Kiedy wcześniej razem z ciocią teleportowałyśmy się do Hogsmeade, wylądowałyśmy zaraz przed drzwiami, więc nawet nie miałam okazji, by rozejrzeć się po okolicy. Apteka znajdowała się u podnóża głównej zabytkowej ulicy usianej sklepikami położonymi w starych chatkach o spadzistych dachach. Pierwsze, co na ich widok przyszło mi na myśl, to że wioska musiała wyglądać niesamowicie zimą, przykryta grubą warstwą śniegu.
Jesienny krajobraz wcale nie zawodził. Mimo że wcześniej padało, a powietrze wciąż było wilgotne i dżdżyste, Hogsmeade prezentowało się naprawdę magicznie, spowite mgłą, z lśniącymi od deszczu kostkami brukowymi i kolorowymi światłami witryn odbijającymi się w kałużach. W połączeniu z ubranymi w peleryny i szpiczaste tiary czarodziejami nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że stąpam po planie filmowym. Trudno było uwierzyć, że wcześniej nie wiedziałam o istnieniu tak wyjątkowego miejsca na ziemi.
– Co chciałabyś najpierw zobaczyć? – zagaił bez większego zaangażowania Corvus, chowając dłonie do kieszeni. – Możemy najpierw przejść się dookoła wioski, chyba że chcesz od razu pochodzić po sklepach.
– Skorzystajmy z przerwy w deszczu i pospacerujmy.
Ponownie zapadła krępująca cisza. Starałam się nie zwracać na to uwagi, rozglądając się dookoła i pochłaniając wzrokiem każdy zakątek Hogsmeade. Architektura tak skrajnie różniła się od tego, co można było zobaczyć w Polsce, że praktycznie każdy zakamarek wydawał mi się godny sfotografowania. Po wcześniejszych daremnych próbach poszukiwania sygnału zostawiłam telefon gdzieś na piętrze sklepu, a potem zapomniałam go zabrać – teraz tego żałowałam, ale nic straconego, jeszcze będę miała okazję porobić kilka zdjęć na pamiątkę.
– Gdybyś chciała później wysłać list, tu jest sowia poczta. – Skinął w stronę wspomnianego budynku. Podziękowałam, chociaż nie wiedziałam, po co w dwudziestym pierwszym wieku miałabym wysyłać listy.
– Jakie są tu sklepy?
– Miodowe Królestwo ze słodyczami, Sklep Zonka, Scrivenshaft z piórami i poza tym chyba nic… a, jeszcze odzieżowy Gladraga. Nie ma wielkiego wyboru, ale przynajmniej mamy Pub pod Trzema Miotłami, gdzie można się napić kremowego piwa.
Obeszliśmy główną ulicę w ciszy, więc skupiłam się na mijanych sklepach, a pierwszy z nich, który zwiódł mnie na pokuszenie, to Miodowe Królestwo. Jako że w środku kłębiły się chmary uczniów, przystanęłam przy pstrokatej witrynie prezentującej najróżniejsze smakołyki. Ślinka napłynęła mi do ust, kiedy przyrzekłam sobie, że zaraz kupię po trochu z każdego.
– Może opowiesz mi coś o Hogwarcie? – zagaiłam, studiując połyskujące cenówki obok każdego rodzaju słodyczy. W głowie liczyłam, na ile mogłabym sobie pozwolić, bo nie wzięłam z apteki zbyt wiele pieniędzy. – Ciocia nie miała okazji podjąć tego tematu.
– Mówiła o domach? – Kiedy zaprzeczyłam, Corvus wyjaśnił: – Są cztery. Na pierwszym roku podczas ceremonii przydziału trafia się do jednego z nich. Jest Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuff i Slytherin.
– I ty w jakim jesteś?
– W Slytherinie.
– A na jakiej podstawie zostajecie tam przydzieleni?
