Mimo środka dnia i rozsuniętych zasłon, gabinet pozostawał ciemny; winę za to ponosiły szare, ciężkie chmury, które rozsiadły się nad Niborkiem i ani myślały odejść. Feliks zmuszony był uporządkować prasę na stoliku i umieścić tam ciężką, mosiężną lampkę, w przeciwnym wypadku niewiele by odczytał z najnowszych dzienników. Upewnił się, że krąg złotego światła sięga sofy i skulił się pod kocem. Przygryzając wargę w zafrasowaniu, przewracał kolejne strony gazet.
Temat plebiscytu na razie ignorował; mamrocząc pod nosem, przesuwał palcem po aktualnej linii frontu i próbował oszacować, czy miejsce, w którym przebywa jego matka, leżało na tyle daleko od działań wojennych, by mógł być o nią spokojny.
Gdy już się o tym upewnił, wczytał się w długą i piekielnie trudną analizę sytuacji, zapisaną drobnym drukiem i rozciągającą się na całe trzy szpalty strony tytułowej; poddał się w połowie pierwszej.
Zrozumiał tyle, że Polska ruszyła na Kijów; resztę tekstu stanowiły nazwiska, stopnie, cele polityczne, motywy i plany, które Feliksowi, od pewnego czasu nie będącemu na bieżąco, tylko zaciemniły obraz sytuacji. Marszcząc brwi, przeleciał wzrokiem resztę tekstu; gdy natknął się jeszcze na kąśliwą uwagę niemieckiego redaktora, uderzającą w polskie tony jego duszy, niecierpliwie odrzucił gazetę na stolik.
Nigdy nie był teoretykiem; to Natasza, ku zaskoczeniu wszystkich, którzy nie znali tej szczupłej, niewinnie wyglądającej dziewczyny, potrafiła godzinami dyskutować o militariach. Gdy brała do ręki relacje z frontów, cała studencka brać zbiegała się, by posłuchać, jak wykłada sytuację. Tutaj też pewnie by mu pomogła; Feliks westchnął, tęskniąc za przyjaciółką i jej ostrym językiem.
Może powinien kiedyś do niej napisać? Pokręcił głową i wypił ostatni łyk porannej, zimnej herbaty.
– Ciekawe, jak nazwą dzieci – mruknął z przekąsem.
Odłożył filiżankę na blat stolika i wyłączył lampkę. Chwała elektryczności, temu cudownemu wynalazkowi; w jego pokoju na poddaszu musiał zadowolić się lampką naftową.
– Dobra, Feliks, koniec użalania się nad sobą. Musisz wymyślić, jak zarobić forsę, oddać ojcu... I temu draniowi.
Leżąca na biurku wilgotna koperta ze znajomym królewieckim adresem, napisanym koślawie na jednej ze stron, wydawała się z niego kpić. W odpowiedzi Feliks spojrzał nań morderczym wzrokiem, ale list wcale nie chciał spłonąć.
Miał cichutką nadzieję, że Hoffmann jednak nie upomni się o ten nieszczęsny czynsz... Zaraz.
Tknięty nagłą myślą, zatrzymał dłoń w połowie drogi do koperty. Czy w ogóle mówił ojcu, że zabrakło mu pieniędzy na opłacenie pokoju?
Zagryzł wargę, gorączkowo próbując przypomnieć sobie treść swojej korespondencji z ojcem. Z Aaronem niemal zawsze był szczery; pisał o tym, że nie zdał egzaminów, o tym, że wyleciał z ostatniej pracy, o nowych, niezbyt korzystnych dla niego i jego portfela znajomościach...
A im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej był pewny, że owszem, napisał, że jest doszczętnie spłukany, ale to, że narobił sobie dwumiesięcznego długu u najemcy, akurat pominął.
Kurwa mać, nie chciał go martwić! Był pewny, że...
– Poradziłbym sobie! – zawył Feliks, wyszarpując list z koperty. Hoffmann dawał mu jeszcze miesiąc na uregulowanie należności; w przeciwnym razie powiadomi władze. – Poszedłbym gdzieś do roboty, nie jadł przez tydzień, ale zapłaciłbym to, co zalegałem i jeszcze bym dołożył! Zgodziłeś się na takie warunki, ty stary dziadzie, a potem złamałeś umowę!
Rozejrzał się po gabinecie rozognionym wzrokiem, a potem wcisnął list z powrotem do poszarpanej koperty.
– Zobaczę, co mi dzisiaj powie Trottner – szepnął do siebie, biorąc głębszy wdech. – Jak znajdę szybko robotę, to nie będzie problemu. Jak nie... to będę kombinował. Jakoś to będzie.
Nie wątpił, że Aaron zapłaciłby dług bez słowa, ale wyjeżdżając z Niborka, Feliks coś sobie zaprzysiągł i już na samą myśl, że miałby – on, dorosły mężczyzna – znów polegać finansowo na ojcu, czuł bolesne ukłucie urażonej dumy. Parę pożyczonych na alkohol marek nie miało znaczenia, ale coś takiego...
– Jakoś to będzie – powtórzył, chcąc przekonać samego siebie. Westchnął i odgarnąwszy włosy ze skroni, podszedł do okna. Zamrugał zdezorientowany, zdając sobie sprawę, że w czasie, w którym czytał, rozpadało się i to porządnie.
Po szybie spływały strugi deszczu, a przez niewielką szczelinę między okiennicami czuł powiew chłodnego, wilgotnego powietrza. Bruk na ulicy zamienił się w jedną wielką kałużę, z której tylko miejscami wystawały ciemne, wyglądające na śliskie kamienie. Zrujnowana kamienica naprzeciwko pociemniała od zacieków.
Z zaskakującą jasnością umysłu Feliks zdał sobie sprawę, że jego parasol został w pokoju na poddaszu dobre dwieście kilometrów dalej.
– Kurwa mać! – jęknął bezsilnie i znowu obrzucił gabinet wzrokiem. Ojciec już dawno wyszedł i najpewniej zabrał swój parasol za sobą, ale może kupił ostatnio zapasowy...? Albo może Maryś miała własny i mogłaby mu na chwilkę pożyczyć? Oby.
Wypadł z gabinetu, przejrzał zakamarki holu, a potem wpadł do kuchni. Zastał pomieszczenie całkowicie puste. Drzwi na drugą klatkę schodową były zamknięte na klucz, a na stole leżały kartki żywnościowe i nożyczki. Feliks zajrzał jeszcze do małego ceramicznego słoiczka, gdzie Aaron wrzucał marki i wszystko stało się jasne.
– Wyszła na zakupy – mruknął do siebie. – Muszę czekać.
Więc czekał, krążąc po pokojach, a w miarę upływu czasu, odliczanego kolejnymi kroplami spływającymi po szybach, coraz mocniej musiał powstrzymywać się od podgryzania paznokci. Odkąd wrócił do domu, minął już dobry tydzień – nie mógł dłużej odwlekać tej wizyty... Co nie znaczyło, że wyczekiwał jej z radością.
Pół godziny później, gdy deszcz ustał, Feliks niecierpliwie złapał za płaszcz i stanął przed lustrem w holu. Kilka razy upewnił się, że na beżowym materiale nie ma żadnego proszku czy dziwnych zagięć. Z przyzwyczajenia, nawet o tym nie myśląc, przypiął do klapy misterną broszkę wysadzaną małymi bursztynami, a potem spróbował ułożyć przydługie włosy tak, by jak najbardziej zakrywały opatrunek na skroni.
Uznawszy, że dobrze się prezentuje, zamknął mieszkanie na klucz i kilka sekund później znalazł się na ulicy. Ciemnoszare, ciężkie chmury zasnuły całe niebo; wydawały się wisieć tuż ponad dachami budynków, więc Feliks postanowił nie tracić czasu. Szedł pośpiesznie, poprawiając poły płaszcza i przeskakując ponad kałużami.
