Zapraszam na kolejny rozdział. Mam nadzieję, że czytanie go sprawi wam taką samą frajdę jak mi tłumaczenie.

Dziękuję bardzo otemporze za poprawę błędów

Rozdział drugi.

Gra środkowa.

Każdego ranka Millicenta była bombardowana coraz to nowszymi prezentami.

Kiedy Ron zerwał dla niej bukiet polnych kwiatów, zdzieliła go nim po twarzy, mówiąc, że ma alergię. Odpowiedział jej, że powinien był wiedzieć, że jest delikatna.

Po tym, jak wysłał jej fasolki Bertiego Botta (tylko cynamonowe – jej ulubione, o czym poinformowała go przekupiona czekoladkami Pansy), zaczęła nimi w niego dmuchać przez słomkę. Skomplementował ją więc za celność oraz doskonałą pojemność płuc.

Przeróżne wiadomości, notki i wiersze, które jej wysłał, zawsze kończyły w strzępach. Ron z zadowoleniem zauważył, że darła je na malutkie kawałeczki dopiero po tym, jak je przeczytała. Zachęcony tym, zaczął wysyłać jej małe liściki także podczas kolacji.

Punktem kulminacyjnym, był wieczór, kiedy Ron przed całą szkołą zaczął recytować swój ostatni poemat.

Niczym porywisty sztorm uderza,
jej postać jak huk grzmotu korytarze przemierza,
przecinając nieba czarnymi włosami,
ciskając z oczu ognistymi błyskawicami.

Chciałbym znaleźć się pośrodku tej nawałnicy,
zatopić się w uroku mej bladolicy.
Millicenta, ona jedyna mnie zniewala,
jej moc i siła do granic mnie rozpala.

Z ledwością udało mu się zgubić Millicentę, kiedy ta goniła go aż do skraju Zakazanego Lasu.

Po wszystkim Hermiona powiedziała mu, że jeśli Ślizgonce udałoby się go złapać, jego zabójstwo byłoby uznane za w pełni uzasadnione, ponieważ wiersz był naprawdę okropny.

Ukrywając się za drzewem, Ron czekał, aż Millicenta zniknie z zasięgu jego wzroku. Został tam jeszcze kilka minut, by upewnić się, że niebezpieczeństwo minęło. Wtedy właśnie usłyszał jakieś odgłosy z pobliskich krzaków.

— Jest tam ktoś? — zawołał lekko zdenerwowany. — Pokaż się.

Harry wyszedł, strzepując liść z włosów. Za nim pojawił się Malfoy, prostując pomięte szaty.

— Ron. Cześć — powiedział Harry, machając do niego niezbyt entuzjastycznie.

— Harry? Malfoy? Co tu robicie?

Kilka dźwięków wydobyło się z ust Harry'ego, jednak żadnego z nich nie dało się zrozumieć. Malfoy zrobił krok do przodu.

— Biliśmy się. Zaciekli wrogowie i takie tam.

— Właśnie — Harry zaczął potakiwać.

Krzyżując ręce na klatce piersiowej, Ron oparł się o drzewo, za którym się chował.

— W krzakach? W nocy?

— Nie chcieliśmy, żeby ten głupiec Dumbledore się dowiedział.

Harry zmarszczył brwi, słysząc część o głupcu, i spojrzał na Rona.

— Powstrzymałby nas. A naprawdę chcieliśmy się bić.

— Dokładnie — potwierdził Malfoy, a złośliwy uśmieszek pojawił się na jego twarzy. — Nie chciałbym, by coś powstrzymało mnie od dorwania Harry'ego dokładnie tam, gdzie chciałem.

— A ja czułem, że czas pokazać Draco, kto tu rządzi.

— Więc popchnąłem go na ziemię.

— Ale ja pociągnąłem go za sobą.

— I właśnie tak na nim wylądowałem.

— Tak. — Głos Harry'ego zadrżał. — Na mnie. Dotykając mnie wszędzie.

— Napierał na mnie — dodał Draco.

Obaj wpatrywali się w siebie intensywnie. Ron zauważył, jak klatka piersiowa Draco podnosi się i opada gwałtownie. Czyżby miał problemy z oddychaniem?

