Na następne dni ciocia nie przygotowała nam żadnych atrakcji – była zmuszona wrócić do profesorskich obowiązków, a także dodatkowych zajęć dla charłaków, którymi zajmowała się po godzinach. Na szczęście co ranek zabierała mnie do zamku, gdzie mogłam dowolnie spędzać czas. O ile wcześniej w większości zwiedzałam i zaglądałam na różne lekcje, dziś planowałam zabrać się za pochłanianie informacji na temat Bitwy o Hogwart.

Choć poświęcony jej rozdział był obfity w informacje, każda odpowiedź rodziła kolejne pytania. Skorzystałam z pomocy sędziwego bibliotekarza, który nakierował mnie na odpowiednie pozycje na temat współczesnej historii czarodziejskiej Wielkiej Brytanii, a także biografię Lorda Voldemorta. Pochłonęłam tę wstrząsającą lekturę w niecałe pięć godzin, z każdym rozdziałem coraz lepiej rozumiejąc uprzedzenia wobec Ślizgonów, a także przyłapałam się na odczuwaniu wobec nich pewnej dozy nieufności.

Przed obiadem miałam okazję do zasypania cioci lawiną pytań, po której wypisała mi profesorską zgodę na wypożyczenie egzemplarza „Najczarniejszych zakamarków magii". Po odebraniu odpowiedniego tytułu z zakazanego działu, wiedziona ciekawością zasnułam się między regałami wypełnionymi pozycjami na temat magicznych stworzeń. Przejrzałam „101 ciekawostek na temat smoków", zanim zaszyłam się w najmniej zaludnionym krańcu czytelni, tuż pod oknem, z którego mogłam obserwować trening quidditcha drużyny Hufflepuffu.

Ciocia miała rację. Choć ilustracje zasłonięto magicznymi przepaskami, opisy czarnomagicznych zaklęć były bliskie doprowadzenia mnie do odruchów wymiotnych. Po przeczytaniu kilku z nich zaczęłam wertować spis treści w poszukiwaniu ogólnych informacji, a sentymentalne wzdychania autora nad pełnymi okrucieństwa zaklęciami przyprawiły mnie o grymas na twarzy.

– Czegoś takiego jeszcze nie widziałem – powiedział Corvus, kładąc na stole stos podręczników. Dosiadł się, mówiąc ciszej: – Charłaczka zapasjonowana czarną magią.

Dlaczego niemalże przeszedł w szept? Rozejrzałam się – między działami i przy biurkach nieopodal błądziła garstka uczniów. Czyżby wstydził się przyznania, że zadawał się z charłaczką?

– Akurat ja się nią nie pasjonuję – odparłam sucho i zamknęłam książkę.

– A ja tak?

– Tego nie powiedziałam.

– Nie musiałaś… Ale nie do końca trafiłaś. Nie nazwałbym tego pasją.

Udało mu się wzniecić we mnie płomień ciekawości, za co zbeształam się w duchu. Jeszcze ułamek sekundy temu wieszałam psy na każdym, kto śmiał choćby raz w życiu rzucić tak obrzydliwe zaklęcie, a teraz odstawiłam na bok te ideały, patrząc w ciemne oczy niewyspanego Corvusa. Wyglądał gorzej niż ostatnio – szatę miał pogniecioną, zielono-srebrny krawat nie tylko poluzowany, ale i przekrzywiony, a siwe pasmo sterczało pośród zmierzwionych włosów.

– Co masz na myśli? – spytałam, kiedy stało się jasnym, że bez dociekania nie rozwinie wypowiedzi.

– Tylko tyle, że w pewnych sytuacjach znajomość czarnomagicznych zaklęć mogłaby okazać się przydatna.

– Przydatna? – Otworzyłam księgę na przypadkowej stronie i podsunęłam mu ją na blacie. – Do czego przydatne są tortury?

