Dziękuję bardzo otemporze, za zbetowanie rozdziału
Rozdział 1
Otwarcie szachowe
— Nawet o tym nie myśl, Malfoy — powiedział Ron, idąc w stronę blondyna korytarzem prowadzącym do Wielkiej Sali.
— O czym mam nie myśleć? — zapytał Draco, szczerze skonsternowany.
Ron zmniejszył dystans tak, że stali niecałe pół metra od siebie.
— To się nigdy to nie uda.
— O czym ty gadasz, Weasley?
— Widziałem, jak na niego patrzyłeś podczas śniadania. On nie jest zainteresowany. Nigdy nie będzie zainteresowany tobą.
Odwrócił się na pięcie i zirytowanym na pokaz, zamaszystym krokiem odszedł od Draco, który patrzył na niego zdumiony.
Kiedy Ron zniknął za rogiem, uśmiechnął się. Pierwszy ruch w grze został wykonany.
Malfoy odwrócił się do Crabbe'a i Goyle'a.
— Widzicie? Mówiłem wam, że stanie po stronie dobra może w końcu zlasować mózg. Dlatego trzeba trzymać się ścieżki zła.
Crabbe i Goyle przytaknęli solennie, po raz kolejny będąc pod wrażeniem obszernej wiedzy Malfoya.
— Wiesz, że jestem twoim przyjacielem, prawda?
Byli po wyjątkowo wyczerpującym treningu Quidditcha. Reszta drużyny wyszła wcześniej, ciągnąc za sobą miotły, ale Ron poprosił Harry'ego o zagranie z nim jeszcze jednej rundki, na co ten się zgodził.
Teraz, kiedy wracali z powrotem do zamku, Ron delikatnie poruszył temat. Nie mógł sobie pozwolić na to, żeby odstraszyć swojego najlepszego kumpla.
— Oczywiście, że wiem — odpowiedział Harry.
— I wiesz, że możesz powiedzieć mi wszystko? Niczego to między nami nie zmieni.
Harry przytaknął.
— Więc dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Czemu sam musiałem się wszystkiego domyślić?
Zatrzymując się, Harry spojrzał zdziwiony na Rona.
— Domyślić się? Czego?
— No, wiesz... — Kiedy Harry wciąż patrzył na niego tępo, Ron kontynuował: — No, że jesteś gejem.
— Co? — Harry pisnął.
— Tak się cieszę, że w końcu możemy o tym porozmawiać.
— Ron...
— To znaczy, naprawdę, martwiłem się, że mi nie zaufasz — Ron powiedział szybko, przerywając Harry'emu. — Nawet myślałem, że będziesz próbował zaprzeczać czy coś.
Harry zamknął usta.
— Mimo to wolałbym, żebyś już wcześniej się przede mną otworzył. Pomyśl, jak często ja rozmawiam z tobą o dziewczynach. Ale nie martw się. Naprawdę mam zamiar wynagrodzić ci to tak, żeśmy byli kwita. — Ron poklepał Harry'ego po plecach. — No więc, kumplu, jak myślisz, kto jest najgorętszym chłopakiem w Hogwarcie?
Kiedy Harry jęknął, Ron to zignorował.
— Poddaj się, Malfoy. Nigdy cię nie zechce — zaszydził Ron, niepostrzeżenie przysuwając się do blondyna, podczas gdy Snape był zajęty opanowywaniem ostatniej klęski Neville'a.
Draco spojrzał znad kociołka, w którym mieszał, i potrząsnął głową.
— Nie zaczynaj znowu, Weasley. Lepiej zgłoś się jak najszybciej do Pomfrey. Naprawdę mam tak niewielu wrogów, że serce by mi pękło, gdyby jeden z nich zwariował, zanim miałbym szansę go zniszczyć.
Z grymasem na twarzy Ron przysunął się bliżej niego i syknął:
— Harry nigdy nie będzie chciał się z tobą przespać, nieważne, jak długo będziesz się na niego gapił.
— Potter? Cały ten czas mówiłeś o Potterze?
— Nieważne, ile tęsknych spojrzeń rzucisz w jego stronę, nieważne, ile wymyślisz sztuczek, by go zdobyć. Harry odrzuci cię za każdym razem. Nie dostaniesz go.
— Potter jest gejem? Nigdy nie podejrzewałem... — Draco zawiesił głos i ucichł na moment, po czym odwrócił się i skupił wzrok na Ronie. — Malfoyowie mogą mieć, kogo tylko zechcą.
