Rozdział osiemnasty

Niuchacz

- Gdzie Ferenc? – zapytał Gellert, ledwie wrócił z rozmowy z praciotką Praskowią.

- Wasze babki po niego przyszły – wyjaśnił Ottmar – To znaczy generał Batory. I ta czarna. Ta z waszymi oczami. – Dodał.

- Prababka Freeman? – Zdumiał się Gellert. – Przyleciała z Luizjany?

- W końcu to też jej sprawa. Nawet bardziej, niż generał Batory, nie?

- Muszę tam iść i… - Gellert odwrócił się na pięcie, chwycił za klamkę…

- I co zrobisz, Gellercie? – Powstrzymał go Ottmar.

- Ale one mu coś zrobią! – Jęknął Gellert.

Ottmar potarł czoło i westchnął ciężko.

- Słuchaj… Czemu ty… No czemu uważasz, że one chcą go skrzywdzić? – Zapytał cicho. - Jak Freeman, to nie wiem, ale Batory naprawdę stanęła na końcu różdżki, by mu pomóc! Dlaczego… wydaje ci się, że coś złego się stanie? A zresztą ta Freeman powinna być przeszczęśliwa, że twój brat zrobił MACUS-ę w trolla…

- Nie wiem – mruknął Gellert i zakaszlał, bo szyja przypomniała mu o sobie – Nie wiem, ale się… boję. – Dodał szeptem.

- No, to przecież normalne, że bałeś się o brata. – Ottmar objął go ramieniem. – Ale teraz jest już bezpieczny.

Gellert miał co do tego wątpliwości, choć nie potrafił wyjaśnić, dlaczego. Poszedł do ogrodu i starannie wykonał ćwiczenia, które zaleciła mu prababka Charlotta, mając nadzieję, że to pomoże. Przeczytał dwa rozdziały „Widzenia praktycznego" niejakiej Kassandry Vablacky. I wciąż nie wiedział, czemu czuje to, co czuje.

Wracał właśnie przez korytarz na drugim piętrze, gdy usłyszał dziwny dźwięk, ni to śmiech, ni to wycie, przerywane atakami kaszlu. Coś się stało babci Ludwice? Nie namyślając się wiele, otworzył drzwi do komnaty, z której dobiegał hałas i stanął jak wryty.

Przy biurku siedziała prababka Elżbieta, a naprzeciw niej – Ferenc. Prababka Joyce stała zaś przy oknie, opierając się o parapet.

Prababka Elżbieta się śmiała, i to tak, że coś w niej aż piszczało. Kaszlała prababka Joyce, która chyba zakrztusiła się herbatą, bo trzymała w dłoni filiżankę.

- Niuuchacz! – zawyła Elżbieta dziwnie wysokim tonem i obie stare wiedźmy ryknęły śmiechem.

- Ferenc, co one…

Joyce, trzęsąc się ze śmiechu, wylała zawartość filiżanki na dywan, co rozbawiło je jeszcze bardziej.

- Niuchacz! – powtórzyła Elżbieta, uderzajac otwartą dłonią w biurko. Rezultatem była kolejna fala śmiechu. I Ferenc i Gellert wpartrywali się w swoje prababki jak mugol w smoka, zbyt zaskoczeni, by cokolwiek powiedzieć.

- O, Gellert. – Zauważyła w końcu Joyce, ocierając łzę, która spływała jej po policzku. – Niuchacz.

- Powinieneś był zapukać, mogłam cię skląć, gdy tak nagle tu wpadłeś. – Skarciła go Elżbieta, która wreszcie odzyskała panowanie nad sobą. – Joyce, herbatki?

- Przeprasza, babciu, ale myślałem, że to babcia Ludwika kaszle… - Zaczął się tłumaczyć Gellert.

- Nie dziw się chłopakowi, El – stwierdziła Joyce – Plułam się, aż się mury trzęsły. Mało się nie udusiłam tą herbatą. Ferenc, pokaż bratu, co? Bo stoi tu i nic nie kuma.

Gellert skrzywił się, widząc przemianę animagiczną. Forma pośrednia między człowiekiem a zwierzęciem nie była ładna, delikatnie mówiąc. Ale za to rezultat…

- Niuchacz! – wykrzyknął Gellert – To niuchacz!

