Rozdział dwudziesty
Panie Dumbledore
Euzebia Dumbledore, de domo Dumbledore miała swoje wady, ale nikt nie mógł jej zarzucić, iż nie troszczyła się o dobro rodu. Wręcz przeciwnie: klan miał dla niej ogromne znaczenie. Euzebia wiedziała też, że nie wystarczy bronić krewnych z różdżką w ręku; nie wystarczy rozważnie wstępować w związki małżeńskie i rozsądnie wybierać ścieżkę zawodową. W czasach niepewnych – a które czasy są pewne – trzeba było uważać na to, z kogo robi się sobie wrogów. A jeszcze bardziej na to – z kogo przyjaciół.
Kiedy więc tylko poczuła się na siłach, by zająć się sprawami rodzinnymi (w czym pomogły ćwiczenia oklumencyjne tudzież porządny, wołowy rosół), wzięła miotłę i udała się do domu syna. Latanie też zresztą pomogło. Miotła, świeże powietrze – to robi dobrze na każdy problem z głową.
Euzebia, jako emerytowana Ścigająca, wiedziała również, że należy poczekać na odpowiedni moment, nim się rzuci kaflem. To samo tyczyło się otwierania ust. Wybrała więc czwartek, wiedząc, że dzieci będą u dziadka – tego drugiego, mugolskiego, Percival tkwi w podziemiach Ministerstwa, a Kendra była wyspana, bo nie zbierała ziół nocą.
Euzebia, szczerze mówiąc, nie była zachwycona synową. Nie chodziło o jej mugolskie pochodzenie. Kendra była pół-Szkotką, z porządnego domu, to wystarczało. Co prawda to drugie pół nie zachywcało Euzebii, ale… Poza tym wiadomo było, że mugolaczki nie miewają problemów z płodnością, a mieszanie czystej krwi z nową owocowało zdrowymi, silnymi, niescharłaczonymi dziećmi. Czego nie dało się powiedzieć o wszystkich czystokrwistych mariażach.
Kendra była też pracowita, skrupulatna, cierpliwa. Ale… była też tak nieszkocko cicha i nieśmiała. Pariodia puchoństwa, po prostu. Euzebia zaś była zdania, że czarownica winna być odważną, pewną siebie osobą, taką, która zeklnie smoka na proszek i wyśle wrogów do diabła z uśmiechem na ustach - i tego jej u Kendry brakowało. Euzebia trzymała jednak język za zębami i nie narzekała. Dumbledoreowie byli, cóż, ekscentrykami i często wybierali samotne życie. Euzebia miała trzy siostry – i tylko ona wyszła za mąż. Jej mąż nieboszczyk, zresztą jej kuzyn czwartego stopnia, miał nieżonatego brata i dwóch stryjów – starych kawalerów. Nic dziwnego, że ród niknął w oczach. A i w wielu innych klanach nie działo się najlepiej… A kiedy Donaldyna, córka Euzebii, zaczęła się… interesować koleżanką, i rozgniewana matka wygłosiła jej kazanie o obowiązkach wobec Szkocji, ta uparta dziewucha spakowała kufer i tyle ją widzieli. A obraziła się tak, że do tej pory nie odezwała się do nikogo z klanu. Kiedy więc Percival przedstawił rodzinie narzeczoną, Euzebia powstrzymała się od jakiejkolwiek krytyki. Nigdy jednak nie była z synową w zażyłych stosunkach. Mimo to, obie panie Dumbledore musiały jakoś rozwiązać problem tej kłopotliwej, dziecięcej przyjaźni, bo na mężczyzn, jak zwykle, nie można było liczyć.
- Musimy porozmawiać – oznajmiła stara pani Dumbledore od progu.
Kendra zdziwiła się, widząc teściową tak wcześnie. Uśmiechnęła się jednak i powiedziała:
- Cieszę się, że jest pani już w dobrym zdrowiu.
- My, Szkotki, do delikatnych nie należymy. – Euzebia postawiła miotłę w sieni. – Musimy porozmawiać. Percival, o ile mi wiadomo, nie zachował się rozsądnie.
Kendra westchnęła.
- To ja może ukroję ciasta?
- Nie zaszkodzi. Czy to prawda, że mój nierozsądny syn podniósł różdżkę na posłańca Elżbiety Batory?
- I stracił ją. Zrobił staszną awanturę o świcie, nawet nie wiem, o co poszło. – Kendra potrząsnęła głową. – Dawno nie widziałam go tak zdenerwowanego. A potem Albus zniknął i… Mój Boże, co tak się stało?
- Złoty Gildo, ot co, o to poszło – przerwała jej Euzebia – Mały, podły szakal, idąca za nundu.