– Cech charakteru. Krukoni słyną z kreatywności i inteligencji, chociaż prędzej nazwałbym to głodem wiedzy, Puchoni… cóż, po prostu są. Ślizgonów wyróżnia ambicja, natomiast domeną Gryfonów jest męstwo i cnota – wyjaśnił bez entuzjazmu. – Jak myślisz, gdzie byś trafiła?
Nie potrafiłam udzielić pozbawionej wahania odpowiedzi. Głupią nie mogłam się nazwać, zważywszy, że od lat uczyłam się samodzielnie, ale nie byłam też drugą Dian Fossey. Ambicji na pewno mi brakowało, bo gdybym ją miała, wybranie kierunku studiów nie przychodziłoby z takim trudem. Męstwo i cnota? Nigdy nie nadarzyła mi się w życiu okazja do sprawdzenia, czy takie cechy posiadam.
– Nie mam pojęcia. Raczej nie do Gryffindoru – bąknęłam, nie zamierzając przyznawać, że tylko marny Hufflepuff brzmiał prawdopodobnie.
– Możemy to zaraz przetestować. – Kąciki ust Corvusa zadrżały nieznacznie, jakby walczył z chęcią uśmiechnięcia się. Posłałam mu pytające spojrzenie, a gdy je pochwycił, łaskawie wyjaśnił: – Jeśli odważysz się zjeść karaluchy w syropie, całkiem możliwe, że byłabyś materiałem na Gryfonkę.
Prychnęłam. Owszem, w Dziurawym Kotle zdążyłam zauważyć, że czarodzieje mieli zastanawiające gusta smakowe, ale przecież zjadłam tam zupełnie normalne angielskie śniadanie. Obyło się bez karaluchów i innych dziwactw.
– Jasne.
– Nie kłamię. – Cofnął się o krok przed wybiegającym z wnętrza sklepu tłumem rozochoconych szkolnych niziołków. – Zresztą chodź, zobaczysz.
Wewnątrz poprowadził mnie między zastępami jedenastolatków wprost pod regał, na którym piętrzyły się szklane słoje wypełnione najróżniejszymi słodyczami. Niektóre z nich wyglądały zupełnie normalnie, kontrastując z kuriozalnymi nazwami: czekoladowe gały, pieprzne diabełki, kwachy. Szokującymi okazały się skaczące czekoladowe żaby i popiskujące lodowe myszy, a obok nich… w wypełnionym złotym syropem słoju unosiły się jeden obok drugiego zawieszone w bezruchu karaluchy.
– O matko. Są prawdziwe?
– Najprawdziwsze. – Coś w tonie jego głosu sprawiło, że nadal nie byłam skłonna tak po prostu mu uwierzyć. – Dlaczego od razu zakładałaś, że kłamię?
– Zupełnie bez powodu… – mruknęłam, a gdy zobaczyłam, jak sięgał po mniejszy słoik, dodałam naprędce: – Nie namówisz mnie na nie w żaden sposób, ale chętnie popatrzę, jak ty udowadniasz swoje męstwo.
Opuścił rękę, a po ustach błąkał mu się cień uśmiechu.
– Nie wymieniłem męstwa jako cechy Ślizgonów.
Przecisnęłam się do innej części sklepu, ledwo unikając stratowania przez parę dzieciaków rozprawiających o zakupionych u Gladraga wrzeszczących skarpetach. Co jak co, ale jeśli karaluchy były prawdziwe, nie zamierzałam kupić czekoladowych żab ani lodowych myszy. Już smaczniej brzmiały te skarpetki. Jeśli czarodzieje potrafili tworzyć słodycze z tak kuriozalnych składników, co mogło kryć się w czekoladowych gałach?
Zrobiło mi się niedobrze na samą myśl.
– Polecasz coś?
– Słyszałem, że lizaki befsztykowe robią furorę – odparł Corvus stoickim tonem, oparty plecami o regał. Gdy dostrzegł moją jakże rozbawioną minę, dodał: – A tak na poważnie, fasolki wszystkich smaków, eksplodujące cukierki i pieprzne diabełki. To komplet hogwarckich posiadówek.
