Rozdział 287: Pomoc w rzucaniu palenia
Greg był niespokojny. Kurwa, był taki zdenerwowany. To było o wiele trudniejsze, niż się na to przygotowywał. Żadna ilość plastrów nikotynowych nie mogła mu pomóc, gdy panikował, ale do cholery, był pełen sfrustrowanej energii i chciał cholernego papierosa. Dzień był stresujący, więcej niż jedna osoba zdecydowała się krzyczeć na niego za śmieszne rzeczy, Sherlock był jeszcze bardziej zgryźliwy niż zwykle (mimo że był jednym z powodów, dla których Greg przestał palić) i wszystko to zbiegło się przeciwko niemu na najstraszniejsze sposoby.
Siedział na balkonie wspólnego domu swojego i Mycrofta, zgarbiony na krześle z łokciami na kolanach. Wpatrywał się w krajobraz nocnego Londynu, słuchając dźwięków i czując, jak powiew wiatru przemyka mu po włosach. Przygryzł dolną wargę. Jego kolano podskakiwało ze stłumionej energii. Z roztargnieniem skubał krawędź jednego z plastrów, który wcześniej przykleił na ramieniu. Dało to jego palcom coś do roboty, coś co nie było trzymaniem papierosa, czego tak bardzo pragnął, że mógł wręcz krzyczeć.
Chciał się poddać. Chciał powiedzieć "pieprzyć wszystko" i zapalić jednego. Tylko jednego. Wiedział jednak, we wciąż racjonalnej części swojego umysłu, że nie będzie to tylko jeden. Zaczęłoby się od jednego, a potem sępił inne od oficerów z Yardu, a następnie byłaby to tylko jedna paczka, którą kupiłby w drodze do pracy…
Nie mógł zapalić tylko jednego.
To dlatego nadal się torturował.
Zapadając się na krześle, Greg jęknął i chwycił za włosy, biorąc głębokie wdechy, próbując uwolnić się od stresu z minionego dnia. Sherlock był po prostu Sherlockiem i naprawdę nie mógł oczekiwać niczego mniej, przynajmniej młodszy Holmes dokonał przełomu w sprawie. Na tym powinien się skupić. Pozwolił dłonią opaść, ale po chwili podniósł jedną do ust, gdzie zaczął przesuwać opuszkami palców tam i z powrotem po dolnej wardze. Westchnął.
— Widzę, że miałeś ciężki wieczór — rozległ się łagodny głos, który sprawił, że motylki zatrzepotały w brzuchu Grega.
Niemal natychmiast ogarnął go spokój. Wciąż był zachwycony tym. Żadna istota ludzka nigdy nie miała na niego takiego wpływu jak Mycroft. Odsunął rękę od ust, gdy zaczął żuć lekko opuszek palca. Spojrzał na swojego partnera z miękkim uśmiechem.
— Mogę tylko zgadywać, na ile szalonych sposobów możesz to stwierdzić — powiedział w odpowiedzi.
Mycroft spojrzał na niego ze współczuciem, przesuwając krzesło, aby usiąść obok niego. Ich kolana otarły się i Mycroft wyciągnął rękę, odgarniając zbłąkany lok z głowy starszego mężczyzny. Greg zamknął oczy i pochylił się bliżej, lekko wzdychając.
— Czas na przeorganizowanie myśli — powiedział Mycroft po chwili ciszy, wciąż przesuwając palcami włosy Grega. — Tak jak rozmawialiśmy.
— Łatwiej powiedzieć niż zrobić, nie mogę zbudować cholernego pałacu umysłu — prychnął Greg, marszcząc brwi i wpatrując się w niebo.
Starał się nie wyglądać na tak zgryźliwego dla Mycrofta, ponieważ młodszy mężczyzna nie zrobił niczego złego. Był po prostu rozdrażniony. Jedyną pociechą, jaką z tego czerpał, był fakt, że Mycroft zdawał sobie z tego sprawę. On również przez to przechodził, kiedy rzucał palenie.
— Nie potrzebujesz pałacu umysłu — zaśmiał się delikatnie Mycroft, potrząsając głową i uśmiechając się lekko. Greg zerknął na niego, skupiając się na tym uśmiechu. To również mu pomagało. — Nie sugeruję, żebyś stał się bardziej podobny do mojego brata, Gregory. Broń Boże.
Greg roześmiał się głośno. Prychnął, przeczesują włosy jedną ręką i opierając drugą o poręcz krzesła. Skrzyżował nogi, a krawędź jego stopy musnęła na moment kostkę Mycrofta.
— Dalej — ponaglił, machając do niego niejasno. — Posłuchajmy tego, co masz do powiedzenia.
— Obaj jesteśmy winni tego, że zabieramy ze sobą pracę do domu — powiedział Mycroft, również pochylając się. Greg praktycznie czuł jego oddech na policzku. Oblizał wargi, ponownie przygryzając z roztargnieniem dolną. — Musisz po prostu tego nie robić. I tak, zdaję sobie sprawę, że to nigdy nie jest takie proste. Ale właśnie dlatego dziś wieczorem nauczysz mnie, jak upiec ciasto czerwony aksamit.
Greg wyprostował się, mrugając ze zdziwieniem i gapiąc się na niego. Oczy Mycrofta błyszczały z rozbawienia.
— Co będę robić?
— Poinstruujesz mnie, jak upiec ciasta czerwony aksamit. Od samego początku. Chodź, kupiłem do domu wszystkie odpowiednie składniki.
Mycroft wstał, praktycznie ciągnąc za sobą wciąż zbitego z tropu Grega. Jednak nie minęło dużo czasu, gdy znaleźli się w kuchni, aby upiec ciasta, a starszy mężczyzna nawet nie zorientował się, kiedy to się stało. To, co zaczęło się jako uczenie nowej umiejętności (i chociaż raz był tym, który nauczał, cholera jasna) zmieniło się w śmiech, żarty i uroczo zdezorientowanego Mycrofta. Jeśli przekształcili to w zabawę i bałagan (i tak, lekkie intymne gesty) z lukrem nakładając go na twarz i szyję drugiego, to cóż… To tylko sprawiało, że nieoczekiwane doświadczenie było dziesięć razy bardziej genialne.
