Z płytkiego snu wyrwało mnie pukanie do drzwi, więc przelotnie zerknęłam na zegarek. Minęła zaledwie godzina, a mimo to nie czułam zmęczenia, wręcz przeciwnie – gdy tylko otworzyłam oczy, zalał mnie przypływ energii i chęci do życia. Wyskoczyłam z łóżka jak sprężyna, pędząc na spotkanie z ciocią.
– Już zamówiłaś? – spytałam, dosiadając się do tego samego stolika, co wczoraj.
– Tak. Full English. Mają tu dobre jedzenie, ale nie może się równać z tym przyrządzanym przez skrzaty domowe w Hogwarcie.
– Skrzaty?
– Pracują w kuchni, przygotowują wszystkie posiłki, a poza tym dbają o porządek, kiedy nikt nie patrzy. To dość nietypowe stworzenia, ale bardzo sympatyczne. Może będziesz miała okazję je poznać.
– Myślałam, że czarodzieje będą w stanie wyczarować jedzenie z niczego – stwierdziłam, sięgając po filiżankę kawy. Ostrożnie upiłam łyk, by się nie sparzyć.
– Och, byłoby wspaniale. Jeśli ktoś jest zdesperowany, może spróbować transmutować jakiś obiekt w jedzenie, ale nie da się nadać temu obiektowi idealnie odwzorowanego smaku, tekstury. Poza tym transmutowane jedzenie ma naprawdę znikomą ilość wartości odżywczych i kalorii. Na chwilę uśpi głód, ale nic poza tym.
– Czyli na przykład z krzesła mogłabyś wyczarować bułkę?
Ciocia zaśmiała się gromko, jakbym opowiedziała znakomity żart.
– Oczywiście, że bym mogła, ale byłaby dość twarda. Przy takiej transmutacji trzeba też odpowiednio dobrać obiekt, na przykład chcąc wyczarować kabanosa, warto byłoby poddać transmutacji skórzany pasek. – Upiła łyk kawy, a jej nieobecne od zamyślenia spojrzenie świadczyło, że wcale nie kłamała. To wszystko prawda, nawet jeśli nie potrafiłam pojąć tego umysłem. – Wtedy tekstura jest w miarę podobna, może zostanie jakiś mięsnopodobny aromat?
Skrzywiłam się, wyobrażając sobie siebie jedzącą kabanosa z paska.
Po śniadaniu udałyśmy się do banku. Podczas całej wizyty na przemian oskarżałam się o halucynacje wywołane zaprzestaniem brania leków, szczypałam się po rękach, jakbym śniła, i rozglądałam wokoło w poszukiwaniu ukrytej kamery. Nie potrafiłam nawet nacieszyć się wizytą w Magicznej Menażerii – sklepie ze zwierzętami – bo wciąż przed oczami miałam długonose, krępe gobliny, które przyglądały mi się z nieufnością, jakbym w każdej chwili była gotowa przeprowadzić z Knedlem napad na bank. Dopiero kiedy zbierałyśmy się do wyjścia, rozgorzała we mnie potrzeba zaadoptowania każdego puszystego zwierzątka w Magicznej Menażerii za wyjątkiem nieustannie prychającego Kuguchara. Mimo nieobecności duchem wiedziałam, że tę wizytę w sklepie zapamiętam do końca życia. Nawet kiedy szłyśmy w kierunku Ollivandera, przed oczami miałam puchate, czarne stworzonko o pociągłym pysku, które łypało na sprzedawcę z widocznym jak na dłoni wyrzutem.
– Niuchacz, piękny okaz, prawda? Trochę obrażony, bo rano mi uciekł i dorwał się do galeonów z kasy. Zostawiłem mu knuta, ale jak widać nie jest usatysfakcjonowany – wyjaśnił posiwiały czarodziej, a mnie opadła szczęka. – Niuchacze uwielbiają wszelkie błyskotki, kosztowności, w tym galeony. Jak go dorwałem, miał torbę brzuszną wypchaną prawie że po brzegi.
Chociaż przeszłyśmy już prawie całą Pokątną, słyszałam słowa sprzedawcy tak wyraźnie, jakbyśmy wciąż stały w Magicznej Menażerii. Ciocia nie wydawała się wcale poruszona tymi wyjaśnieniami, co uznałam za bulwersujące. To małe stworzonko, kuriozalna krzyżówka dziobaka z bobrem, samodzielnie wydostało się z klatki i okradło własnego właściciela!
– Jeśli nie chcesz, nie musisz dziś nic kupować. Możemy tylko popatrzeć – powiedziała ciocia, wyrywając mnie z zamyślenia. – Gdybyś później zdecydowała się na różdżkę, zawsze możemy zamówić ją sową do Szkocji.
