Rozdział 353: Myślałem, że cię straciłem

Greg z trudem mógł oddychać i myśleć, kiedy praktycznie biegł ulicami Londynu, a panika ściskała jego pierś. Padał deszcz, a on zapomniał wziąć parasola (zawsze zapominał, a Mycroft za każdym razem go za to karcił), więc w tym momencie był przemoczony do szpiku kości. Nie czuł swoich palców, a jego komórka z pewnością zbyt nasiąkła wodą, aby mogła dalej funkcjonować, ale nie przejmował się tym wszystkim.

Wiadomość o katastrofie lotniczej sprawiła, że jego świat się zawalił. To był samolot Mycrofta… Mężczyzna miał wracać ze spotkań w Bombaju, dał Gregowi plan podróży, żeby mogli zorganizować kolację, kiedy wyląduje i… o Boże.

Komórka Mycrofta przełączała się bezpośrednio na pocztę głosową. Zaraz po tym próbował zadzwonić do Anthei. W tym przypadku również nie miał szczęścia. Próbował zadzwonić do biura Mycrofta, ale nie mógł się połączyć z nikim kompetentnym. Nie chcieli mu nic powiedzieć, bo ochrona danych była po prostu absurdalna, ale czy oni nie wiedzieli, kim był?! Chryste. Adrenalina i przerażenie napędzały go wtedy, powodując, że jego stopy się poruszały. Ledwie pamiętał, żeby wziąć płaszcz i klucze. Po tym włączył się u niego autopilot, dlatego nawet przeszedł obok swojego samochodu i po prostu… pobiegł.

Ledwie mógł oddychać, wydając tylko drżące sapnięcia, gdy skręcał za róg. Dopiero w połowie drogi zdał sobie sprawę, że kierował się do mieszkania Mycrofta. Dlaczego? Przełykając ślinę, objął się ramionami i zaczął się trząść, czując atak paniki nadchodzący z pełną siłą. Cichy głos powtarzał mu, że może wszystko było nie tak, może Mycroft był w domu. Może nawet nie opuścił lotniska. Może nie było go w tym samolocie.

Proszę, niech go nie było w tym samolocie.

Greg naprawdę nie wiedział, co ze sobą by zrobił, gdyby Mycroft nie żył. Młodszy mężczyzna zmienił całe jego życie. Nigdy wcześniej nie był tak zakochany. Jeśli zostałoby mu to odebrane, zanim naprawdę mieliby szansę żyć razem, nie wiedział, czy… Nie sądził, że będzie w stanie się z tego otrząsnąć. Zbyt wiele razy widział, jak utrata ukochanej osoby zmieniała ludzi w cień tego, kim byli wcześniej. Miałby szczęście, gdyby choć w połowie byłby tak funkcjonalny jak niektórzy z nich.

Przygryzł wargę po raz setny tej nocy, czując metaliczny posmak, który wskazywał, że w końcu ją tak zmaltretował, że zaczęła krwawić. Drżącą ręką odgarnął wodę i włosy z czoła, mrugając szybko, gdy jego wzrok zamazał się od mieszaniny łez i deszczu. W końcu, kiedy frontowe drzwi Mycrofta były w zasięgu wzroku, rzucił się do biegu, ledwo mogąc powstrzymać się przed wpadnięciem na nie, kiedy wreszcie do nich dotarł.

Zapukał szybko, zanim sięgnął po klucze, które miał w kieszeni. Miał gdzieś zapasowe do mieszkania Mycrofta przy swoich… Zaklął ochryple, upuszczając klucze na ziemię, pochylając się, by je chwycić, gdy drzwi przed nim otworzyły się.

Wszystko się zatrzymało. Jego oddech się urwał i zamarł, trzymając palce kilka milimetrów od pęku kluczy, wpatrując się w parę stóp, które się wyłoniły.

— Gregory. — Mycroft westchnął z ulgą, jego głos był naglący. — Próbowałem się do ciebie dodzwonić, czy twoja komórka…

Mężczyzna nie był w stanie dokończyć zdania. Prostując się, Greg rzucił się do przodu i zderzył się z Mycroftem, nie dbając nawet o to, że natychmiast zamoczył jego ubranie. Chwycił go desperacko i schował twarz w zgięciu jego szyi, głęboko wdychając jego zapach. Ramiona Mycrofta natychmiast go otoczyły, mocno go obejmując, a jego mokre włosy zostały obdarzone pocałunkami.

— Nic mi nie jest — wyszeptał Mycroft. — Wszystko jest dobrze.

— Mycroft — wydyszał, jego głos był napięty. — Myślałem, że ty…

— Ciii, wejdź do środka, jesteś kompletnie przemoczony — szeptał dalej Mycroft, głaszcząc go po karku, próbując go uspokoić. — Chodź, Gregory.

Wymagało to trochę powolnego namawiania, ale Greg został wprowadzony do środka. Deszcz, który huczał mu w uszach, ucichł, aż został stłumiony, a nagła zmiana temperatury sprawiła, że chłód naprawdę osiadł w jego kościach i sprawił, że zaczął się niemal gwałtownie trząść. Mycroft nic nie powiedział, dopóki Greg nie został zabrany do salonu, rozebrany do spodni i owinięty w gruby koc. Został popchnięty na kanapę, w pobliżu kominka i natychmiast został pociągnięty z powrotem w ramiona Mycrofta.

— Wróciłem wcześniejszym samolotem — zaczął wyjaśniać Mycroft, gdy Greg spojrzał na niego z mieszanką ulgi i bólu na twarzy. Pochylił się w stronę dotyku, gdy Mycroft dotknął jego policzka. — Nie byłem w stanie zawiadomić się z wyprzedzeniem, a kiedy usłyszałem o katastrofie samolotu… Próbowałem się do ciebie dodzwonić wiele razy, ale nigdy nie nawiązałem połączenia.

— Komórka prawdopodobnie nie działa — zdołał powiedzieć. — Przez deszcz.

— Tak się dzieje, kiedy wychodzisz z domu bez parasola — skarcił cicho Mycroft.

Ton jego głosu pasował do małego uśmiechu na jego twarzy, zdradzając drażniącą naturę komentarza. W jakiś sposób udało mu się wywołać śmiech u Grega, ale serce starszego mężczyzny wciąż biło szaleńczo. Mocno przytulił się do swojego partnera.

— Nie wiem, co bym zrobił, — powiedział sapiąc i skomląc mimowolnie — gdybyś…

— Na szczęście nie musisz o tym myśleć — przerwał mu łagodnie Mycroft. — Przepraszam, Gregory. Wybacz, że nie mogłem poinformować się o wcześniejszym locie. Mogłem oszczędzić ci całego tego bólu.

Greg potrząsnął głową.

— Teraz jesteś tutaj.

Było wszystkim, co powiedział, gdy oparł się o ciało Mycrofta i pocałował go namiętnie, chwytając się świadomości, że ten żył.