Rozdział dziewiętnasty

Kiedy Gellert znów znajdzie się na politycznej szachownicy – za pomocą wieży

Poranna rosa osiadała na trawie, mgły zawisły nad dolinami, jarzębina zaczynała się czerwienić. Choć był to jeszcze sierpień, alpejskie lato miało się ku końcowi. Gellert wstał przed świtem i otuliwszy się grubą peleryną, zbiegł na boczny dziedziniec. Po drodze spotkał grupę wiedźm, nanoszących runy na ściany i wstawiających witraże w okna. Kilka innych kobiet pokrywało sufit skomplikowanymi wzorami, kolejna układała brukową kostkę w runiczne zawijasy. O ile wśród mugoli budowanie było męską sprawą, magiczny lud wolał powierzać tworzenie trwałych objektów wiedźmom.

Rzeczone wiedźmy na jego widok przerwały pracę i zaczęły mu się przyglądać z nieskrywaną ciekawością. Grindelwald uśmiechnął się szeroko i zapytał z niewinną miną:

- Szanowne panie czegoś sobie życzą?

Nie wstydź się. Nie daj się zastraszyć – powtarzała generał Freeman – Zrób coś, zanim oni się ruszą.

Wiedźmy zmieszały się, a Gellert wyszczerzył zęby jeszcze bardziej. Porady babki Joyce były rzeczywiście skuteczne.

- Panicz von Bayern, prawda? – zapytała jedna z wiedźm.

Ergo mugolaczka z niskiej sfery, pomyślał Gellert - Sądząc z akcentu z jakiejś tyrolskiej wiochy, gdzie są trzy domy i dziesięć owiec.

- A zgadza się, gnädige Hexe* – Gellert ukłonił się lekko. Już dawno się przyzwyczaił do tego, że tu, na południu, był po prostu „wnukiem starej von Bayern".

Robotnice otoczyły go kołem, spoglądając na niego wyczekująco.

- Podobno wróżysz – dodała kobieta.

- Och, dopiero zaczynam – odparł skromnie Gellert. Wiedział jednak, że żadne wymówki i wykręty tu nie pomogą. I że lepiej, gdy ludzie domagają się czytania z fusów, niż gdy się boją. Zawsze można popatrzeć na dłonie, popytać o sny…

- Prosimy panicza, niech panicz nie odmawia, nasza praca niebezpieczna…

Gellet westchnął. Świt i liczne pochodnie na ścianach zachęcały to wróżenia z cieni, a tym wiedźmom można by powiedzieć… Właśnie, co? Cóż, to robotnice na budowie. Można je ostrzec by „dziś szczególnie uważały", czy „nie odkładały różdżek", a każde zadrapanie i każde przewrócone wiadro zostaną zinterpretowane jako dowód talentu Widzącego. Mógłby porozwodzić się nad „odłożeniem nieprzemyślanych zakupów" czy „umiarkowaniem w gospodzie", w końcu zbliżał się dzień wypłaty…

Ludzie boją się przyszłości, chcą ją więc poznać, bo nieznane wywołuje strach – tłumaczyła Joyce – Jeśli im odmówisz przepowiedni, wybuchną gniewem. Nie mów im, że nic nie Widzisz. Pomyślą, że kłamiesz, bo chcesz im zaszkodzić. Albo że czeka ich coś tak strasznego, że boisz się o tym mówić. Uśmierz ich strach, a będą ci wdzięczni.

Gellert z namaszczeniem wykonał kilka ćwiczeń, których nauczyła go prababka Charlotta, a potem, z mądrą miną, wbił wzrok w plątaninę cieni i półcieni. Prababka Joyce mówiła, że… Drgnął, co nie uszło uwadze wiedźm.

- Co, dach nam na łby poleci? – zapytała jedna z nich, niby dla żartu, ale w jej głosie pobrzmiewała niepewność.

- Nie podoba mi się to… - zaczął Gellert niepewnie. Wiedźmy zbladły.

Błąd. Teraz nie zagoni się ich do roboty ani Imperiusem, ani Cruciastusem… Ani nawet sowitą podwyżką.

