Rozdział 288: Godzenie się

Uwagi: Alternatywa - Nastolatki

Sometimes I give myself the creeps.

Greg skupił się na tekście, mentalnie i fizycznie, aby utrzymać koncentracje.

Sometimes my mind plays tricks on me.

Zrezygnowałby z występu dziś wieczorem, gdyby nie to. Gdyby nie dano im tej okazji. Ten występ. To nie był normalny koncert. W tym tłumie były ważne osobistości.

It all keeps adding up, I think I'm cracking up.

Pot spływający mu po twarzy, Greg skupił się na planie. Na ich piosenkach, na występie (spraw, żeby Billie Joe był kurewsko dumny, Greg), na czym tylko mógł.

Am I just paranoid? Am I just stoned?

Zrobił to, starając się nie skupiać na swoim chłopaku stojącym w tłumie. Jego chłopak, którego nie wiedział od czterech dni. Jego chłopak, który stał tam, gdy Greg spakował rzeczy kilka nocy temu, gdy obaj byli w środku najgorszej kłótni jaką mieli, i nie zrobił nic poza uniesieniem brody, gdy wychodził z ich mieszkania.

Nie spodziewał się, że Mycroft rzeczywiście się pojawi. Młodszy nastolatek przychodził teraz na jego koncerty dość regularnie, po kilku pierwszych razach przekonał się do nich. Okazało się, że podobały mu się występy, nawet jeśli tłumy nie były czymś, do czego był przyzwyczajony. To wiele znaczyło dla Grega, gdy teraz prawie zawsze tam był. Ale po ich walce? Ważny koncert czy nie, Greg psychicznie przygotował się na nieobecność starszego z braci Holmes.

Nie mógł się rozproszyć. Musiał zignorować uścisk w klatce piersiowej i przytłaczającej chęci odrzucenia mikrofonu i zeskoczenia ze sceny. Nie był już zły. Tęsknił za Mycroftem. Chciał wrócił do domu. Chciał spać w tym samym łóżku co on.

Jednak pod koniec występu jego nadzieje legły w gruzach. Mycrofta nigdzie nie było. Gdy ostatnia piosenka dobiegła końca, Greg rozglądał się po tłumie w poszukiwaniu tej znajomej ciemno rudej głowy i nic. Jego serce zamarło. Cóż, to na tyle. Może zadzwoni do niego później…

Skupili się na spakowaniu sprzętu, kiedy było już po wszystkim, na wmieszaniu się w tłum i wypiciu kilku drinków. Właściwie rozmawiali ze poszukiwaczami gwiazd, którzy tam byli, a Greg użył na nich swojego uroku i uśmiechu, mimo że nie były one tak szczere jak zwykle. Jego koledzy z zespołu to widzieli. Na szczęście agencji wydawali się tego nie zauważać.

— Idę na papierosa — mruknął później do reszty zespołu, pokazując przez ramię kciukiem na drzwi, które prowadziły na tyły budynku. — Pomogę wynieść sprzęt, kiedy wrócę.

Wsunął ręce do kieszeni skórzanej kurtki, którą narzucił na siebie i wyszedł na zewnątrz, lekko drżąc, gdy chłodne powietrze uderzyło w skórę na karku, która wciąż była wilgotna od potu. Wyciągnął papierosa, przykrywając go dłonią, żeby go zapalić i zaciągnął się mocno. Westchnął, opierając się o ceglaną ścianę za sobą. Wpatrywał się w zachmurzone nocne niebo, kiedy z roztargnieniem bawił się kolczykiem w języku, który przekuł kilka miesięcy temu. Na pograniczu wzroku zobaczył ruch.

— Gregory — rozległ się cichy i spokojny głos Mycrofta.

Greg zamknął oczy i zaciągnął się jeszcze raz, zanim zaryzykował spojrzenie w jego kierunku. Jego serce waliło mu w piersi.

— Myślałem, że odszedłeś — zdołał powiedzieć, przełykając i strzepując popiół na zaśmieconą ziemię.

— Byłeś dziś bardzo dobry — powiedział Mycroft zamiast odpowiedzieć na ten komentarz.

Greg wzruszył ramionami.

— Chyba tak.

Strzepnął trochę popiołu na ziemię, nerwowo przygryzając dolną wargę. Teraz, kiedy tu byli, a Greg miał okazję, nie wiedział, co powiedzieć. Podanie się chęci podejścia i pocałowania Mycrofta nie wydawała się teraz taką łatwą opcją. Zmarszczył brwi. Przez kilka minut zapadła między nimi niezręczna cisza, aż…

— Tęsknię za tobą.

— Gregory, tęsknię za tobą.

Greg poderwał zaskoczony głowę, gdy obaj jednocześnie się odezwali. Czy Mycroft właśnie…? Zaśmiał się nerwowo, drapiąc się w tył głosy i odsuwając się od ściany. Rzucił papierosa i zgasił go obcasem swoich Chuck Taylors, po czym przeszedł przez alejkę do Mycrofta.

— Przepraszam — wyszeptał, unosząc dłoń i obejmując policzek Mycrofta.

Młodszy nastolatek pochylił się ku dotykowi i obdarzył go szczerym uśmiechem, od którego motyli pojawiły się w brzuchu Grega.

— Wracaj do domu, Gregory — powiedział Mycroft, odwracając głowę, by złożyć pocałunek na jego dłoni. — Mieszkanie… jest puste bez ciebie.

— Nie mogłem zasnąć bez ciebie obok mnie — mruknął Greg, podchodząc bliżej.

— Wracaj do domu — powtórzył Mycroft, przyciskając dłoni do piersi Grega, gdy odległość między nimi zniknęła całkowicie.

— Tak, z chęcią — szepnął Greg w usta Mycrofta, gdy się całowali.