Przez nieustanne rozpamiętywanie wyrządzonych mi krzywd nie potrafiłam zasnąć, a gniew buzował w żyłach tak intensywnie, że pokonałabym wilkołaka w starciu jeden na jednego. Sen zmorzył mnie ledwo przed świtem, a obudziłam się niewiele później. Pocieszyłam się myślą, że i tak nie pospałabym długo – już teraz wyczuwałam spojrzenie Knedla wypalające mi dziurę w tyle głowy. Tego porannego ptaszka nic nie obchodził mój przewrócony do góry nogami rytm dobowy. Jemu należał się spacer.
Spojrzałam przez ramię na futrzaka. Wyglądał dokładnie tak samo, jak co rano – wpatrywał się we mnie bez drżenia powieki lekko zmrużonymi oczami, z poważną miną na pyszczku. Próbował zakomunikować jasny przekaz: „Wstawaj, pańcia. Mam krzaki do obwąchania i latarnie do obsikania".
Po doprowadzeniu się do porządku, wypuściłam Knedla na zewnątrz i nabrałam wdechu rześkiego, zimnego powietrza. Cieszyłam się widokiem połyskującej porannym szronem kostki brukowej, skąpanym w mlecznej mgle krajobrazem, którą przełamywały rozsypane po ścieżkach złoto-czerwone liście. Hogsmeade grzmiało po uszach całkowitą ciszą, co uznałam za interesujące. Taki spokój nie panował nawet u nas na wsi, gdzie stała garstka domków, a jedyną atrakcję poza lasem stanowił cmentarz i warzywniak.
Podczas spaceru zbadałam wraz z Knedlem każdy zakamarek wciąż śpiącej wioski. Niespiesznym tempem przemierzaliśmy te same miejsca, którymi szłam wczoraj, a nawet natrafiliśmy na zupełnie nowe – Corvus wspominał o sklepie Zonka, ale nie starczyło nam już czasu, by tam zajrzeć. Na witrynie prezentowały się najróżniejsze przedmioty służące do płatania magicznych psikusów, jednak na samym środku w zdobionej skrzyni piętrzyły się opatrzone plakietką łajnobomby. Nie potrzebowałam podpowiedzi, aby wiedzieć, że nigdy nie chciałam się znaleźć w ich zasięgu rażenia. Spędziłam też trochę czasu oglądając przedmioty na wystawie sklepu Derwisza i Bagnesa – szczególnie zainteresował mnie wyglądający jak szklany bączek fałszoskop. Pół spaceru zachodziłam w głowę, jakie dokładnie mógłby mieć zastosowanie, a kiedy niczego nie wymyśliłam, postanowiłam przy okazji spytać o to ciocię.
Po wdrapaniu się na szczyt wzgórza, z którego rozciągał się widok na położoną w dolinie Wrzeszczącą Chatę, wyciągnęłam komórkę. Wykonanie na niej czegokolwiek okazało się zupełnie niemożliwe. Nie dość, że matka oskóruje mnie żywcem za zepsucie nowego telefonu, nie miałam żadnego kontaktu z Gniewkiem. Jedyne, co mi pozostawało, to wysłać mu wiadomość sowią pocztą.
Przed zejściem ze wzgórza rzuciłam jeszcze jedno spojrzenie na Wrzeszczącą Chatę. W ciągu dnia zdecydowanie nie wydawała się równie upiorna, co po zmroku, ale nadal nie wierzyłam w historyjkę Corvusa.
Po powrocie do apteki popędziłam na górę w poszukiwaniu kartki i długopisu, ale jak na złość wszystkie szafki poza kuchennymi świeciły pustkami. Pod ladą udało mi się znaleźć kawałek pergaminu, ptasie pióro oraz buteleczkę czarnego atramentu. Te znaleziska przypomniały mi moje próby pisania tradycyjnym piórem za czasów podstawówki, ale te traumatyczne doświadczenia i tak nie mogły się równać z pisaniem tak średniowiecznym przyrządem.
Zaczęłam nieudolnie bazgrać pierwsze słowa, delektując się smakiem czekoladowej gały, która rzeczywiście zdawała się nie zawierać żadnych nieodpowiednich składników.