— Próbowałem się wydostać spod niego. Wierciłem się i starałem się popchnąć go tak mocno, jak tylko mogłem — kontynuował Harry.

— O mój Boże, tak. Nadzwyczaj mocno. Właśnie tak to robił.

— Ale on... On mnie ugryzł. W szyję. — Oczy Harry'ego stawały się coraz bardziej szkliste, kiedy patrzył na Draco.

Ronowi nie podobał się sposób, w jaki Harry'ego głos stał się niski i chrapliwy. A sposób, w jaki spoglądał na Malfoya, był jawnie lubieżny. Być może zeswatał ich, ale nie oznaczało to, że musiał im się teraz przyglądać.

Głośnio odchrząknął i zobaczył, jak obaj odwracają się do niego zaskoczeni; najwyraźniej zupełnie zapomnieli, że wciąż tam był.

— Jeśli skończyliście już się bić, możemy iść, prawda?

Harry spojrzał tęsknie na krzaki, po czym przytaknął.

Kiedy wszyscy troje skierowali się w stronę zamku, Ron zbliżył się do Malfoya.

— Jesteś Ślizgonem — powiedział Ron, siląc się na zwyczajny ton, próbując zastąpić typowy, oskarżycielski, który zwykle miał zarezerwowany dla Malfoya. — Zatem pewnie znasz sposób, który pomógłby mi się zbliżyć do Millicenty.

Malfoy przechylił głowę i spojrzał na Rona.

— Naprawdę jesteś nią zainteresowany? A ja cały czas myślałem, że „odważni Gryfoni" to kupa…

— Wiesz coś, co nie?

Ich grupka się zatrzymała. Malfoy skrzyżował ręce na piersi i uśmiechnął się złośliwie do rudzielca, podczas gdy Harry obserwował rozgrywkę.

— A dlaczego niby miałbym ci powiedzieć, Weasley?

— Ponieważ jeśli mi się uda, będziesz wiedział, że Millicenta będzie dla mnie okropna. Będzie mnie traktować podle.

— Hmm... Myślę, że to całkiem dobry powód. Dobra. Zgadzam się. Pomogę ci.

Podczas powrotu do zamku Harry starał się trzymać blisko Ślizgona. Ron słuchając Malfoya, musiał przypominać sobie, że wcale nie podpisał paktu z diabłem, więc nie powinien się tak czuć, jakby to zrobił.

— Weasley, ty parszywy mały szczurze. — Zirytowana Millicenta kierowała się w stronę Harry'ego i Rona rozmawiających na korytarzu po śniadaniu.

— Nadchodzi — powiedział Harry. Uśmiechnął się niepewnie do Rona, po czym czmychnął.

— Bohater Czarodziejskiego Świata, taa, jasne — wymamrotał Ron, patrząc, jak jego przyjaciel (wielokrotnie stawiający czoła Voldemortowi) z przerażeniem daje dyla przed wściekłą Millicentą.

Biorąc głęboki wdech, odwrócił się w jej stronę.

— Nie mogę uwierzyć, że mogłeś zniżyć się aż do takiego poziomu. — Millicenta pomachała mu przed twarzą pogniecionym listem tak mocno, że wydał trzepocący dźwięk.

— Co to jest?

— Zmusiłeś matkę, żeby napisała do mojego ojca. Zaprosiła mnie, żebym spędziła z wami święta Bożego Narodzenia.

— Tak, to prawda. To było zdecydowanie bardzo nikczemne z mojej strony. — Wydawało się to jeszcze bardziej rozwścieczyć dziewczynę.

— Powiedział mi, że dobrze mi zrobi, jak spędzę trochę czasu z… — Millicenta była oburzona do tego stopnia, że miała trudności z wypowiedzeniem kolejnych słów — moim chłopakiem!

Plan Malfoya, by użyć wpływu rodziców, zadziałał. Szkoda jedynie, że fakt, iż posłuchał tego gnojka, przyprawiał go o lekkie mdłości.

— Przypuszczam, że zawsze możesz powiedzieć mu prawdę. Powiedz mu, że tak naprawdę nie jestem twoim chłopakiem.

