Dziękuję bardzo otemporze za zbetowanie całego opowiadania.
Rozdział 3.
Gra końcowa.
Ron wrzasnął, zrzucając z siebie pająki, a Hermiona, Harry i Ginny ruszyli mu na pomoc.
Pani Weasley strofowała Freda i Georga:
— Naprawdę, chłopcy! Myślałam, że skończyliście już z tymi nonsensami. Żeby znęcać się nad swoim młodszym bratem już od pierwszej chwili, kiedy tylko wyszedł z kominka...
— Wiedzieliśmy, że przyprowadzi swoją dziewczynę do domu — powiedział Fred, wciąż się śmiejąc.
— Chcieliśmy mu tylko pomóc zrobić dobre wrażenie — dodał George.
Millicenta zrobiła krok w ich kierunku.
— Lubicie słuchać, jak krzyczy.
— To zabawne — powiedział jeden z bliźniaków.
— Ale to tylko żarty — dodał drugi.
Dziewczyna uśmiechnęła się w swój najbardziej ślizgoński sposób.
— Też lubię słuchać krzyków.
Fred i George zrobili wielkie oczy i odsunęli się od niej. W odpowiedzi zbliżyła się do nich i syknęła:
— Tylko ja nie żartuję.
Pająki zniknęły, a Ron w końcu się uspokoił. Jego ojciec wraz z resztą braci weszli do pokoju i przywitali nowoprzybyłych, serdecznie ich ściskając. Zapanował rozgardiasz. Percy wypadł dość blado przy Billu i Charliem, ale również przepchnął się przez gromadę i powitał sztywno Harry'ego i Hermionę. Nagle, w samym środku wesołego chaosu, Ron usłyszał przenikliwy wrzask.
— Weasley! Czy ty masz gluty zamiast mózgu?
W pokoju zapanowała kompletna cisza, a Ron odwrócił się w stronę Millicenty.
— Co znowu... — Rozejrzał się po otaczających go, zdumionych twarzach, dodał pospiesznie: — kochanie?
Weasleyowie wyglądali na jeszcze bardziej zdziwionych.
— Nigdy nie wspominałeś, że masz brata, który pracuje ze smokami — mówiąc to, dziewczyna wskazała palcem Charliego.
— Przecież nie ukrywałem go przed tobą specjalnie. Po prostu jakoś nigdy nie wyszło w rozmowie.
Millicenta prychnęła, po czym jedną mięsistą łapą chwyciła Charliego za ramię i pociągnęła go w stronę wyjścia.
— Ty i ja porozmawiamy sobie o smokach.
Ron zauważył, jak wywlekany z pomieszczenia Charlie nerwowo przełknął ślinę.
W pokoju ponownie zapanowała cisza, a wszyscy pozostali gapili się na Rona.
— Cóż, lubię ją — stwierdził Arthur. — Przypomina twoją matkę.
Pani Weasley natychmiast uderzyła męża w tył głowy.
Ron pomyślał, że da się dostrzec pewne podobieństwa.
Wydawało się, że minęła wieczność, zanim w końcu przyszły Święta. Hermiona nauczyła ich mugolskiego sposobu na robienie łańcuchów z popcornu, którymi później ozdabiali choinkę. Spędzili większość wieczoru, tworząc je, tylko po to, by następnego ranka zejść na dół i zobaczyć że drzewko zostało zupełnie ogołocone.
Millicenta wymamrotała, że w nocy zgłodniała i miała ochotę na przekąskę.
Początkowo kwestia przydzielenia miejsc do spania stworzyła pewien problem, ponieważ ani Ginny, ani Hermiona nie chciały usnąć z Millicentą w pokoju. Ron nie był też do końca pewny, w jaki sposób zostało to rozwiązane, ale po pierwszej nocy, kiedy to słyszał odbijające się od ścian klątwy, zdecydował, że nie chce wiedzieć.
Wiedział jednak, że następnego dnia Hermiona miała zielone włosy, Ginny ogon, a za każdym razem, gdy Millicenta otwierała usta, żeby coś powiedzieć, z jej gardła wydobywał się śpiew. W konsekwencji nie mówiła za dużo i dzień upłynął całkiem przyjemnie.
W każdym razie cała trójka zawarła swoisty pokój. Taki rodzaj pokoju, gdzie każda strona posiadała broń, która mogła zniszczyć przeciwnika, i z przyjemnością by jej użyła, ale niemniej jednak był to pokój.
