Rozdział 300: Chciwość się opłaca
Uwagi: Alternatywa - Nastolatki
— Sherlock — syknął Mycroft, sapiąc z irytacji.
Luźno skrzyżował ramiona, starając się zignorować wyzywający, a jednocześnie tak bardzo… nadąsany wyraz twarzy swojego młodszego brata. Dąsanie się było tak naprawdę jedynym określeniem na minę dziewięciolatka. Mimo to potrząsnął głową, co tylko sprawiło, że młodszy chłopiec Holmes tupnął nogą.
— Och, daj spokój, Mycroft, nikogo z nich nie będzie to obchodziło — powiedział Sherlock, marszcząc brwi i lekko przesuwając ciężar ciała z nogi na nogę. Torba w jego dłoni zagrzechotała, gdy jej zawartość przesuwała się wraz z ruchem. — Jeśli w ogóle to zauważą. Wielokrotnie mówiłeś, jak mało spostrzegawczy są zwykli ludzie.
— To nie jest wymówka, aby być chciwym, Sherlocku — stwierdził Mycroft.
— Ale chcę więcej cukierków — podkreślił jego młodszy brat.
Mycroft uszczypnął nasadę nosa.
— Podobnie, jak wszystkie inne dzieci tutaj, które bawią się w cukierek albo psikus. Wciąż jestem zdumiony, że również chciałeś to zrobić — westchnął, ponieważ został mu przydzielony obowiązek zabrania Sherlocka do okolicznych dzielnic, by mógł zbierać słodycze na Halloween.
W jakiś sposób w tym roku zafascynował się tym świętem, gdy jednocześnie nie był w najmniejszym stopniu zainteresowany nim w poprzednich latach. Teraz jego młodszy brat w stroju pirata nie tylko nalegał na zatrzymanie się na jak największej liczbie ulic, ale także próbował odwiedzić je po raz drugi. To był absurd.
— Minęły dwie godziny, a dorośli nie zwracają tyle uwagi, by zapamiętać moją twarz, żeby zdać sobie sprawę, że już dali mi cukierki — wytknął Sherlock. — Poza tym większość innych dzieci dostała to, co chciała, bo nie mają aspiracji.
— Czy to nie oznaczałoby, że twoje drugie okrążenie byłoby bezcelowe? — zapytał Mycroft, uciekając się do innej formy logiki. To zawsze ostatecznie działało. Cóż, przez większość czasu. — Biorąc pod uwagę wszystkie inne dzieci, które chodziły po okolicy, uważam, że wszystkie domy, w których wciąż są cukierki, należą one do mniej pożądanych słodyczy. Do takich, które i tak będziesz wyszydzać i próbować nakłonić mnie do ich spożycia. Dlaczego nie zaoszczędzisz nam obu przyzwoitej ilości czasu i nie zakończysz tego teraz?
Sherlock zdawał się to rozważać, a Mycroft poczuł, jak zalewa go mała fala zwycięstwa. I tak był dość zmęczony włóczeniem się w ten sposób. Jego zwycięstwo było jednak krótkotrwałe, ponieważ oczy jego brata wkrótce zaczęły się mrużyć w sposób, który jak wiedział, oznaczał, że nie całkiem mu to uszło na sucho.
Posiadanie brata prawie tak inteligentne jak on miało swoje wady.
— Twoja logika byłaby rozsądna, gdybyśmy byli w innym miejscu — Sherlock rzucił mu wyzwanie, mówiąc zbyt wyrafinowanie jak na swój wiek. Tak przynajmniej twierdzili inni. Mycroft prawie się z tym zgadzał. — Jednak te dzielnice są pełne dzieci, co oznacza, że ci, którzy rozdają cukierki, upewnili się, że mają do dyspozycji znaczną ich ilość. Dla tych plebejuszy nie ma nic gorszego niż rozczarowanie grupy uroczych dzieci w kostiumach przez brak słodyczy. Ponadto, ponieważ jesteśmy w obszarze zamożniejszym niż przeciętne dzielnice, jest to znacznie bardziej prawdopodobne, ponieważ wszyscy mają pieniądze do beztroskiego wydawania. Zrobię jeszcze jedno okrążenie. Możesz iść do domu, jeśli chcesz, chociaż wierzę, że mamusia będzie na ciebie zła, jeśli się na to zdecydujesz.
Mycroft zamarł na chwilę, słysząc, jak Sherlock wypowiada słowo "plebejusze" To byłby pierwszy raz, kiedy go użył. Niestety, przywołał wiele dobrych punktów, używając logiki równie rozsądnej jak jego własna. Mycroft nie wyraziłby tego na głos, jednak wiedział, że jego brat miał całkowitą rację w swojej analizie. Dlatego z westchnieniem pełnym irytacji machnął ręką w kierunku ulicy, ponownie kręcąc głową, gdy Sherlock ruszył chodnikiem.