- Zawsze powtarzałam twojemu bratu, że ma zadatki na wielkiego czarodzieja – oznajmiła Elżbieta tonem surowej nauczycielki – A on mi nie wierzył.

- Ale moja magia… - Zaczął Ferenc, powróciwszy so normalnej postaci.

- … ujawniła się później, niż u większości. To się zdarza. – Przerwała mu Elżbieta. – Wiecie, kiedyś Mirko Mayr, to jest Dracula, zlecił takie badania. Czy moc zależy od pochodzenia i od tego, kiedy się ujawnia. I co się okazało?

- Ni chuchu – odparła Joyce – Guzik z pętelką znaleźli. Magia robi, co chce. A jak oni w ogóle mierzyli tę moc?

- Jeśli interesuje cię metodyka, zapytaj Charlotty. Ona robiła metaanalizę takich badań.

- Meta…co? – wtrącił się Ferenc.

- Porównywała istniejące już badania. – Wyjaśniła Elżbieta. – Chodziło o to, czy i jak można mierzyć moc. Nie pytaj o szczegóły, to nie na moją żołnierską głowę. Ja tam urządzam ćwiczenia, patrzę, porównuję, i żadne zabaweczki do pomiaru pikomerlinów i megalokich mi nie są potrzebne.

- Niuchacz… - Gellert zamyślił się, głęboko, ignorując wywód prababki. – Czemu niuchacz?

- To proste, jak różdżka – odparła Elżbieta – Ale może Ferenc ci najpierw opowie, co ma niuchacz do karety? To pouczająca historia.

Ferenc przygładził włosy dłonią.

- No to… Wiesz, oni trzymali nas w takiej dużej sali, tak wielkiej, że mógłbyś tam zagrać mecz, i to w pełnym składzie. Kenneth… mówiłem ci o nim… Kenneth wyjaśnił mi, że to dlatego, że czary zabezpieczające potrzebują przestrzeni.

- Można je skompresować – wtrąciła się Elżbieta – Ale to by rozdęło i budżet, i czas budowy. Jeśli ma się dość miejsca, buduje się takie giganty, bo tak jest najprościej… No ale, do rzeczy.

- Pod samym sufitem było okienko, ale malutkie. Nawet, gdyby tam się wspiąć, nikt by się przez nie nie przecisnął. – Kontynuował Ferenc. – A że prababka Elżbieta ćwiczyła ze mną przemianę, pomyślałem, że spróbuję… To znaczy, nie wiedziałem, czym się stanę… Ale pomyślałem, że a nuż…

- I dobrze pomyślałeś! – Zaśmiała się Joyce. – Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

- …i jako niuchacz mogłem wyjść. A Kenneth mi powiedział, że oni w pobliżu trzymają skonfiskowane materiały magiczne, w tym różdżki, to sobie kilka pożyczyłem. Trochę się obawiałem, że może mają jakieś uroki, wykrywające animagów, ale… nic nie było.

- Mają, a jakże – mruknęła Elżbieta – Ale wykrywają stworzenia powyżej funta masy. Wyższa czułość powodowała zakłócenia… To znaczy urok się aktywował, gdy w pobliżu przelatywały sowy pocztowe. Czułość poniżej funta…

- El, nie rób chłopakom wykładu z architektury. – Zaśmiała się Joyce. – Ferenc, mów, co dalej.

- No to wlazłem to tego domku i zabrałem po różdżce dla każdego – ciągnął Ferenc.

- Nosiłeś pojedynczo? – Zdziwił się Gellert. – Mogli cię złapać!

- Nie, zmieniłem się w człowieka, zabrałem je, i znowu, jako niuczacz, wniosłem. Przemieniły się ze mną. Nie byłem pewien, czy to się uda, ale… Uczono mnie, że nie da się nosić kilku różdżek jednocześnie, ale się udało.

- Różdżka zawsze przemienia się z animagiem, który ją nosi. Podobnie jak ubrania, buty i dorbiazgi w kieszeniach – wyjaśniła Elżbieta – Można też nosić kilka różdżek na raz. Widziałeś chyba, jak różdżkodzieje w sklepach noszą ich całe stosy.

