Jeśli Batory zechce, sama to zrobi. - I jaki znowu kamień? – Dodał głośno.

- Słyszałeś o Insygniach Śmierci? – odparł Ferenc.

- Szukałeś w Nowym Jorku artefaktów? Na głowę upadłeś? Oni potrafią się przyczepić do tego, że wejdziesz do mugolskiej kawiarni! – Ottmar spojrzał na niego ze zdumieniem. – To szalony kraj!

- Kamień Wskrzeszenia to nie byle artefakt. Pozwala zobaczyć zmarłych. I rozmawiać z nimi. – Wyjaśnił Ferenc.

- Tu cię boli… - Pokiwał głową Ottmar. – Chciałeś…

- Teraz to sobie z nimi porozmawiam i bez Kamienia, jak prababka Elżbieta się do mnie weźmie – mruknął Ferenc – Narobiłem jej nielichych kłopotów.

- To Batory. – Ottmar poklepał go po ramieniu. – Tak to wszystko poprzekręca, że i tak jej będzie na wierzchu. I wiesz, jak, jak mówi mój pradziadek, ona ma niespieszną rękę do Avady. A już wobec krewnych, to w ogóle.

- Naiwny jesteś – odparł Ferenc – Przerobiła Draculę na pokarm dla ryb w Dunaju. A byli takimi przyjaciómi.

- Nawet nie wiesz, czy to prawda. Znaczy, czy to w ogóle ona była… Ja bym się chwalił czymś takim, to by się przecież opłacało. Na jej miejscu pozowałbym na tyranobójcę, nawet gdyby to nie była prawda… Skąd w ogóle możesz wiedzieć, ile tam było przyjaźni, a ile tylko tak gadali. – Prychnął Ottmar. - Ja tam w tę komunię dusz nie wierzę. Propaganda i nic więcej. On potrzebował dowódcy, ona przywódcy, i tyle. Zaraz wielka mi przyjaźń. Tyle jej było, że jej wybił oko – ciągnął – Nie patrzcie tak na mnie, pradziadek o tym mi opowiedział. Ona… generał Batory, dostała jakimś odpryskiem klątwy na samym początku draculowych wojen. Ciągle miała z tym okiem kłopoty. A ten charłacki syn walnął ją urokiem prosto w twarz. I to z bliska, pradziadek mówił, że przez biurko. Znaczy, on stał po jednej stronie biurka, ona po drugiej, no i on wyciągnął różdżkę i chlasnął ją tak, że ją o ścianę rzuciło.

- Opowiadasz. – Ferenc potrząsnął głową. – I nie oddała mu?

- A mogła? – Wzruszył ramionami Ottmar.

- Ale z niego był charłak…

- Niewątpliwie.

- Dracula Draculą… Tak czy siak, narobiłem kłopotów i jej, i prababce Joyce, a tutaj… w Europie, to chyba wszystkim. Nawet widziałem starą Otrjepiewą – Uciął dyskusję Ferenc.

- Ona… jest spokrewniona z prababką Batory, prawda? – zapytał Gellert.

- Chyba. – Wzruszył ramionami Ferenc – Przez cara. Nie wiem. A ty nie gadaj tyle, bo znowu stracisz głos. I nie mieszaj się w to, proszę.

.

Gellert, ignorując prośbę brata, udał się więc na poszukiwanie praciotki. Ustalił tyle, że jest Praskowia Łżedymitriewna Otrjepiewa była prawnuczką Praskowii Sałtykowej, czarownicy i oddanej pomocnicy cara Piotra, i w mugolskim, i w magicznym świecie. Praciotka nie była jednak w nastroju do dyskusji.

- Dziecko kochane, - Potrząsnęła głową. – Nie martw się. Nikt twojego brata nowojorczykom nie odda. Nigdy. A wasza babka Batory co najwyżej powie mu, co myśli.