- Nie rozumiem. – Przyznała Kendra. – Ten człowiek…
- Złoty Gildo, swego czasu jasna gwiazda na niebie Quidditcha. – Uśmiechnęła się kwaśno Euzebia. – Grałam ze dwa razy przeciwko niemu. Chłopak miał talent i odwagę, trzeba mu to przyznać. A potem, cóż, scharłaczył się. – Skrzywiła się z obrzydzeniem.
- Percival mówił coś o zdradzie…
- A jakże, drań przeszedł na stronę Draculi… A raczej wlazł starej Elżbiecie do łoża, co na jedno wychodziło… - Euzebia uśmiechnęła się z przekąsem.
- Ależ, pani Dumbledore… -Speszyła się Kendra.
- Mówię, jak Szkotka, prosto z mostu. Tak było. Elżbieta Batory prowadziła bogate życie erotyczne, Kendro. Miała mnóstwo dzieci, każde z innym. Złoty Gildo jest pradziadkiem owego Gellerta, który pomógł Ariannie. – Wyjaśniła Euzebia. – I zapewne dlatego to on do was przyleciał.
- Gellert nie jest temu winien, że…
- Ano nie jest, że pradziad był łotrem i sprzedawczykiem. – Zgodziła się Euzebia. – Nie mówiąc już o reszcie tej rodziny. Widziałaś jego drzewo genealogiczne? Co za klan!
- Myślałam, że pani nie wierzy w te opowieści o czystości krwi. – Obruszyła się Kendra.
- To nie o czystość krwi tu chodzi. – Wyjaśniła Euzebia. – Chodzi mi wyłącznie o przeszłość tych ludzi. O ich aktywność polityczną. Musimy zdecydować, jak blisko być z tą rodziną. Aurorat już się nimi interesuje, Kendro.
- Myślałam – odgryzła się Kendra – Iż twardzi Szkoci trwają u boku swych przyjaciół, bez względu na niebezpieczeństwo. Zwłaszcza, jeśli mają wobec nich dług wdzięczności.
- Dług to mam ja, wobec Elżbiety Batory – westchnęła Euzebia – Gdyby mnie wtedy potraktowała Avadą, cóż… Sama bym nie postąpiła inaczej na jej miejscu.
- Dobry Boże, gdyby Albus zobaczył coś takiego… - Potrząsnęła głową Kendra. – Skąd w ogóle tak niebezpieczne przysięgi…
- Z ognistej – burknęła Euzebia – Moi kuzyni, butelka ognistej, kilka paskudnych słów, złośliwe zaklęcie, głupia zemsta, przypadkowa ofiara… Musieli uciekać. A potem, cóż, pewnie potrzebowali pieniędzy… A MACUSA była zadowolona, że nie musi posyłać swoich w paszczę Jaguara. Stara Freeman potrafiła transformować wroga w świnię i sprzedać go rzeźnikowi.
Kendra aż zzieleniała.
- Ona…
- Była dla mugoli zwierzęciem domowym, jak świnia albo pies! – Euzebia uderzyła pięścią w stół, aż talerzyki zagrzechotały. – Widzisz, Kendro… - Dodała spokojniejszym tonem. – Kiedy byłam młodsza, chciałam ją zabić. Ale im więcej wiem o tym, jak żyją Mugole, tym mniej się jej dziwię… Traktowali ją jak świnię, rozumiesz? Użyj, sprzedaj, zabij, bo to nie człowiek. To kim mogła zostać? Romantyczną poetką?
- Wiem o mugolach całkiem sporo, pani Dumbledore. Wiem, jak traktuje się służbę – odparła Kendra.
- Wtedy – przyznała Euzebia – Byłam w gorącej wodzie kąpana. I cierpiałam po śmierci moich kuzynów. Wyobrażałam sobie, co Freeman z nimi wyprawiała… Dobrze, że Albus nie musiał zapłacić za moją głupotę.
- Wy poważnie traktujecie zemstę.
- I gdyby nie dobra wola Batory, Albus by za to zapłacił… Za nasze pragnienie zemsty. Wolę, by krew pozostała niepomszczona, niż żeby niewinne dzieci… Ja mogę zginąć, to mój wybór. Ale nie chcę, by coś się stało dzieciom – stwierdziła Euzebia zdecydowanym tonem.
- Chce pani wybaczyć? – Zdziwiła się Kendra.
- Nawet nie wiem, co się stało z moimi kuzynami, Kendro. Czy to rzeczywiście była Freeman… Nie wiem więc, czy moje przysięgi były skierowane wobec właściwej czarownicy. A nawet jeśli, to lepiej już przełknąć tę hańbę, niż skrzywdzić dzieci. Ja się zresztą już mścić nie mogę. Batory darowała mi życie. Freeman nie zawiadomiła aurorów, co na to samo wychodzi. Oszczędziły Albusowi okropnych przeżyć. Nie wolno mi już myśleć o zemście.