Cała energia wydawała się opuścić Millicentę niczym uchodzące z balona powietrze. Lekko zaniepokojony Ron wziął ją za ramię i zaprowadził do pustej klasy, po czym posadził na krześle.

— Co jest?

— Nie mogę powiedzieć mu prawdy.

— Dlaczego? Jest jakiś ślizgoński kodeks, który mówi, że zawsze trzeba kłamać?

Millicenta spojrzała na niego ze złością.

— Nie, dupku. Nie mogę mu powiedzieć, ponieważ jest…

Kiedy na chwilę zamilkła, wszystkie możliwe scenariusze przemknęły Ronowi przez myśl.

— On tak się cieszy z mojego szczęścia — powiedziała w końcu.

Ronowi oczy prawie wyszły na wierzch.

— Co?

— Mój ojciec martwi się, że mogę być samotna.

— Ale... Ale ty zawsze jesteś otoczona Ślizgonami. Wielu z nich łazi za tobą i trzęsie się na każde twoje słowo.

Millicenta spuściła wzrok na podłogę.

— Tata chce, żeby ktoś mnie pokochał.

Rona ogarnęło lekkie poczucie winy. Zaczął całe to zamieszanie z dobrych pobudek, pokonanie Voldemorta było najlepszym z możliwych powodów, ale tak naprawdę nie wziął pod uwagę uczuć innych.

Kucając przy jej krześle, wziął w ręce jedną z jej wielkich, pokrytych odciskami dłoni.

— Czy naprawdę, byłoby to takie okropne, gdybym był twoim chłopakiem?

Nikły uśmiech wpełzł jej na twarz.

— Tak, Weasley, naprawdę byłoby.

Kiedy Millicenta weszła do przedziału pociągu i opadła na siedzenie obok Rona, Hermiona i Harry ze wszystkich sił starali się na nią nie gapić, rzucając jej jedynie szybkie, ukradkowe spojrzenia. Ron nawet nie próbował.

— Co tu robisz?

— Mam podły nastrój. Zamiast skazywać na niego moich przyjaciół, postanowiłam obarczyć nim jego powód, czyli ciebie.

— To znaczy, że ona miewa dobry humor? — wymamrotał Harry.

— To znaczy, że ona ma przyjaciół? — powiedziała pod nosem Hermiona.

Ron rzucił swoim towarzyszom błagalne spojrzenie. Hermiona pociągnęła lekko nosem i pochyliła się do przodu, wyciągając rękę.

— Miło cię znowu widzieć, Millicento.

Millicenta spojrzała na dłoń Hermiony, jakby był to jadowity wąż. Chociaż właściwie Ron postanowił przemyśleć to porównanie. Byłaby prawdopodobnie bardziej zadowolona, gdyby był to wąż.

— Dotknij mnie tym, Granger, a zmiażdżę ci wszystkie kości.

Hermiona szybo cofnęła rękę.

Harry wyprostował się rozwścieczony.

— Nie mów tak do niej.

— A kto mnie powstrzyma? Ty? — Millicenta wybuchła śmiechem, widząc gniew Harry'ego. — Jesteś zbyt dobrze wychowany, zbyt pełen tego honorowego gówna, żeby pierwszy wycelować we mnie różdżką. Jesteś zbyt gryfoński.

— Nie zniżę się do poziomu Ślizgonki — powiedział wyniośle Harry.

— Jeśli nie, to lepiej poćwiczmy pokłony dla Voldemorta, bo przegrasz, Potter, — Millicenta prychnęła zirytowana, widząc jego wściekłe spojrzenie, po czym kontynuowała: — Przypomnij sobie klub pojedynków na drugim roku. Byłam w parze z Granger i wygrałam.

— Oszukiwałaś — wtrąciła się Hermiona, wciąż zła o incydent sprzed pięciu lat.

Millicenta rzuciła jej zadowolony z siebie uśmiech, po czym odwróciła się ponownie w stronę Harry'ego.

— Celem pojedynku jest wygrana. Wiedziałam, że Granger zna więcej klątw ode mnie. Byłabym głupia, gdybym stała w miejscu i pozwoliła jej mnie przekląć.

Harry usiadł z powrotem na swoim siedzeniu, wpatrując się w Millicentę.