— Nie Harry'ego.
— Nawet Harry'ego. To znaczy, mam na myśli Pottera. I nie możesz zrobić nic, co by mnie powstrzymało.
Ron rzucił Draco wściekłe spojrzenie.
— No to zobaczymy.
Plan działał lepiej, niż przypuszczał.
— Więc — zagaił Ron w bibliotece, siadając ciężko na krześle obok Harry'ego, który zgarbiony pochylał się nad swoją pracą domową. — Nie powiedziałeś mi w końcu, kto jest według ciebie najgorętszym ciachem w Hogwarcie.
Harry zsunął się na siedzeniu tak, że wyglądało, jakby miał zaraz całkowicie schować się pod stół.
— Tak naprawdę nie zastanawiałem się nad tym.
— Och, no dawaj. Na pewno zauważyłeś kogoś, kto ci się podoba.
— Nie wiem... może Oliver Wood?
Ron oparł się na krześle i pomyślał przez moment.
— Przypuszczam, że niektórym może się podobać. Przystojny, dobrze zbudowany, od gry w Quidditcha ma ładnie umięśnione nogi i tyłek.
Harry uśmiechnął się niezbyt entuzjastycznie.
— Nie wszyscy, którzy grają w Quidditcha tak wyglądają.
— Niektórzy tak. Na przykład ty. Podobnie zresztą jak Malfoy. — Ron wyprostował się i spojrzał na Harry'ego intensywnie. — Nie podoba ci się chyba Malfoy, co?
— Czemu w ogóle przyszło ci to do głowy? — zapytał Harry. — Przecież wiesz, że się nienawidzimy.
— Wiesz, jest dobrze zbudowany i taki… niebezpieczny. I pomimo że to totalny dupek, to jest czasami zabawny. I wystarczająco mądry, że nawet Hermiona się czasami obawia, że będzie miała gorsze oceny od niego. Jest też w pewien sposób... ładny.
Harry zamrugał gwałtownie.
— Ron — powiedział powoli. — Czy ty jesteś gejem?
— Nie, oczywiście, że nie. Ale mam przecież oczy.
— Och.
— Harry, zrób mi przysługę. Naprawdę, nie ma dla mnie znaczenia, w kim się zakochasz, ale nie pozwól, by był to Malfoy. Tylko o jedno cię proszę, ustalmy zasadę: nie Malfoy.
Harry uśmiechnął się.
— Gwarantuję ci, że nie masz się o co martwić, Ron.
Ron wyszczerzył się. Jeśli miał wskazać tylko jedną rzecz, której Harry nie mógł się oprzeć, to było to łamanie zasad.
Plany z Harrym i Draco zaczynały powoli wchodzić w życie. Ron chciałby jeszcze wymyślić coś, by podpuścić Hermionę, żeby zaczęła spotykać się ze Smithem z Hufflepuffu.
Wiedział jednak, że jest na to zbyt bystra. Rozgryzłaby go w minutę.
Ron jednak mógł sam zrobić to, do czego podjudzał Harry'ego. On także mógł zmienić wroga w sprzymierzeńca. Może nie należał do najprzystojniejszych facetów w Hogwarcie, ale był wysoki i całkiem nieźle zbudowany. Może nie był najbystrzejszy, ale też nie robił błędów we własnym imieniu jak Crabbe czy Goyle – czy też powinien powiedzieć „Crabi i Goil". Ron był pewny, że mu się uda. Musiał tylko spróbować.
Podczas opieki nad magicznymi stworzeniami wziął głęboki oddech i podszedł bliżej swojej ślizgońskiej ofiary. Obiekt jego zainteresowania oddalił się trochę od reszty grupy, zatem mieli zapewnioną prywatność.
— Cześć.
W odpowiedzi usłyszał warknięcie. Poszerzając uśmiech, spróbował powtórnie rozpocząć rozmowę:
— Mamy ładną pogodę, nieprawdaż?
Tym razem warknięciu towarzyszyło pokazanie uzębienia. To nie było takie proste, jak myślał. Prostując się, spróbował jeszcze raz:
— Dobrze wyglądasz.
Millicenta Bulstrode rzuciła mu wściekłe spojrzenie, które było tak efektywne, że Ron cofnął się kilka kroków, zanim nawet uświadomił sobie, że to robi.
— Co to ma niby znaczyć? — warknęła i z zaciśniętymi, gotowymi do walki pięściami zmniejszyła dystans pomiędzy nimi.