Nieco niedbale uchylił czapki mężczyźnie jadącemu konnym wozem. Ten pokiwał mu głową i potrząsnął lejcami; para wiejskich koni parsknęła i ruszyła szybciej, stukając podkowami po bruku. Przystając, Feliks powiódł po nich tęsknym spojrzeniem.
Teraz, gdy już był z powrotem w Niborku, o sposobność byłoby pewnie dużo łatwiej. Wystarczyłoby spytać któregoś z gospodarzy, uśmiechnąć się ładnie i zagadać, poprosić, by mógł chwilę pojeździć, ot, tak na oklep...
Nie, odezwał się z tyłu jego głowy zdrowy rozsądek, głosik, który budził się – według samego Feliksa – zdecydowanie zbyt rzadko. Miałeś już nieprzyjemny epizod, lepiej, żebyś tego nie powtarzał.
Gdzieś niedaleko zawarczał głośno samochód; tym razem Feliks obrócił się na pięcie, zadarł głowę i zaczął wypatrywać pojazdu, ale auto musiało jechać inną ulicą.
– Tym też bym pojeździł, ale nie jestem samobójcą. Albo i gorzej...
Potrząsnął głową, skierował się w stronę nidzickiego rynku i znalazł się na miejscu szybciej, niżby sobie tego życzył.
Nad drzwiami i oknami bielonego parteru kamienicy czerniły się dumnie wielkie litery „Schuhmachermeister H. Trottner"; Feliks zatrzymał się i bez przekonania wpatrywał się w napis, szturchając czubkiem buta wystający z bruku kamień.
Potem uznał, że tkwiąc tak przed wejściem, musi wyglądać na skończonego kretyna.
Co ma być, to będzie, stary Trottner przecież go nie zje. Feliks musiał tylko uważać, by nie wypaplać czegoś zbyt poufnego czy osobistego, o ile nie chciał, by w przeciągu tygodnia wiedziała o tym cała rejencja.
Ten opatrunek na głowie bardzo rzuca się w oczy? Jakby szewc o niego zapytał, to Feliks powie, że się potknął i niefortunnie uderzył – to nawet nie byłoby kłamstwo. Śladu na ręce prawie już nie było widać... A co z broszką?
Feliks zawahał się, a potem, zaciskając wargi w wąską linię, odpiął broszkę i wsunął ją do kieszeni płaszcza.
Może Palacze mieli racje? Może powinien dać sobie z tym spokój, ściąć włosy – skrzywił się na samą myśl, lubił je takimi, jakimi były – odrzucić biżuterię i prezentować się bardziej jak dorosły mężczyzna, którym był? Czy świat byłby wówczas nieco łatwiejszy?
Może i tak, ale na pewno znacznie nudniejszy; ulubiony płaszcz bez migoczącej ozdoby wydał mu się nagle nijaki i obcy.
Przynajmniej do jego butów nikt nie powinien się przyczepić; Feliks opuścił wzrok na swoje skórzane, błyszczące obuwie, o którego wypastowanie poprosił Maryś już poprzedniego wieczora.
Zawsze uważał te buty za świetny łup – kupił je jeszcze przed wojną za niemałą kwotę, chcąc dobrze prezentować się w Albertynie. W czasie wojny prawie ich nie zakładał, woląc nie kusić losu i podejrzanego, nieco zdesperowanego sąsiedztwa z niższych pięter – po kilku latach wciąż wyglądały, jakby dopiero co wyszły spod ręki szewca.
Zdecydowanie mogły mu pomóc; uznając je za szczęśliwy talizman, Feliks dyskretnie, szybko przejrzał się w szybce w drzwiach, a potem nacisnął klamkę. Pchnął drzwi o wiele pewniej niż sam się czuł.
Gdy tylko przekroczył próg, odruchowo ściągając z głowy czapkę, w nozdrza uderzyła go mocna woń skóry, przeplatana nikłym aromatem tytoniu, pasty do butów i czegoś, czego nie potrafił rozpoznać. Warsztat był niewielki, ciemny i całkowicie zagracony; dwa sekretarzyki, z całą pewnością miejsca pracy, zawalone były butami w najróżniejszych krojach i rodzajach. Obuwie stało na podłodze w rządkach, wznosiło się w stosik w jednym z kątów, a niektóre buty zawieszono nawet na oparciach krzeseł. Na kredensach i półkach zalegały narzędzia; młotki, prawidła, nici, nożyki, obcęgi, pasty i inne specyfiki, tworząc absolutny chaos.
Panowała straszliwa duchota; Feliks odruchowo sięgnął do płaszcza, by odpiąć najwyższy guziczek, ale to wcale nie ułatwiło mu oddychania. Mając głęboką nadzieję, że nie zemdleje z braku powietrza i nie skompromituje się całkowicie, Feliks wciągnął powietrze przez usta, starając się nie wdychać mieszaniny zapachów.
Na jego widok z krzesła poderwał się wysoki chłopak w przybrudzonym skórzanym fartuchu, pośpiesznie odkładając na bok poplątaną szpulę dratwy. Nie mógł mieć więcej niż piętnaście, szesnaście lat, chociaż na jego twarzy ciemnił się już słaby zarost.
– W czym panu pomóc? – zapytał, szybko wyrzucając z siebie słowa i poprawiając rękawy roboczej koszuli. – Szycie, naprawa, co pan sobie życzy?
Feliks wziął głęboki oddech.
– Chciałbym porozmawiać z panem Trottnerem – powiedział, ciesząc się, że głos mu nie drży. Uśmiechnął się z trudem, czując jak jego serce zaczyna obijać się o żebra jak ptaszek o pręty klatki. – Zastałem go może?
Przez moment myślał, że zostanie odprawiony z kwitkiem; młodociany szewc zmierzył go wzrokiem, marszcząc surowo brwi z powodu włosów – Feliks nagle zdał sobie sprawę, że one naprawdę sięgają ramion. Sekundę później wzrok chłopaka padł na błyszczące czubki butów i nagle na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
– Pan Trottner jest w mieszkaniu, już po niego idę, proszę usiąść i poczekać – Chłopak pośpiesznie zdjął z najbliższego zydla dwa buty i, starając się zrobić to niezauważenie, przetarł siedzisko rękawem. Zniknął za drzwiami, których Feliks wcześniej nie zauważył.
Ten opadł na zydel i odetchnął z ulgą. Chwała niech będzie królewieckim fabrykantom obuwia, może dzięki tym cudeńkom dostanie pracę... Wsunął dłoń do kieszeni płaszcza i dotykiem odnalazł broszkę. Gładząc gładką powierzchnię bałtyckich bursztynów, siedział jak na szpilkach.
Wydawało mu się, że minęły wieki, chociaż zegar nad wejściem odmierzył zaledwie dwie minuty. Gdy tylko do warsztatu wtoczył się niski, pękaty mężczyzna, Feliks poderwał się na równe nogi i ukłonił się.
Na widok gościa nalana, pomarszczona twarz Trottnera rozpogodziła się.
– Otto miał rację, że czeka tu na mnie jakiś elegancki pan – zagadnął wesoło, omiatając płaszcz i obuwie Feliksa aprobującym spojrzeniem. – W czym mogę panu służyć, panie...?
– Feliks Łukasiewicz.
– Miło poznać – Spracowana, szorstka dłoń szewca zacisnęła się mocno na oparciu najbliższego krzesła. Trottner zbliżał się do siedemdziesiątki i wyglądało na to, że poruszanie się sprawiało mu trudność. – Syn Aarona, czy jakiś dalszy krewny?
– Syn – Feliks zmarszczył lekko brwi, ale postanowił nie przejmować się teraz tym, że kolejny raz ktoś patrzy na niego przez pryzmat rodzica. Musiał zdobyć pracę, a wyraźna sympatia w głosie Trottnera mogła mu tylko pomóc.
– No, wiedziałem! – Trottner zachichotał, opadając na krzesło. – Od razu poznałem po twarzy... i po guście. Może i z Bogiem nigdy nie było mu po drodze, ale ubrać się zawsze umiał. Co cię sprowadza, Feliks?