Drogi Gniewko,
Oddałabym nerkę za możliwość zobaczenia Twojej miny na widok sowy dostarczającej list, ale nie mam innego sposobu kontaktu – zepsułam telefon, matka obedrze mnie ze skóry, ale będę się tym martwić na miejscu. Piszę, żebyś nie myślał, że Cię ignoruję. Nie uwierzyłbyś w żaden szczegół pobytu u cioci, więc opowiem Ci wszystko, jak wrócę.
PS: Odeślij list sową, będzie wiedziała, gdzie lecieć.
PPS: Wcale nie mnożę sobie psów w oczach.
Wanda.
Spojrzałam krytycznie na pergamin upstrzony plamami z atramentu. Ledwo potrafiłam trzymać to dziwne pióro w ręce, a co dopiero nim pisać, ale Gniewko powinien poradzić sobie z odczytaniem treści.
Drgnęłam, gdy usłyszałam szczęk zamka dochodzący z apteki. Knedel od razu zleciał ze schodów na przywitanie z ciocią, więc odłożyłam list i podążyłam jego śladem.
– Dziś też pracujesz? – spytałam, gdy na dole zastałam inny widok niż ten, którego się spodziewałam.
Corvus głaskał po brzuchu rozanielonego psa, ściskając pod pachą ciężkie tomisko.
– Uznałem, że profesor O'Brien nie powinna mi płacić za wolne… Zresztą tu napiszę wypracowanie w spokoju.
Miałam ochotę spytać, jak to możliwe, że w całym zamku Corvus nie potrafił znaleźć cichego miejsca na odrobienie zadania domowego, ale po namyśle zrezygnowałam. Wróciłam na górę, gdzie przepisałam list na czysty pergamin i po chwili wahania zeszłam do apteki. Siedzący na skórzanym fotelu Corvus zerknął na mnie przelotnie znad książki, ale nie odezwał się. Ubrałam płaszcz i schowałam zwinięty w rolkę pergamin do kieszeni, po czym sięgnęłam do niej głęboko w poszukiwaniu pieniędzy. Oddzieliłam od monet klucze, zepsutą komórkę i kilka wyschniętych na wiór psich smaczków, zanim spytałam:
– Wiesz może, ile mniej więcej płaci się za wysłanie sowy zagranicę? – Obejrzałam się na Corvusa i odniosłam wrażenie, że musiał mnie dłużej obserwować, bo wlepiał zagadkowe spojrzenie ciemnych oczu w moje dłonie. Dopiero po chwili poruszył się, jakby ocknąwszy się z zamyślenia.
– Nigdy nie wysyłałem listu poza Wielką Brytanię, ale myślę, że nie więcej niż kilka sykli.
Podziękowałam mu i udałam się na sowią pocztę. Mimo że powinnam się tego spodziewać, zszokował mnie widok tak dużej ilości sów w jednym miejscu – siedziały na żerdziach w osobnych rzędach, posegregowane pod względem kolorów obrączek na nogach i własnego rozmiaru. Domyśliłam się, że najmniejsze sówki oznaczone na różowo służyły do wysyłania lokalnych listów lub drobnych przesyłek, a większe powinny być na tyle wytrzymałe, by móc dolecieć do Polski i wrócić w jednym kawałku.
Nie zastanawiałam się długo i wybrałam masywnego puchacza o bystrych pomarańczowych oczach, które mimo podziwu dla zwierzęcia trochę mnie przerażały. W drodze powrotnej do apteki zastanawiałam się, ile potrwa jego podróż – między Polską a Szkocją musiało być z tysiąc pięćset kilometrów. Może odpowiedź Gniewka dotrze niedługo przed moim powrotem do domu?
– Ta sowa jest do ciebie – powiedział Corvus, kiedy tylko weszłam do środka.
Na końcu lady cierpliwie czekała drobna, całkiem urocza sówka. Odwiązałam list od szczupłej nóżki, a gdy to robiłam, zostałam zaczepiona dziobem. Po chwili wahania pogładziłam ją po piórach i uśmiechnęłam się, gdy z satysfakcją przymknęła oczy. Gdyby nie krępujące towarzystwo Corvusa, pewnie pieściłabym ją dłużej, ale zamiast tego udałam się na górę i padłam na łóżko, odwijając pergamin.
Mimo wczorajszej kłótni sposępniałam, kiedy przeczytałam wiadomość. Ciocia informowała w niej, że między korepetycjami i obowiązkami profesorskimi nie uda się jej dziś wygospodarować dla mnie czasu, ale obiecała, że jutro odwiedzimy Hogwart. Stanowiło to pewne pocieszenie, ale przecież gościłam tu wyłącznie na kilka dni, a jeden z nich właśnie został spisany na straty.