— Nic. Ja po prostu chciałem powiedzieć, że twoje szaty są ładne i... czarne. I to bardzo ładna dekoracja, ta, którą na nich masz.
Zmarszczyła brwi.
— Dekoracja? Masz na myśli herb Slytherinu? Herb, którzy wszyscy Ślizgoni mają na swoich szatach?
— Właśnie — wyjąkał Ron. — Jest dosyć... yyy... wężowaty.
— Czy ty ostatnio dostałeś czymś w głowę, Weasley?
— Nie.
— A próbujesz dostać?
Ron pospiesznie cofnął się jeszcze kilka kroków.
— Nie.
— Więc spadaj.
Kiedy Millicenta odwróciła się od niego, Ron wiedział, że nadszedł czas, żeby użyć sekretnej broni.
— Wiem, gdzie znaleźć bezpańskiego kota.
Ron potknął się po raz trzeci i przełknął przekleństwo. Jego towarzyszka mimo zwalistej budowy poruszała się w ciemnościach bez przeszkód. Rudzielec stwierdził, że to musi być jakiś wrodzony dar, najprawdopodobniej otrzymany w genach od wszystkich tych pokoleń Ślizgonów, którzy w bezksiężycowe noce robili różne okropieństwa, rozwijając przy tym umiejętność poruszania się bez wpadania na różne przeszkody na swojej drodze.
I dlaczego musieli iść w tych cholernych ciemnościach? To totalnie rujnowało jego plan.
Próbując nawiązać z nią bliższą znajomość, powiedział jej, że wychudzony, pomarańczowy, bezpański kot czai się gdzieś w pobliżu komórki na miotły. Oczekując, że uda mu się zawrócić jej w głowie, założył swoją najlepszą szatę i popsikał się czymś, co według Billa miało skusić każdą dziewczynę. Kiedy wychodził z pokoju wspólnego, Harry zaczął żartować sobie z niego, że ma gorącą randkę, a Hermiona spojrzała na niego badawczo. Żadne z nich nie zdołało jednak przekonać go do wyjawienia, z kim miał się spotkać.
Dopiero, kiedy przybył na miejsce, uświadomił sobie, jak kiepsko wszystko wykalkulował.
Millicenta powiedziała mu, że jego szaty za bardzo szeleszczą, i miała nadzieję, że jego zapach nie wystraszy kociaka. Najgorsze było jednak to, że zakazała mu użycia zaklęcia Lumos, dzięki któremu mógłby widzieć, gdzie idzie. Poza tym wyglądał świetnie w świetle różdżki. Sprawiało ono, że jego piegi znikały, a włosy robiły się ciemniejsze i nie wyglądały już tak rudo.
Ale Millicenta w ogóle nie wydawała się być nim zainteresowana. Była zainteresowana kotem.
— Jesteś pewien, że tu jest, Łasico? — wymamrotała Bulstrode, kiedy zaszli komórkę od tyłu. — Nie zmyśliłeś tego, żeby mnie tu zaciągnąć samą? Bo jeśli tak, obiję ci tak mocno...
— Jest tutaj. Gdzieś… — wyjąkał Ron.
— Lepiej, żeby był.
Wkładając rękę do kieszeni, Millicenta wyciągnęła owiniętą w papier paczuszkę. Kiedy ją otworzyła, Ron zobaczył kawałki wołowiny z wieczornego posiłku.
— Zgłodniałaś?
Nawet w przyćmionym świetle dostrzegł, jak dziewczyna przewraca oczami.
— Nie wiedziałam, że Granger kręcą tacy idioci.
— Nie kręcą — powiedział oburzony w imieniu przyjaciółki. — Ona i ja nie jesteśmy, no wiesz. — Kilka chwil minęło, zanim Ron dodał: — I nie jestem głupi.
Do tego czasu Millicenta zdążyła już rozłożyć mięso i rzucić zaklęcie klatki wokół niego, tak żeby zwierzę mogło wejść do środka, by wziąć przynętę, ale uciec już nie. Wstając, pokiwała zadowolona głową i zaczęła odchodzić, chwytając Rona za łokieć i ciągnąc go za sobą.
— Więc co teraz? — zapytał.
— Czekamy. — Popchnęła go tak mocno, że upadł w wysoką trawę. Ze stęknięciem położyła się na brzuchu obok niego. — Zaczarowałam wołowinę, żeby wydzielała silniejszy zapach. Rozprzestrzeni się dalej niż normalnie.