Kendra w milczeniu dolała jej herbaty.
- Tak, że – Euzebia dodała po chwili – Musimy zamknąć ten rozdział.
- Uważa pani więc, że nie należy przeszkadzać przyjaźni naszych dzieci…
- Ten mały Prusak przyleciał tu za bojowym kogucie z Siedmiogrodu, o ile Konstancja się nie myli. Konstancja Prewett, moja koleżanka, była Puchonką, zresztą. – Wyjaśniła Euzebia. – To potężna magia, nie możemy się jej przeciwstawiać.
- Percival jest innego zdania.
- Percival naoglądał się za wielu anomalii w tym swoim Departamencie. Jeszcze za czasów moich dziadków rzadkie talenty się szanowało. A teraz? Bezpieczeństwo! Bezpieczeństwa im się zachciewa. Przewidywalności. Może jeszcze zaczną się domagać licencji na posiadanie psidwaka? Albo miotły wyścigowej? – Prychnęła Euzebia. – Z drugiej strony, aurorat węszy. Tak, porządny Szkot ceni wyżej przyjaźń niż bezpieczeństwo. Ale nie trzeba też wywoływać wilkołaka z lasu.
- To może dajmy dzieciom wolną rękę? Nie każda dziecięca znajomość przekształca się w dozgonną przyjaźń? – Cicho zaproponowała Kendra.
- Masz rację – Przyznała Euzebia – A ja już sobie porozmawiam z moim narwanym synalem. On też ma dług wobec starej Batory.
Ktoś zastukał do drzwi. Kendra zerwała się i pobiegła otworzyć.
- Pani Bayern? – Zdziwiła się.
- Musimy porozmawiać o naszych dzieciach, pani Dumbledore.
- Proszę, niech pani wejdzie. Przyszła pani w samą porę…
Lloyd Steward z uśmiechem patrzył na bawiące się wnuki. Zauważył jednak, że Albus jest bardziej zamyślony niż zwykle.
- Czy coś cię gnębi? – zapytał. Albus zaprzeczył. Jednak jego oczy mówiły co innego, a i Aberfortha chyba coś gryzło.
- Ale ty, dziadku, jako Mugol, to tego nie zrozumiesz – Aberforth pękł wreszcie przy karmieniu koni.
- To mi wytłumacz.
- Ja powiem, ja lepiej rozumiem… - wtrącił się Albus.
- Najpierw Abi, potem ty, dobrze? – westchnął z rezygnacją pan Steward – Albusie, mówiłem ci już, inni też chcą powiedzieć, co myślą.
Wysłuchał więc długiej opowieści (ustawicznie przerywanej przez Albusa) o tym, jak to Gellert nie chciał złożyć przysięgi, i o tym, jak babcia Euzebia się przez przysięgi pochorowała. Potem sklął w myślach Kendrę: dlaczego mu o tym sama nie powiedziała? Może i nie znał się na tej całej magii, ale powinien był wiedzieć o wszystkim, co jest ważne dla wnuków!
- Cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło – stwierdził w końcu.
- To mogę już iść? – Albus nie lubił zbyt długo przebywać wśród zwierząt, które były od niego o wiele większe.
- Idź, idź – Zgodził się pan Steward.
Albus wybiegł. Aberforth odczekał chwilę, a potem nieśmiało zapytał, wbijając wzrok w podłogę:
- Myślisz, dziadku, że Gellert wciąż mnie lubi?
- Uważasz, że tak nie jest, bo nie chciał złożyć tej przysięgi? Widzisz… Te przysięgi są niebezpieczne, prawda? Wasza babcia mało przez nie nie umarła. – Zapytał pan Steward.
Aberforth skinął głową.
- I koniecznie trzeba ich przestrzegać, bo inaczej spotka cię kara?
- Tak, dziadku.
- To uważam, że Gellert po prostu się bał, że zrobicie sobie krzywdę.
- Chciał mnie chronić, dziadku?
- Pewnie tak. A może po prostu wiedział o przysięgach więcej niż ja i ty, i bał się ich?
- To muszę napisać do niego list. Pomożesz mi, dziadku? Wiesz, że jeszcze nie wiem, jak się pisze niektóre słowa.
- Myślisz, że twój przyjaciel umie czytać po angielsku? Bo ja nie znam niemieckiego.
- O na pewno. Jest tak mądry jak Albi. Tylko się tak tym nie przechwala.
9