- Fakt, nie gonią z jedną, tylko biorą ich całą kupę z półek i niosą klientowi, coby wybrał. – Kiwnęła głową Joyce. No, można. Zresztą za smarkaterii mej też mi się zdarzyło nosić kilka zdobycznych pod pachą…

- Gorzej, gdy chcesz jedną z nich czarować, mając inne przy sobie. – Elżbieta uśmiechnęła się paskudnie. – Różdżkodzieje od wieków usiłują usunąć ten problem, a jest to problem poważny. Nie można bowiem nieść do bitwy zapasowej różdżki, więc jej utrata jest wielkim problemem… Ale o tym później… Wrócimy jeszcze do tego tematu.

Ferenc spojrzał na nią, wyraźnie przestraszony. Gellert zaczął się zastanawiać, o co chodzi…

- A potem… Jak już mieliśmy różdżki, to Kenneth na pokazał, jak wybić dziurę w ścianie. Nie bardzo nam to wyszło, runęła chyba cała, aurorzy się zlecieli… I gdyby nie karety pani von Bayern, nie wyszlibyśmy z tego.

- Słyszałem, że taka kareta ratuje tylko krewnych – wtrącił się Gellert – A przecież Ferenc nie należy do rodziny prababci Ludwiki.

- Nasze drzewa genealogiczne nie uwzględniają mugoli, dziecko – odparła Elżbieta.

- To karety wyczuwają pokrewieństwo i przez non-majów? – Zdziwiła się Joyce. – To ja jestem spokrewniona z von Bayernami? Niezłe. Jakoś mi się w to wierzyć nie chce.

- W rodzie Ludwiki było wiele magicznych osób – odpowiedziała Elżbieta – Ale i jej ojciec, i matka byli de facto mugolakami. To znaczy, matka była prawdziwą mugolaczką. W jej rodzinie nie było wcześniej nikogo obdarzonego mocą. A u jej ojca… Jego stryjowie byli magiczni, i jedna z praciotek po linii żeńskiej, zdaje mi się. A i Johnsonowie nie tak dawno przenieśli się do Ameryki, a ich ród nie jest ani tak znowu stary, ani hermetyczny.

Twarz Joyce drgnęła.

-Nie, to nie oni – mruknęła – Stary Georgie był drugim pokoleniem w Ameryce… A przedtem to byli Anglicy, sami czystokrwiści do porzygu. Oni by się najchętniej w chałupach pozamykali, okna deskami pozabijali…

- Brytyjski izolacjonizm wcale nie jest taki prastary, jak się wyspiarzom wydaje. – Parsknęła Elżbieta. – Te ich starożytne rody! Pradziadek Piotr mógłby o tym opowiedzieć to i owo… Przestraszyli się mugoli. Mugolskich maszyn, mugolskich miast. Wyobraź sobie, oni dopiero planują linię kolejową z Londynu do Hogwartu! Początkujący magogeograf jest w stanie udowodnić, jak bardzo korzystne byłoby istnienie takiej linii… Zwłaszcza na wyspie, gdzie jest tak wiele anomalii magicznych… I starych linii obronnych, których nikt porządnie nie rozebrał. Ale nie, oni nie będą wozić dzieci tymi mugolskimi potworami, co to, to nie! Dopiero te wypadki w Durmstrangu dały im do myślenia. Jak dobrze pójdzie, to dorobią się kolei w tym dziesięcioleciu.

Wydawało się, że Elżbieta zapomniała o sprawie Ferenca… ale nie. Przypomniała sobie o niej, gdy rozmowa zeszła na animaga, który wkradł się do Durmstrangu.

- Niuchacz. – Uśmiechnęła się. – Jesteś niuchaczem. Ja myślałam o sroce, ale…

- Ja stawiałam na niuchacza. – Wtrąciła się Joyce. – Odkąd szisza mi go pokazała. Pasuje to do ciebie, wnusiu. Od zawsze ciągnęło cię do artefaktów.

Ferenc nie wyglądał na uszczęśliwionego tą opinią.

- Opowiadałeś o Kamieniu bratu? – Zapytała Joyce. Ferenc przytaknął.

- No to ładnie – mruknęła Joyce – To może wyjaśnisz im to od początku, El?