Zabrałam po opakowaniu każdego z wymienionych przez Corvusa specjałów, wahając się przy czekoladowych gałach. Na etykiecie prezentowały się zupełnie normalnie – wypełnione musem truskawkowym i gęstą bitą śmietaną, z góry obsypane kolorową posypką. Wyglądały jak coś, co mogłoby mi zasmakować.
– To nie są żadne oczy ani nic?
– Nie. – Kącik ust Corvusa znów zadrżał, jakbym palnęła głupstwo. Powinnam była trzymać język za zębami. – Nie zmieniasz zdania na temat karaluchów i przetestowania Gryffindoru?
– Wolę spędzić resztę życia w niewiedzy, dziękuję.
– Zatem do Ravenclawu też byś nie pasowała – mruknął, na co prychnęłam z oburzeniem, kiedy tylko przypomniałam sobie, że ten dom miał cechować głód wiedzy. – Twoje słowa.
Zapakowałam kilka czekoladowych gał do papierowego opakowania i wyminęłam Corvusa, a chociaż chciałam obejrzeć resztę specjałów, przebywanie w sklepie z każdą sekundą stawało się coraz bardziej nieznośne z powodu rozemocjonowanych dzieci. Zapłaciłam przy kasie i kiwnęłam stojącemu na uboczu Corvusowi w stronę wyjścia.
– Gdzie teraz? – spytał, gdy już znaleźliśmy się na zewnątrz.
– Do Gladraga, podobno ma magiczne skarpety.
Sklep odzieżowy okazał się być kawałek drogi od Miodowego Królestwa, dzięki czemu miałam możliwość nacieszyć się świeżym, rześkim powietrzem i o wiele niższym stopniem hałasu. Po wejściu do eleganckiego wnętrza okazało się, że Gladrag wręcz specjalizował się w magicznych skarpetkach. Na sięgających sufitu bocznych półkach prezentowały się też inne produkty takie jak ekstrawaganckie buty, torebki oraz fantazyjne tiary, ale zdecydowanie to nie one grały główne skrzypce.
Gdy tylko chwyciłam w dłonie pierwszą przykuwającą wzrok parę, z ust wyrwało mi się ciche westchnienie podziwu. Magiczny wzór poruszał się, przedstawiając czerwonego smoka, który nie dość, że szybował dookoła, ział strumieniami ognia, lądował i ponownie wzbijał się do lotu, trzepocząc skrzydłami. W całym życiu nie widziałam czegoś tak genialnego!
– A te?
Corvus podał mi niczym niewyróżniające się czarne skarpety. Odwróciłam papierową metkę, gdzie znalazłam krótki opis:
„Wrzeszczące skarpety. Kup, a nie będziesz już debatować nad tym, czy aby na pewno są dostatecznie świeże, żeby je ponownie założyć."
– Za kogo ty mnie masz? – Próbowałam popatrzeć na Corvusa krytycznie, ale warga mi zadrżała. Po chwili uważnego studiowania mojej twarzy też odważył się lekko uśmiechnąć. – Czy naprawdę wyglądam jak potencjalny konsument tego typu wyrobów? A może polecasz, bo sam jesteś zadowolonym klientem?
– Mogę z czystym sumieniem zadeklarować, że moje życie stało się piękniejsze, odkąd chłopaki z dormitorium dostali je na gwiazdkę.
– Wzruszające wyznanie. Dziękuję ci za nie, niestety nie trafiłeś z polecajką. – Odłożyłam parę na miejsce. – Naprawdę muszą wrzeszczeć? Nie mogłyby powiedzieć czegoś w stylu: „Ej, stary, mamy dość"?
– Wierz mi, że taka sugestia mogłaby dla niektórych być zbyt delikatna.