Zawiodłam się na niej, jednak nie zamierzałam pozwolić, by jej pracoholizm zepsuł mi pobyt w magicznym świecie. Podczas wczorajszego zwiedzania Hogsmeade nie odwiedziłam wszystkich sklepów, a w bocznej uliczce zauważyłam księgarnię. Czytanie o magicznym świecie nie było tak porywające jak poznawanie go w praktyce, ale musiało wystarczyć. Istniała jeszcze trzecia możliwość zagospodarowania wolnego czasu: mogłabym wypytać Corvusa o kilka szczegółów w taki sposób, aby nie domyślił się, że jestem charłaczką.
Zeszłam więc na dół, gdzie z zaplecza dochodziły dźwięki krzątaniny. Na ladzie obok kubka ze świeżo zaparzoną herbatą spoczywały rolka pergaminu, pióro i podręcznik do transmutacji. Niezręcznie oparłam się o ścianę, a przez ciągnący od drzwi październikowy chłód niemal od razu przeszły mnie dreszcze. Kiedy pocierałam ramiona, Corvus wyłonił się z zaplecza.
– Niedługo powinno się ocieplić. – Wskazał rozpalony kominek, który jeszcze wczoraj został użyty do podróżowania siecią Fiuu. – Pomóc ci w czymś?
– Tak się składa, że cioci dziś nie będzie. Pomyślałam, że może posiedzę tu z tobą trochę i wypytam o Hogwart – powiedziałam niepewnie. – Jutro się tam z nią wybiorę, ale nie wiem, czego się spodziewać.
Niewyraźnie mruknął coś, co brzmiało jak „moment" i ponownie zniknął na zapleczu, skąd chwilę później wyłonił się z wyciągniętą różdżką. Dyrygował nią niczym smyczkiem, a z zaplecza leniwie wyfrunął skórzany fotel w towarzystwie pudełeczek i pojemniczków, które pomknęły na puste miejsca na półkach.
Corvus rozejrzał się po sklepie i po namyśle wylądował fotelem w kącie apteki, tuż przed ustawionymi w rzędzie beczkami i niedaleko kominka. Podziękowałam i usiadłam, wyciągając nogi ku trzeszczącym przyjemnie płomieniom, by się trochę ogrzać.
– Co byś chciała wiedzieć? – zapytał, gdy zajął miejsce za ladą. Podmuchał na herbatę, wzbijając w powietrze spiralę pary.
– Wszystko. Nie wiem, jak to u was wygląda – odparłam, kładąc nacisk na słowa „u was", jakbym miała jakiekolwiek pojęcie, jak sprawy mają się w czarodziejskiej części Polski.
Z zainteresowaniem przysłuchiwałam się słowom Corvusa, który wdał się w bogatą w szczegóły opowieść. Zaczął od opisania terenów siedmiopiętrowego zamku – mówił między innymi o błoniach, żyjącej w jeziorze ogromnej kałamarnicy (w co nie do końca wierzyłam), boisku do quidditcha – i przeszedł do omawiania jego sekretów, gdy rozległ się dźwięk sklepowego dzwonka.
Do apteki wszedł czarnoskóry chłopak w naszym wieku. Uznałam go za klienta, ale na widok mizernej miny Corvusa i ukradkowego spojrzenia, jakie mi rzucił, udzieliła mi się ciekawość. Mimo surowości zawartej w pełnych krzywizn rysach twarzy, nie mogłam odmówić przybyszowi urody, jednak jej podziwianie stało się niemożliwe, gdy tylko popatrzył na mnie jak na intruza.
– A to kto? – spytał.
– A kto pyta? – odparłam sucho.
– Ktoś, kto chce porozmawiać z Rowle'em na osobności.
Wypowiedział te słowa w sposób przywodzący na myśl oczekiwanie, że bez słowa dyskusji wyjdę, co wydało mi się na równi niedorzeczne i irytujące.
– To przyjdź kiedy indziej – skwitowałam.
Zostałam obdarzona spojrzeniem, pod którego siłą z pewnością miałam poczuć się jak robak na kilka sekund przed zdeptaniem. Nigdy dotąd nie miałam przyjemności poznać kogoś tak otwarcie wrogiego bez najmniejszego powodu, ale zamiast obawy narosło mi w piersi zdenerwowanie. Na szczęście dla siebie chłopak postanowił zignorować tę zaczepkę i powiedział:
– Nie mam całego dnia. Daj mi to, a w dormitorium porozmawiamy.