W końcu nadszedł świąteczny poranek. Millicenta w milczeniu otworzyła prezent, który dostała od Rona – klatkę dla ptaków, której zbudowanie zajęło mu kilka dni. Poprosił nawet Hermionę, żeby nauczyła go zaklęcia uelastyczniającego drewno tak, by można je było dowolnie kształtować, po czym później twardniało.
— I co o tym myślisz? — zapytał niecierpliwie Ron, lekko zdziwiony, że go to nawet obchodzi. — Nigdy nie wspominałaś, że masz ptaka. Pomyślałem, że może teraz będziesz mogła jednego mieć.
— To... nie jest do kitu.
To był, zaiste, wielki komplement, zdecydował Ron. Powoli zaczynał rozumieć język Millicenty. Spojrzenia, które mu rzucała, nie były już tak śmiercionośne jak zwykle, więc najwyraźniej była oczarowana prezentem.
Kiedy rozkoszował się jej nie tak groźnym spojrzeniem, wręczyła mu woreczek pieniędzy.
— Planowałam kupić prezenty świąteczne twojej rodzinie.
— Ale nie miałaś czasu. Jestem pewna, że wszyscy zrozumiemy, kochanie — powiedziała pani Weasley.
— Właściwie to nie chciało mi się fatygować — poprawiła ją Millicenta.
Weasleyowie po raz kolejny rzucili jej niedowierzające spojrzenia.
Ron skorzystał z okazji, by zajrzeć do sakiewki i wciągnął głośno powietrze.
— Tato, pamiętasz jak mówiłeś, że chciałeś zabrać nas wszystkich następnego lata do Rumunii, żeby odwiedzić Charliego, ale nie byłeś pewny, czy będzie cię na to stać? — Nie dodając już ani słowa, Ron podał swojemu ojcu ciężki woreczek galeonów.
Jego ojciec zajrzał do środka. Kiedy spojrzał ponownie na swoją rodzinę, uśmiechał się promiennie.
— To cudowne. Dziękuję ci bardzo, Millicento.
— Jasne — powiedziała dziewczyna, zbywając jego wdzięczność. — Kiedy obiad?
Ron wcisnął jej w dłonie prezent.
— Mówiłem ci już cztery razy, będziemy jeść po tym, jak otworzymy wszystkie prezenty.
Millicenta przyjrzała się ogromnej liczbie Weasleyów i ogromnej liczbie ich prezentów.
— Umrę z głodu — jęknęła, rozpakowując kolejny podarunek. Gdy otworzyła pudełko, zwróciła się do Rona: — Co to jest?
— To sweter. Moja mama je robi — odpowiedział jej Ron, nie dodając, że jego matce wystarczyło jedno spojrzenie na Millicentę na stacji kolejowej, by pośpiesznie zacząć robić większy strój. Druty dopiero wczoraj zakończyły swoje zadanie.
Bez pośpiechu, jakby w obawie, że może ugryźć, Millicenta wyciągnęła sweter z pudełka i uniosła go.
— Jest bardzo czerwony — powiedziała powoli. — I ma na sobie literę M.
— Tak. M jak Millicenta.
— Będę wyglądać jak M&Ms — burknęła dziewczyna.
Harry zaśmiał się, co szybko stłumił, a Hermiona zachichotała.
Ron wyglądał na zdziwionego.
— Co to emanems?
— Mugolskie słodycze — wyjaśniła Hermiona.
Ron odwrócił się, by spojrzeć na Millicentę.
— Skąd znasz mugolskie słodycze?
Dziewczyna spojrzała na swoje ciało, a potem z powrotem na Rona.
— Zgaduj, Weasley.
— Och. Cóż, przypuszczam, że będziesz wyglądać jak emanems, ponieważ jesteś taka słodka — powiedział Ron, mając nadzieję, że ją to uspokoi.
Uświadomił sobie, że to nie zadziałało, w momencie, kiedy poczuł pięść Millicenty na swojej głowie chwilę przed tym, jak wymaszerowała z pomieszczenia.
— Ach, powracają wspomnienia — westchnął pan Weasley.
Wspomnienia powróciły jeszcze wyraźniej, kiedy pani Weasley w odwecie uderzyła go w bok głowy.