- Co się tu wyprawia? – Usłyszeli niecierpliwe warknięcie. – Czekam na ciebie od kwadransa! - Prababka Joyce wychynęła zza węgła. – Co, zacząłeś beze mnie? – Dodała już łagodniejszym tonem.

- Nie podoba mu się, co widzi, psze pani generalicy. – Wyjaśniła tyrolska robotnica.

Joyce spojrzała na cienie z jednej, potem z drugiej strony, kiwając głową na boki. Potem zeskrobała scyzorykiem trochę pyłu ze ściany i uważnie go obwąchała i skrzywiła się z niechęcią. Potem okrążyła dziedziniec trzy razy, pierwszy raz normalnie, potem tyłem, a w końcu skacząc na lewej nodze.

- Mnie też się nie podoba – Stwierdziła w końcu – Nie wchodźcie dziś na tę tam wieżę. – Wskazała palcem na niedokończoną basztę.

Jak można było się domyślić, słowa Joyce rozniosły się lotem błyskawicy, a cała załoga, jak jedna wiedźma, odmówiła wejścia nie tylko na ową basztę, ale, na wszelki wypadek – na wszystkie. Ludwika von Bayern, która, czując się lepiej, wyszła na plac przed zamkiem, została z niego uprzejmie, acz stanowczo przegoniona.

- Widzę, że masz posłuch. – Uśmiechnęła się kwaśno do Gellerta.

- Upierały się – westchnął Gellert.

- Cóż, gdybyś im nie chciał przepowiadać, dopiero by się zlękły – stwierdziła ugodowo prababka – Cóż, lepeij dmuchać na zimne… Chodź, pokażę ci, co dostałam od kuzynki Sydonii…

Była to mapa, pokazująca całą Europę z magicznego punktu widzenia. Można było na niej pokazać nie tylko granice, ale i zasięgi poszczególnych gatunków smoków, bariery antyteleportacyjne a nawet magiczne linie kolejowe.

- O, a tu są zamki. – Prababka pacnęła mapę różdżką. – Znajdziesz Neuschwanstein?

- To proste jak różdżka! – Zaśmiał się Gellert. – A tu jest Nurmengard.

- Łatwo poznać, na Południu nie ma drugiego „gardu" – dodała prababka.

Gellert przyjrzał się mapie. Faktycznie, wokół stały same „felsy", „steiny" i „eggi".

- Pamiętam, jak zostałam tam zaproszona na twoje chrzciny. – Ludwika uśmiechnęła się do swoich wspomnień. – To był taki słoneczny dzień, płynęliśmy żaglowcem po Jeziorze Bodeńskim… Ferenc, twój brat, ściągnął na siebie cały tort. Twój dziadek stanął na końcu różdżki, by go odtworzyć, co nie było łatwe, zważywszy na ilość magii, którą wkłada w pieczenie twoja prababka Elżbieta.

- Udało mu się? – Zaciekawił się Gellert.

- Prawie. Był trochę krzywy… Ale tylko troszeczkę.

-A prababka Elżbieta? – dopytywał się Gellert.

- Znasz ją. Prawie się popłakała ze śmiechu.

Śmiała się? No cóż, co miała robić? Dostać histerii czy skląć jednego prawnuka na chrzcinach drugiego? A jeśli już mowa o śmiejącej się Elżbiecie…

- A słyszałaś, babciu, o przemianie Ferenca? – zapytał Gellert.

- Owszem, od Elżbiety. Jest z niego bardzo dumna, sam rozumiesz. Zawsze twierdziła, że Ferenc ma wielki potencjał.

- Babciu… - Zawahał się Gellert. – Mam wrażenie… Ona nie jest na ciebie zła?

- A niby za co?

- Ludzie mówią… Znaczy, na budowie… że tej nocy, kiedy Ferenc wrócił, chciałaś jej rzucić klątwę w plecy.

- Na Hildegardę z Bingen, któż ci naopowiadał takich bzdur? – krzyknęła Ludwika. I zakaszlała.

- Oni tak gadają… Bo prababka Elżbieta zaczęła burzyć osłony zamku.

- Owszem, przecięła węzeł pod jeziorem – przytaknęła Ludwika – Do tej pory nie udało nam się go zawiązać jak należy.

- A oni mówią, że myślałaś, że ona chce wpuścić wrogów na zamek.