Corvus wyglądał, jakby bił się z myślami, ale ostatecznie zniknął na zapleczu, skąd wyniósł zawiniątko, które położył na ladzie. Chłopak zasłonił mi widok plecami i po chwili zachichotał nieprzyjemnie, co wydało się nie na miejscu w towarzystwie ponurej miny Corvusa, i schował przedmiot do kieszeni peleryny, zanim spytał:
– Zmniejszyłeś ją zaklęciem czy naturalnie jest taka skarlona? Ach, zmniejszona – mruknął, kiedy Corvus niechętnie przytaknął. – W sumie szkoda.
Zanim bez słowa pożegnania zatrzasnął za sobą drzwi, wpuszczając do środka podmuch lodowatego wiatru, obrzucił nas oboje ostatnim pogardliwym spojrzeniem.
– Boże – mruknęłam dla rozładowania napiętej atmosfery. – Co to za przyjemniaczek?
Corvus w milczeniu opadł na fotel, nerwowo rozmasowując skronie. Im dłużej to robił, tym bardziej wymazywał z twarzy grymas obrzydzenia.
– Gdybyś miała pecha spotkać go jutro w Hogwarcie, nie wdawaj z nim już w dyskusje – odparł beznamiętnie.
Wydawało mi się, że w powietrzu wisi niedopowiedzenie, więc siedząc jak na szpilkach czekałam na rozwinięcie wypowiedzi, jednak Corvus zajął się wypracowaniem. Skądś musiał brać się jego jawny brak sympatii wobec tamtego chłopaka, ale nie potrafiłam zrozumieć, z jakiego powodu miałabym unikać konfrontacji z pierwszym lepszym gburem. Nie utrzymałam ciekawości na wodzy i spytałam:
– Dlaczego?
– Dziwnym trafem wszystkie wchodzące mu w drogę mugolaki spotykają różne nieprzyjemności. Pewnie miałby uciechę, gdyby się dowiedział, że jesteś charłaczką…
– Co? – wydusiłam zdziwiona, że przy tak ściśniętym z emocji gardle udało mi się zabrać głos. – Skąd wiesz?
Przez nieznośnie długą chwilę Corvus kontynuował skrobanie piórem po pergaminie, aż postawił kropkę. W tym czasie w duchu zaczęłam oskarżać ciocię o wyjawienie mojego sekretu.
– Szczerze mówiąc, myślałem, że jesteś mugolką, ale nie wiedziałem, po co w takim razie profesor O'Brien zabierałaby cię do Hogwartu – odparł i znów irytująco zamilkł, więc ponagliłam go spojrzeniem. – Było dużo wskazówek… Na przykład poprosiłaś ciotkę o klucz, zamiast otworzyć sobie drzwi na piętro zaklęciem. Zdziwiłaś się, kiedy rzuciłem Lumos na wzgórzu przy Wrzeszczącej Chacie. W pubie też nie pomyślałaś o wyciągnięciu różdżki, a poza tym… przyglądasz się wszystkiemu z takim zauroczeniem, jakbyś widziała te rzeczy pierwszy raz w życiu.
Zabrakło mi słów. Niedawno siedziałam na piętrze, zastanawiając się, w jaki sposób najlepiej wypytać Corvusa o magiczny świat, żeby równocześnie nie zdradzić… Właśnie, czego? Swojego pochodzenia, klasy? Nie. Jedyne, co pasowało mi do charłactwa, to „przypadłość", a na tę myśl uśmiechnęłam się ponuro. Nie zdążyłam porządnie nacieszyć się z bycia zdrową psychicznie, a już okazało się, że cierpiałam na coś innego. Charłactwo musiało być chorobą, skoro czystokrwiste rody uważały je za plamę na honorze rodziny.
Mimo że niemal całkowicie straciłam ochotę na rozmowę, nadal tliła się we mnie iskierka ciekawości. Poddałam się jej wpływowi i po ciężkim westchnieniu spytałam:
– Jakie nieprzyjemności miałeś wcześniej na myśli?
– Różne. – Wzruszył ramionami, szukając informacji w podręczniku do transmutacji. – Ebenezer jest pomysłowy.