Siedzieli przy świątecznej uczcie przygotowanej przez panią Weasley i już byli w połowie posiłku, kiedy rozległ się głośny trzask, zaskakując całą grupę.
Draco Malfoy pojawił się w pomieszczeniu, pachnąc dymem, wokół niego trzeszczała jakaś energia, a po policzku spływała mu krew sącząca się z rany na czole. Wydawało się, że jego prawa ręka zwisa pod dziwnym kątem.
Przez chwilę przyglądał się wszystkim siedzącym przy stole, po czym zaczął powoli opadać na ziemię, mdlejąc. Harry'emu udało się podbiec wystarczająco szybko, by go złapać, nim ten uderzył głową o ziemię.
— Na Merlina! — wrzasnęła Molly.
— O matko — powiedział Arthur, wstając i śpiesząc się, by pomóc Harry'emu z bezwładnym ciałem Draco.
— Podaj ziemniaki — odezwała się Millicenta, nie przerywając jedzenia.
Ron spojrzał na swoje łóżko. Nie było innej możliwości. Będzie musiał je spalić.
Powodem, dla którego wydawało się być to konieczne, był znajdujący się na nim obecnie blondyn. Harry leżał obok Draco, mrucząc kojące bzdury i poklepując go po ramieniu. Pani Weasley dołożyła wszelkich starań, aby wyleczyć wszystkie rany, jakie mogła znaleźć, a potem głośno oświadczyła, że chłopiec musi spać. Hermiona i reszta klanu Weasleyów wyszli z pokoju. Millicenty nie było wśród nich. Z tego, co Ron wiedział, nadal jadła obiad.
Powieki Draco drgnęły i się otworzyły.
— Harry?
— Jestem tutaj.
— Myślę, że na chwilę umarłem. — Ślizgon spojrzał na Harry'ego z przerażeniem w oczach. — I trafiłem do piekła. To było straszne, wszystkie demony były rude.
— Cóż, teraz jesteś bezpieczny. W Norze. — Widząc, że Draco nadal nie rozumie, Harry dodał: — W domu Weasleyów. Mama Rona cię podleczyła.
Ron zrobił krok do przodu.
— Malfoy, co się stało?
Na chwilę na ustach blondyna pojawił się szyderczy uśmiech, lecz szybko zniknął.
— Nie chciałem przyjąć Mrocznego Znaku. Powiedziałem Vol... — Draco przerwał, przełykając głośno ślinę. — Powiedziałem Sam-Wiesz-Komu, że powinniśmy to przełożyć. Podałem mu mnóstwo dobrych powodów, na przykład, że mógłbym szpiegować Dumbledore'a, gdybym wciąż był w szkole.
Draco przez chwilę spoglądał na swoje kolana, zanim podniósł wzrok.
— Zdecydował, że wyedukuje mnie na temat używania Cruciatusa.
Harry pochylił się do przodu, chwytając dłonie Malfoya, co wywołało u chłopaka mały uśmiech.
— Jak się tu dostałeś?— zapytał Ron.
— Prezent od Harry'ego. Zorientowałem się, że to świstoklik. Nie wiedziałem, że mnie tu sprowadzi.
— Nie — powiedział cicho Harry, ściskając dłoń blondyna. — To nie do Nory miał cię przenieść, tylko do mnie.
— Oszalałeś?! — wykrzyknął Ron.
— Czy ty gdzieś zapodziałeś ten swój malutki mózg?! — zawołał Draco.
Ron i Draco rzucili sobie krótkie spojrzenie; obaj nie czuli się zbyt komfortowo z tym, że się ze sobą w czymkolwiek zgadzali.
Ron jako pierwszy doszedł do siebie po tym dziwnym doświadczeniu.
— Mogli go zabrać temu dupkowi i użyć, żeby się do ciebie dostać.
— To Voldemort mógł przybyć zamiast mnie. — Draco był wściekły.— A ty nie miałbyś do obrony nikogo prócz stada Weasleyów.
Ron przeklął oburzony, na co Draco wzruszył tylko ramionami.
— Och, jestem pewien, że wielu z was potrafi zaciekle walczyć, ale tu chodzi o Voldemorta.
— Mam to gdzieś. — Harry zupełnie nie okazał skruchy. — Zadziałało tak jak powinno. Uchroniło cię.