Ludwika pokręciła głową ze zdumieniem.

- Nie miała powodu. A nawet, gdyby miała, zrobiłaby to wtedy, gdy nikt nie patrzył. Elementarne, drogi Watsonie. Wprawdzie pobiegłam za nią z różdżką w ręku, ale nie myślałam… Szczerze mówiąc, niewiele myślałam. – Ludwika znów kaszlnęła. - Nie było na to czasu. Elżbieta nic mi nie wyjaśniła, ty mi zatrzasnąłeś bramę przed nosem…

- Przepraszam, babciu. Nie chciałem… - Gellert zrobił pełną skruchy minę.

- Chciałeś. Ale nie jestem na ciebie zła. Magia i emocje wzięły nad tobą górę, to się zdarza. To było zbyt wiele, jak na chłopca w twoim wieku… Dobrze, że nikt nie zginął. Mieli szczęście, ogromne szczęście… Więzienie MACUS-y to nie żarty.

- Babciu, co zamierzasz z nimi zrobić? – Gellert zmienił temat. – Wiem, że nie jesteś już Ministrą, ale twoje zdanie i tak jest najważniejsze.

- Przecież nic złego. – Ludwika uśmiechnęła się łagodnie. - Ten miły młody człowiek… Kenneth, okropna historia. O ile mi wiadomo, odnaleziono już jego mugolską żonę, dotarła bezpiecznie do Belfastu. Ministerstwo Irlandii** troszczy się o takich ludzi. Dostaną mały domek gdzieś w Limericku albo w Swords…

- Ale ona jest mugolką… - wtrącił Gellert.

- Irlandia jest przesiąknięta magią, większość mugoli w nią wierzy. Stąd, mimo ich religijności, nie są do nas wrogo nastawieni – odparła Ludwika – Wiedzą że są sprawy księdza i sprawy babci – zielarki. Mieszane małżeństwa są więc całkiem mile widziane. Przynajmniej, jeśli to czarodziej żeni się z mugolką, w drugą stronę sprawa wygląda trochę inaczej. Mugole uchodzą za bardzo złych mężów.

- Dlaczego, babciu? – Zdziwił się Gellert.

- Bo ich prawo i obyczaje dają mężczyznom tyle przywilejów, że nasze podejście… to znaczy równość żony i męża jest przez nich odczuwana jako poniżenie – wyjaśniła Ludwika – Tam, gdzie to on jest niemagiczny, prędzej czy później trzeba posłać aurorkę, która nauczy mugola, jak się szanuje czarownicę. O ile żona albo i teściowa wcześniej nie nauczą go naszych zwyczajów. – Ludwika uśmiechnęła się kwaśno.

- Mówisz, babciu, jak prababka Joyce.

- Jej przekonania nie wzięły się znikąd – westchnęła Ludwika – Widzisz, moc nie jest kwestią krwi. Gdyby tak było, charłactwo by nie istniało. Ale istnieją różnice światopoglądów. Sam zobaczysz, gdy pójdziesz do szkoły.

- To dlatego Durmstrang…

- Durmstrang! – prychnęła Ludwika – Nie zawsze to tak wyglądało… Ale cóż, pojawił się carewicz – mugolak.

- Dziadek Piotr.

- I myślisz, że Piotr… a zwłaszcza jego rodzice, przełknęliby fakt, że jakaś żydowska córka rzemieślnika może zostać Ministrą, bo jest czystokrwista, a carewicz mógłby jej najwyżej porządkować dokumenty? Że gdyby doszło pomiędzy nią a nim do wymiany klątw, to on byłby z definicji winien? Zresztą, Piotr… Cóż, uczynił wiele dla poprawy sytuacji mugolaków. To dzięki niemu Kołdowstoriec stał się tak znaną szkołą***. Ale, wracając do rzeczy, stare rody coraz bardziej obawiają się mugolaków. Bo coraz częściej mugolak nie jest już bosym, niepiśmiennym, niedożywionym dzieckiem, przyzwyczajonym do roli służebnej.

- Ale i u mugolskich wielmoży rodzą się magiczne dzieci. – Zauważył Gellert.

