Rozdział 289: Watykańskie kamee*

Dzień był ciężki. Bardziej wyczerpujący i denerwujący niż cokolwiek innego. Fakt, że ci mężczyźni myśleli, że mogą wejść do jego domu, do jego gabinetu i przyłożyć mu broń do głowy, był niemal śmiechu warty. Może powinien być trochę bardziej zaniepokojony niż był, ale tak naprawdę, czy ci ludzie sądzili, że mają jakiś realny plan? Mieli do czynienia z Mycroftem Holmesem.

Odsiecz była już w drodze. Nieważne, że miał co najmniej trzech ludzi pod ręką, w zasięgu wzroku, ale przez cały czas niewidzialnych. Jedynym powodem, dla którego ci intruzi nadal stali było to, że Mycroft również wydobywał od nich informacje. Zawsze było wielce zabawne, jak ludzie wiele wyjawiają, gdy myślą, że wygrali. Wyraźnie nie widzieli, z kim mają do czynienia, skoro byli tak zarozumiali.

— Dość przeciągania! — Jeden z mężczyzn warknął, wymachując pistoletem, z tak grubiańskim akcentem, że było to aż śmieszne. Mycroft przyjrzał mu się z chłodem. — Z tą zabawą na czas. Z pewnością przeciąga to. Skończmy w końcu z tym.

Mycroft uniósł brwi i rozchylił usta, gdy przygotowywał się do mówienia, kiedy po drugiej stronie domu rozległ się hałas, który faktycznie spowodował, że zamarł z niepokoju. Cholera. Ktokolwiek kierował obecnie jego ochroną, najprawdopodobniej zostanie zwolniony.

Gregory właśnie wszedł przez drzwi.

Najwyraźniej dzisiaj był ten jedyny dzień, w którym los się odwrócił i postanowił pozwolić partnerowi wyjść wcześniej z pracy. Nie powinien być w domu przez kolejne cztery godzinny. Do tego czasu wszystko zostałoby posprzątane i nie byłoby śladu wtargnięcia, ale teraz… Mycroft musiał improwizować. Dobrze, że zawsze był przygotowany do czegoś takiego.

— Kto to jest? — zapytał inny mężczyzna, przyciskając chłodną lufę pistoletu płasko do tyłu głowy Mycrofta. To sprawiło, że zadrżał, bardziej od metalu niż ze strachu.

— To jest inspektor Gregory Lestrade — odpowiedział szczerze. Nastał ruch i kliknięcie. — Na litość Boską, on jest moim partnerem.

Musiał ugryźć się w język, żeby nie nazwać mężczyzn głupcami. Automatycznie założyli, że Gregory został wezwany oficjalnie i byli gotowi go zastrzelić. Gdyby nie było to przeciwko niemu, przewróciłby oczami z irytacją. Patrzył, jak jeden z mężczyzn kroczył przez pokój, przyciskając się do ściany obok drzwi gotowy do akcji.

— Jeśli tu wejdzie, to zginie — ostrzegł stojący za nim mężczyzna.

Mycroft nie wątpił w to. Musiał trzymać Gregory'ego z daleka, a przynajmniej… jakoś go ostrzec.

— Myc? — Usłyszał wołanie starszego mężczyzny.

Mycroft wyprostował się i wciągnął powietrze. Pistolet wbił mu się mocniej w głowę.

— Dasz mu jakiś znak, a oboje zginiecie — zagroził mężczyzna, który z pewnością był tępy. Jakby Mycroft jeszcze nie był tego świadomy. Było to męczące.

— W moim gabinecie, Gregory — zawołał spokojnie, jakby to był normalna noc. — Jestem w trakcie telekonferencji z Watykanem. Przez chwilę będę niedostępny.

Zapadła cisza. Mycroft miał nadzieję, że Gregory zaczynał już orientować się w sytuacji. Umawiał się z mądrym mężczyzną. Miał pewność, że dość szybko to rozgryzie.

— Watykan? — zapytał Gregory, będąc nieco bliżej.

Mężczyźni w pokoju napięli się, jakby gotowi do irracjonalnego działania. Mycroft zwalczył chęć zesztywnienia na krześle.

— Rzeczywiście — potwierdził zamiast tego, słuchając nieco zdezorientowanego i nieufnego dźwięku głosu swojego partnera. Idealnie. Wiedział. — Pamiętasz naszą rozmowę z zeszłego tygodnia o negocjacjach? Sherlock przerwał nam, chociaż John był bardzo zainteresowany naszą dyskusją.

— Tak, pamiętam — odpowiedział bez wahania starszy mężczyzna. Mycroft uśmiechnął się wewnętrznie. Wiedział. — Czy chcesz może herbaty?

— Nie, dziękuję najdroższy, właśnie skończyłem filiżankę. Nie sprzeciwiłbym się jednak jakieś brandy, kiedy skończę.

— Załatwione — powiedział Gregory i było słychać jego oddalające się kroki.

Mężczyźni w pokoju zaczęli się odprężać, skupiając się z powrotem na Mycroftcie i jego laptopie. Do którego, oczywiście, jeszcze się nie włamali.

— No dobrze — powiedział przywódca, robiąc krok w tył, żeby przysunąć do siebie laptopa. — Hasło.

Zdążył zrobić tylko to. W chwili, gdy drzwi gabinetu otworzyły się, Mycroft zareagował. Obrócił się na krześle zbyt szybko, aby mężczyzna obok niego mógł odpowiednio zareagować, chwytając jego grube nadgarstki i wykręcając je, powodując, że napastnik krzyknął z bólu, gdy upuścił broń. Gregory zderzył się z mężczyzną stojącym przy drzwiach, obaj padli na ziemię. Rozległy się krzyki i odgłosy walki, a potem dwa stłumione strzały, a pociski wpadły przez okno. To był jego snajper.

Intruzi padli na podłogę, wszyscy z wyjątkiem jednego martwego. Przywódca został śmiertelnie ranny, ale żywy, co było idealne, by wydobyć od niego ostatnią część informacji, jakiej potrzebowali. Mycroft wygładził garnitur z westchnieniem, obserwując, jak Gregory wstaje i biegnie przez pokój.

— Nic ci nie jest? — zapytał natychmiast, unosząc ręce obejmując policzki Mycrofta, sprawdzając, czy nie miał obrażeń.

Spojrzenie młodszego mężczyzny złagodniało i zaśmiał się delikatnie.

— Nic mi nie jest, Gregory, dziękuję.

— Jak długo tu byli?

— Przypuszczam, że od około godziny. To było dość żmudne.

Gregory zaśmiał się nerwowo, po czym uniósł się na palcach, by pocałować z uczuciem Mycrofta. Objęli się, a Mycroft przeczesał palcami srebrzyste włosy Gregory'ego.

— Byłeś idealny, mój drogi — skomplementował.

— Watykańskie kamee, czyż nie? — zapytał Gregory. Mycroft odpowiedział mu kolejnym pocałunkiem.

— Jak powiedziałem — szepnął mu w usta. — Idealny.

*Watykańskie kamee to wyrażenie używane w Sherlocku BBC, gdy Sherlock ma zamiar otworzyć sejf Irene Adler. W Internecie znalazłam informacje, że fraza ta powstała podczas II wojny światowej. Została użyta, gdy osoba niemilitarna weszła uzbrojona do brytyjskiej bazy wojskowej. To zdanie było sygnałem dla wszystkich, by schodzili z linii ognia, jednak nie jestem pewna, czy to prawda.