– No to coś pierwszego z brzegu…
– Ostatni incydent jest z zeszłego roku, w tym na razie był łaskawy… A może mu się znudziło. – Zaznaczył fragment palcem i upił łyk herbaty. – Późną wiosną jego ulubiona mugolaczka, dla której wymyślił obraźliwą ksywkę, przestała pojawiać się na lekcjach. Jak to w Hogwarcie, po całym zamku błyskawicznie rozeszły się plotki, że leżała w skrzydle szpitalnym… łysa. Nasza pielęgniarka radzi sobie dosłownie ze wszystkim, ale tej klątwy nie potrafiła odwrócić. Podobno Imelda spędziła całe wakacje u Świętego Munga.
– I co?
– Odzyskała włosy.
Powiedział to niemal tak, jakby przytaczał informacje z podręcznika, co dodatkowo podsyciło tlący mi się w piersi płomień poczucia niesprawiedliwości. Tamta biedna dziewczyna żyła w stresie i z pewnością wstydziła się wyściubić nosa ze skrzydła szpitalnego, a zdawało się, że Ebenezera nie dosięgły żadne konsekwencje.
– Opowiadasz o tym tak… bez emocji – powiedziałam, nie wiedząc, co sądzić o Corvusie.
– Nie mogę nic poradzić na to, co się stało, zresztą z dwojga złego… – Przeczesał palcami roztrzepane włosy. – Wolałbym być łysy. Może nie wyglądałbym aż tak źle.
Mimo nieprzyjemnego tematu rozmowy, na samo wyobrażenie cicho parsknęłam śmiechem. Corvus nie przerwał zapisywania pergaminu, ale pokręcił głową z lekkim uśmiechem. Dopiero wtedy dotarł do mnie sens jego słów.
– Przecież ty nie jesteś mugolakiem – zauważyłam. – O co do ciebie ma pretensje?
– Uważa mnie za zdrajcę krwi.
Ta nazwa była tak prosta, ale zarazem obfita w szczegóły, że nie potrzebowałam więcej informacji, by domyślić się jej znaczenia. Osobom pokroju Ebenezera z pewnością wystarczała uprzejma wymiana zdań z mugolakiem, by okrzyknąć kogoś mianem zdrajcy krwi, a praca dla mojej cioci nie poprawiała sytuacji Corvusa.
– Jaką ksywkę wymyślił dla tej dziewczyny, o której wcześniej mówiłeś? – spytałam nieobecnie.
– Nie używam takich słów.
– Jest aż tak obraźliwa?
– To wulgaryzm… – Wytrzymał moje ponaglające spojrzenie, milcząc tak długo, jakby nie zamierzał zabrać głosu. – Nazywa ją swoją naczelną szlamą… Rozumiesz?
Przytaknęłam, odczuwając coraz większą niechęć wobec Ebenezera, mimo że poza kilkoma nieprzychylnymi spojrzeniami nic mi nie zrobił. W świecie tak skoncentrowanym na pochodzeniu jasnym było, do czego odnosiło się to określenie – szlamu zamiast krwi, jakby czarodzieje i czarownice wywodzący się z rodziny takiej jak ja i ciocia z gruntu byli gorsi. To niedorzeczne, ale zarazem na pewnej płaszczyźnie znajome. Na kartach mugolskiej historii przewijały się podobne poglądy.
– W takim razie boję się spytać, jak nazywają tu charłaków…
– Wasze istnienie jest raczej ignorowane – odparł Corvus, odstawiając kubek na ladę. – Jedyny charłak, jakiego znałem, to Filch. Były woźny Hogwartu. Przeszedł na emeryturę, jak byłem na drugim roku.
Sposępniałam do potęgi. Ciocia wspominała, że w Wielkiej Brytanii mamy się tylko trochę lepiej niż w Polsce, ale wcześniej nie zastanawiałam się poważnie nad swoimi możliwościami zawodowymi w tym świecie. Gdybym wybrała mugolską rzeczywistość, w teorii mogłabym rozwijać się w dowolnym wybranym przez siebie kierunku, miałam szansę, by coś osiągnąć, mieć karierę, a tu? Przeczuwałam, że bycie woźnym to jedna z niewielu prac, do których starczyłoby mi kwalifikacji.
– Wiesz, może udałoby mi się przemycić cię do Hogwartu, gdybyś chciała – rzucił od niechcenia Corvus.