- Bogacze to mniejszość. Malutka. Większość mugolaków to dzieci chłopów i robotników. Ale i oni coraz częściej ośmielają się sięgać po więcej, tak jak Piotr. Jak twoja prababka Joyce. A już po rewolucji we Francji, to dopiero się zaczęło. Mugolska technika idzie do przodu, co przeraża konserwatystów jeszcze bardziej… A że nie mogą nic na to poradzić, postanowili się odizolować, by zachować czystość krwi i obyczaju. Ale taka Irlandia, nieduża wyspa, nie może sobie na to pozwolić. By uniknąć małżeństw w rodzinie, trzeba sobie znaleźć kogoś, kto jest mugolakiem albo mugolem.

- Albo kogoś z zagranicy… - Zauważył Gellert.

- A jak mówią w Dublinie, stokroć lepiej synowa mugolka, niż Angielka – stwierdziła Ludwika – Ale, ale, co ja tu będę cię zanudzać. Obiecałam ci opowiedzieć o znajomych Ferenca. Co do Kennetha, to już wiesz. I wyobraź sobie, że ta wysoka wiedźma, Thembeka… Elżbieta zna jej cioteczną prababkę.

- Ile blizn jej zrobiła? – Zapytał ironicznie Gellert.

- O, nie, nie! Razem zwalczały kłusowników w Kongo. Elżbieta przywiozła mi wtedy jajo mokele-mbembe… - Ludwika uśmiechnęła się z rozrzewnieniem na samo wspomnienie. - Pokazywałam ci moje maleństwo… Urocze, prawda? Będzie rosnąć jeszcze ze trzysta lat. Podobne do Nessie, którą obiecał ci pokazać Aberforth. Musisz go koniecznie odwiedzić na wiosnę.

- On nie jest moim przyjacielem – mruknął Gellert – Upierał się przysięgać… Wieczną przyjaźń… A ja się… przestraszyłem. I odmówiłem. Obraził się na mnie.

- No, po tym co przytrafiło się ich babce, na pewno zrozumie twoje obiekcje – odparła stanowczo Ludwika - Porozmawiam z nim, wiesz, że jesteśmy siostrzanymi duszami. I muszę przemówić jego ojcu do rozumu. Podobno sprawiał kłopoty. Wybiorę się tam i natrę mu uszu.

- Dziadek Gildo próbował i o mały włos…

- Uwierz mi, na mnie ojciec Aberfortha różdżki nie podniesie – stwierdziła Ludwika, a w jej niebieskich oczach błysnęło coś groźnego – Byłam Ministrą! – oświadczyła dumnie – I jestem królewną.

- Babka Elżbieta jest prawie carewną, a on chciał ją skląć – zauważył Gellert – W końcu twój ojciec, babciu, nie był naszym królem…

- Elżbieta była wówczas generałem wroga – zauważyła Ludwika – To wszystko zmienia.

- Babciu…. – Gellert zebrał się na odwagę. – Mam wrażenie… Przeczucie… Że ona coś może zrobić Ferencowi.

- Twojemu bratu? Elżbieta? Stanęła na końcu różdżki, by mu pomóc! – Ludwika potrząsnęła głową z niedowierzaniem. – Ale może… - zamyśliła się - Widziałeś niewyraźnie? Może nie o niego chodziło?

- Prababka Elżbieta trzyma w lochu jednego z tych, co uciekli z Ferencem. Tak przynajmniej mówią na budowie. Mówią, że to pirat z Karaibów.

- Zajmę się tym. – Obiecała solennie Ludwika, wstając.

Pirat z Karaibów, też coś! Żeby opowiadać dziecku takie bajki! Co oni dolewają tym wiedźmom do piwa w gospodzie?

Wstrząs był tak potężny, że szyby w oknach zagrzechotały. Ludwika, ze zdumiewającą szybkością, rzuciła kilka ochronnych zaklęć. Gellert dał nurka pod stół.

- Wieża – stwierdziła po chwili prababka – Twoja wieża.

* łaskawa wiedźmo

** Bo będę powtarzać do znudzenia: czarodzieje gwiżdzą na mugolskie granice

*** Ta szkoła magii, wedle Marauders Era Wiki, ma leżeć na i w jeziorze Ładoga. No to jak Piotr by się nie wmieszał?

Prababki Gellerta zebrały się wieczorem, przy sławetnym samowarze. Wiedziały już, że wieża runęła wskutek naruszenia magicznej równowagi zamku, spowodowanej brutalnym rozerwaniem węzła pod jeziorem.