— Jeśli kiedykolwiek zrobisz znowu coś tak idiotycznego, przywiążę cię do łóżka — wysyczał Draco. — I wiesz, co ci wtedy zrobię?
Oczy Harry'ego otworzyły się szeroko jednocześnie z ciekawości i fascynacji.
— Co? — zapytał wstrzymując oddech.
— Absolutnie nic.
— Och. — Harry zamyślił się przez chwilę. — Och — powiedział ponownie cichym głosem.
Draco ukrył twarz w dłoniach.
— Odwróciłem się od mojej rodziny i prawdopodobnie wkrótce będę bez grosza przy duszy, stałem się wrogiem najpotężniejszego mrocznego czarodzieja, a teraz odkryłem, że mój chłopak jest imbecylem. Przynajmniej już gorzej być nie może.
Ron uśmiechnął się złośliwie.
— Malfoy, czy wiedziałeś, że leżysz właśnie na moim łóżku?
Draco wrzasnął.
Trzy dni po Bożym Narodzeniu Draco poczuł się wystarczająco dobrze, by zejść na dół. Doprowadziło to do małej kłótni, ponieważ nie mógł sobie wbić do głowy, że Fred i George nie są skrzatami domowymi, i ciągle im rozkazywał.
— A po co niby jest ich dwóch? — zapytał Harry'ego, który zmęczony kłótniami po prostu wzruszył ramionami.
Nagle Charlie wpadł do pokoju.
— Właśnie otrzymałem informację, że niecałe sto mil stąd dostrzeżono dzikiego smoka. Próbują go złapać, ale potrzebują wszelkiej możliwej pomocy.
Wszyscy młodsi Weasleyowie z wyjątkiem Percy'ego natychmiast zgłosili się na ochotników. Hermiona również jasno wyraziła chęć dołączenia do grupy, podczas gdy Millicenta przedzierała się przez ich szeregi, aby upewnić się, że będzie z przodu.
Harry milczał przez chwilę, wpatrując się we wciąż słabego Draco.
— Och, dobra, biegnij, Potter. W końcu masz okazję zabić prawdziwego smoka.
— Niech tylko go dotknie — zagroziła Millicenta.
Harry, rzucając ostatnie spojrzenie Malfoyowi, rozpromienił się i dołączył do ochotników. Podekscytowana grupa wyszła z Nory.
Mogłoby się wydawać, że to zupełnie inna grupa wróciła kilka godzin później: mieli przypalone włosy, gdzieniegdzie oparzenia i przeróżne ślady spalenizny na ubraniach.
— Powinniście byli zobaczyć Millicentę — zapiał z zachwytu Charlie, opowiadając swoim rodzicom i Draco. — Była niesamowita.
Zorganizowała dywersję, a następnie, gdy smok był zajęty, rzuciła zaklęcie powolnego kurczenia się na jego skrzydła. W mgnieniu oka został uziemiony.
Draco spojrzał na Harry'ego, którego szata była podarta i poczerniała.
— A gdzie ty byłeś, kiedy to wszystko się działo?
Harry się skrzywił.
— Zgadnij, kto był tą dywersją.
Wrzask Draco wypełnił pokój.
— Bulstrode!
— O co chodzi, Malfoy?
Millicenta przecisnęła się przez tłum, by spojrzeć na chłopaka. Ron pomyślał, że jej mina wygląda bardziej wojowniczo niż zwykle.
— Rób, co chcesz, z tymi tutaj — Draco wskazał ręką zebranych Weasleyów. — Ale Potter należy do mnie.
— Hej! — powiedziało kilku Weasleyów
Harry uśmiechnął się szeroko, jednak po chwili dotarło do niego, że właśnie został uprzedmiotowiony.
— Hej!
Zarówno Draco, jak i Millicenta zignorowali okrzyki oburzenia, nie przerywając kłótni.
— Nie porzuciłem mojej rodziny i wszystkich wpajanych mi wartości, żeby teraz Harry stał się smoczą karmą.
— Och, zamknij się, Draco. Inni mogą kupić te bzdury o porzuceniu rodziny, ale ja wiem lepiej. Twój ojciec jest prawdopodobnie tak szczęśliwy z powodu ciebie i Pottera, że dementorzy się roztyją, próbując to wszystko wyssać.
Wszyscy spojrzeli na Malfoya, który się rumienił.
— Co ona przez to rozumie? — zapytał Harry, kładąc dłoń na ramieniu swojego chłopaka.