Batory rozpoczęła więc opowieść o Insygniach Śmierci.

- Jeśli wierzysz, że pomoże ci to rzeczywiście uniknąć śmierci, to się mylisz. – Zakończyła. – Co łatwo udowodnić. Gdzie jest ich twórca? W trumnie. Od pięciuset lat.

- Ja nie dlatego… - mruknął Ferenc, wyraźnie zawstydzony.

Batory zrozumiała.

- My wszyscy jesteśmy sierotami, Ferenc. – Westchnęła. - Od dziecka. Też chciałabym porozmawiać z moim ojcem. Nigdy go nawet nie widziałam… - Urwała na chwilę. – Ale to ułuda. Kamień pokazuje tylko to, co chciałbyś widzieć. Nie jest w stanie przywołać duszy, która odeszła.

- Ale… - Ferenc ośmielił się zaprotestować. – Skąd ta pewność? Kamienia nie widziano od dwustu lat!

- Od dwustu czterdziestu, gdy został mi skradziony. – Odezwał się głos z portretu.

Isaac Newton nonszalancko opierał się o złoconą ramę.

- Dziękuję, wujku, że zechciałeś przybyć. – Elżbieta pochyliła głowę w geście powitania.

- Och, drobiazg. Wróciłem właśnie z wycieczki po przepięknym obrazie… Cudny szkocki krajobraz. I widzę, że zguba się odnalazła. Dobry Boże, chłopcze, cóż za niebezpieczna przygoda…

- Będzie miał co wnukom opowiadać. – Stwierdziła z przekonaniem Joyce. – Nie każdy potrafi zagrać na nosie całemu ministerstwu… Ale, ale, jak jest z tym kamieniem, panie Newton?

- Jeśli chodzi o tak zwane Insygnia, miałem do czynienia z Peleryną i z Kamieniem. Różdżki nigdy nie widziałem. Peleryna działa, jak każda inna, z tym, że jest nadzwyczaj trwała. Mimo wieku, nie wykazywała żadnych śladów zużycia. Warto jednak pamiętać, gdy komuś marzą się przygody. – Tu spojrzał na Ferenca. – Iż działa ona tylko na zmysł wzroku. Ukrytego pod nią człowieka wciąż słychać. Zostawia też ślady na śniegu czy piasku, a zwierząta mogą go wywęszyć. Niewidzialność to jeszcze nie wszystko…

- Słyszeli? I zapamiętali? – Joyce spojrzała surowo na Ferenca i Gellerta.

- Kamień zaś – ciągnął uczony – To jeden z tych niezwykle niebezpiecznych artefaktów, zdolnych sięgnąć do najskrytszych zakamarków ludzkiego umysłu. Nie, one nie są w stanie nas rozumieć – nie są obdarzone rozumem w zwykłym rozumieniu tego słowa – nie mogą też przekazać swojej wiedzy dalej. O ile w ogóle cokolwiek wiedzą w naszym znaczeniu tego słowa.

- Nie rozumiem – mruknęła Joyce.

- To nie są ludzkie umysły – Wyjaśnił Newton – Nie mają pojęcia o świecie. Nie mają nawet świadomości, to znaczy nie wiedzą, że istnieją. Nie posiadają własnej woli, mogą jedynie wykonywać polecenie, dane im przez twórcę. Jedyne, co potrafią, to zbierać informacje z ludzkich umysłów, a potem przerabiać je na obrazy czy słowa. Ale nie wiedzą, co robią i po co. Nie są złe same w sobie. Nie odróżniają zresztą dobra od zła, nie pragną nikogo skrzywdzić. Ale są niezmiernie niebezpieczne, a w rękach człowieka rozumiejącego ich naturę stają się potężną bronią.

- Boginy też tak mają – Powiedział Gellert.

- Boginy został stworzone, by być bronią – wyjaśniła Elżbieta – Odkąd jednak opracowano zaklęcia, odpędzające go, ich właściciele przsetali się nimi opiekować i boginy zdziczały.

- W Hogwarcie mają coś takiego – wtrąciła Joyce – Kapelusz rozdzielający uczniów do Domów.