– Są strasznie drogie, popatrz – bąknęłam, unikając odpowiedzi. Wskazałam na gustownie ułożone pudełeczka za szybą, każde z nich okraszone małą tabliczką z ceną i opisem. – To połowa moich oszczędności.
– Tym się nie martw, jestem pewna, że Ollivander ma na sprzedaż tańsze modele. To przemiły człowiek, z nim zawsze da się dogadać. Wejdźmy.
Niepewnym krokiem podążyłam za ciocią do klaustrofobicznego, pachnącego kurzem wnętrza. Sklepik oświetlało ciepłe światło bijące z lamp olejnych, a wszystkie ściany obstawione były sięgającymi sufitu drewnianymi półkami. Każda z nich utrzymywała stosy podłużnych pudełek z różdżkami.
Ze schodów prowadzących do antresoli żwawym krokiem zbiegł siwy staruszek o wodniście niebieskich oczach, po czym uśmiechnął się na widok cioci.
– Ach, Jana O'Brien! Jak miło panią widzieć! A to kto?
– Moja siostrzenica, Wanda.
– A dlaczego… – Pan Ollivander zamilkł, przerzucając spojrzenie ze mnie na ciocię i z powrotem. – Czy to wizyta stricte towarzyska, czy chcecie dziś kupić różdżkę?
– Wszystko zależy od niej – odparła Jana, patrząc na mnie pokrzepiająco. – To jej pierwszy dzień w czarodziejskim świecie, nie cierpimy na niedostatek emocji.
– Ach, a więc wszystko jasne. Młoda damo, muszę ci powiedzieć, że masz naprawdę wyjątkową ciotkę. Jest ulubioną profesorką w Hogwarcie, z tego co słyszałem. Nie wspominając o reszcie jej zasług pozadydaktycznych.
Jana machnęła ręką, ale jej ego zdecydowanie zostało połechtane. Świadczył o tym uśmiech, z którym przegrywała zaciętą walkę. W jej oczach odnalazłam otuchę, więc odważyłam się spytać:
– Czy dla charłaków są jakieś specjalne różdżki?
– Nie. – Ciocia wkroczyła do akcji, gdy pan Ollivander otworzył usta, ale nie wydostał się z nich żaden dźwięk. – Wybierzemy taką, która będzie dobrze ci leżeć w dłoni i będzie miała odpowiednie wymiary do twoich predyspozycji.
– Predyspozycji?
Odpowiedź dostałam pod postacią magicznego metra, który dopadł mnie jakby znikąd. Podskoczyłam, nie spodziewając się doświadczyć takiej oznaki magii. Metr zachowywał się jak przedłużenie różdżki, a może nawet ręki pana Ollivandera, z sykiem poruszając się tak, jakby tchnięto w niego życie.
Kiedy byłam już zmierzona od stóp do głów, po rozstaw oczu, a nawet przestrzeni między dziurkami nosa, staruszek pokiwał w zamyśleniu głową i poprawił okulary. Mamrocząc sam do siebie, udał się na poszukiwania między rzędami półek. Położył stos pudełeczek na ladzie i dmuchnięciem posłał w powietrze sypką warstwę kurzu.
– Wybrałem dla ciebie modele z drewna wierzby, sosny i grabu, wszystkie z rdzeniem z włosa z ogona jednorożca. Ten rdzeń produkuje najbardziej spójną magię, odporną na różnego rodzaju wahania, zawsze można na nim polegać. Może spróbujmy najpierw tę z drewna grabu.
Pan Ollivander otworzył pudełeczko, więc sięgnęłam po ciemnoszarą, średniej długości różdżkę. Spojrzałam pytająco na nich oboje, nie wiedząc, co zrobić dalej.
– Nie spodziewamy się żadnych fajerwerków – wyjaśnił staruszek, zerkając na ciocię. – Szczerze mówiąc, wybrałem to drewno tylko ze wzgląd na ciebie, Jano. Twoja różdżka jest wykonana z tego samego, a często w rodzinie podziela się pewne tendencje. Z perspektywy czasu idealnie dobrałem twojej cioci podobną różdżkę.
– Dlaczego? – zapytałam, opuszkami palców badając wypolerowaną powierzchnię drewna. Mimo obróbki widać było na nim nierówności, choć drobne.
– Och! – Pan Ollivander zdawał się być wniebowzięty tym pytaniem, jakby tylko na nie czekał. – Widzisz, każdy rodzaj pasuje do innego człowieka. Z wieloletniego doświadczenia wiem, że grab idzie w parze z ludźmi, którzy mają pasję, a nawet może czasem obsesję na punkcie jakiegoś tematu.