– Chodzi o to, że… – rozpoczął Feliks, ale niemal natychmiast słowa uciekły mu spod języka i poczuł, jak rumieniec wkrada się na jego policzki. – Że…
Cholera jasna!
– Spokojnie, nie denerwuj się tak – Szewc usiadł na krześle z wyraźną ulgą i uśmiechnął się przyjaźnie. W otoczonych zmarszczkami oczach miał ciepło, które kojarzyło się z rozgrzanym paleniskiem.
Feliks wziął głęboki oddech.
– Dopiero co wróciłem do Neidenburga – wypalił w końcu. – Szukam pracy. Nie było mnie kilka lat, kontakty się urwały, znajomi wyjechali, tyle się pozmieniało. Pomyślałem... Znaczy, ojciec pomyślał, że pan by może wiedział, gdzie mógłbym się zaczepić, coś znaleźć, w końcu pan zawsze wie wszystko o wszys... – W porę ugryzł się w język, ale ku jego uldze Trottner wydawał się nie zwrócić uwagi na to, że Feliks zapędził się w swojej paplaninie trochę za daleko. – To znaczy... Eee... Pan jest zawsze dobrze poinformowany o tym, co się dzieje w całej okolicy, ojciec tak mówił. – Aaron użył też innych, mniej pochlebnych słów, ale tych Feliks nie zamierzał powtarzać.
Szewc przytknął palec do brody.
– Prawdę mówił – zachichotał. – Dobrze, że przyszedłeś do mnie. W magistracie by cię zbyli, mają tam teraz straszny bałagan... Słuchaj, Feliks, zrobimy tak: pokieruję cię albo kogoś podpytam, ale najpierw mi powiedz, gdzieś ty był i co umiesz.
Umiem pakować się w kłopoty, pomyślał Feliks, ale jakkolwiek nie była to prawda, nie zamierzał powiedzieć tego na głos.
– Mieszkałem w Królewcu – wyjaśnił zmieszany. – Studiowałem matematykę i nauki przyrodnicze na Albertynie, ale... ale nie skończyłem – dodał niechętnie, ściszając głos.
– Nikt cię na razie nie będzie pytać o papierek – Trottner nie wyglądał na przejętego. – Ze świecą teraz szukać wykształconych pracowników, tak mi jeden radca z Allensteinu, co po buty do mnie przyjeżdża, mówił. Język jakiś znasz?
Feliks z ożywieniem uniósł głowę; o Olsztynie jakoś do tej pory nie pomyślał, a i słowa szewca o braku dyplomu brzmiały całkiem sensownie; może jednak nie było tak źle?
– Umiem całkiem dobrze po rosyjsku – odparł, przygryzając wargę i starając się odsunąć od siebie przykre wspomnienie pokoiku, w którym pewien Litwin cierpliwie tłumaczył mu rosyjską literaturę piękną, podczas gdy Feliks, zamiast słuchać, wolał dopytywać złośliwie, czy rosyjska płeć piękna podoba się Taurysowi równie mocno.
– O, proszę – podchwycił szewc. – To będę pytać. Na stałe wróciłeś w te okolice?
– Na... – Feliks zawahał się. – Na razie na stałe – powiedział ostrożnie. – A później... Później, zobaczymy.
Myślał o powrocie do dużego miasta, ale szewc zinterpretował jego słowa zupełnie inaczej.
– Tak, zobaczymy, jak nam tę granicę wytyczą po lipcu.
Feliks zamrugał i dopiero po chwili zrozumiał, do czego Trottner pije.
– Tak, po lipcu – powtórzył wolno, marszcząc lekko brwi.
Szewc poruszył się niespokojnie na krześle.
– Słuchaj, Feliks, ja wiem, że tyś Polak mojżeszowego wyznania...
Feliks już otwierał usta, by sprostować, że jest chrześcijaninem, ale widząc, jak Trottner patrzy gdzieś za niego, w przestrzeń, zrezygnował z odzywania się. Ze zmarszczonym czołem i dziwnym uczuciem niepokoju słuchał kolejnych słów starego szewca.
– Ale czasem warto słuchać rozsądku, a nie serca, bo ono człowieka gubi. Ale co ja będę ci mówił, za ciebie przecież nie zagłosuję. Dziwne czasy przyszły, Feliks. Każdy na siebie warczy. Za stary na to jestem... żeby człowieka okraść, gdy płacze na zgliszczach...
– Przepraszam, ale o czym pan mówi? – zapytał ostrożnie Feliks, wiercąc się na zydlu. Nie podobała mu się ta zmiana tematu.
– Ach, przykra, wojenna historia – zreflektował się nagle Trottner. – Co ja ci będę mówił...
Szewc wyglądał, jakby tylko czekał, aż jego gość gorączkowo zapewni go, że naprawdę chce usłyszeć tę historię. Gdy stało się jasne, że Feliks nie zamierza pytać o szczegóły, Trottner opuścił ramiona.
– No, dobrze... Matematyka, nauki przyrodnicze, rosyjski i póki co jesteś tutaj. Mam jeszcze coś powiedzieć, gdyby ktoś o ciebie dopytywał?
– Nie – Słowo opuściło usta Feliksa szybciej niż je pomyślał.
Szewc skinął głową.
– A gdzie się to podziewa pani Łukasiewiczowa? – zapytał nagle. – Chora może? Szmat czasu jej nie widać.
– Nie, wszystko z matką w porządku – Feliks wyprostował się sztywno. – Pojechała do swojej siostrzenicy – dodał. – Pomóc przy małych dzieciach.
Te wieści, na szczęście, nie zainteresowały szewca w ogóle; chwała Bogu, pomyślał Feliks. Ostatnią rzeczą, której chciał, były przekupki na targu, żywo plotkujące o tym, że doktor Łukasiewicz posłał żonę samą do Polski. A gdyby jeszcze wypaplał o świętej pamięci mężu Kateryny...
Wzdrygnął się na samą myśl.
– Dobra, Feliks. Przyjdź za jakiś tydzień albo dwa, zobaczymy, co się da zrobić. Pozdrów ojca. Ja wołam tego darmozjada i bierzemy się za robotę – Trottner z trudem podźwignął się z krzesła. – Otto! Otto! Gdzie ten przeklęty chłopak…
– Bardzo panu dziękuję – odezwał się Feliks gorąco, kłaniając się szewcowi w podziękowaniu.
Nadzieja nieco w nim odżyła; a nóż coś z tego wyniknie… A jak nie, postanowił, będę stał pod magistratem tak długo, aż w końcu będą musieli się mną zająć. Wcisnął czapkę na głowę i odwrócił się w stronę drzwi.
Lało.
– Poczekaj chwilę, zaraz przestanie – odezwał się Trottner, ściągając prawidło z półki. – Dzisiaj tak od rana, pogoda w kratkę.
Feliks przytaknął; osunąwszy się na zydel, zaczął obserwować pracę szewca. Chłopak, który go wcześniej przywitał, zjawił się w warsztacie jak cień; zerknął na Trottnera, zrobił skruszoną minę i bez słowa sięgnął po but stojący na podłodze.
Dłuższą chwilę Feliks słuchał skrzypienia skóry, stukania młotka i nieustającego potoku słów, bo Trottner zajął się w końcu swoim ulubionym zajęciem – opowiadaniem najnowszych plotek:
– Nie wiem, czy słyszałeś, Feliks, ale ta stara Kowalowa z Nowakstraße... Pewnie znasz, bo to prawie po sąsiedzku. Ta, co jej mąż pracuje w browarze. Jak ona z córką przyjdą na rynek, to zawsze jest awantura. Nie ważne, czy kupują mięso czy jabłka, zawsze wszystko złe, a takie, a siakie, a cuchnie, a tu jajko ma skorupkę ukruszoną, to one nie kupią. Byle tylko narobić rabanu. Otto, podaj mi dratwę. Miałeś rozplątać... Stara krzyczy, a młoda kradnie, tak mówią…
Feliks wpatrzył się w okno, stopniowo przestając słuchać szewca, ale ten, pochylony nisko nad blatem sekretarzyka, z papierosem między wargami, nie zauważył zamyślenia klienta.