Rzeczywiście, nikt nie mrugnął okiem, kiedy Sherlock podszedł ponownie do drzwi i zrobił niezłe przedstawienie. Dzień, w których udoskonali swój fałszywy uśmiech, będzie dniem, w którym Mycroft wiedział, że każdy dorosły w pobliżu będzie miał kłopoty, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. To było bardzo zabawne, jeśli miał być szczery. Powinien jednak wiedzieć, że w końcu ktoś się domyśli.
— Poczekaj — powiedział nastolatek (kilka lat starszy od Mycrofta), rzucając Sherlockowi krzywe spojrzenie, mimo że uśmiechał się z rozbawieniem. — Byłeś tu już wcześniej, mały wężu.
— To nie ma znaczenia — skomentował Sherlock, podnosząc swoją torbę, uśmiechając się.
Nastolatek prychnął. Mycroft spodziewał się, że ta akcja go zaskoczy, ale zamiast tego był po prostu rozbawiony. Ciekawe.
— Przepraszam, potrafi być dość uparty, kiedy już coś postanowi — odezwał się, decydując się na interwencję, mając nadzieję, że zaciągnie Sherlocka do domu.
Nastolatek skupił się na nim. Jego ciemnobrązowe oczy rozbłysły w dziwny sposób. Przeczesał dłonią swoje ciemne włosy i wzruszył ramionami.
— Jakbym zwracał na to uwagę — skomentował szczerze. — Mały koleżka może mieć resztę. Ostatnią rzeczą, jaką potrzebuję, jest więcej cukierków wokół mnie, aby wystawiały mnie na próbę.
Mycroft był zafascynowany. Ten chłopiec nie wydawał się pochodzić ze szczególnie zamożnej rodziny, ani nie wydawał się dobrze czuć w tym sąsiedztwie. Najprawdopodobniej niedawno się wprowadził. Historia, która się za tym kryła, mogła być interesująca.
— Nazywam się Greg Lestrade — powiedział nastolatek, wciąż wpatrując się w Mycrofta sposób, który sprawił, że jego żołądek zacisnął się, a policzki zrobiły się gorące.
— Sherlock Holmes — odezwał się Sherlock po tym, jak Mycroft nie odpowiedział od razu. — To jest Mycroft.
— Brat? — zapytał Greg Lestrade, spoglądając z powrotem na Sherlocka.
— Zgadza się — mruknął. — Teraz cukierki.
— Sherlock, przynajmniej powiedz proszę i udawaj uprzejmego — skarcił go Mycroft.
— W porządku — warknął Sherlock. — Proszę?
— Jasne — roześmiał się Lestrade, praktycznie rzucając resztę słodyczy do torby Sherlocka. Młodszy Holmes natychmiast stracił zainteresowanie i odwrócił się. Mycroft skinął głową w uznaniu i uśmiechnął się, chcąc odejść, kiedy… — Poczekaj.
Mycroft odwrócił się, z ciekawością unosząc brwi, gdy przez chwilę patrzył, jak starszy nastolatek pochylił się, znikając górną częścią ciała w domu. Ostentacyjnie nie patrzył na jego tyłek. Niezależnie jak kuszący był. Nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. Kiedy Greg wyprostował się, trzymał kartkę papieru.
— Dla ciebie — powiedział, wyciągając ją w jego stronę. Mycroft zamrugał, zanim wziął kartkę.
— Co to… — zaczął, przerywając, gdy zdał sobie sprawę, że zapisano na niej numer telefonu. Zamrugał zdziwiony, a jego policzki znowu zapłonęły.
— Zadzwoń albo napisz? Nie jestem wybredny w żaden sposób. Może moglibyśmy… napić się kawy czy coś w tym stylu. — Greg Lestrade wzruszył ramionami.
— Ja, um — wyjąkał Mycroft, całkowicie zaskoczony.
Czy ten chłopak zapraszał go na randkę? Nawet się nie znali. Nie żeby oferta było… niepożądana. Ta myśl niemal zaintrygowała Mycrofta bardziej niż samo zaproszenie. Prawie nie przejmował się tymi rzeczami, w przeciwieństwie do wszystkich innych osób w jego grupie wiekowej, i ani razu nie okazywał więcej niż chwilowego zainteresowania którąkolwiek z nich., ale…
— Mycroft, chodźmy — zawołał za nim Sherlock. Mycroft podskoczył, wyrwany z transu.
— Tak, muszę… Dziękuję za poprawienie mu humoru — powiedział, zdobywając się na lekki uśmiech.
— Myślę, że będzie warto. — Greg uśmiechnął się. Mycroft otworzył szeroko oczy, a usta rozchyliły się w szoku. — Mam to na myśli. Zadzwoń.
Mycroft nadal wpatrywał się w numer telefony, ledwo słysząc, o czym Sherlock mówił. Upewnił się, że wyda wszystkie odpowiednie odgłosy w odpowiedzi, wystarczająco dużo, by przejść przez rozmowę bez zbytniego koncentrowania się na niej. Kiedy dotarli do domu, Sherlock wpadł do środka ze swoim łupem, a Mycroft podjął decyzję. Może wysłanie smsa do Grega Lestrade'a nie byłoby takim złym pomysłem.
