Rozdział 268: Ona mnie potrzebuje

Greg był zdrętwiały. To było jedyne słowo na to. Zdrętwiały. Jak mogło do tego dojść? Był w autobusach miliony rasy. Jego córki również. Zwłaszcza gdy Elizabeth była teraz na uniwersytecie i nie mieszkała już w Londynie, często jeździła autobusem. To była taka normalna rzecz. Pewnie, że uczestnictwo w wypadku było możliwe, ale przez te wszystkie lata…

Ledwo pamiętał telefon w sprawie wypadku. Dotarcie do szpitala. Od tamtej pory nie odszedł. Nie spał od co najmniej 36 godzin, siedząc lub spacerując po szpitalnym pokoju swojej najstarszej córki, gdy spała dalej. Wielokrotnie powtarzano mu, że to nie była śpiączka. Wydawali się dość pewni tego. Greg nie mógł się nie martwić…

O Boże, nie mógł jej stracić. Nie wiedział, co by zrobił, gdyby odebrano mu w ten sposób Elizabeth. To prawda, że byli jednymi ze szczęściarzy. Widział kilka innych osób z wypadku i byli w znacznie gorszym stanie niż Elizabeth. To prawda, że nie odzyskała przytomności, ale przynajmniej miała szansę. Nie żeby było wygodnie patrzeć na wielkie sińce biegnące wzdłuż jej ramienia i szyi. Widzieć pęknięcia i zwichnięcia na całym ciele. Skaleczenia i obrzęki…

Leżał skulony na niewygodnym szpitalnym krześle z głową w dłoniach, starając się nie hiperwentylować. Dzisiaj robił to już szósty raz. Kiedy ostatnio jadł? Nie żeby to miało znaczenie. Nie był głodny. Wiedział, że po prostu zwróci to, co spożyje. Zwijając się jeszcze bardziej na krześle, przycisnął kolana do piersi, mocno ściskając spodnie, ledwo świadomy brzęczenia telefony komórkowego na małej szafce obok niego.

Chwycił się za włosy, gdy palące łzy ponownie pojawiły się w jego oczach. Zacisnął zęby, wciągając drżący oddech i pochylił się do przodu, opierając ręce o bok łóżka i kładąc jedną na dłoni Elizabeth. Potarł kciukiem czubek jego dłoni. Łzy spływały mu po policzkach, jego oddech wydobywał się z niego ostrymi sapnięciami.

— Wróć do mnie, kochanie — wyszeptał, przygryzając szorstko wargę.

Zamarł, praktycznie niemal podskakując w pierwszym odruchu, kiedy na jego ramieniu spoczęła ręka, ściskając go. Nie słyszał, żeby ktoś wszedł… Wziął głęboki oddech, zacisnął mocno oczy i potarł twarz, próbując się uspokoić. Odwrócił się i spojrzał na swojego partnera. Prawie ponownie rozpłakał się na widok otwartego, zatroskanego, troskliwego wyrazu twarzy.

— Nie musisz być dla mnie silny, Gregory — wyszeptał Mycroft, robiąc krok do przodu i kucając, by byli bardziej na wyrównanym poziomie.

Mycroft powiedział, że nie musiał być silny i w tym momencie wszystko się rozpadło. Greg rzucił się do przodu w ciepły uścisk, chowając twarz w szyi Mycrofta, łkając. Dźwięk był stłumiony i próbował zachować jakąś formę samokontroli, ale było to trudne. Nie mógł przestać. Mycroft przytulił go tam mocno, jak tylko mógł fizycznie, a Greg poczuł, jak drogi materiał jego płaszcza gniótł się w dłoniach.

— Wszystko w porządku — wyszeptał Mycroft, całując go w głowę i gładząc po włosach. — Będzie dobrze.

Greg nie miał pojęcia, jak młodszy mężczyzna mógł to wiedzieć. Był jednak również świadomy, że Mycroft nie był zwolennikiem powlekania cukrem, więc w głębi serca musiał w to uwierzyć. Z pewnością nie mówił tego tylko dlatego… Tak trudno było mu myśleć, skupić się. Jedynie, co mógł zrobić, to płakać, dopóki nie był zbyt zmęczony fizycznie, aby to robić. Próbował kontrolować swój oddech. W końcu usiadł nieco prościej. Nie chciał wiedzieć, jak wyglądał.

— Przepraszam — wychrypiał, pocierając twarz, zaniepokojony tym, że najprawdopodobniej nogi Mycroft były obolałe od tej pozycji.

— Nie bądź głupi, Gregory — powiedział cicho Mycroft, a na jego twarzy pojawił się najmniejszy uśmiech. Uniósł rękę i musnął policzek Grega, który pochylił się w stronę dotyku z drżącym westchnieniem. — Nie obudziła się?

— Nie — odpowiedział Greg po chwili, wzdychając i marszcząc brwi.

— Jej funkcje życiowe są jednak silne — kontynuował Mycroft. — To dobry znak. Gregory, pozwól, że zabiorę cię do domu.

— Nie mogę jej zostawić — zaprotestował, odwracając się i wpatrując w miejsce, w którym spała. — Muszę tu być, kiedy ona… Potrzebuje mnie. Nie mogę, Mycroft.

— Nie spałeś od prawie czterech dni — skomentował młodszy mężczyzna.

Greg zamrugał zdziwiony. Czy naprawdę minęły cztery dni. Chryste. To było dłużej niż myślał…

Nie mogę, Mycroft — powiedział Greg, przygryzając wargę i walcząc z kolejną falą łez.

Usłyszał westchnienie swojego partnera, ale Mycroft nic nie powiedział, by zaprotestować. Zamiast tego po prostu wstał i przeniósł krzesło tak, aby byli zwróceni do siebie w najlepszy możliwy sposób na tych małych krzesłach, po czym wziął Grega w ramiona.

Greg przywarł do niego, opierając się o jego klatkę piersiową, próbując się zrelaksować. Mycroft objął go ramionami i zaczęli powodu oddychać razem. Wdech i wydech. Czuł, jak drżał. To nie był jeszcze koniec, ale Mycroft był tu i po praz pierwszy przez cały dzień poczuł, że poradzi sobie z tym wszystkim.