Ron spojrzał na nią badawczo.
— Ile razy już to robiłaś?
— Cały czas, kiedy jestem w domu. Prawdziwą sztuką jest jednak znalezienie rodziny, która przygarnęłaby bezpańskie zwierzątko.
— Czy kiedykolwiek zatrzymujesz je dla siebie?
— Nie mogę. Tata zabiłby mnie, gdybym przyniosła jeszcze jednego parszywego zwierzaka do domu.
Na pytający spojrzenie Rona, westchnęła i odpowiedziała na niewypowiedziane pytanie:
— Na chwilę obecną mam dziewięć kotów, dwa psy, trzy węże, pięć szczurów i wiewiórkę.
— O kurczę!
— Jako że mieszkamy blisko mugolskiego miasta, nie pozwala mi trzymać nic magicznego. Głupi mugole.
Ron otworzył usta, żeby zadać kolejne pytanie, ale usłyszeli szelest w krzakach i Millicenta zakryła mu usta swoją dużą dłonią, skutecznie go uciszając.
Szelest wydawał się być coraz głośniejszy i Ron chętnie by się przyjrzał dokładniej, ale skupiony był na próbach oddychania. Dłoń Millicenty blokowała mu dopływ powietrza.
Znajda coraz bardziej zbliżała się do pułapki. W tym samym czasie Ron wił się, pewny, że zaraz się udusi.
Niuchając powietrze, kot podszedł kilka kroków w stronę przynęty. Ron zaczynał się robić siny.
Zwierzak powoli zbliżał się, docierając w końcu do wołowiny i aktywując zaklęcie, które zaczęło się świecić na różowo.
Millicenta opuściła rękę i Ron wciągnął głęboko powietrze. Chłopak nie ruszył się z miejsca, podczas gdy Millicenta poszła po kota, a kiedy wróciła z trzymanym kurczowo w ramionach stworzeniem, on wciąż dochodził do siebie.
— Oj, biedactwo — wymamrotała.
— Dzięki — powiedział słabo Ron.
— Nie mówiłam do ciebie.
Ron przyglądał się, jak dziewczyna drapie kota pod brodą, sprawiając, że głośno zamruczał.
— No tak — westchnął i podniósł się powoli. — Chodź, wracamy.
Już prawie dotarli do zamku, kiedy nagle z cienia wyszedł Nott z dwójką Ślizgonów.
— Zobaczcie, co tu mamy, chłopcy — powiedział Nott do swoich towarzyszy, przeciągając samogłoski. — Wygląda na to, że znaleźliśmy królika doświadczalnego do tych klątw, których się właśnie nauczyliśmy.
— Nie tkniecie mojego kota — zaoponowała ostro Millicenta.
— Twojego kota? — Nott potrząsnął głową. — Nie mówiłem o kocie. Miałem na myśli Weasleya.
— Och. — Millicenta wzruszyła ramionami. — Możecie go sobie wziąć, jak chcecie.
— Co? — wykrzyknął Ron. Patrzył, jak Millicenta z troskliwie ukrytą w ramionach znajdą przechodzi obok Notta i pozostałych Ślizgonów, zostawiając go samego.
Ron przełknął głośno ślinę. Wcale nie było tak prosto stać po stronie Dumbledore'a w tej wojnie. Szczególnie, od kiedy oznaczało to uwiedzenie Millicenty Bulstrode.
Unikając klątw rzucanych w jego stronę, zastanawiał się, czy są jakieś wakaty w szeregach Śmierciożerców.
— Co jest? — zapytał Harry, kiedy następnego ranka usiedli przy śniadaniu. — Gapisz się na Ślizgonów. Zrobili ci coś?
Ron pokręcił głową.
— Próbowali, ale ich odparłem. Ci Ślizgoni są podstępną bandą dupków, nie?
— Mi to mówisz? Podkradają się do ciebie, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Zaciągają cię w jakiś ciemny zakamarek, a później zaczynają robić różne rzeczy. Rzeczy, o których tylko czytałeś. Rzeczy, o których nie uwierzyłbyś, że ludzie mogą je naprawdę robić.
— Harry?
— Rzeczy, które sprawiają, że twoje serce bije jak szalone, a wzdłuż kręgosłupa przechodzą cię dreszcze.
— Harry?