- Każda szkoła, opierająca swoją obronę na żywiołach, musi mieć coś takiego. Wasza nowa placówka również. – Ciągnął uczony. – Tego typu artefakty nie są jednak niebezpieczne same w sobie, nikt bowiem nie odczuwa potrzeby, by korzystać z nich regularnie. Kamień natomiast…

- Wiem – szepnął Ferenc, zawstydzony.

- Kamień i jemu podobne przedmioty nie pokazują prawdy. Nie mają żadnej więzi ze światem zewnętrznym, sięgają jedynie do umysłu najbliższej im osoby. Przykro mi, nie zobaczysz tam ojca. Ujrzysz jedynie swoje o nim wyobrażenie… Niewiele więcej, niż daje magiczny portret, taki, jak ja. Nie marnuj życia, nie ryzykuj go, goniąc za iluzją.

W gabinecie zapadła cisza.

Iluzja? – pomyślał Gellert – A wydawało się to takie… wspaniałe.

- Jestem durnym charłakiem – mruknął w końcu Ferenc.

- Nie. Jesteś inteligentym i odważnym czarodziejem. – Elżbieta uderzyła pięścią w stół. – I nie waż się mówić o sobie inaczej.

- Dałem się złapać.

- Och, ile razy mnie łapano! – prychnęła Elżbieta. – To jeszcze nic nie znaczy.

- Myślałem… Oni… To znaczy, grupa aurorów zaatakowała mugolkę, a ja tam właśnie przechodziłem... Myślałem, że to przebrani bandyci. – Wyjaśnił Ferenc. – Chciałem jej pomóc.

- Nie, to nie bandyci, to szacowni stróże prawa – syknęła Joyce z pogardą .

- Insygnia są więc niewiele warte – stwierdził Gellert.

- Tego bym nie powiedział. – Wtrącił się Newton. – Trwała peleryna-niewidka… Kamień ukazyjący ludziom i pragnienia…

- Ustrojstwo do trzepania kasy – burknęła Joyce – Gdyby otworzyć taki sklepik… Ludzie waliliby drzwiami i oknami, choćbyś brał dziesiątkę za pięć minut. Niezła zabawka.

- Dlaczego więc jest tak sławny? – Zdziwił się Gellert.

- Sami Peverellowie, z tego, co udało mi się ustalić, nie rozumieli natury Kamienia; Cadmus, jego twórca, miał popełnić samobójstwo, gdy zrozumiał, że Kamień nie przywróci mu żony – odparł Newton – A do tego, cóż, lubili się przechwalać swoimi dziełami. Sława Bzowej Różdżki dodała splendoru i innym ich wynalazkom.

- Czy ta różdżka rzeczywiście jest tak potężna? – wtrąciła się Joyce.

- Nigdy jej nie badałem – odpowiedział uczony – Lecz, jak pani pewnie wie, niejeden różdżkodziej próbował ulepszyć swoje dzieła. Z różnym skutkiem.

- Używałam kilku takich – dodała Elżbieta – Niektóre ulepszenia weszły do masowej produkcji. Inne… Albo miały poważne wady, albo były niezmiernie trudne do wykonania… Albo ich wynalazcy nie udało się uzyskać powtarzalności wyników. Choć… Był taki jeden… Bonawentura Czarodziejski. Twierdził, że ją ma.

- Teraz mówisz? – Wykrzyknęła Joyce – I co, walczyłaś z nim? Czekaj… To jeden z tych charłaków, co chcieli cię przed sąd ciągnąć?

- A jakże – mruknęła Elżbieta, pokazując zęby w paskudnym uśmiechu – Zwaliłam mu siedem pięter kamienicy na głowę. W Belgradzie. Nie wiem, czy Różdżka została razem z nim pod gruzami. Może ktoś ją potem odkopał. Ale od tej pory nikt się nią nie przechwalał. Albo się połamała, albo jej właściciel jest rozsądny i trzyma język za zębami.

- Podobno Gregorowicz jej szukał… - Wtrącił Ferenc.

Elżbieta popatrzyła na niego uważnie.

- Każę to sprawdzić. A ty… ty mi pomożesz w poszukiwaniach. Niech no tylko kurz trochę opadnie po tej całej awanturze – stwierdziła i wyszła.