Rozdział 293: Wspólna zabawa
Kiedy Greg po raz pierwszy zobaczył gitarę akustyczną stojącą za ladą w sklepie muzycznym, który on i Mycroft odwiedzili w swój wolny dzień, od razu się zakochał. Mógł z łatwością spędzić godzinę po prostu stojąc i gapiąc się na nią, ku rozbawieniu swojego partnera.
— Myc, to Martin D45 — powtarzał, jakby to wszystko wyjaśniało.
Tak właśnie było. To było wszystko, co musiał powiedzieć. To była jedna z najlepszych gitar akustycznych na świecie, jedna z najdroższych i do cholery, zawsze chciał ją mieć.
Może trochę rozczulał się nad nią. Pozwolono mu na to. Była piękna i nigdy nie będzie jego, ale to był moment, gdy był kiedykolwiek tak blisko jednej i będzie cenił tę chwilę, jak tylko mógł. Bardzo chciał na niej zagrać, ale nie miał odwagi o to poprosić. Gitara taka jak ta, nie była dawana do próbnej gry, chyba że od razu wyłożyłbyś za nią gotówkę.
Wracał przynajmniej raz w tygodniu, kiedy pozwalał mu na to jego harmonogram, więc mógł jeszcze bardziej ją podziwiać. Związał się ze starszym sprzedawcą, który zwykle tam pracował, a który miał tak wiele wspaniałych historii ze swojej przeszłości i szalonych przygód ze sławnymi muzykami. Był niesamowity. Kiedy był wolny, grali razem. Greg świetnie się bawił. Nie bawił się tak dobrze związku z muzyką, odkąd miał 20 lat, i to sprawiło, że znów poczuł się trochę młodszy.
Pewnego dnia wszedł do sklepu i Martina już nie było. Serce mu zamarło, a stary sprzedawca uśmiechnął się do niego współczująco, pochylając się nad ladą.
— Tak, właściwie została kupiona wcześniej tego ranka — poinformował Grega, który westchnął.
— Dopóki ma dobry dom… — Uśmiechnął się smutno. Sprzedawca skinął głową.
— Mam przeczucie, że ma.
Tej nocy Greg udał się lekko przybity do domu. Oczywiście nie powinien się spodziewać, że gitara będzie tam na zawsze, nawet ze swoją ceną. Oczekiwał jednak, że potrwa to trochę dłużej, zanim zostanie sprzedana. No cóż. Wszedł do środka, myśląc o spędzeniu wieczoru z Mycroftem, przy miłej kolacji, kubku herbaty i może przy filmie. To podniosłoby go na duchu.
W kuchni odnalazł swojego partnera, który już przygotowywał herbatę. Młodszy mężczyzna obdarzył go delikatnym uśmiechem.
— Witaj w domu — przywitał go Mycroft, podchodząc i obejmując jego policzek. Pochylił się, by go delikatnie pocałować. Greg zanucił do pocałunku, od razu czując się lepiej.
— Martin zniknął — wspomniał, gdy popijał herbatę.
— Och? — zapytał Mycroft, unosząc z zainteresowaniem brwi.
— Tak… Sklepikarz powiedział, że trafiła do dobrego domu, więc myślę, że nie mogę być zbyt rozczarowany.
Mycroft tylko skinął głową, wracając do picia swojej herbaty bez komentarza.
Gdy skończyli, młodszy mężczyzna wstał i sięgnął po dłoń Grega.
— Chodź ze mną — ponaglił, ściskając rękę Grega, gdy ich palce splotły się ze sobą.
Przeszli do salonu, minęli kanapę i skierowali się w róg pokoju. Zdezorientowany Greg wpatrywał się w plecy swojego partnera, dopóki nie zatrzymali się, a Mycroft odsunął się na bok…
Greg poczuł, jak jego serce zatrzymało mu się w piersi. Tam był. Martin D45 delikatnie opierał się o ścianę i był… Czy był jego?
— M… Myc? — zapytał bez tchu.
— Tak, Gregory.
Mycroft skinął głową, odpowiadając na niewypowiedziane pytanie. Minęło kilka chwil, zanim Greg się poruszył, zanim powoli zrobił krok do przodu, kucając i podnosząc instrument, trzymając go blisko siebie. Przesunął opuszkami palców po strunach i stanął przyglądając się gitarze niemal z szacunkiem. Usta rozchyliły mu się w zachwycie i powrócił do teraźniejszości dopiero, gdy przemówił jego partner.
— Pomyślałem, że możemy zagrać razem? — zapytał Mycroft, a głowa Grega podskoczyła ze zdziwieniem.
— Ty ze mną? — zapytał, wgapiając się w niego. Mycroft tylko skinął głową.
— Tak — przytaknął, odchodząc kilka kroków, siadając przy pianinie, które nie przyciągało wystarczającej uwagi. Podniósł obudowę, jego smukłe palce przesunęły się po klawiszach, a Greg uśmiechnął się łagodnie, w taki sam sposób jak Mycroft w niektórych sprawach.
Potem młodszy mężczyzna nacisnął kilka klawiszy. Greg siedział i patrzył na niego, prawie zapominając, co trzymał w dłoniach. Melodia… brzmiała znajomo. Greg zacisnął usta, próbując ją rozpoznać. Po krótkiej przerwie melodia przyspieszyła, a palce Mycrofta zaczęły pędzić po klawiszach z szaloną prędkością i wtedy dotarło do niego.
Jego partner grał Muse.
Kiedy, do cholery, nauczył się grać Muse?
Greg potrzebował jednak tylko kolejnej zwrotki, aby dojść do siebie. Spojrzał w dół i zaczął grać na gitarze, wpadając w serię nut, które znał aż za dobrze. Zamknął oczy, gdy pozwolił, by muzyka, którą grali, przejęła kontrolę i przygryzł dolną wargę, biorąc głęboki oddech.
— H8 is the one for me, It gives me all I need, and helps me coexist, With the chill — zaśpiewał cicho, tylko częściowo świadomy tego, że Mycroft obserwował go, gdy grał melodię na fortepianie tak bezbłędnie, że można było pomyśleć, że grał ją przez lata.
Dopiero po tym, jak obaj przestali grać, Greg otworzył oczy i spojrzał na młodszego mężczyznę, który się do niego uśmiechał.
— Kiedy nauczyłeś się Space Dementia? — zapytał miękkim głosem.
— Kiedy zdecydowałem kupić dla ciebie Martina — wyjaśnił Mycroft, zamykając obudowę, wstając. — To była piosenka, którą często grałeś w sklepie muzycznym, a z moimi umiejętnościami gry na pianinie miało to sens.
— Kupiłeś mi Martina — powiedział Greg, ponownie wpatrując się w piękną gitarę w swoich rękach. Powoli odłożył ją, przełykając, gdy wstawał.
— Tak — przytaknął Mycroft.
Greg podszedł do niego, szybko zmniejszając dystans i łapiąc go za kamizelkę, przyciągając go do siebie i miażdżąc ich usta. Mycroft wydał z siebie odgłos zaskoczenie, po czym odwzajemnił namiętnie pocałunek.
— Boże Mycroft, — westchnął Greg przy jego wargach. — Nie mogę nawet zacząć wyrażać… ja tylko… do cholery.
— Wiem. — Mycroft uśmiechnął się.
— Zabieram cię teraz do łóżka.
— Wiem — powtórzył Mycroft, uśmiechając się bardziej złośliwiej.