- W zasadzie, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – westchnęła Charlotta – Ta wieża nie pozwalała nam ponownie związać rozszarpanych magolinii. Teraz węzeł się naprawi w ciągu kilku tygodni, postawi się wieżę na nowo i przed Świętami wszystko będzie, jak przedtem.

- Niech dementory porwą zamek – burknęła Elżbieta – Nie widzisz, co się stało?

- Gellert nie opędzi się teraz od klientów.

- Też. – Przytaknęła Elżbieta. – Trzeba go stąd wywieźć, Joyce, zajmiesz się tym?

- Pytanie! – Uśmiechnęła się Freeman.

- Ale. Konsekwencje. Są. Groźne.

- Mówże normalnie… - Westchnęła Charlotta.

- Skrzywienie zawodowe. – Wtrąciła się Joyce. – Ważne. Rzeczy. Mówisz. Powoli. Żeby ludzie, którzy w ciągu tygodnia zaliczyli pięć bitew i trzy straże nocne, jeszcze nadążali…

- Owszem. – Zgodziła się Elżbieta. – Ale do rzeczy. Zgodziłyśmy się co do tego, że Gellert nie uratował Ariany Dumbledore przypadkiem. Czy miał proroczy sen, czy skorzystał ze zmieniacza czasu rozmiarów Big Bena, to rzecz drugorzędna. Ważne, że miał w tym cel.

- Którego nie pojmuję… - Westchnęła Joyce.

- Może ta dziewczynka znienawidziłaby mugoli? – Odezwała się Ludwika. – I jej bracia również? A potem, zaangażowawszy się w politykę wypuściliby nundu z worka?

- To możliwe. – Zgodziła się Joyce. – Albo Gellertowi zależy na kimś, kogo mógł poznać tylko dzięki niej. No, dajmy na to, chciał przyjaźni tego małego od zwierząt, Ludwiko, mówiłaś, że chłopak ma potencjał…

- Może. Albo i jego przyszłej narzeczonej. Albo jego syna. Albo kogokolwiek… - Ludwika potarła czoło. – Te zgadywanki to nie na moje zdrowie.

- Najważniejsze, że czegoś chciał. A patrzcie, co narobił – burknęła Elżbieta – Wulfryk Dumbledore, znany Widzący, nie żyje. W dodatku sam był sobie winien, bawiąc się w zamachowca. I wygląda na to, że jego i Gellerta czyny były ze sobą powiązane. A tenże Dumbledore nie był, trzeba to powiedzieć jasno, przyzwyczajony do załatwiania spraw Avadą… Potem, babka Dumbledore i Wielka Ucieczka. Teraz, przepowiednia z wieżą.

- I co ma nundu do psidwaka?

- A to, drogie praswachy*, skierowało na Gellerta mnóstwo oczu. Niekoniecznie życzliwych. Ministerstwo w Londynie już węszy.

- Cóż, dwoje ich obywateli zaczęło rzucać klątwami w niezbyt zaprzyjaźnionym kraju. Z wyraźnym podtekstem politycznym.

- A dziecko na kogucie przeleciało nad Europą, a auroraty tego nie zauważyły… - Dodała Charlotta.

- O ośmieszeniu MACUS-y już nie wspomnę… - Westchnęła Ludwika.

- Ależ wspominaj! – Wykrzyknęła Joyce – Najlepiej opowiedz to jeszcze raz, ze szczegółami!

- Dumbledore węszy – stwierdziła zimno Elżbieta – A to Niewymowny. Głupi, porywczy, ale odważny i inteligentny człowiek. Paskudna mieszanka cech charakteru…

- To co robimy? Izolujemy go od tych Szkotów, czy wręcz przeciwnie? – Zaczęła się zastanawiać Ludwika. – I co on w ogóle mógłby wywęszyć?

- Oto jest pytanie.

* Swacha to matka zięcia. W świecie, gdzie żyje się dłużej, a klan jest ważny, powinno być mnóstwo słów na różne stopnie pokrewieństwa.

8