– A czym charakteryzują się sosna i wierzba? – zapytałam, odkładając różdżkę z grabu na jej prawowite miejsce. Interesowałam się wieloma rzeczami, ale nie nazwałabym tego szczególną pasją. Nie wiedziałam nawet, jakie studia kiedyś wybiorę, a teraz czy na nie w ogóle pójdę.
– Sosna – odezwał się pan Garrick, podsuwając mi drugie pudełko – uwielbia kreatywną magię. Dobrze adaptuje się do nowych metod działania i zaklęć. Natomiast ludzie, którzy czują z nimi więź, to najczęściej samotnicy, powiedziałbym też, że zdecydowani indywidualiści. Często są intrygującymi postaciami roztaczającymi wokół siebie aurę tajemniczości.
Chwyciłam drugą różdżkę i znów nie poczułam nic szczególnego. Ten opis już trochę bardziej do mnie pasował, ale nie nazwałabym się mianem „intrygującej postaci", więc sięgnęłam po ostatnią.
– Mój brat chyba uznałby mnie za szalonego, ale ja sam uważam to drewno za dość… przewrotne. Wielu czarodziejów marzy o wierzbowej różdżce; są owiane dobrą sławą, a szczególnie zyskują na atrakcyjności przez swoją rzadkość. Mało kto jest na tyle zdolny, by móc się z taką różdżką zrozumieć.
Zrozumieć . Brzmiało to tak, jakby pan Garrick uważał je za świadome istoty.
– Jestem charłaczką, więc raczej nie będę zdolna w magii – rzuciłam niepewnie, chcąc od razu odłożyć różdżkę z powrotem.
O ile wcześniej staruszek podsuwał mi automatycznie pudełka, o tyle teraz stał w zamyśleniu i zdawał się nie zauważyć mojego odruchu, więc zrezygnowałam. Chciałam wierzyć, że pasowałam do tego sklepu i magii, ale z tyłu głowy uparcie odzywał się głos matki, mówiąc:
Przynajmniej nie wiedziałaś, że jesteś niegodna…
Zdrowa na umyśle czy nie, jako charłaczka nie pasowałam w pełni do żadnego ze światów. Wczorajsza rozmowa z ciocią nie podnosiła mnie na duchu, a jej ostrożnie dobierane słowa i brak składania obietnic bez pokrycia świadczył, że najpewniej nie zostanę przyjęta z otwartymi ramionami przez magiczną społeczność.
– Tak jak mówiłem, to przewrotne różdżki – kontynuował pan Ollivander. – Są zdolni czarodzieje, którzy uważają, że niewiele im pozostało do nauki i w większości nie będą pasować do wierzby. To drzewo lubi ludzi świadomych, że nauka, samodoskonalenie może trwać całe życie. W mojej rodzinie jest takie powiedzenie, że ci czarodzieje, którzy muszą przebyć najdłuższą podróż, będą ją odbywać najszybciej w towarzystwie różdżki z wierzby.
Nie czekając na zaoferowanie pudełka, odłożyłam ją na ladę i wycofałam się, posyłając cioci znaczące spojrzenie.
– Dziękujemy za cenną lekcję – powiedziała, kładąc mi dłoń na ramieniu. – Chciałybyśmy zostać dłużej, ale czas nas goni. Muszę wracać do Hogwartu, rozumie pan.
Ollivander z nieobecnym westchnieniem ułożył pudełeczka na stosik, zanim popatrzył na nas, jakbyśmy mu w czymś przeszkodziły.
– Oczywiście, obowiązki profesorskie wzywają. Pamiętajcie, że zawsze można zamówić za pośrednictwem sowy – dodał na odchodnym, znikając między regałami. – Do zobaczenia, Jano!
Na zewnątrz smagnął mnie po twarzy lodowaty wiatr, więc zapięłam się pod samą szyję, w czasie gdy Knedel obwąchiwał czujnie kępkę chwastów wyrastającą spomiędzy kocich łbów, którymi wybrukowano ulicę.
– A ty co? – spytała ciocia, patrząc na mnie badawczo. – Czemu chciałaś stamtąd uciec?
– Po prostu czuję… czuję, że to trochę takie bez sensu. Z tego co mówiłaś wcześniej, charłaki chyba nie wygrywają tu konkursów popularności. Widziałam minę pana Ollivandera, jak zapytałam, czy są specjalne różdżki dla ludzi takich jak ja.