Przez chwilę wertowałam najróżniejsze wzory w ciszy, szukając czegoś, co mogłabym przywieźć do domu. Chociaż wolałam nie wybiegać myślami w przód, wiedziałam, że w końcu nadejdzie dzień powrotu do Polski, a przecież nie mogłabym pojawić się tam z pustymi rękami po takiej podróży. Skarpety to chyba najbardziej stonowane pamiątki z magicznego świata, jakie mogłabym tu znależć, a równocześnie nie przerazić nimi rodziców i Gniewka.
Nie musiałam długo szukać, by dla całej trójki znaleźć idealnie spersonalizowane skarpetki. Dla matki wybrałam mięciutką, puszystą parę z funkcją utrzymywania optymalnej temperatury, a dla taty szytą odporną na wszelkie przetarcia materiału nicią. Dla Gniewka natomiast wybrałam model bez żadnych dodatkowych udziwnień, który przedstawiał samotnego zombie wędrującego po zmroku dookoła ponurej skarpetki. Jako fan wszystkich postapokaliptycznych produkcji powinien je docenić. Za bonus brałam fakt, że kiedy sprezentuję je Gniewkowi, nie będzie mógł uznać mnie za wariatkę, mając przed nosem namacalny dowód na istnienie magii.
– Dlaczego takie? – spytał patrzący mi ponad ramieniem Corvus.
– Uznałam, że każdemu kupię po parze. Te są dla matki – unosiłam po kolei odpowiednie zdobycze – te dla ojca, a te…
– …dla brata?
– Nie, jestem jedynaczką – bąknęłam. – Dla kolegi. A te ze smokiem są dla mnie, rzecz jasna.
Przy kasie zapłaciłam, a ekspedientka stuknięciem różdżki zapakowała je w pudełeczka o fantazyjnych wzorach, wykańczając je ozdobnymi kokardkami ze wstążek. Miałam nadzieję, że dam radę dowieźć je do domu w tak zachwycającym stanie.
– Gdzie teraz? – spytałam, kiedy wyszliśmy z powrotem na jeszcze bardziej dotkliwy mróz.
– Myślałem, że pokażę ci tutejszą atrakcję.
Mimo zdziwienia przystałam na tę propozycję. Corvus wyprowadził mnie z głównej ulicy Hogsmeade, a wkrótce wędrowaliśmy wydeptanymi ścieżkami między niewielkimi chatkami mieszkalnymi, aż wreszcie skończyły się i one, a zaczął rzadko porośnięty las. Wspinaliśmy się na wzgórze, zostawiając za sobą wioskę i już miałam zaprotestować, gdy Corvus niespodziewanie sam się odezwał:
– Jak tylko wejdziemy na szczyt, będziemy na miejscu. Już niedaleko.
Trochę mnie uspokoił, ale i tak przypomniałam sobie słowa cioci, która prosiła nas o pozostanie w Hogsmeade. Chociaż nie widziałam w tym nic złego, zważywszy, że dookoła wioski zdawały się roztaczać jedynie pagórki, łąki i lasy, nie miałam ochoty oddalać się od centrum z zupełnie obcą mi osobą, szczególnie, że szybko zapadał zmrok, a my zostawiliśmy światła wioski daleko w tyle.
Zauważyłam coś, co wyglądało na rozleciały dach spowity mgłą. Wiedziona ciekawością przyspieszyłam kroku, wymijając Corvusa. Nisko w dolinie stała zdezelowana rudera otoczona drewnianym płotem w równie dobrym stanie, a za nią w oddali ledwo majaczyły liczne wieże. Domyśliłam się, że to musiał być Hogwart.
– I to jest niby ta atrakcja? – Odwróciłam się z pretensją w głosie. – To coś, co wygląda, jakby się miało rozwalić przy mocniejszym podmuchu wiatru?