— A potem, kiedy myślisz, że zaraz wybuchniesz, uśmiechają się złośliwie i odchodzą. Jak gdyby nigdy nic. Jakby to nie znaczyło…
— Harry! — wykrzyknął Ron.
Harry spojrzał na Rona i zrobił się czerwony jak burak.
— A przynajmniej ktoś mi powiedział, że tak robią — wymamrotał Harry.
Ron rzucił okiem na Malfoya, który wydawał się być tak zajęty gapieniem się pożądliwie na Harry'ego, że nawet nie zauważył, co Pansy robi z jego szatami.
— Spójrz na niego — powiedział Ron. — Spójrz, jak Malfoy wykorzystuje Pansy. W tym momencie Pansy gładziła dłonią klatkę piersiową Malfoya, jednak jego oczy były wlepione w Harry'ego. Ron przypuszczał, że nawet nie zauważał, że Pansy siedzi obok niego. — Ktoś powinien dać mu nauczkę za wykorzystywanie ludzi dla własnej przyjemności.
Nie odrywając oczu od Ślizgona, Harry oblizał usta.
— Tak, ktoś powinien.
Wiedząc, że jeżeli chodzi o tę sprawę, jego praca została na razie zakończona, Rona skupił wzrok na Millicencie. Obecnie zawijała kilka kiełbasek w serwetkę i wkładała je do kieszeni swojej szaty. Uświadomił sobie, że bierze jedzenie dla kota.
Rozglądając się szybko po stole Gryffindoru, dostrzegł ostatnią kiełbaskę i chwycił ją, zanim zdążył to zrobić Neville, który już po nią sięgał. Zawijając jedzenie w serwetkę, Ron schował je do kieszeni.
Widząc, że Millicenta wstaje od stołu, pożegnał się z Harrym i skierował się w stronę drzwi. Kiedy wyszedł z Wielkiej Sali, ona była już w połowie korytarza, więc musiał pospieszyć się, by ją dogonić.
— Millicento, poczekaj.
Odwróciła się i spojrzała na niego gniewnie.
— Czego chcesz, Weasley?
Zatrzymując się, potknął się, po czym uśmiechnął się do niej najszerzej, jak potrafił. Wyraz jej twarzy nie zmienił się.
— Chciałem ci tylko powiedzieć, że dobrze się wczoraj bawiłem.
— Naprawdę?
— Tak.
— A która część ci się najbardziej podobała, Weasley? To, kiedy w ciemnościach starałeś się nie przewrócić na twarz, czy ucieczka przed Nottem i jego gangiem?
Ron rzucił jej swoje najbardziej uwodzicielskie spojrzenie, które ćwiczył na czwartym roku, kiedy podkochiwał się we Fleur.
— Bycie z tobą.
Jej grymas stał się jeszcze bardziej widoczny.
Ron włożył rękę do kieszeni.
— Więc... Chcesz moją kiełbaskę?
— Co? — zapytała Millicenta zszokowana, jednak zaskoczenie zastąpiła po chwili złość.
— Moją kiełbaskę. Pomyślałem sobie, że po wczorajszej nocy mogłaby ci się przydać.
Pięść, która zwaliła go z nóg, wydawała się nadejść znikąd.
Dopiero kiedy, leżąc na ziemi, patrzył, jak Millicenta odchodzi, uświadomił sobie, że mógł jakoś lepiej ubrać to w słowa. Można było ufać, że Ślizgoni, zawsze znajdą jakiś nieprzyzwoity podtekst w niewinnych słowach.
Tym razem, kiedy Harry zszedł wieczorem do pokoju wspólnego Gryffonów, Ron, siedział posępnie na kanapie.
— Zastanawiałem się, czy nie miałbyś nic przeciwko, żeby mi pomóc? — zapytał Harry. — Uczę się nowych zaklęć i chciałem się upewnić, że będą skuteczne.
— Pewnie. Co mam zrobić?
Harry zastanowił się przez chwilę i wskazał na wejście.
— Stań tam i zacznij iść w moją stronę, jakbyśmy mieli minąć się na korytarzu.
Podnosząc się, Ron zrobił to, o co Harry go poprosił. Już prawie byli obok siebie, kiedy Harry podniósł różdżkę i rudzielec poleciał, uderzając plecami o ścianę.
— Hej! To bolało — powiedział, pocierając tył głowy.
— Przepraszam. — Harry podniósł różdżkę ponownie i ręce Rona uniosły się nad jego głowę, przyczepiając go do ściany.