— Mój ojciec zawsze chciał, żebym się z tobą zaprzyjaźnił. Wiesz o tym — wymamrotał Draco.
— Jasne. Żeby mógł przekazać mnie Voldemortowi.
Ron widział, że Malfoy stara się uniknąć spojrzenia Harry'ego.
— Zgadza się, Draco? Twój ojciec chciał, żebyś mnie zdradził.
— Nie do końca. — Głos Draco był ledwie słyszalny. — Malfoyowie istnieją od wieków. Pomimo wojen, pomimo polityki, Malfoyowie przetrwali. — Chłopak podniósł głowę i spojrzał na Harry'ego. — Udało się nam to, ponieważ różne pokolenia wspierają różne strony. W ten sposób bez względu na to, kto zwycięży, Malfoy jest zawsze po zwycięskiej stronie.
— Gdybyś był Ślizgonem, wiedziałbyś o tym — Millicenta uśmiechnęła się złośliwie do zaskoczonego Harry'ego.
— Och, zamknij się, Bulstrode — sapnął Malfoy. — Powinnaś być zadowolona, że w końcu stanąłem po twojej stronie.
Chwila moment, pomyślał Ron.
— Millicenta jest po stronie Dumbledore'a? — udało mu się wyjąkać.
Dziewczyna westchnęła głośno z irytacją.
— Oczywiście, że tak, gamoniu. Voldemort zabija jednorożce. Musi zostać unicestwiony.
— Ale… ale… to nie może być prawda. — Ron przeczesał palcami włosy, całkowicie zdesperowany. — Malfoy miał przejść na stronę dobra dla Harry'ego, a nie w ramach jakiegoś spisku Malfoyów. Millicenta powinna zrobić to samo ze względu na mnie. — Ron wskazał dziewczynę palcem. — Nie możesz być dobra tak sama z siebie.
— Czyli o to w tym wszystkim chodziło?! — wrzasnęła Millicenta. — Dręczyłeś mnie, narzucałeś się, myśląc, że zakocham się w tobie i dołączę do waszej świętoszkowatej grupki? Jakbym nie miała własnego rozumu? Jakbym miała robić, wszystko to, czego chciałby mój chłopak?
— Jeśli chcesz go uderzyć, przytrzymam go — zaproponowała Ginny, robiąc krok do przodu. — Nie mogę uwierzyć, że mój brat jest takim szowinistą.
Millicenta spojrzała na Rona.
— Skończyłam z tą farsą. Pakuję się i wracam do domu.
— Nie winię cię — powiedziała Ginny, idąc za nią na górę.
Draco się wściekł. Zrobił krok do przodu, by skonfrontować się z Ronem.
— Zapłacisz za próby manipulacji mną.
— Próby? — zapytał Ron, po czym natychmiast pożałował.
Zaciskając pięści, Malfoy oznajmił:
— Wychodzę. Zamierzam... — Uświadomił sobie, że naprawdę nie ma dokąd pójść. Po zastanowieniu, chwycił Harry'ego i zaczął go ciągnąć na górę. — Idę do mojego pokoju i zabieram go ze sobą.
Reszta Weasleyów również powoli opuściła pomieszczenie, kręcąc głowami z rozczarowaniem. Został tylko Ron i Hermiona.
— Chciałem tylko pomóc — wyjąkał Ron do Hermiony. — Wtedy wydawało się to dobrym pomysłem.
Hermiona podeszła do niego bliżej, a Ron posłał jej zakłopotany uśmiech. Dlatego całkowicie go zaskoczyła, kiedy uderzyła go pięścią w głowę, przewracając na podłogę.
— Nie sądziłeś, że ja też mogłabym przekonać jakiegoś idiotę, żeby zmienił stronę? A może jestem zbyt nieatrakcyjna?
Kiedy Hermiona odeszła, Ron zdecydował, że dobrze, że to wszystko się już skończyło. Najwyraźniej jego przyjaciółka spędzała zbyt dużo czasu z Millicentą.
— Ty też jesteś na mnie zły, stary? — zapytał.
Ron spędził resztę dnia, siedząc pod drzewem, ponieważ wszyscy go unikali. Kiedy Harry podszedł do niego, spodziewał się kolejnych wyrzutów, ale zamiast tego przyjaciel usiadł spokojnie obok niego, nie mówiąc ani słowa.