– To Wrzeszcząca Chata. – Chociaż mówił zupełnie poważnie, nie wierzyłam w żadne jego słowo. – Najbardziej nawiedzony budynek w całej Szkocji. Może nie wygląda, ale uczniowie Hogwartu uważają go za swego rodzaju atrakcję, tak.
– Jasne. Przyprowadziłeś mnie na teren do rozbiórki i jeszcze sobie myślisz, że mnie nastraszysz.
– Po co miałbym kłamać? Zawsze możemy podejść bliżej, a przy okazji sprawdzimy, co z tym Gryffindorem. Nie wszystko stracone.
– A co tam straszy? – Skrzyżowałam ręce na piersi. – Wilkołaki?
– Większość ludzi tak myśli, ale ja słyszałem ciekawszą teorię. Idziesz?
Miałam gdzieś jego teorię.
– Nie.
– Zatem odjechał ostatni pociąg do Gryffindoru. Stwierdziłaś wcześniej, że wolisz żyć w niewiedzy, więc Ravenclaw odpada, a to zostawia nam Hufflepuff…
– Nieprawda, jest jeszcze Slytherin – przypomniałam.
Corvus kątem oka zlustrował mnie irytująco rozbawionym spojrzeniem. Ponownie spojrzał na położoną w dolinie Wrzeszczącą Chatę, zanim powiedział:
– Zakładam, że jesteś mugolaczką jak profesor O'Brien, a nikt o takim pochodzeniu nie trafia do Slytherinu, więc…
Spudłował, ale nie zamierzałam mu o tym mówić. Nie znałam jego poglądów na temat mugolaków, a co dopiero charłaków, ale mimo to zdecydowałam się spytać:
– Dlaczego?
– Taki był zamysł Salazara Slytherina, jednego z założycieli Hogwartu. Wyznawał ideologię czystej krwi.
Mimo że chciałam usłyszeć jego opinię na ten temat, ostatecznie uznałam ją za niepotrzebną. O czymś świadczył fakt, że Corvus nie tylko był tu teraz ze mną, ale i pracował dla mojej cioci, z którą nie zdawał się mieć złych stosunków. Gdyby gardził mugolakami jak czarodzieje wyznający ideologię czystej krwi, raczej by do tego wszystkiego nie doszło.
– Byłem tam, wiesz? – Corvus kiwnął głową w stronę doliny. – We Wrzeszczącej Chacie.
Tym razem nie powstrzymałam wywrócenia oczami. Nie zamierzałam dać się złapać na haczyk. Nie wierzyłam, że ktokolwiek byłby na tyle głupi, by wchodzić na teren rozbiórki, szczególnie jeśli to miejsce było uważane za najbardziej nawiedzone w całej Szkocji.
Rzuciłam drugie spojrzenie Wrzeszczącej Chacie i z niechęcią musiałam przyznać, że faktycznie wydawała się upiorna, szczególnie teraz, kiedy prawie całkowicie zapadł już zmierzch. Gdy tak się jej przyglądałam, nawiedziła mnie niepokojąca świadomość, że stałam z kimś obcym pośród drzew, z dala od jakichkolwiek źródeł światła. Całe ciało domagało się powrotu do bezpiecznej wioski, więc postanowiłam ulec temu pragnieniu.
– I od tego posiwiałeś? – rzuciłam na odchodne, nie zamierzając kontynuować tematu. Zanim zaczęłam schodzić w dół zboczem, zauważyłam kątem oka, jak Corvus dotknął kosmyka nad uchem.
– Poniekąd.
Kiedy mnie dogonił, zostałam oślepiona blaskiem białego światła, które wydobyło się z różdżki. Zapomniałam na śmierć, że ją ma, ale w sumie i tak nie spodziewałabym się, że mógłby wyczarować z niej światło. W wolnej chwili powinnam wybrać się do księgarni, żeby w razie kolejnej nieobecności cioci móc samodzielnie uzupełnić braki w wiedzy na temat czarodziejskiego świata.
