Rozdział 302: Jarmark Halloweenowy

— Jest wiele innych, bardziej produktywnych rzeczy, które moglibyśmy zrobić tego wieczoru — powiedział cicho Mycroft, pochylając się blisko do Grega, starając się unikać ocierania się o niego innych ludzi.

Zaskoczony Greg, zwrócił na niego swoje rozbawione spojrzenie.

— Czy tak jest? — zapytał, już wiedząc, dokąd zmierzała ta rozmowa.

To nie był pierwszy raz, kiedy o tym rozmawiali dzisiejszego dnia, ale wynik był taki sam niezależnie od wszystkiego.

— Oczywiście — westchnął Mycroft, jego spojrzenie bladych oczu przesunęło się w bok i zacisnął usta słysząc, co Greg musiał przyznać, było najbardziej wstrętnym śmiechem, jaki słyszał od jakiegoś czasu.

Miał dobrze przeczucie, że właśnie przez to Mycroft tak bardzo protestował, bardziej niż robił to przy innych rzeczach tego typu.

— Być może, ale spójrzcie na niego — powiedział po chwili Greg, wskazując miejsce przed nimi, gdzie ich pięcioletni syn grał w coś w rodzaju rzucaniu pierścieniami do dyń.

Oliver z dumą nosił ubiór policjanta, który upierał się założyć na tegoroczne Halloween. Powiedział, że chce być jak tatuś, a Greg nawet teraz nie mógł przestać się szeroko uśmiechać z tego powodu. Chłopiec podskakiwał lekko, rzucając pierścieniami, śmiejąc się, gdy lądowały. Odwrócił się, żeby upewnić się, że jego ojcowie patrzą.

— Nie mogłeś odmówić tej proszącej minie — kontynuował Greg, uśmiechając się złośliwie, patrząc na swojego męża. — Przyznaj się.

— To dlatego, że ma twój uśmiech — mruknął Mycroft, a uśmiech Grega stał się szerszy. — Boże, dopomóż mi.

— Tak, masz przerąbane — zaśmiał się radośnie. Delikatnie szturchnął Mycrofta łokciem, lekko go popychając. — Wezmę trochę gorącego cydru, zaraz wracam.

Wspiął się na palce, by złożyć szybki pocałunek na policzku Mycrofta. Włożył ręce do kieszeni i odwrócił się. Po drodze mijał liczne gry i stragany; mecz koszykówki, kret z potworkami, budka do malowania twarzy… Kiedy Greg dowiedział się o organizowanym jarmarku o tematyce Halloween, pomyślał, że to świetna okazja dla Olivera. Oczywiście zabrali go na tournee po domach w celu uzyskania cukierków, ale to był pierwszy raz od narodzin ich syna, kiedy coś takiego zostało utworzone. Jasne, było mnóstwo jarmarków i karnawałów, na niektóre mogli go zabrać, na inne nie, ale Greg zawsze pamiętał szczególne uczucie związane z tymi świątecznymi.

W końcu dotarł do stoiska koncesyjnego, gdzie stał w kolejce krócej, niż się spodziewał. Uzbrojony w trzy cydry upchnięte w kartonowym pojemniku na napoje, ostrożnie wrócił do swojej rodzinny. Musiał ostrożnie podnieść napoje w górę, aby uniknąć mumii i Supermana, którzy przemknęli obok niego, a za nimi przepraszająca i wyczerpana matka.

— Coś przegapiłem? — zapytał głośno, ogłaszając swój powrót, gdy podszedł do Mycrofta i Olivera.

Mycroft uśmiechnął się, pomagając mu uwolnić się od niektórych napojów, podczas gdy Oliver podskoczył i podniósł dużego, pluszowego kota.

— Wygrałem! — oznajmił dumnie, uśmiechając się do Grega ponad kotem.

— Dobra robota Oli! — pochwalił Greg, biorąc mały kubek z pojemnika, który teraz trzymał Mycroft, klękając. — Może wezmę go na chwilę, żebyś mógł napić się pysznego cydru?

— Dobra — zgodził się Oliver, podając mu kota.

Greg ostrożnie podał mu kubek, trzymając dłoń w pobliżu, gdy chłopiec popijał napój, mrucząc z przyjemności. Greg zaśmiał się. Ich syn był pełen energii przez cały czas.

— Jestem taki dumny. Nigdy wcześniej nie wygrałem w rzucie pierścieniami w dynie — powiedział Greg po kilku chwilach.

Oliver jedną ręką odsunął nieco za dużą policyjną czapkę z oczu, po czym zaśmiał się cicho.

— Papa pomógł.

— Och, naprawdę? — zapytał Greg, unosząc brew, gdy odwrócił się, by spojrzeć na męża.

Mycroft tylko sączył własny cydr.

— Być może udzieliłem kilku wskazówek — przyznał w końcu.

Mycroft — drażnił się Greg. — Nauczasz naszego syna oszukiwać na jarmarku.

— Trudno to nazwać oszustwem — sprzeciwił się Mycroft. — To było jedynie wykorzystanie fizyki i rozmiaru dla własnej korzyści.

— Jasne — prychnął Greg.

Czule postukał w daszek czapki Olivera i wstał, chrząkając, gdy zaprotestowały jego kolana. Wsunął pluszowego kota pod pachę, wiedział, że i tak będzie go nosił przez resztę wieczoru.

— Dokąd teraz, Oli? — zapytał, biorąc od dziecka prawie pusty kubek.

— Malowanie twarzy! — oznajmił triumfalnie.

— W takim razie malowanie twarzy. — Greg skinął głową i ruszyli w stronę właściwego stosika. — Może uda nam się namówić papę do pomalowania twarzy.

— Gregory, nie bądź absurdalny… — zaczął Mycroft.

— Tak, papo! — przerwał mu Oliver. — Ty i ja! Proszę?

Greg przygryzł wargę, żeby powstrzymać się od śmiechu, wiedząc, że Oliver w tym momencie wygrał. Jego przeczucie umocniło się, gdy stanął z boku, patrząc, jak Mycroft niechętnie usiadł na drewnianej ławce obok ich syna. Mógłby nawet zrobić zdjęcie i wysłać je Johnowi. Może to zrobił.