— Z tego, co słyszałam, Potter, nie masz w zwyczaju przestrzegania zasad. Jeśli chcesz mojej rady, nie przestrzegaj ich również, kiedy walczysz.

Ron patrzył, jak Harry absorbuje tę informację i przez moment był dość dumny ze swojej udawanej dziewczyny.

Chwilę później Malfoy otworzył drzwi do ich przedziału, skrzyżował ręce na piersi i oparł się o futrynę.

— Więc tu jesteś, Potter. Pomyślałem, że możemy poszamotać się ostatni raz, zanim pojedziemy spędzić Święta z najbliższymi.

— Malfoy! — pisnął Harry, czerwieniejąc i spoglądając dziko na Rona, Hermionę i Millicentę.

Draco odepchnął się od drzwi i zrobił krok do przodu.

— Obiecałeś mi, że będziemy się… bić.

— Aaa, tak, jasne. Bić. — Harry wziął głęboki oddech. — Możemy. Ale w tym pociągu nie ma miejsca, żeby się... yyy bić.

— Słyszałem, że przedział bagażowy to dobre miejsce na bijatykę — zasugerował Ron.

— To dziwne. — Hermiona zmarszczyła brwi. — Słyszałam, że to dobre miejsce na całowanie się.

Draco chwycił Harry'ego za ramię i wyciągnął z przedziału.

Hermiona patrzyła zmartwiona, jak chłopak był wyprowadzany przez korytarz.

— Mam nadzieję, że Harry'emu nic się nie stanie.

— Nie martw się. Malfoy go nie skrzywdzi — stwierdziła Millicenta, lekceważąc troskę Gryfonki.

— Widziałam, jak Harry wracał cały posiniaczony ze spotkania z Malfoyem — powiedziała Hermiona.

— I jestem pewna, że również uśmiechnięty.

— Tylko wtedy, kiedy dał nauczkę Malfoyowi.

Millicenta wyglądała na chwilowo zdezorientowaną.

— Malfoy ma niezłą reputację. Nie pomyślałabym, że Potter może go czegoś nauczyć.

Hermiona uśmiechnęła się sztywno.

— Jest wiele rzeczy, których ludzie nie wiedzą o Harrym.

— Zapewne.

— Harry jest naprawdę dobry w walce na pięści.

Zrozumienie wypłynęło na twarz Millicenty.

— Ach, ty naprawdę myślisz, że oni poszli się tam bić?

Ron popatrzył to na jedną dziewczynę, to na drugą. Hermiona miała pytający wyraz twarzy. Millicenta ucieszony, skoro mogła powiedzieć najmądrzejszej dziewczynie w szkole coś, czego ta nie wiedziała. Jednak chłopak był pewien, że jeśli Millicenta się wygada, Hermiona zacznie się wtrącać i będzie po ptakach. Ślizgonka już zaczęła otwierać buzię i Ron wiedział, że musi ją powstrzymać.

Chwycił ją, pociągnął do przodu i przycisnął swoje usta do jej.

Kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie.

Hermiona straciła umiejętność wysławiania się, która została zredukowana do wydawania z siebie dziwnych dźwięków, przypominających gaworzenie.

Millicenta straciła umiejętność poruszania się, zachowując się tak, jakby została uderzona zaklęciem oszałamiającym.

A Ron stracił rozum.

Zdecydowanie stracił rozum, ponieważ jakaś jego część uważała, że to było całkiem przyjemne.

W jednej też chwili rzeczywistość powróciła. Millicenta odepchnęła go, po czym uderzyła pięścią w głowę, przez co upadł na podłogę i zobaczył wszystkie gwiazdy. Hermiona odzyskała głos i postanowiła go użyć, wykrzykując głośno „Ron!", a Ron przekonał się, że niektóre pomysły były bardzo, bardzo złe.

Dowiedział się jednakże, jak mogły wyglądać zaloty ojca Hagrida i jego matki olbrzymki.

Pani Weasley spojrzała na Millicentę, odwróciła się w kierunku Rona, po czym ponownie do dziewczyny. Biorąc głęboki oddech i starając się uśmiechnąć, zrobiła krok do przodu i chwyciła dłonie Ślizgonki.