– Mogłeś cały ten czas nam świecić, ale wolałeś iść po ciemku? – wyrwało mi się z niedowierzania.
– Też mogłaś, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłaś, co?
Zaschło mi w ustach. Owszem, miałam konkretny powód – byłam charłaczką, która nawet nie posiadała różdżki, nie wspominając o umiejętności jej używania, ale na razie nikogo nie zamierzałam o tym informować. Nie przed podjęciem decyzji o przyszłości.
Kiedy znaleźliśmy się bliżej centrum wioski, dostrzegłam agresywnie różową witrynę i podeszłam do niej, żeby zajrzeć, co znajdowało się w środku.
– O, tu jest jakaś herbaciarnia.
Przystanęłam, wskazując na szyld Herbaciarni u pani Puddifoot. Gdy zajrzałam do środka przez upstrzone różowymi kokardkami okna, dostrzegłam, że małe wnętrze wypełnione było wyłącznie parami zakochanych nastolatków. Siedzieli ze złączonymi dłońmi przy okrągłych stolikach, wpatrując się sobie nawzajem w oczy, z pewnością ani myśląc o tknięciu zamówionych herbat czy deserów. O ile palące się świece dodawały wnętrzu romantycznej aury, o tyle już babciny wystrój, wszechobecne falbanki, wstążki i inne dekoracje sprawiały, że dziwiłam się, że chłopcy w ogóle chcieli postawić stopę w takim miejscu. Nawet ja nie byłabym skłonna tam wejść.
– To raczej nie jest odpowiednie miejsce na nasz etap znajomości – powiedział Corvus, nie zatrzymując się. – Chodź na kremowe, stawiam.
Zignorowałam ten komentarz. Nie musieliśmy iść długo, bym wreszcie dostrzegła szyld Pubu pod Trzema Miotłami. Jak każdy budynek w Hogsmeade, gospoda nie wyróżniała się rozmiarem – małe wnętrze było przepełnione klientelą tak, że zaraz mogłoby pęknąć w szwach.
Corvus skinął w kierunku grupki roześmianych uczniów, która opuszczała właśnie pub. Stolik nie był o wiele większy niż te w Herbaciarni pani Puddifoot, ale chłopacy i tak podstawili sobie do niego dodatkowe pary krzeseł, by móc razem spędzić czas. Corvus machnął różdżką, a puste kufle po kremowym piwie i złote kielichy poszybowały nad głowami klientów wprost do baru, skąd z wdzięcznością kiwnęła do niego młoda barmanka.
Kiedy tylko usiedliśmy, znaleźli się chętni na dodatkowe krzesła, które błyskawicznie rozkradziono. Po złożeniu zamówienia z przyjemnością ogrzałam zziębnięte dłonie na kuflu, a kiedy już zbliżałam go do ust i miałam nabrać łyku, zostałam perfidnie szturchnięta. Piwo zachlapało stół i zmoczyło sweter, a siedzący za mną chłopak wymamrotał niezbyt przekonujące przeprosiny.
Odłożyłam kufel, strzepnąwszy mokrą rękę, i wyciągałam szyję w poszukiwaniu serwetek. Czy czarodzieje nie przewidują takich sytuacji?
Kiedy ponownie spojrzałam na stół, był już czysty, a na blacie spoczywała różdżka przyglądającego mi się ciekawsko Corvusa. Pomacałam rękaw i za wszelką cenę pragnęłam ukryć zdziwienie po zorientowaniu się, że całkowicie wysechł. Speszona podziękowałam, ale moje słowa zginęły pośród podniesionej rozmowy prowadzonej przy stoliku za moimi plecami.
– Wrzeszcząca Chata? Niee, gdzie tam! – Chłopak zdawał się gestykulować tak żywo, że nasze stykające się krzesła całe drżały. Czułam się jak sardynka w puszce. – Rudera i nic więcej. Mnie włosy stają dęba, jak tylko widzę Zakazany Las…
– Zakazany Las? – Inny uczeń prychnął z niedowierzaniem. – Przecież mamy tam lekcje opieki nad magicznymi stworzeniami!
