Rozdział 355: Tylko to co najlepsze

Greg opierał się o biurko, wpatrując się tępo w laptop, kiedy w drzwiach nastąpiło poruszenie. Rozległo się ciche pukanie i kiedy podniósł wzrok, uśmiechnął się.

— Hej, John — przywitał go, wstając z przyzwyczajenia.

John Watson pochylił głowę na powitanie i przekroczył próg, lekko unosząc lewą rękę.

— Cześć Greg. — Uśmiechnął się. — Przyszedłem w złym momencie?

— Nie, wcale. — Greg potrząsnął głową, wskazując na jedno z krzeseł po przeciwnej stronie biurka. Usiadł z powrotem i obrócił się, by usiąść prosto, twarzą do przyjaciela. — Co mogę dla ciebie zrobić? Rozumiem, że dzisiaj nie ma z tobą Sherlocka?

— Tak. — John skinął głową, uśmiechając się. — Właściwie to o niego chodzi. Czy ty… Nie masz przypadkiem zanadrzu żadnych starych spraw, których wcześniej nie widział?

— Musiałbym sprawdzić — powiedział Greg, unosząc brwi. — A co, doprowadza cię do szału?

— Nie. — John roześmiał się. Skrzyżował nogi w kostkach i odchylił się nieco wygodniej na krześle. — Miałem nadzieję, że dam mu jakąś na Boże Narodzenie, żeby mógł się tym pobawić przez kilka dni.

— Och! — krzyknął zaskoczony Greg.

To był całkiem dobry pomysł. Tylko Sherlock Holmes uznałby stare, nierozwiązane sprawy za prezent, ale z drugiej strony John po prostu go znał. Właściwie brzmiało to idealnie. Ostentacyjnie próbował zignorować sytuację, w której się znalazł, kiedy nie był w stanie ustalić, co kupić swojemu partnerowi na Boże Narodzenie… Wybranie prezentu dla Mycrofta było trudniejsze, niż się spodziewał.

— Tak. — John uśmiechnął się. — Nie potrzebuję ich od razu, ale jeśli masz jakieś to pamiętaj o mnie. Kupię mu również nowy palnik Bunsena. Upiera się, że jego jest dobry, ale tylko dlatego, że jest zbyt uparty, by wyjść i kupić nowy. Nie przestaje przeklinać tego cholerstwa.

— Wygląda na to, że wszystko już zaplanowałeś — powiedział Greg, popijając swoją prawie zapomnianą kawę. Na szczęście, jeszcze nie była zimna. — Zazdroszczę ci w tym aspekcie.

— Masz problem z Mycroftem? — zapytał John.

Greg zanucił z przygnębieniem.

— Tak — westchnął. — Nic, o czym myślę, nie wydaje się właściwe. To wszystko wydaje się głupie, niepotrzebne lub czymś, co prawdopodobnie by znienawidził. To nasze pierwsze wspólne święta i chcę mu kupić coś naprawdę dobrego.

— Tylko nie przesadzaj. — John wzruszył ramionami. — Wygląda na to, że właśnie to robisz. Jeśli przestaniesz o tym tak rozmyślać, wtedy pomysł sam do ciebie przyjdzie.

Greg lekko skinął głową. Może John miał rację. Może za bardzo się nad tym zastanawiał. W rzeczywistości istniała duża szansa, że Mycroftowi spodoba się wszystko, co mu da, więc jego obawy były trochę bezpodstawne. Ale tak jak powiedział, to były ich pierwsze wspólne święta. Z jakiegoś powodu wywierało to na niego lekką presję, by zdobyć coś naprawdę wspaniałego. Na razie odłożył tę myśl na bok, rozmawiając z Johnem, planując wieczór w pubie za kilka dni, gdzie Greg przyniesie stare akta spraw.

Kiedy John wyszedł, ponownie odwrócił się do swojego komputera, klikając na wyszukiwarkę internetową, na którą wcześniej wpatrywał się bezmyślnie. Zaczął wypisywać takie hasła jak spinki do krawatów i teczki, o których jak dobrze pamiętał, Mycroft niedawno wspominał, że musi kupić nowe. Albo mu się nie podobało to co znalazł albo odrzucił wszystko, co zobaczył. Były albo zbyt proste i głupie, albo zbyt drogie, albo w dziwnym stylu, który nie pasował zbyt dobrze do młodszego mężczyzny.

Na chybił trafił zaczął przeglądać stojaki na wino. Natknął się na jeden w kształcie łosia, który wydawał mu się zabawny i bardzo go kusiło, żeby go zdobyć, ale zastanawiał się, czy Mycroft uzna to za takie zabawne. Tak, to chyba byłoby głupie. Szukał więc dalej, opierając głowę na dłoni i przewijać dalej wyszukiwania.

Jego umysł wędrował ku innym pomysłom, gdy przeglądał obrazy, próbując znaleźć coś, co mogłoby spodobać się Mycroftowi. Jasne, był niezłym koneserem wina, ale niektóre z stojaków na wino sięgające od podłogi do sufitu, na które się natknął, były trochę… Tak, zdecydowanie była to przesada. Mały stojak na wino mógłby być dobry, ale co jeszcze mógłby zdobyć? Nie mógł po prostu kupić czegoś takiego Mycroftowi. W każdym razie nie chciał.

Inspiracja pojawiła się, gdy natknął się na stojak, który wydawał się idealny. Greg uznał za interesujące, że wszystko zdawało się być w porządku, ale nie zamierzał narzekać. Siedział nad tym od tygodni, patrząc na rzeczy, szukając inspiracji i odrzucając je, cholernie się tym irytował. Ale teraz… wydawało się to właściwe.

Nie wahał się od razu kupić ten stojak na wino. Mieściło się na nim szesnaście butelek i na górze było miejsce na dwa kieliszki. Był z ciemnego drewna, lekko zakrzywionego, a po obu jego stronach był pełny zestaw klawiszy fortepianu. Był prosty, ale elegancko zaprojektowany, z odpowiednią ilością charakteru, aby ładnie się wyróżniał. Mając już to, zaczął pracować nad innym pomysłem.

Na początku zamówienie na niestandardowy parasol z ostrzem miecza ukrytym w rączce wydawało się trochę głupie. To było bardzo w stylu Jamesa Bonda, porównanie, na które Mycroft zawsze przewracał oczami, twierdząc, że w ogóle nie przypominał wszelkiego rodzaju szpiegów. Mimo to złożenie zamówienie na to było świetnym pomysłem, a Greg nie mógł powstrzymać ekscytacji.

Wszystko to jednak zbladło w porównaniu z oglądaniem, jak Mycroft faktycznie otworzył prezent zawierający parasol. Uznanie i ciekawość były pierwszymi uczuciami widocznymi u młodszego mężczyzny, ale kiedy odkrył ukryty miecz? Sposób, w jaki się uśmiechnął, a jego jasnoniebieskie oczy błyszczały i radosny śmiech, który po tym nastąpił, uświadomiły Gregowi, że spisał się cholernie dobrze.