– Nim się nie przejmuj. – Ciocia machnęła ręką i chwyciła mnie pod ramię. Narzuciła nam dość żwawe tempo, ale nawet nie zważałam, gdzie szłyśmy. – O ile Garrick ma dość otwarty umysł, dalej jest osobą starej daty. Zadałaś mu zupełnie zrozumiałe dla siebie pytanie, biorąc pod uwagę, że pierwszy raz znalazłaś się po czarodziejskiej stronie świata. Nie zniechęcaj się od razu.
Z każdym krokiem posępniałam. Nie spałam całą noc, wyobrażając sobie niesamowite historie, magiczne bestie i czarodziejską szkołę, a teraz? Dobierały się do mnie obawy, od których wolałabym uciec niezależnie od tego, w jakim świecie się znajdowałam.
– Chciałabyś zobaczyć jeszcze jakiś sklep? NIc nie kupiłaś, a wymieniłyśmy twoje oszczędności – spytała ciocia.
– Wolałabym już polecieć do ciebie.
– Dobrze. Nauczymy cię podróżować siecią Fiuu, w razie gdybyś zmieniła zdanie do zakupów, sama będziesz mogła się tu dostać.
– Siecią Fiuu?
– To sposób podróżowania przez kominki. – Pokrótce wyjaśniła mi ten koncept, brzmiąc, jakby mówiła o czymś całkowicie przyziemnym, zanim dodała: – Na przykład z mojego sklepu mogłabyś się przenieść tutaj, do Dziurawego Kotła.
– A gdzie masz aptekę?
– W wiosce niedaleko Hogwartu. Na piętrze jest mała kawalerka, gdzie się rozgościsz. Chwyć Knedla i lecimy.
Tak też zrobiłam, a ciocia bez uprzedzenia wciągnęła nas w wirujący światłami tunel. Gdyby nie podtrzymała mnie podczas lądowania, tym razem wybiłabym zęby na drzwiach.
– Zapomniałaś o bagażach! – wykrzyknęłam. – Nie wzięłyśmy ich przecież z Dziurawego Kotła.
– Wszystko na ciebie czeka na górze, bez obaw. Nie stójmy na deszczu.
Ciocia otworzyła drzwi klaustrofobicznej apteki, skąd w nozdrza buchnął ziołowy zapach. Przez pochmurną pogodę, wewnątrz w ciągu dnia paliły się lampy olejne, rzucające ciepłe światło na półki pozastawiane mnóstwem pojemniczków, pudełek i szklanych słojów wypełnionych najróżniejszymi zawartościami. W kącie pod schodami na piętro stał rząd beczek, niektóre z kranikami, a z ich wnętrza dochodziły bulgoczące odgłosy. Chciałam zajrzeć do jednej z uchyloną przykrywą, ale powstrzymałam się, słysząc wołanie z tylnego pomieszczenia.
– Już idę!
Uniosłam brwi na widok czarnowłosego chłopaka w moim wieku – nie spodziewałam się, że tak szybko poznam rówieśnika.
– Dzień dobry, profesor O'Brien. – Zamknął książkę i odłożył ją na ladę z ciemnego drewna, wzdłuż której na sznurku zwisały bukiety suszonych ziół. – Kontrola?
Ciocia Jana parsknęła, wywracając oczami.
– Witam, panie Rowle. – Zdjęła pelerynę i powiesiła ją na stojącym obok drzwi rzeźbionym wieszaku. – Wando, idź na górę i się rozpakuj. Muszę uciąć sobie krótką pogawędkę z podopiecznym.
Chłopak nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z takiego obrotu spraw, a jego cierpka mina tylko to potwierdziła. Bez ociągania weszłam na górę, gdzie napotkałam zamknięte drzwi.
– Ciociu? – zawołałam, przerywając prowadzoną przyciszonymi głosami rozmowę. – Dasz klucz?
Nie dostałam żadnej odpowiedzi poza tym, że zamek w drzwiach sam z siebie szczęknął, a klamka odskoczyła. Drzwi pchnięte magiczną siłą otworzyły się przede mną, ukazując skromnie urządzone mieszkanko z aneksem kuchennym. Pod oknem czekała na mnie walizka i torba, które pozostawiłam wcześniej w wynajętym pokoju w Dziurawym Kotle.
Mimo że uśmiechnęłam się lekko na widok magicznie przetransportowanego bagażu, poczułam psychiczne zmęczenie wszystkim, czego doświadczyłam. Z jednej strony byłam podekscytowana tym, co mnie tu czekało, z drugiej nawiedzał strach, że w tym świecie nadal byłam niegodna.