– I dlatego po piątym roku przestałem na nie chodzić. Po każdej śniło mi się, że gubię się tam i włóczę całymi nocami…
– Dlaczego ten las jest zakazany? – spytałam, skinąwszy na tylny stolik.
– Pełno w nim akromantul i innych przyjemnych zwierzątek – odparł Corvus, przelotnie zerkając na kieszonkowy zegarek. – Muszę się zbierać, niedługo odjeżdża ostatni powóz do Hogwartu.
Nie zamierzałam dłużej zajmować mu czasu, więc równie szybko dopiłam kremowe piwo i po wyjściu z gospody wymieniliśmy niezręczne pożegnania, zanim rozeszliśmy się w przeciwne strony. Mimo ochoty na dalsze zwiedzanie, sklepy były już zamknięte, więc wróciłam do apteki, gdzie zastałam zaczytaną ciocię na fotelu. Uśmiechnęła się i schowała książkę pod ladę, a następnie poprowadziła mnie na górę, skąd docierały przynoszące ślinkę na język zapachy.
– I co o nim sądzisz? – spytała ciocia, kładąc przede mną talerz z szczodrą porcją pasterskiej zapiekanki. Uśmiechnęła się, gdy mimo obawy przed pierwszym kęsem obcej potrawy oczy niemal wyszły mi z orbit w zachwycie. – Poczekaj, aż spróbujesz hogwarckiego owocowego placka.
Rzuciłam tęskne spojrzenie na kuchenny blat, zanim wróciłam do jedzenia.
– O Corvusie? Hm… Wydawał się w porządku. – Wzruszyłam ramionami. – Trudno powiedzieć coś więcej po zaledwie kilku godzinach.
– Pod wieloma względami to jeden z moich najbardziej ambitnych uczniów. Szkoda, że trafił do Slytherinu.
– Dlaczego szkoda? Z tego co mówił, Hufflepuff wydawał się najgorszym domem.
Ciocia zachichotała, nalewając nam do szklanek dyniowego soku.
– Chyba odezwały się we mnie stare przyzwyczajenia – powiedziała. – Gryfoni i Ślizgoni od zawsze mieli tendencje do utarczek, szczególnie w czasie wojen, a po nich te uprzedzenia nadal są widoczne.
– Więc byłaś Gryfonką? – spytałam, na co ciocia przytaknęła z dumą. – O jakich wojnach mówisz?
– Temat rzeka… Wydaje mi się, że profesor Binns przerabia je właśnie z siódmym rocznikiem, z pewnością znajdzie się tam dla ciebie miejsce. – Zabrała wyczyszczone talerze i postawiła przed nami po kawałku placka tak obficie opływającego w czerwone owoce, że mimo pełnego brzucha zabrałam się do jedzenia. – Wiesz, myślałam o twoim pobycie…
Kęs stanął mi w gardle, jako że posępny głos cioci nie wskazywał na nic dobrego, a nieobecna mina tylko dolewała oliwy do ognia. Bałam się usłyszeć, że będę musiała wrócić do domu wcześniej, niż zakładałyśmy.
– Chcę zaznaczyć, że możesz u mnie zostać, jak długo tylko zechcesz. Podjęcie takiej decyzji wymaga czasu, ale równocześnie…
– Jesteś pewna? – wtrąciłam, mimo stresu siląc się na żartobliwy ton. – Najchętniej nie wracałabym do domu wcale.
– Przecież w Polsce masz nie tylko rodziców, prawda? Iga wspominała na przyjęciu, że macie się do siebie z jakimś Gniewkiem. Nie wydawała się tym szczególnie zadowolona, ale…
– Ciociu! – Z wrażeniem upuściłam widelec, który rozchlapał nadzienie owocowego placka. – Matka zamknęłaby mnie w piwnicy, gdybym POMYŚLAŁA o nim w ten sposób.
