Rozdział 269: Dzięki Bogu…

Minęły dwa tygodnie. Dwa tygodnie oczekiwania, bólu, strachu i troski. Teraz jednak najstarsza córka Grega, Elizabeth, została wypisana ze szpitala po wypadku autobusowych, w którym brała udział. Zajęło to kilka dni, zanim się obudziła, a kiedy to zrobiła, była to powolna i żmudna droga do wyzdrowienia… Jej funkcje życiowe skoczyły w przerażających kierunkach więcej niż raz, a Greg nigdy nie odczuwał większej paniki niż wtedy, gdy został zmuszony do opuszczenia pokoju, gdy pielęgniarki wpadły do pokoju, aby zająć się ostrą reakcją, która mogła… Był tak przerażony i zszokowany, że szczerze zapomniał.

Dopiero po jej przebudzeniu Greg został w końcu przekonany do opuszczenia szpitala i przespania się we własnym łóżku. Wspólnymi siłami Mycroft i Elizabeth prawie go stamtąd wyrzucili. Tej nocy wziął długi i gorący prysznic ze swoim partnerem, gdzie otrzymał powolny i czuły lodzik, i zasnął w wspierających ramionach Mycrofta. To był najlepszy sen, jaki miał od dłuższego czasu.

Teraz jednak ubrany w workowate, ale normalne, pomagał córce wsiąść na przywieziony wózek inwalidzki. Wciąż miała szwy i opatrunki na obrażeniach, których całkowite zagojenie zajmie tygodnie, ale była na tyle silna, że nie było wymagane stałe monitorowanie jej w szpitalu. Mycroft rozmawiał z lekarzem, omawiając wszystkie zasady jej wypisu i wypełniając wszystkie wymagane papiery, podczas gdy Greg został z Elizabeth.

— Mam to — westchnęła, próbując jedną ręką opuścić się na krzesło.

Greg nie ruszał się z miejsca, w którym trzymał ręce pod jej ramionami. Trzymając ją delikatnie, ale stabilnie wokół jej torsu.

— Liz, kochanie, po prostu pozwól mi sobie pomóc — powiedział cicho, poruszając ją i podtrzymując, aż pewnie usiadła na krześle.

Elizabeth była pod tym względem zbyt podobna do niego. Zawsze skupiała się na byciu niezależną i dbaniu o siebie, nie chcąc przejmować ciągłej pomocy od innych. Nie chcąc nikomu przeszkadzać… Protestowała wystarczająco dużo na temat tego, że Greg nie wracał do pracy na pełną ilość godzin przez co najmniej tydzień lub dwa w czasie, kiedy zabierali ją do domu, żeby móc być z nią.

— Zdajesz sobie sprawę, że jeśli będziesz taki cały czas w domu, będziemy się okropnie kłócić i to nie jest śmieszne — skomentowała, ale miała ogromny uśmiech na twarzy, który zdradzał napięcie.

Greg uśmiechnął się złośliwie, podnosząc torbę z jej rzeczami i zarzucając ją na ramię.

— Tak, cóż, po to tu jestem — skomentował, kiwając głową w stronę Mycrofta, który właśnie wszedł do pokoju.

Młodszy mężczyzna uniósł brwi i wsunął teczkę pod pachę.

— Nie będą cię przed nią chronić, Gregory — skomentował z uśmieszkiem, najwyraźniej wiedząc, o czym mówią.

Elizabeth zaczęła się lekko śmiać, co napełniło serce Grega radością Cóż za piękny dźwięk, a on tak się martwił, że nie będzie już w stanie go usłyszeć…

— Zgadza się, Abs zawsze będzie tą, która faktycznie staje po mojej stronie — drażnił się, dąsając się żartobliwie, zanim wyciągnął rękę i machnął palcami w kierunku Mycrofta. — Wezmę teczkę, jeśli chcesz prowadzić wózek inwalidzki.

Mycroft zanucił, po czym skinął głowa i podał wypis. Greg poprawił torbę na ramieniu i zerknął na niektóre papiery, zanim wsunął teczkę do torby. Mycroft obszedł wózek inwalidzki i położył dłonie na jego rączkach, po czym ruszyli.

Proces wsadzania Elizabeth do samochodu był powolny. Greg pomógł jej wstać i wejść do środka, podczas gdy Mycroft trzymał wózek nieruchomo. Wkrótce jednak byli w drodze do domu. Greg siedział na środku siedzenia, Elizabeth opierała się o niego z jednej strony, a Mycroft siedzący po drugiej jego stronie pisał na swoim telefonie. Cieszył się, że jego córka wracała z nimi do domu na czas jej rekonwalescencji. Jego była żona nie będzie często ich odwiedzała, pomimo tego że jej córka ją potrzebowała, co szczerze mówiąc trochę wkurzyło Grega, ale i tak była to lepsza opcja. Poza tym, według Mycrofta, Elizabeth i tak chciała z nimi zostać, chociaż nigdy nie powiedziała o tym Gregowi. Nie żeby nie kochała swojej matki, ale napięcie między nimi było wysokie od czasu rozwodu i zdrady…

— Cieszę się, że wracasz z nami do domu, Liz — wyszeptał, pocierając kciukiem jej ramię.

Uśmiechnęła się, obracając się nieco w jego uścisku (przynajmniej na tyle, na ile pozwalały jej obrażenia).

— Ja również, tato — odszepnęła, zamykając oczy i zapadając w półsen, kiedy jechali przez Londyn.