Pewnie matka ucieszyłaby się, wiedząc, jak dobrze zasiała we mnie ziarno zwątpienia. Może i jestem charłaczką, ale to nie znaczy, że nie zasługiwałam na szansę. Krętactwa rodziców nie mogą wiecznie wywierać na mnie wpływu, szczególnie kiedy znajdowałam się w innym kraju i w alternatywnym świecie. Ta świadomość sprawiła, że na języku niemal poczułam smak wolności – miałam przed sobą perspektywę pozbawionych kontroli dni, zaledwie kilku, ale zamierzałam skorzystać z nich pełną piersią.
Sięgnęłam po telefon, chcąc poinformować Gniewka o przechodzonej przeze mnie rewolucji, ale ku zaskoczeniu zauważyłam, że poza wyświetlaniem godziny nie reagował na dotyk. Jakim cudem zdołałam go zepsuć? Może to przez teleportację?
– Wando! – usłyszałam wołanie cioci z dołu i zerwałam się z łóżka.
– Tak? – Zeszłam ze schodów, a Knedel zleciał wraz ze mną. – Co się stało?
– Niestety dostałam pilną sowę z Hogwartu, muszę tam od razu podskoczyć, za co cię przepraszam. Miałyśmy trochę inne plany.
– Nie szkodzi – odparłam, chociaż spłynęła na mnie mieszanina żalu i strachu. Nie sądziłam, że zostanę sama jak palec w obcym miejscu już pierwszego dnia, nie znając tu zupełnie nikogo i nie mając sposobu na skontaktowanie się z Gniewkiem. – Jakoś sobie dam radę.
Ciocia pokiwała głową, ale i tak wyglądała na zawiedzioną.
– Corvusie… – odezwała się niespodziewanie, powoli zapinając guziki peleryny. – Może chciałbyś wcześniej zamknąć sklep i zabrać moją siostrzenicę, Wandę, na spacer po okolicy?
Siedzący w fotelu za ladą chłopak podniósł głowę znad książki. Nie potrafiłam rozszyfrować jego miny.
– A co z wypracowaniem, pani profesor? – zapytał po chwili ostentacyjnego namysłu. – Dopiero co wysłuchałem o nim pogadanki.
– Nie zmieniam stanowiska w sprawie wypracowania, jeśli jutro do południa go nie dostanę, zarobisz szlaban. Możesz zmarnować cały dzień w pracy, albo wpisać na listę, że zrobiłeś całą dniówkę, zamknąć sklep i oprowadzić Wandę po okolicy, a potem jesteś wolny.
– Brzmi jak propozycja nie do odrzucenia. – Corvus odłożył wymiętą książkę na ladę i zniknął na zapleczu, skąd po chwili wyszedł, trzymając pod pachą czarny płaszcz. – Jakieś specjalne życzenia?
– Tak, jedno: nie wychodźcie poza Hogsmeade, proszę. Do zobaczenia, Wando, postaram się wpaść wieczorem z kolacją.
Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, a ciocia zniknęła w odmętach zielonych płomieni kominka, zostawiając mnie samą z Corvusem. Knedel wybrał się na rozeznanie po nowym terytorium, obwąchując wszystko dokładnie i merdając ogonem, a ja stałam jak kołek bez słowa, w czasie gdy świeżo upieczony przewodnik zapisywał coś w notesie wyjętym spod lady. Kiedy pochylał się, spostrzegłam, że miał jedno siwe pasmo włosów.
– Nie jesteś stąd, co? – rzucił, posyłając mi ukradkowe spojrzenie.
– To tak oczywiste?
– Akcent. – Wzruszył ramionami, ubierając płaszcz. Byłam pewna, że na tym zakończy, ale dodał: – Mam cię oprowadzić po Hogsmeade, więc nie chodziłaś do Hogwartu. Zresztą kojarzyłbym cię stamtąd.
– Rozumiem, że ty się tam dalej uczysz, skoro ciocia Jana męczyła cię o wypracowanie? – zmieniłam temat, nie mając ochoty rozmawiać o sobie.
– Jestem na ostatnim roku. Nie odpowiedziałaś, skąd jesteś.
– Z Polski – odparłam, głaszcząc Knedla na pożegnanie.
Corvus wyszedł zza lady, sięgając za pazuchę. Bez słów rzucił zaklęcie, a w aptece zgasły wszystkie lampy poza drobnym oświetleniem w przesłoniętej półprzezroczystą kotarą witrynie. Gdy zamykał za nami drzwi, przyjrzałam się jego różdżce. Wyglądała prawie że identycznie jak jedna z tych, które trzymałam wcześniej w sklepie.
– Sosna? – spytałam.
– Tak.