Ta sugestia była tak niedorzeczna, że zamierzałam kontynuować tłumaczenia, ale na widok twarzy cioci zamilkłam. Kiedy zaczęłam mówić, w oczach igrała jej buńczuczna iskierka, ale po żarcie od razu spuściła wzrok i mina jej zmarkotniała.
– W takim razie chyba nie istnieje lepszy sposób na odkupienie win niż pozwolenie ci na bycie zwykłą nastolatką – powiedziała, przerywając gęstniejącą między nami ciszę. – Oczywiście w granicach rozsądku.
W duchu na pewnej płaszczyźnie przyznawałam jej rację, jednak czułam wewnętrzny sprzeciw na myśl o obwinianiu jej w równym stopniu, co rodziców. Przyłożyła rękę do sytuacji, w której znajdowałam się przez ostatnie siedemnaście lat, ale równocześnie gdyby nie ona, nadal bym w niej tkwiła.
– Skąd mogłaś wiedzieć, co z tego wyniknie? – spytałam. – Liczy się, że jako jedyna dokonałaś dobrego wyboru. Matka w życiu nie puściłaby pary z ust, ale nie to jest najgorsze. Przystałaś na ukrywanie przede mną czarodziejskiego świata, ale trzymanie mnie pod kloszem było wyłącznie jej winą.
– Nie chcę umniejszać jej udziału w tym wszystkim, jednak masz też ojca. Natomiast ja, jako jedyna czarownica w rodzinie, powinnam była poświęcić ci więcej uwagi. Wziąć cię pod skrzydła. Gdybym nie skupiała się tak bardzo na pracy, sprawy nie zaszłyby tak daleko…
– Ojciec pewnie nie miał nic do powiedzenia. Jest mugolem, trudno, żeby się z nią nie zgodził, skoro pewnie nagadała mu niestworzonych historyjek na temat tego miejsca.
– Tak, przed twoimi narodzinami nie miał pojęcia o istnieniu magii, ale nie do końca trafiłaś. Iga niczego nie koloryzowała. Podjęli tę decyzję razem.
Nie potrafiłam ustalić, skąd brał się we mnie tak intensywny sprzeciw wobec obwiniania kogokolwiek poza matką. Być może utrata zaufania wobec jednego rodzica wydawała się łatwiejsza do zniesienia niż zaakceptowanie, że zostałam zdradzona przez obojga.
– Zmanipulowała go – zawyrokowałam, mając po dziurki w nosie robienia z matki męczennicy. Z gniewu paliła mnie twarz, a pod stołem zaciskałam pięści.
– Nie zrozum mnie źle. Nie zamierzam namówić cię do wybaczenia matce. – Westchnęła. – Zrobisz to, kiedy będziesz gotowa.
– Jeśli.
– Albo jeśli – powtórzyła z naciskiem, ale przeczuwałam, że zbagatelizowała moje podejście. – Masz całkowite prawo być na nią wściekła. Popełniła ogromny błąd i trwała w nim przez lata, widząc, ile cię to kosztowało. Po prostu nie na niej spoczywa cała odpowiedzialność. Mnie i twojemu ojcu też należy się trochę gniewu.
– Co nie zmienia faktu, że i tak najbardziej zdradziła mnie własna matka. – Odsunęłam talerz z takim impetem, że mało brakowało, a rozlałabym dyniowy sok. – Chciałabym się już położyć.
Pożegnałyśmy się chłodno, a dopóki słyszałam ciocię krzątającą się po parterze apteki, nie opuszczałam łazienki. Nawet zimny prysznic nie pomógł uspokoić gonitwy myśli krążących wokół łgarstw matki. Im dłużej rozpamiętywałam jej zdradę, tym bardziej wrzała mi krew w żyłach. Zostałam okradziona z życia – jak mogłam im to kiedykolwiek przebaczyć?