— Dzień dobry kochanie. Bardzo nam miło, że dołączysz do nas w Święta. — Jej wzrok padł na jedną z rąk dziewczyny i wydała z siebie cichy okrzyk. — Zraniłaś się. Musimy jak najszybciej to wyleczyć.

— Dziękuję bardzo, pani Weasley — powiedziała Millicenta, podążając za matką Rona, gdy ta wyprowadzała ją ze stacji. — Musiałem się przypadkiem uderzyć się o coś twardego.

Podczas gdy Hermiona i Ginny podążały za parą, Ron potarł opuchliznę za uchem, gdzie wylądowała pięść Millicenty, i poszedł szukać Harry'ego.

Pociąg był już prawie pusty, na podłodze leżały pogniecione papierki po cukierkach, a tu i ówdzie porozrzucane kartki. Idąc, Ron usłyszał głosy dochodzące z tyłu pociągu.

— Cholera, Malfoy. Możesz to zrobić.

Draco wydał z siebie ochrypły śmiech

— Kilka sesji w komórce na miotły nie sprawiło, że jestem twój, Potter.

— Ale będziesz Voldemorta.

Przez jedną szaloną chwilę Ron zastanawiał się, czy Draco planuje sesję w szopie na miotły z Voldemortem, zanim zrozumiał. Draco pewnie rozważał zostanie Śmierciożercą, a Harry chciał go przekonać, że to szaleństwo.

Rudzielec stanął w drzwiach przedziału i przez chwilę obserwował Harry'ego i Malfoya. Włosy Ślizgona były prawie tak samo niechlujnie zmierzwione jak włosy Harry'ego, a ich szaty pogniecione tak, jakby leżały znaczną część drogi zwinięte w kłębek. Malfoy uniósł głowę, wpatrując się w czarnowłosego chłopaka z pogardą, jakby naprawdę nie chciał się zaangażować. Natomiast oczy Harry'ego płonęły ze złości…

— Ekhem — odchrząknął Ron i obaj odwrócili się w jego stronę, zaskoczeni jego obecnością. — Musimy już iść, Harry.
Harry skinął krótko głową, po czym odwrócił się do Draco. Szybkim ruchem chwycił go za ramiona i pchnął na okno, a następnie przycisnął się do niego całym ciałem. Zaciskając usta na ustach Malfoya, całował go mocno przez chwilę, po czym puścił i cofnął się.

Wciąż wściekły, wyjął paczkę z kieszeni i wepchnął ją w ręce Draco.

— Twój prezent. Wesołych pieprzonych Świąt — wyrzucił z siebie Harry, zanim wyszedł, przepychając się obok Rona.

Malfoy, trzymając w dłoni srebrne pudełko, wciąż stał oparty plecami o okno, jakby to była jedyna rzecz, która trzymała go w pionie. Na chwilę jego spojrzenie spotkało się ze wzrokiem Rona i zesztywniał, jakby myślał o ponownym założeniu maski dumy, którą zwykle nosił, zanim westchnął i zrezygnował z niej.

Ron nienawidził Draco. Nienawidził go od zawsze. Wiedział, że powinien piać z zachwytu z powodu zwycięstwa swojej strategii. Stojący tam, mocno trzymający w dłoniach prezent i wyglądający na zupełnie samotnego Malfoy już nigdy nie będzie wrogiem Harry'ego. Jednak zamiast napawać się zwycięstwem, Ron poczuł lekki wstyd.

Ze współczuciem skinął Draco, po czym się odwrócił.

Dogonienie Harry'ego zajęło mu kilka chwil.

— Chcesz o tym porozmawiać, stary?

Brunet pokręcił głową.

— To był dopiero pocałunek.

Wzdychając głęboko, Harry włożył ręce do kieszeni.

— W porządku. Słucham.

— Czego? — zapytał Ron.

— Tych wszystkich okrzyków obrzydzenia, udawania wymiotów z powodu tego, że pocałowałem Malfoya.

Ron uśmiechnął się.

— Przyganiałby kocioł garnkowi. Pobiłem cię.

Harry uniósł brwi.

— Pocałowałem Millicentę.

Actions