– Przestało – powiedział po kwadransie Feliks, podrywając się na równe nogi. – Pójdę, nim znowu zacznie lać. Do widzenia i dziękuję.
– Racja – Trottner, wytrącony z monologu, podniósł głowę i zamrugał. – Do widzenia... Nie, czekaj, Feliks.
Feliks, już z dłonią na klamce, odwrócił się i przez moment serce stanęło mu w gardle.
– Powiesz ty mi jeszcze, skąd ty masz takie piękne buty?
Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się szeroko.
Poprzedniego wieczora, kładąc się spać po przeleżeniu w łóżku niemal całego dnia, Feliks obiecał sobie w duchu, że zaraz po spotkaniu z Trottnerem wybierze się na długi, porządny spacer.
Pogoda miała inne plany, bo wzięła sobie za punkt honoru uniemożliwić mu jakąkolwiek aktywność poza domem.
Feliks zdążył jedynie przejść z jednej strony rynku na drugą, nim znów się rozpadało. Stojąc na rogu placu, przytulony do kamienicy, by skryć się pod wystającym gzymsem, posłał ponure spojrzenie niebu, po którym właśnie przetoczył się głuchy, przeciągły grzmot.
– Niebiosa mnie chyba nie lubią, w przenośni i dosłownie – mruknął do siebie, mocniej wciskając czapkę na czoło.
Zagapił się na dziesiątkujące kałuże krople, próbując oszacować, jak bardzo będzie ociekać wodą, jeśli teraz puści się biegiem. Do jego kamienicy na Schulstraße było nie więcej niż dwieście metrów, a wyglądało na to, że na poprawę pogody jednak nie ma co liczyć.
Spojrzał w dół, na swoje buty i nagle przestał być pewny tego, że przynoszą szczęście.
– Quod felix, faustum fortunatumque sit – mruknął ironicznie i wziąwszy głęboki oddech, zaczął biec.
Woda uciekała mu spod stóp, gdy gnał opustoszałą ulicą, potykając się na nierównych, niewidocznych w kałużach kamieniach. Oddech zaczął mu się rwać dość szybko, ale zaraz po tym w polu widzenia Feliksa pojawiło się zieleniejące wzgórze zamkowe; jeszcze jeden zryw i znalazł się na swojej ulicy.
Przystanął przy szkolnej bramie, by złapać oddech. Wtedy właśnie niebiosa poczuły się zobowiązane dać mu znak; świat nagle oblał się oszałamiającą bielą, a głośny huk, który przetoczył się nad miastem, sprawił, że Feliks aż podskoczył.
Nie on jeden wystraszył się pioruna – ktoś na szkolnym podwórku wysoko pisnął, a zaraz potem Feliks usłyszał chlust wody. Obracając głowę w kierunku dźwięku, dostrzegł, jak z wielkiej kałuży na błotnistym, szkolnym, opustoszałym podwórku wygrzebuje się chłopiec.
Tknięty nagłym przeczuciem – mama zawsze powtarzała, że przeczuć nie należy ignorować – Feliks ruszył w kierunku chłopca, chroniąc się pod ścianą budynku. Uczeń, dziesięcio- albo jedenastoletni, nie uniósł głowy, próbując niezdarnie zarzucić tornister z powrotem na plecy, więc Feliks miał okazję przyjrzeć się mu dokładniej.
Ubranie wyglądało na wysłużone, ale ktoś najwyraźniej dbał o to, by prezentowało się przyzwoicie; gdzieś na podwiniętym rękawie płaszczyka Feliks zauważył staranny, równy szew w miejscu dawnego rozdarcia. Gdyby nie fakt, że w chwili obecnej krótkie spodnie chłopca, jego rajtuzy i buty pokryte były mętną, błotnistą wodą, nikt nie miałby mu nic do zarzucenia.
Chłopiec uporał się z tornistrem i, pociągając nosem, przycisnął do siebie rękę.
Feliks nie zamierzał przejść obok tego obojętnie.
– Zraniłeś się, mały? – zapytał łagodnie, bezwiednie w ojczystym języku, jak zawsze, gdy emocje brały górę.
I tak udało mu się wystraszyć chłopca; drgnął gwałtownie i poderwał głowę. Spod czapki i jasnej, przyklejającej się do czoła grzywki na Feliksa spojrzały nieco nieufne, szkliste, niebieskie oczy.
– Nie – odparł chłopiec niezbyt pewnym głosem, chowając rękę za siebie. Feliks przez moment widział krwawiące zadrapanie na przedramieniu, przyozdobione smugą błota. – Nie, proszę pana – dodał chłopiec już po niemiecku. – Wcale.
Wciąż padało; Feliks przysunął się bliżej ściany, zauważając z lekkim rozbawieniem, że chłopiec zrobił dokładnie to samo, jednocześnie wyraźnie trzymając się na dystans.
– Jasne – odparł lekko Feliks, samemu przechodząc na drugi język. No proszę, pomyślał z rozbawieniem, mały uparciuch. – To dobrze. Jakbyś się zranił i wpadł w błoto, to dopiero byłoby niedobrze.
Chłopiec posłał mu szybkie spojrzenie.
– Jak niedobrze? – zapytał tonem, który miał być obojętny.
Ponieważ na ogół dziesięcioletnie dzieci nie posiadają wybitnych aktorskich umiejętności, całkowicie mu to nie wyszło.
Feliks udał, że się zastanawia. Niebo na zachodzie rozbłysło po raz kolejny.
– Gangrena? – rzucił. – Wiesz, to, przez co żołnierzom odcinają ręce.
Chłopiec wyraźnie się wzdrygnął. Oczy ciągle miał drżące i wilgotne i krył się w nich ból.
– Brat mówił, że to bardzo niedobrze – wymamrotał chłopiec, kolejny raz pociągając nosem. – Ale pan z baru chyba sobie dobrze radzi.
Ciekawe, czyj to dzieciak, zastanowił się tymczasem Feliks. Rysy twarzy były jakby znajome, ale w tej chwili nie mógł połapać się, kogo chłopiec mu przypomina.
– A... – Chłopiec zaczął się wiercić, nadal trzymając rękę za plecami. – A co się robi, żeby... nie mieć gangreny?
– Czyści ranę i nie dotyka brudnymi rękami – wyjaśnił mu uprzejmie Feliks. Przykaz częstego mycia rąk był nieodłącznym elementem każdego listu od Aarona i Feliks nie zamierzał przepuścić okazji, by zachęcić chłopca do dbania o higienę. – Albo prosi się pana doktora, by to zrobił.
– To ja... – Dziesięciolatek posłał Feliksowi oceniające spojrzenie, a potem przygryzł wargę i wyciągnął rękę zza pleców. Podwinięty rękaw zsunął się, częściowo zasłaniając zranienie. – To ja pójdę do domu i to umyję, proszę pana.
Kolejne słowa Feliksa zagłuszył niezwykle głośny piorun; ziemia wręcz zadrżała. Chłopiec cicho krzyknął, chowając głowę w ramiona.
– Blisko walnęło – jęknął Feliks, zdając sobie sprawę, że wcale nie chce znajdować się teraz na zewnątrz. Szkoła, sądząc po ciszy i pustce dookoła, była już zamknięta. – Chyba po drugiej stronie zamku…
– Może w jezioro – szepnął chłopiec, lekko drżąc.
– Może w jezioro – zgodził się Feliks, podnosząc nieco głos, bo deszcz wzmógł się gwałtownie. Teraz zacinał pod kątem i strugi wody już ich sięgały. – Chodź, mały, pobiegniemy! Mieszkam obok, przeczekasz deszcz, a ja ci to opatrzę!