Gellert wciąż miał jednak paskudne przeczucie, że coś jest nie tak. Kim był ten czarodziej, którego prababka uwięziła? Dlaczego Ferenc tak bardzo obawiał się jej gniewu?

- Dziecko, co ty tam masz? – Praciotka wyrwała go z zamyślenia.

- Prababka Joyce… generał Freeman – wyjaśnił Gellert – Przysłała mi prezent.

- Pokaż mi to. – Praskowia wyciągnęła rękę po przytulankę.

- To kotek w kwiatki. – Wyjaśnił Gellert, podając jej zabawkę.

Praskowia obejrzała zwierzątko dokładnie, uważnie przypatrując się szwom.

- To jaguar, nie kot, jak sądzę… - Stwierdziła po chwili, oddając przytulankę Gellertowi. – Generał Freeman musi cię bardzo kochać.

- To prawda. – Przytaknął Gellert.

Praskowia nie powiedziała tego głośno – bo po co straszyć dziecko – ale zaczęła się zastanawiać, dlaczego Freeman tak bardzo boi się o tego chłopca.

Owszem, słyszała już o tym, że przysięga złożona przez szkocką czarownicę – Praskowia nie zapamiętała jej nazwiska – mało nie zabiła Gellerta. Ale przecież chłopak miał po prostu pecha… Szkotka nie jego przysięgała zabić. To wszystko zaczynało wyglądać dziwnie, bardzo dziwnie.

Zaraz. Praskowia zatrzymała się wpół kroku.

Dumbloor. Czy jakoś tak, tak się nazywała ta Szkotka. Najpierw jakiś Dumbloor chciał zabić Ludwikę von Bayern. Gellert był obecny przy zamachu. W gazetach pisano, że zamachowiec był niezrównoważonym Widzącym… Potem inna Dumbloor zaatakowała pałac Nymphenburg, a Gellert mało nie został trafiony jej klątwą. A teraz Freeman przysłała mu magiczną zabawkę o mocy co najmniej biesa. I ta Numerolożka, Lovelass, czy jak jej tam? Karolina? Ona też kręciła się podejrzanie wiele wokół tego dziecka. Nawet zgodziła się nauczać w szkole, do której chłopak miał chodzić. Ona, taka wybitna specjalistka! Niby twierdziła, że to ze względu na łączące ich rodzinne więzy ale mogłaby mu przecież tylko udzielać lekcji od czasu do czasu, zamiast angażować się w życie szkoły. I marnować czas na pozbawione talentu dzieci.

To było bardziej, niż dziwne. Może… Jeśli ten Dumbledur był wróżbitą, może…

Może to Gellert był jego celem?

Anglicy obsesyjnie obawiali się ataku. Nic dziwnego, po tym, jak stary Dracula ich sklął w trzy niuchacze… Ale żeby atakować dziewięciolatka? Ten cały Dumbloor pewnie nigdy w nikogo porządną klątwą nie rzucił. Nie był starym, podłym czarnoksiężnikiem, który avadował wszystko, co mu pod różdżkę podeszło…

Praskowia pokręciła głową. Dziwne.

Otti, Gelli i Fifi: O ile „Otti" brzmi całkiem OK, to „Fifi" oznacza małego pieska.

Praskowia Fiodorowna Sałtykowa, żona cara Iwana V, takoż bratowa Piotra I, i w realu wspierała swego szwagra, który ją cenił i szanował. I nawet udawał, że nie słyszy plotek, podważających jej lojalność wobec władzuchny.

Jej pradziadek, Michał Glebowicz Sałtykow, był przydupasem różnistych dziwnych carów, w tym Łżedymitrów dwóch. Albo i trzech. Pierwszy z Dymitrów miał się naprawdę nazywać Otrjepiew, aliboż być nieślubnym synem niejakiego Stefana Batorego, ale kto ich tam wie.

Białe i niebieskie romby: ergo flagę królestwa Bawarii. Używana do dziś.

4