Rozdział 329: Przyjęcie świąteczne u Molly

— Nadal nie rozumiem, jak udaje ci się mnie przekonać do tych rzeczy — mruknął Mycroft z westchnieniem, przyglądając się w lustrze i przechylając cylinder, który z niechęcią umieścił na głowie.

Zacisnął usta, zanim spojrzał w bok, gdzie Gregory zapinał marynarkę. Miał na sobie frak, co Mycroft bardzo sobie cenił. To był jedyny plus tego przedsięwzięcia.

— Bo byłoby niegrzecznie tego nie zrobić — odparł Gregory, unosząc brodę, by poprawić czarną muszkę.

Zdjął z komody melonik i kilka razy obrócił go w dłoniach, zanim go założył.

— Ciężko mi to zaakceptować — zauważył Mycroft, desperacko pragnąc wydostać się z tego okropnego wydarzenia.

— Tak, cóż, nie idę sam. — Greg uśmiechnął się, krzyżując ramiona. — Wiem na pewno, że John zmusił Sherlocka do przyjścia, a twój brat jest wrzodem na moim tyłku, kiedy chce być gdzieś indziej. Sam tego nie zniosę.

— Mmm, tak, ponieważ moja obecność zawsze ogromnie łagodziła postawę Sherlocka — powiedział Mycroft głosem ociekającym sarkazmem.

Gregory tylko roześmiał się, ciągnąc go za łokieć, kiedy wychodzili z łazienki.

— Wyjaśnij mi, dlaczego potrzebujemy tych strojów — poprosił młodszy mężczyzna, gdy już wsiedli do samochodu i jechali ulicami Londynu. Nie żeby nie wiedział, po prostu nie wiedział sensu tego.

— Bo to tematyczna impreza świąteczna — powiedział Gregory, dramatycznie gestykulując rękami.

— To jest niedorzeczne.

— Daj spokój, kochanie, to pierwsza impreza Molly w jej nowym mieszkaniu — powiedział Gregory, przechylając delikatnie głowę, wpatrując się w Mycrofta.

Mycroft spojrzał na niego, pozwalając sobie zatracić się w tych ciemnobrązowych oczach na kilka chwil, po czym westchnął.

— Nadal uważam, że trend wiktoriańskich przyjęć bożonarodzeniowych jest bezsensowny i stanowi jedynie niedorzeczną wymówkę, by przebierać się w ubrania, które normalni ludzie uważają za fantazyjne i przestarzałe, ale niewystarczająco dobre, by nosić je tylko w Halloween. Większość z nich i tak jest okropnie niedokładna.

— Właśnie z tego powodu, kochanie. — Greg uśmiechnął się. — To nie jest dla ciebie atrakcyjne, ponieważ ubierasz się tak elegancko każdego dnia.

Mycroft uniósł brwi i uśmiechnął się, kręcąc głową na ton, jaki przyjął jego partner. Jeśli ten wieczór nie przyniesie niczego dobrego, to przynajmniej był warte tego, że zobaczył Gregory'ego tak ubranego. Rzadko zdarzało się, że starszy mężczyzna był tak wystrojony, gdy posiadał nie więcej niż dwa garnitury (w porównaniu z niezliczoną ilością, jaką miał w swoim posiadaniu Mycroft). Frak szczególnie mu odpowiadał i szkoda, że inni ludzie również to dostrzegą. Gdyby byli w zaciszu swojego domu, Mycroft chętnie skorzystałby z okazji… Może później.

Kiedy jednak dotarli do mieszkania Molly, Mycroft niemal natychmiast zdał sobie sprawę, że cierpienie z powodu przyjęcia byłoby więcej niż tego warte. Znaleźli Sherlocka i doktora Watsona niemal natychmiast, a Mycroft musiał ukradkowo zakryć usta dłonią, żeby nie roześmiać się głośno. Choć zrobił to umiejętnie, nie uratowało go to od surowego spojrzenia, które posłał mu młodszy brat.

— Mój Boże, Sherlock, cylinder ci pasuje — zauważył, a jego głos wciąż drżał od powstrzymywanego śmiechu.

Usłyszał obok siebie, jak Gregory parsknął, choć najprawdopodobniej było to w równym spotniu spowodowane jego słowami jak i wyglądem mężczyzn przed nimi.

— Niezłe „wąsy", John — zaśmiał się Gregory.

John wzruszył ramionami, uśmiechając się.

— To była część umowy — zaczął wyjaśniać, ale został uciszony, ponieważ Sherlock nie tak dyskretnie szturchnął go łokciem i zakaszlał.

Gregory wyglądał na zszokowanego. Mycroft tylko zanucił na potwierdzenie.

— Ani słowa — warknął Sherlock, wskazując ostro na Mycrofta, po czym odwrócił się na piecie i odszedł.

Niemal natychmiast został przechwycony przez Molly, która jak Mycroft musiał przyznać, wyglądała całkiem atrakcyjnie z zakręconymi i upiętymi włosami, w ciemnoniebieskim gorsecie w paski i niebieskoszarą spódnicą, które ładnie podkreślały jej figurę.

— Muszę powiedzieć, John, że jest to krok naprzód w stosunku do wąsa, który próbowałeś zapuścić — powiedział Mycroft, spojrzeniem przesuwając po sztucznym zaroście lekarza.

John najwyraźniej nie wiedział, czy uznać to za komplement, czy za obelgę.

— Ach, dziękuję? — odpowiedział, patrząc z ciekawością na Mycrofta spod swojego brązowego melonika.

Mycroft zdobył się na nieco złowieszczy uśmiech, zanim przeprosił i odszedł. Czuł, że kieliszek dobrego wina był uzasadniony, jeśli miał przetrwać ten wieczór.

Gregory dołączył do niego przy oknie, przy którym chwilę wcześniej przystanął, z własnym kieliszkiem w dłoni. Uśmiechał się.

— Toast za imprezę — powiedział szczęśliwie.

Mycroft poczuł lekki ucisk w klatce piersiowej i skinął głową.

— Nie jest najgorsza — przyznał.

Nie było tak źle, patrząc na to z perspektywy. Również ludzie zostawiali go przeważnie samego, co wolał. Gregory przysunął się bliżej.

— Widziałeś, co jest nad tobą? — zapytał znad kieliszka wina.

Mycroft nieco żartobliwie przewrócił oczami.

— Oczywiście — odpowiedział, przechylając głowę, wiedząc, co się stanie.

— Dobrze — powiedział Gregory, głaszcząc jego policzek i stając na palcach, by delikatnie go pocałować, zgodnie z tradycją związaną z jemiołą, która była powieszona nad oknem.