– Brat mówił, że nie wolno mi nigdzie iść z obcymi! – odkrzyknął mu chłopiec.
Rozsądny brat, pomyślał Feliks, ale akurat w tej chwili utrudnia mi zadanie.
– Nie jestem obcy, jestem Feliks! – Szarpnięciem postanowił kołnierz swojego płaszcza, chcąc chociaż odrobinę uchronić się przed ulewą. Jak mógł zapomnieć o parasolu?! – Feliks Łukasiewicz i mieszkam o, tam! – Ruchem dłoni wskazał widoczną w oddali kamienicę.
– Łukasiewicz? Jak pan doktor? – upewnił się chłopiec, a coś w jego oczach błysnęło czystą sympatią.
Feliks miał już go w garści.
– To mój tata – Błyskawica. – Ajć... – Grzmot. – Biegniemy, mały!
Skoczył do przodu i złapał chłopca za rękę; ucieszył się, gdy ten jej nie wyszarpał.
– Nie jestem mały! – krzyknął uczeń, próbując dotrzymać Feliksowi kroku. – Jestem Ludwig!
Biel, huk, woda i plączące się nogi; gdy minutę później dopadli wejściowych drzwi kamienicy, Feliks pchnął je ostatkiem sił. Ludwig, ciężko dysząc, oparł się o ścianę korytarza.
– Uff, jesteśmy – powiedział Feliks, gdy już udało mu się złapać oddech.
Mam koszmarną kondycję, pomyślał przelotnie. Mając głęboką nadzieję, że nie zgubił zawartości kieszeni – ukochana broszka, oczywiście, byłaby wielką stratą, ale mniej bolesną niż klucze do mieszkania, przynajmniej w tej chwili – wsunął ręce w podszewkę.
Ku swojej uldze wyczuł metal zaraz obok bursztynów.
– Ludwig i jak dalej? – zagadnął, wsuwając klucz do zamka. Gdy nie otrzymał odpowiedzi, pokręcił głową z dezaprobatą. – Ja ci powiedziałem, nie bądź taki.
– Beilschmidt – Chłopiec uniósł głowę. – Nazywam się Ludwig Beilschmidt, proszę pana.
Feliks obejrzał się przez ramię i uśmiechnął szeroko; wyglądało na to, że wbrew słowom Palaczy, nie wszyscy Beilschmidtowie wynieśli się z Prus.
– Witam w moich skromnych progach, panie Beilschmidt – powiedział nieco teatralnie, otwierając drzwi i cofając się o krok.
Ludwig przekroczył próg niepewnym krokiem, a potem powiódł wzrokiem po obitym zieloną tapetą korytarzu; w tafli dużego lustra o zdobionej ramie Feliks wychwycił jego zdumione oczy i lekko uchylone usta.
Udając, że nie widzi zmieszania chłopca, który właśnie powiódł wzrokiem po swoich starych, ubłoconych butach, Feliks zdjął czapkę i płaszcz i zachęcił chłopca uśmiechem, by zrobił to samo.
– Maryś...? – rzucił Feliks w przestrzeń; chwilę później zza drzwi kuchni wychyliła się służąca.
– Tak, proszę pana?
– Powiesisz to na kuchni? – zapytał Feliks, podając jej wilgotny, chłopięcy płaszczyk. Jego własny mógł schnąć na wieszaku, i tak nie zamierzał już dzisiaj nigdzie wychodzić. – Buty i rajtuzy też musisz zdjąć – dodał, patrząc na dziesięciolatka, który kręcił się w miejscu. – Przeziębisz się, jeśli wrócisz do domu w mokrych. Jeszcze herbaty i jakieś ręczniki, jakbyś mogła... I koc.
Maryś skinęła głową; na jej zamkniętej, podejrzliwej twarzy pojawił się lekki uśmiech, gdy podeszła do chłopca. Feliks, świadom jej czujnych, napiętych ramion, wolno odwiesił swój płaszcz i czapkę na wieszak, wpatrując się w drzwi.
Tak, jak polecił mu ojciec, nie spoufalał się ze służącą; w innej sytuacji w chwilach nudy wpadałby pewnie do kuchni, szukając towarzystwa, ale wolał jej nie straszyć. I tak patrzyła na niego dziwnie od poprzedniej nocy.
– Pan też się potknął? – zapytał nagle Ludwig, gdy Maryś zniknęła z powrotem w kuchni.
Dzieciak miał bardziej spostrzegawcze oczy niż stary Trottner; Feliks z roztargnieniem dotknął opatrunku, przy okazji odgarniając z czoła wilgotne kosmyki.
– Tak, zdarza mi się – uśmiechnął się do chłopca nieco na siłę. – Chodź.
Chwilę później owinięty kocem Ludwig siedział na sofie w gabinecie, rozglądając się dookoła z nieudolnie skrywaną ekscytacją. Zapatrzył się na czasopismo lekarskie wystające ze stosu prasy, a dokładniej na szczegółową rycinę przedstawiającą przekrój mózgu, podczas gdy Feliks zajął się jego ręką.
Wiedział co nieco o radzeniu sobie z siniakami, zadrapaniami i obiciami; w końcu przez ostatnich kilka lat musiał radzić sobie sam.
– I już – powiedział po chwili; tym razem jego uśmiech był o wiele szczerszy. – Szybko się zagoi.
Ludwig zerknął na opatrunek; jasny płat materiału, owijający się wokół jego szczupłego przedramienia, wyglądał dużo lepiej niż przybrudzone rozcięcie.
– Nie dostanę gangreny? – upewnił się poważnym tonem.
Feliks poniewczasie pomyślał, że może jednak nie powinien był straszyć tego dzieciaka.
– Jeśli będziesz uważał, by tego nie zabrudzić, to wszystko będzie w porządku – odparł łagodnie.
– Pan też jest lekarzem?
Feliks zachichotał i pokręcił głową.
– Na szczęście, nie – odparł wesoło, chcąc przełamać pierwsze lody.
Ludwig był całkiem bystry, chociaż bardzo nieufny; siedząc sztywno na sofie ani na moment nie opuścił gardy. Pewnie byłby gotowy uciec bez butów i rajtuz, gdyby poczuł się zagrożony.
Cóż, pomyślał Feliks, wojna nie była łaskawa dla tych okolic. Mógł widzieć i słyszeć rzeczy, których nie powinien…
– To kim pan jest? – Ludwig zmarszczył lekko brwi. – To znaczy...
– Jestem matematykiem – wyjaśnił Feliks, postanawiając nie wspominać, że od dobrych kilku miesięcy nie tknął książek, a Albertyna nigdy nie miała sposobności nadać mu tego tytułu. – Lubisz arytmetykę?
– Ja ją tak – wymamrotał Ludwig, nagle chmurniejąc. – Ale ona mnie nie.
– Dlaczego? – Feliks uniósł brew, rozbawiony tym stwierdzeniem.
– Bo pan Hellwitz mówi, że jestem beztalencie – Ludwig skulił ramiona.
Feliks skrzywił się wewnętrznie; jeśli mowa była o tej samej osobie, o której pomyślał, to nie dziwił się wcale tej nagłej zmianie humoru u dziesięciolatka.
– Pan Hellwitz mi też tak mówił – powiedział, chcąc dodać chłopcu otuchy. – I widzisz, poszedłem na uniwersytet.
Ludwig przyglądał się z niedowierzaniem twarzy Feliksa; potem opuścił wzrok na ręce mężczyzny, siedzącego na drugim końcu sofy, zupełnie, jakby czegoś na nich szukał.
– Ale pan Hellwitz bije linijką, jak się nie odpowie szybko – odparł z wahaniem.
– Jak szybko?
– Tak szybko – Ludwig pstryknął palcami.
– Cholera jasna – mruknął Feliks. – Za moich czasów dawał dwa pstryknięcia... Pij herbatę, mały.