— Więc... tak w ogóle, to po co ćwiczysz te zaklęcia? — zapytał Ron.
Harry zarumienił się lekko.
— No… do walki z Voldemortem. Oczywiście. Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać.
— Och. — Ron pomyślał przez chwilę. — Harry, w jaki sposób uwiódłbyś dziewczynę?
Harry wzruszył ramionami.
— W normalny sposób. Chyba. Pozwoliłbym jej, żeby wypłakała mi się na ramieniu na temat swojego ostatniego chłopaka.
Kolejne zaklęcie sprawiło, że nogi Rona rozsunęły się szeroko i zostały przytwierdzone do ściany.
— Ale jak myślisz, w jaki sposób dziewczyny chcą być podrywane?
— Nie wiem. Może kwiaty i słodycze?
Następny ruch różdżki sprawił, że zarówno szaty, jak i koszulka Rona zniknęły, pozostawiając go w samych spodniach.
— Yyy... Harry?
— Żeby się upewnić, że Voldemort i jego Śmierciożercy nie mają żadnej ukrytej broni lub eliksirów — odpowiedział pospiesznie Harry.
Ronowi nie podobało się to, w jaki sposób Harry patrzył na pozostałe części jego garderoby.
— Czy możemy po prostu założyć, że zaklęcie zadziała na moje spodnie bez wypróbowywania go? — zasugerował Ron.
Harry przytaknął, podnosząc wzrok.
— Mam jeszcze jedno zaklęcie do wypróbowania. — Kolejne machnięcie różdżką. Tym razem Ron nie zauważył żadnej różnicy.
— Zadziałało? — zapytał Ron.
— Ty mi powiedz. — Harry podszedł do Rona, a kiedy dotknął jego ramienia, ten aż się szarpnął. — Zaklęcie wrażliwości na bodźce — wytłumaczył z uśmiechem.
— Aaa, tak, jasne — powiedział Ron, cały drżąc. — Tak, to powinno załatwić Voldemorta.
Kilka minut później, kiedy był już ubrany, zaczął współczuć Malfoyowi. Palant nie miał pojęcia, co go czekało.
Podczas śniadania Ron obserwował, jak Świnka wlatuje do Wielkiej Sali i frunie prosto w stronę stołu Ślizgonów. Z ogromnym trudem i jeszcze większą ilością machnięć skrzydłami podleciała do Millicenty, po czym upuściła paczkę prosto na jej talerz.
Przez moment dziewczyna przyglądała się pakunkowi podejrzliwie, pukając ją kilka razy swoją różdżką. Spora część Ślizgonów patrzyła na nią, gdy odpakowywała paczkę, wyciągając pudełko czekoladek z Miodowego Królestwa.
Ron był z siebie całkiem dumny, kiedy obserwował reakcje Ślizgonów. Pansy prawie zaczęła się ślinić na widok bombonierki.
Dostrzegł, jak Millicenta otwiera kartkę, którą dołączył. Kiedy wstała, trzymając swój prezent, i skierowała się ku niemu, wypiął klatkę piersiową i podniósł dumnie głowę. Pudełko czekoladek zdecydowanie zadziałało.
Jakie było jego zdziwienie, kiedy tym właśnie pudełkiem dostał w głowę. Słodycze rozsypały się, powodując reakcję łańcuchową, w której uczniowie rzucili się, by je złapać, zanim upadną na podłogę.
— Jestem na diecie, Weasley — fuknęła Millicenta i, odwracając się obrażona, wróciła na swoje miejsce.
— Dałeś jej czekoladki? — powiedziała Hermiona niedowierzająco.
— Jesteś zainteresowany Millicentą? — Harry'ego otworzył szeroko oczy.
Ron wydał całkiem sporą część swoich oszczędności na te słodycze, a teraz prawie wszyscy Ślizgoni się z niego śmiali. Wyjątek stanowiła Pansy, która była zbyt zajęta opłakiwaniem straconych czekoladek.
Ron popatrzył na Millicentę z determinacją. Pokazała mu język. Kiedy posłał jej całusa w odpowiedzi, zamrugała kilka razy, zanim wróciła do swojego śniadania.
— W miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone — stwierdził cicho Ron.
— To miłość? — zadławił się Harry. — Czy wojna?
Hermiona spojrzała zamyślona.
— Myślę, że skoro obiektem jego zainteresowania jest Millicenta Bulstrode, może nie być dużej różnicy.
cdn.
Actions