Harry zastanowił się przez chwilę, po czym potrząsnął głową.
— Wiem, że mną manipulowałeś, ale jestem do tego przyzwyczajony. Cholera, myślę, że Dumbledore zajmuje się tym na pełen etat. Po prostu starałeś się, jak mogłeś. I myślę, że nie było tak źle. Draco jest po naszej stronie i teraz wiemy, że możemy liczyć na Millicentę. Chyba.
Ron westchnął.
— Wszyscy są na mnie źli.
— Tak, masz rację. Draco jest absolutnie wściekły. — Na ustach Harry'ego pojawił się uśmiech. — Co oznacza dużo dobrego seksu, żeby wyładować tę złość, więc nie mogę narzekać.
— Za dużo informacji, Harry — ostrzegł go Ron.
— Jasne.
Siedzieli w ciszy przez kilka minut, zanim Harry ponownie się odezwał.
— Nienawidzę przynosić ci kolejnych złych wiadomości, ale… — Jego głos zamarł.
— O co chodzi? — ponaglił go Ron.
— Charlie protestował przeciwko odejściu Millicenty. Wygląda na to, że był pod wielkim wrażeniem tego, jak poradziła sobie ze smokiem.
— No i?
— On naprawdę, naprawdę protestował przeciwko jej odejściu. — Harry uśmiechnął się. — Sposób, w jaki to robił... Być może Milicenta jeszcze dołączy do twojej rodziny.
Ron jęknął i schował głowę w dłoniach.
— Bóg mnie karze, prawda?
— Ron?
Na dźwięk głosu Hermiony chłopak podniósł głowę.
— Co ty tutaj robisz?
— Chciałam przeprosić, że cię uderzyłam.
Ron popatrzył na nią, kiedy usiadła obok Harry'ego.
— Wiesz, to nie było dlatego, że myślałem, że nie jesteś atrakcyjna — wyjaśnił. — Nie dlatego nie próbowałem cię z nikim zeswatać. Jesteś na to po prostu zbyt mądra. Byłem pewien, że gdybym spróbował, od razu byś mnie rozgryzła.
— Och. — Hermiona spojrzała na ziemię i nastąpiła cisza trwająca długo, zanim ją przerwała. — Wiesz, to właściwie nie był taki zły pomysł.
Harry i Ron odwrócili się, by na nią spojrzeć.
— Może gdybyśmy zrobili wszystko bardziej otwarcie. Niech wszyscy wiedzą, o co nam chodzi.
— Hermiono, czy sugerujesz, że my powinniśmy... — Harry zawahał się, nie do końca pewien, jak to powiedzieć.
— Zacząć się puszczać? — skończył Ron.
— Nie, oczywiście, że nie. To byłoby raczej prymitywne, nieprawdaż?
Ron odetchnął z ulgą, po czym zdał sobie sprawę, że zrobił to za wcześnie.
— Ale mamy po swojej stronie wielu całkiem atrakcyjnych ludzi. Jest całe twoje rodzeństwo, Ron. Jest jeszcze Tonks i Shacklebolt, oboje są dość seksowni.
— Oliver Wood — zasugerował Harry. — Patilówny.
— Każdy z nas mógł wybrać kogoś, nad kim… hm… mógłby popracować. — Zamyśliła się chwilę. — Naprawdę, dobrze że Lucjusz Malfoy jest żonaty, w przeciwnym razie mogłybyśmy się z Ginny o niego pokłócić.
— Chyba zaraz zwymiotuję — jęknął Ron.
— Nonsens. To był przede wszystkim twój pomysł. Powinniśmy jednak mieć chwytliwą nazwę lub frazę.
— Czyń miłość, nie wojnę!* — zasugerował zadowolony z siebie Harry.
— Idealnie. — Hermiona spojrzała na swoich przyjaciół. — Harry jest oczywiście zajęty i nie może uczestniczyć, ale my powinniśmy rozpocząć rekrutację i obrać cele.
Hermiona przyjrzała się Ronowi.
— Co myślisz o Pansy Parkinson?
Świat oszalał, zdecydował Ron To było jedyne wyjaśnienie. Mógł z tym walczyć lub płynąć z prądem.
— Nienawidzę jej. Kiedy powinienem zacząć? — zapytał.
Koniec.
*Make love, not war – hasło antywojenne z okresu wojny wietnamskiej