Ludwig skinął głową i sięgnął po filiżankę, trzymając ją ostrożnie w dłoniach.
– Dziękuję, proszę pana – wymamrotał, biorąc dwa duże łyki. – Czy już przestało padać?
Feliks wstał i podszedł do okna; w czasie ich rozmowy grzmoty ucichły. Przyjrzał się światu na zewnątrz, a potem otworzył okno mocnym pchnięciem; do gabinetu wpadł powiew chłodnego, wilgotnego powietrza. Feliks wystawił przed siebie dłoń, a maleńka kropla wody, niemal niewidoczna, uderzyła niemal niedostrzegalnie w jego skórę. Poderwał głowę i przyjrzał się niebu, które nieco pojaśniało.
– Już po burzy – odparł radośnie. – Śpieszysz się do domu, co?
– Miałem przyjść do sadu, pomóc przy roślinach – Usłyszał w odpowiedzi i niemal się roześmiał, gdy zrozumiał, z której gałęzi rodziny Beilschmidtów pochodzi Ludwig. Teraz stało się jasne, dlaczego rysy twarzy chłopca wydawały mu się tak znajome.
– Idziesz do Litwinek na piechotę? – zagadnął, zamykając okno. – To kawał drogi.
– Pan Ziegler z targu mnie czasem podwozi... – Ludwig nagle zmrużył oczy, przyglądając się Feliksowi podejrzliwie. Jego drobne, szczupłe ramiona spięły się widocznie. – Skąd pan wie, że idę do Litfinken?
– Chyba znam twojego starszego brata – Feliks oparł się o parapet i uśmiechnął do chłopca przyjaźnie.
– Pan zna Gilberta?
Nie mam najmniejszego pojęcia, który z nich to Gilbert, przemknęło Feliksowi przez głowę, ich tam było przynajmniej dziesięciu. Pokręcił głową.
– Oskara – wyjaśnił. – To znaczy, znałem. Chodziliśmy razem do szkoły i w ogóle.
Ludwig, ku jego zaskoczeniu, nieco zmarkotniał.
– Aha... – mruknął. – To go tu nie ma. Gilbert mówi, że to jest skończony kretyn.
Feliks z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem; ton chłopca był śmiertelnie poważny. Zerkając spomiędzy palców, którymi osłonił twarz, spojrzał na dzieciaka.
– Czemu? – zapytał niewinnym tonem.
– Bo rzadko pisze listy – Ludwig wzruszył ramionami. – I Gilbert jest zły, że nie przyjeżdża... – Zaczął wyplątywać się z koca. – Muszę iść, proszę pana... Moje buty...
– Jasne, mały, już po nie idę. I mów mi Feliks.
– Nie jestem mały! – zawołał oburzony Ludwig, ale Feliks już był w kuchni, uśmiechając się od ucha do ucha.
Ciekawe, zastanowił się przelotnie, zgarniając z kuchni chłopięce buty, czy ten mały też lubi latawce.
– ...i kazał cię pozdrowić.
Aaron, wyciągnąwszy się na sofie z książką w ręce, tylko pokręcił głową, słysząc relację syna. Był już późny wieczór, więc przebywali w mieszkaniu tylko we dwóch; Maryś, tak jak każda służąca, którą kiedykolwiek zatrudniali, nie mieszkała razem z nimi. Aaron nigdy nie podchodził entuzjastycznie do tego pomysłu; pytany, zwykle mruczał coś o prywatności i czasie dla rodziny.
– Dobrze znasz Trottnera? – Feliks kucał za biurkiem, przyglądając się zawartości jednej z szafek.
– Znałem – poprawił go Aaron, przekręcając spokojnie kartkę. – Odpuściłem sobie tę znajomość, gdy okazało się, że każda prywatna myśl, z którą się z nim podzieliłem, następnego dnia nie była już prywatna. Czego ty tam szukasz, Felek?
– Alkoholu – wyjaśnił wesoło Feliks, stawiając na blacie biurka ciężką, pękatą butelkę przezroczystego likieru; z dna poderwały się złote drobinki.
– Tylko jeden kieliszek – Aaron zerknął na niego znad książki.
– Dobrze – Feliks znów zanurkował za biurkiem, tym razem w poszukiwaniu czegoś, do czego mógłby wlać Goldwasser. – Nie chcę powtórki. Jeden toast za odzyskaną nadzieję, nic więcej, dobrze, panie doktorze?
– Jesteś w o wiele lepszym nastroju niż wczoraj – zauważył ojciec.
– Czuję się lepiej, wyspałem się porządnie. Wiesz, że nawet nie pomyślałem wcześniej o tym, że mógłbym szukać pracy w Olsztynie? – Zza mebla dobiegł podekscytowany głos. – A gdyby ktoś mnie tam zatrudnił, nawet i na chwilę, to mógłbym odłożyć na studia i wrócić do Królewca... No i wycyganiłem od tego małego adres Oskara, napiszę go niego, do Berlina! Gdzie są te... Ale tu masz bałagan... Jak mama to zobaczy...
– Ten list, który przyszedł rano, to od niej?
Feliks w duchu podziękował gorąco niebiosom, że ojciec go nie widzi.
– Nie, nie! – zawołał pośpiesznie, nie unosząc się z klęczek. Kieliszki już trzymał w ręce, ale drugą dłonią ciągle szperał w szafce. Zaszeleściły papiery, a Feliks zastanowił się, czy aby na pewno schował list w swoim pokoju. – Od znajomego, nic ważnego... Potem mu odpowiem. Najpierw muszę napisać do Kateryny.
Podniósł się zza biurka i uśmiechnął szeroko, a potem, unikając wzroku Aarona, zaczął mocować się z zakrętką butelki.
Chwilę później w gabinecie rozniósł się ostry zapach ziół; Aaron wstał, odkładając książkę na stolik. Stuknęło szkło; gdy oba kieliszki były puste, Aaron stanowczym ruchem zgarnął butelkę sprzed nosa syna i schował do biurka. Potem wrócił na sofę.
– Kolejny toast wypijemy, gdy znajdziesz pracę.
Pewność w głosie ojca sprawiła, że Feliks nieco się zmieszał. Czując pieczenie w gardle i lekkie poczucie winy, usiadł za biurkiem i otworzył jedną z szuflad, szukając papieru i pióra.
Gdy ułożył przybory przed sobą, szukając inspiracji zaczął przetaczać między palcami ciężki, szklany przycisk do papieru; pod gładką, obłą powierzchnią znajdowało się zdjęcie wywołane w sepii, przedstawiające urokliwą widokówkę jakiegoś miasta.
– Skąd to masz? – zagadnął Feliks z zaciekawieniem.
– Prezent od pacjenta – usłyszał w odpowiedzi. – Nie chciałem, ale był wyjątkowo uparty.
– Ładna rzecz.
– Weź sobie, jeśli chcesz.
Feliks uśmiechnął się szeroko. Przez chwilę jeszcze wpatrywał się w granatowe niebo za oknem – wieczorem chmury w końcu się rozwiały – oraz w czarną bryłę zamku. Potem, uporządkowawszy myśli, przyłożył stalówkę do papieru.
Droga Katieńko!, zaczął, a przed oczami stanęła mu uśmiechnięta postać kuzynki. Nie widzieli się od prawie dziesięciu lat, utrzymując jedynie kontakt listowny, więc w jego wyobraźni wciąż pozostawała młodą, wiejską dziewczyną z długim, jasnym jak słoma warkoczem sięgającym pasa.
Wiem, że wieki nie pisałem! Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, znasz mnie.
Feliks zawiesił pióro nad papierem, marszcząc lekko brwi i próbując obliczyć, ile to było „wieki". Wyszło mu ponad pół roku; rumieniec z wolna wpełzł na jego policzki.
Obiecuję poprawę i proszę o rozgrzeszenie, czy jakoś tak. Mam teraz trochę więcej czasu, więc postaram się pisać częściej – mam nadzieję, że równie często będziesz mi odpisywać. Maluchy bardzo dają ci w kość? Ojciec wspominał o tym, że chorują, napisz mi proszę coś więcej. Nie bój się nic, mama wie, co robi – wiele się nauczyła, mając męża lekarza i syna epileptyka, żadne choróbsko jej nie straszne.
U mnie sporo się zmieniło, niestety na gorsze, ale wygrzebię się z tego. Jak pewnie zauważyłaś po adresie, wróciłem do Niborka; jeśli w ostatnim czasie wysyłałaś mi jakiś list do Königsbergu, to musiał mnie minąć – Hoffmann wyrzucił mnie prawie z dnia na dzień. Powiedziałbym, co o nim myślę, ale boję się, że mama zerknie do tego listu i potem napisze mi całe kazanie, jak to porządnemu młodemu człowiekowi nie przystoi używać tak nieeleganckich określeń.
Pamiętasz, jak ci pisałem, że hazard to świetna zabawa z dreszczykiem emocji? Cofam! Błagam, tylko nie mów o tym mojej matce! Miej litość, Katieńka, spal ten list albo gdzieś ukryj, żeby mnie nie pokarało za to serce na wierzchu!
Feliks przerwał pisanie i zerknął na ojca czytającego książkę, ale ten, oczywiście, nie był w stanie dostrzec, co właśnie pisał jego syn.
Znów wylądowałem w Niborku. Dowiedziałem się, że będą nam przeprowadzać plebiscyt, ale to dopiero w lipcu – szmat czasu.
Zamyślił się i pokręcił głową. Jego myśli na ten temat były jednym wielkim nieuporządkowanym chaosem, którego nie chciał teraz przelewać na papier. O co jeszcze Kateryna zawsze dopytywała? Ach, tak.
Stalówka niemal zrobiła dziurę w papierze, gdy mocniej przycisnął do pióro do arkusza.
Nataszka – zawsze uważałem, że byście się dobrze dogadywały, szkoda, że nie miałyście okazji się poznać – wyszła za mąż. Za Taurysa. Tym razem pożarliśmy się na amen, nie utrzymujemy już kontaktów. Niech im się dobrze wiedzie, czy coś, nadal jestem wściekły, ale to nie znaczy, że im źle życzę. Ojciec od razu się zorientował, że to po części moja wina i trudno mi to przyznać, ale, jak zwykle, ma rację. Nie chcę pisać, o co dokładnie poszło – ciągle liczę, że się niedługo spotkamy i przegadamy całą noc.
Na chwilę zamknął oczy i rozluźnił dłoń; dwa głębokie oddechy. Nie chciał psuć sobie znowu humoru, wrócił więc do wydarzeń z dzisiaj.
Spotkałem dzisiaj młodszego brata Oskara. Pamiętasz Oskara? Możesz nie pamiętać, byliśmy jeszcze dziećmi, gdy ty i ciocia do nas przyjechałyście.
Feliks uśmiechnął się do wspomnień; gabinet ojca był wyjątkowo głośny, gdy siostra jego matki, zarumieniona od solidnej dawki nalewki, którą Aaron bez słowa położył na biurku, zaczęła pomstować na astronomiczne ceny paszportów i związane z przekraczaniem rosyjsko-niemieckiej granicy formalności.
Biegaliśmy po Niborku i Litwinkach, a potem się popłakałaś, bo nic nie rozumiałaś z tego, co Oskar mówił i już nie chciałaś się z nami bawić. Ja już wtedy chodziłem do tutejszej szkoły, ale nie nadążałem z tłumaczeniem.
W każdym razie, lubię tego małego. Wygląda na całkiem bystrego, inteligentnego dzieciaka, tylko jest trochę wystraszony – ale jeśli w szkole dalej uczy Hellwitz, to wcale się nie dziwię. Był jedynym nauczycielem, przez którego płakałem. Raz tak bardzo, że ojciec zrobił mu awanturę pośrodku rynku – nikt, kto zna mojego ojca, nie chce w to uwierzyć. Szczerze, to sam dotąd w to nie wierzę.
A właśnie, znając go, pewnie dorzuci do koperty trochę marek, nic się nie bój.
Ja sobie poradzę, powtórzył sobie w myślach, ona ma gorzej.
Coś złego dzieje się w Chełmie czy jest raczej spokojnie? Jak nastroje w Polsce w związku z tą wojną? Próbowałem czytać tutejsze gazety, ale niewiele chwytam z tych ich analiz, a redaktorzy nie ukrywają, komu kibicują.
Dołączam do listu ostatni odcinek „Huzara" dla mojej mamy. Wiem, że nie znasz niemieckiego, ale może poproś ją, by ci go opowiedziała? To świetna historia! Pozdrów ją i przekaż, że niedługo do niej napiszę.
Zamaszyście się podpisał i złożył kartkę na pół, upewniwszy się wcześniej, że atrament się nie rozmaże. Potem zabrał się za pisanie listu do starego przyjaciela.
– Oczywiście, że jestem zły! – Gilbert maszerował przez pokryty kałużami rynek, słysząc za sobą kroki Ludwiga, próbującego za nim nadążyć. – Co ja ci mówiłem, co?
Zdecydowanie nie miał dobrego dnia; najpierw awantura w browarze, związana z pracownikiem, który zamiłowanie do piwa wziął sobie trochę za bardzo do serca, a potem kąśliwe uwagi starego Beilschmidta, gdy Gilbert zjawił się w sadzie, chcąc zabrać Ludwiga z powrotem do Neidenburga.
Najchętniej byś zabronił mu chodzić do szkoły i go posadził w ziemi razem z tymi śliwami, złorzeczył ojcu Gilbert, opuszczając podwórko. Nie pozwolę, by marnował sobie życie, grzebiąc w błocie, czy ci się to podoba, czy nie.
Obejrzał się przez ramię; najmłodszy z jego rodzeństwa aż się skulił.
– Nie iść nigdzie z obcymi – wymamrotał Ludwig, brzmiąc na tak zagubionego i bezradnego, że gniew Gilberta niemal natychmiast zniknął. Nie potrafił zbyt długo złościć się na brata. – Ale to syn pana doktora. Opatrzył mi rękę i w ogóle.
– Łukasiewicz ma syna? – zapytał Gilbert, marszcząc lekko brwi. – Może i ma... Gdzie cię zaprowadził? – Obrócił się na pięcie i spojrzał wyczekująco na Ludwiga. – Gdzieś daleko?
– Też na Schulstraße – odparł chłopiec. – Po drugiej stronie, tak na ukos od szkoły – Lekkim ruchem nakreślił w powietrzu trasę. – Obok są ruiny, chłopaki z klasy mówią, że tam straszy...
– Na którym piętrze mieszkał?
– Na parterze – Ludwig przygryzł lekko wargę. – Mieli takie wielkie lustro w holu. I dużo książek w gabinecie. I służącą.
– Dobra – powiedział wolno Gilbert, wracając myślami do swojej pierwszej i jak dotąd jedynej wizyty w mieszkaniu doktora; Aaron Łukasiewicz nie zwykł przyjmować pacjentów w domu, ale czasem wymagała tego sytuacja. Mgliste wspomnienia Gilberta sprzed kilku lat mniej więcej pokrywały się z tym, co teraz opisywał mu Ludwig. Poczuł się znacznie spokojniejszy. – Ale drugi raz nie pójdziesz z nikim, kogo nie znasz, bez mojego pozwolenia, zgoda?
Ludwig gorączkowo pokiwał głową; Gilbert westchnął i wyciągnąwszy dłoń w kierunku brata, potarmosił jego jasne włosy.
– Przepraszam – wymamrotał Ludwig.
– Chodź, bo zaraz zamknie warsztat.
W zapadających ciemnościach napis na fasadzie kamienicy był ledwo widoczny; Gilbert wsunął dłoń do kieszeni czarnego płaszcza i mocniej zacisnął palce na znajdujących się tam banknotach. Potem ukradkiem zerknął na brata.
– Co tak patrzysz?
– Sprawdzam, czy urosłeś od rana.
Buty nie wytrzymają do zimy, stwierdził Gilbert w myślach, widząc, jak chłopiec lekko się rumieni. I lada moment będą za małe. Nadal jest niski, ale niedługo skoczy w górę, każdy z nas tak przecież miał. Matka załamywała ręce... Wypuszczając powietrze przez zęby, jeszcze raz zerknął na witrynę warsztatu szewskiego.
Jak nie teraz, to nigdy. Kto wie, ile nowe buty będą kosztować za pół roku, ba, za miesiąc. Gdyby tylko wygrali tę cholerną wojnę...
– Sprawdzasz od roku, a ja nadal nie urosłem – nadąsał się Ludwig.
– Urośniesz – Gilbert położył dłoń na klamce i szeroko otworzył drzwi, wpuszczając do warsztatu chłodne powietrze wypełnione zapachem minionej burzy.
–...Panie Trottner – mówił młody chłopak, pochylony nad płatem skóry, z której właśnie wykrawał właśnie spory fragment. – Ale to przecież prawda, my tę wojnę przegraliśmy przez takich właśnie, żydów i socjalistów!
– Otto, myśl sobie, co tam chcesz, ale ja cię z aresztu nie będę wyciągał, jak ci się znowu zachce rozbojów – ostrzegł go Trottner; potem uniósł głowę znad cholewki buta, którą właśnie naciągał na prawidło. – Proszę, czym możemy służyć, panie Beilschmidt?
Gilbert sięgnął za siebie i stanowczym gestem postanowił przed szewcem chowającego się Ludwiga, mocno zaciskając dłonie na ramionach brata.
– Potrzebuję porządnych butów dla tego młodego jegomościa – powiedział głośno. – Z najlepszej skóry, jaka jest na stanie – Wskazał palcem parę stojącą na kredensie. – Mniej więcej taki krój.
Trottner zmierzył wzrokiem Ludwiga od góry do dołu, a potem się rozpromienił.
– Jeśli zależy panu na czasie, panie Beilschmidt, miałem gdzieś parę na mniej więcej takiego młodzieńca – oznajmił, rozglądając się po warsztacie; Ludwig cicho zakasłał, gdy wciągnął do płuc papierosowy dym. – Sprawdzimy, czy będę pasować... Jeden pan z Soldau zamówił je dla synka, ale potem, wie pan, jak to z tymi granicami się potoczyło. Leżą u mnie od zeszłego roku.
– Wolałbym parę szytą specjalnie dla niego – przerwał mu Gilbert.
– Oczywiście. Otto, weź wymiary od chłopca – Trottner natychmiast porzucił temat. – A co u ojca, panie Beilschmidt? Od miesięcy nie widziałem go na targu. Dalej zdrowie mu dokucza?
Najwidoczniej nie na tyle, by przestał być draniem, pomyślał Gilbert. Ludwig poderwał głowę i przyglądał mu się niepewnie.
– Nie jest z nim tak źle – wycedził starszy brat przez zęby, a potem zwrócił uwagę na Ottona, który przyklęknął przy Ludwigu z miarką, ołówkiem i kartką i polecił mu zdjęcie buta. Chłopiec w celu utrzymania równowagi złapał się płaszcza Gilberta.
– A pan gdzie służył, panie Beilschmidt? – zapytał nagle młodszy szewc, niezbyt delikatnie przestawiając nogę chłopca na kartkę i ją zaczynając obrysowywać. – Bo sobie z panem Trottnerem dyskutujemy o naszej porażce na tej wojnie. Ja, na przykład, myślę, że główną przyczyną...
Gilbert zmarszczył brwi i spojrzał z góry na Ottona, oszacowując w myślach jego wiek. Stanowczo za młody, żeby być na froncie nawet przez chwilę, uznał.
– Pan to, rozumiem, wybitny strateg wojskowy? – zapytał, unosząc kpiąco brew.
– Nie, teoretyk – odparł dumnie chłopak, sięgając po metr. – Dużo czytam, proszę pana, i dużo rozmyślam, jak tu siedzimy z panem Trottnerem.
Gilbert skrzywił się, słysząc odpowiedź; domorosły teoretyk, co nigdy nie miał broni w ręku, stwierdził pogardliwie. Posiedziałbyś trochę w okopie i by ci się odechciało rozmyślania.
Spojrzał w dół, na zdezorientowaną minę Ludwiga, którego podbicie stopy próbował właśnie zmierzyć Otto, i lekko uśmiechnął się do chłopca.
– Otto, ale przyłóż się, żeby było dokładnie! – Trottner podniósł się z krzesła i podszedł bliżej. – No, dobrze... Wyrabiasz się... Panie Beilschmidt, a pan to słyszał o Kowalowej?
– Kradnie, żadna nowość – Gilbert wzruszył ramionami, z pewną satysfakcją zauważając, że szewc nieco oklapł. Boże, chroń go od plotkarzy i teoretyków. – Ile pan weźmie za takie buty, co?
Słysząc kwotę, wypowiedział w myślach sporą wiązankę przekleństw; dużo więcej marek niż zakładał.
– Nie ma sprawy – odparł jednak całkowicie spokojnie. – Kiedy byłyby gotowe?
Kilka minut później wiedział już wszystko. Wyszedł z warsztatu, kiwając głową Trottnerowi i intencjonalnie ignorując młodszego szewca.
– Czuć dymem – powiedział cicho Ludwig, wsuwając rękę w jego dłoń. – Pali się?
Gilbert pociągnął nosem i rozejrzał się po opustoszałym, pogrążonym w mroku rynku.
– To z czyjegoś komina – stwierdził pewnie, chcąc odgonić niepokój brata. Wpadł mu do głowy genialny pomysł; wycelował palcem w kamienicę po drugiej stronie placu. – Jeśli będziesz pierwszy, wymyślisz cały kolejny rozdział!
I nim Ludwig zdążył otworzyć usta, już biegł w stronę pomnika.
– Jesteś wyższy! – zawołał za nim dziesięciolatek. Zapominając całkowicie o zapachu dymu, rzucił się w pościg, wkładając w to wszystkie siły. – Gilbert! Gilbert! To niesprawiedliwe!
Śmiech rozniósł się sennymi uliczkami małego Neidenburga.
Schuhmachermeister - mistrz szewski
Albertyna - uniwersytet w Królewcu, istniejący w latach 1544–1945, jedyny uniwersytet w Księstwie Pruskim i jeden z najważniejszych w I Rzeczypospolitej. Po oderwaniu Prus od Polski (w 1657 roku) Albertyna pozostała największym ośrodkiem akademickim w Prusach Wschodnich do końca ich istnienia.
Allenstein - Olsztyn
Nowakstraße - ulica nazwana po nidzickim mieszczaninie Nowaku, który według legendy w 1656 roku miał strzałem z armaty na murach miejskich powalić wodza tatarskiego, którego oddziały plądrowały okolicę. Według mojego researchu, możliwe, że była to ulica, która jest obecnie ulicą Zamkową, ale nie mam w tym pewności - jeśli nie, traktujcie to jako licentia poetica.
Quod felix, faustum fortunatumque sit - oby to było szczęśliwe, sprzyjające i pomyślne, słowa tradycyjnie wypowiadane przez rektora uczelni wyższej, otwierające rok akademicki.
Litfinken, obecnie Litwinki - wieś w gminie Nidzica.
Soldau - Działdowo, miasto w woj. warmińsko-mazurskim. W 1919 roku na mocy traktatu wersalskiego Działdowo, jako jedyne miasto na Mazurach, wraz z okolicznymi wioskami przyznano odrodzonej Polsce bez przeprowadzania plebiscytu. 17 stycznia 1920 roku polskie oddziały wojskowe wkroczyły do miasta, a następnego dnia uroczyście włączono je do Rzeczypospolitej.