– Istnieją na świecie miejsca, gdzie odpowiedzią na klątwy może być tylko kolejna klątwa. – Rozsiadł się wygodniej i jeszcze bardziej poluzował krawat, aż w końcu z poirytowaniem na twarzy zdecydował się całkowicie go zdjąć. – Albo na przykład… Wyobraź sobie, że jesteś w sytuacji bez wyjścia. Targają tobą różne emocje: strach, gniew, desperacja. Możesz wybrać tylko między porażką a czarną magią. Wolałabyś polec niż jej użyć?

– Tak – odparłam hardo.

– A jeśli to oznaczałoby twoją śmierć?

Straciłam wcześniejszą pewność siebie, ale nie zamierzałam dać Corvusowi satysfakcji. Zmusiłam się do przybrania równie stanowczego tonu, co poprzednio i przytaknęłam. Wydał z siebie zaciekawiony pomruk, bębniąc palcami w stół. Milczał na tyle długo, że już zamierzałam się odezwać, ale mnie ubiegł.

– Tu się różnimy. Nie widzę powodu, żeby trzymać się wyimaginowanych ideałów, kiedy w grę wchodziłby wybór między życiem a śmiercią – powiedział, podnosząc na mnie wzrok znad książki. Nie zdradzał poruszenia jej treścią. – Mimo to myślę, że w następnym scenariuszu odpowiesz inaczej.

Rzuciłam mu wyzywające spojrzenie.

– A gdyby ktoś chciał zabić twoją ciotkę? – spytał. – Rodziców? Przyjaciół? Co wtedy byłoby ważniejsze, ideały czy bliscy?

Choć z czystej upartości nade wszystko pragnęłam ponowić tę samą odpowiedź, nie przeszłaby mi przez gardło. Nawet jeśli Corvus miał rację, co z tego? Owszem, w momencie zagrożenia nie przyglądałabym się biernie cierpieniu ludzi, których kocham, ale to scenariusz wyłącznie hipotetyczny – szanse na postawienie przez los w takiej sytuacji były bliskie zeru.

Mimo to chwila wahania wystarczyła, aby w oczach Corvusa pojawił się błysk zrozumienia.

– Widzisz… życie nie jest tak proste, jak myślą Gryfoni, z którymi spędzasz ostatnio dużo czasu – powiedział z nutą żartobliwości, zamykając księgę. – Oni widzą świat w czerni i bieli, podczas gdy rzeczywistość jest nacechowana tysiącem odcieni szarości.

– Poetyckie – powiedziałam rozdrażniona triumfalnym uśmiechem na jego twarzy, co dodatkowo go rozbawiło.

– Tak, zgodzę się. Twój koleżka, Cassius, by tak pięknie tego nie ujął. Zbyt wiele razy dostał w łeb z tłuczka, żeby tworzyć zdania złożone.

Westchnęłam ze zrezygnowaniem. Uprzedzenia w Hogwarcie miały się jak pączki w maśle, a zrządzeniem losu znalazłam się dokładnie między nimi. Mimo że przeczuwałam, że Imelda wzięła mnie pod swoje skrzydła z powodu świecenia przykładem jako prefektka naczelna, nie uśmiechało mi się szukanie nowych znajomych na kilka pozostałych dni w Hogwarcie tylko po to, żeby przypodobać się Corvusowi.

Zresztą, co go to interesowało? Poza kiwnięciem na przywitanie podczas lekcji transmutacji aż do teraz nie nawiązał ze mną kontaktu, mimo że miał ku temu okazję.

– Czy ten przytyk ma coś wspólnego z tym, jak potraktował cię Cassius? – spytałam i odczułam lekką satysfakcję na widok znikającego uśmiechu Corvusa. Było mu z nim do twarzy, ale małostkowość wzięła górę.

– Ten incydent miałby zgoła inne zakończenie, gdyby nie zaatakowałby mnie w plecy jak tchórz – odrzekł, kładąc ręce na podręcznikach. Słaby rumieniec na jego bladej twarzy świadczył, że prędzej zamierzał z nimi odejść niż je otworzyć.

– Podobno nie zaatakował cię od tyłu…

Prychnął.

– Nie wierzyłbym w jego wyssane z palca historyjki.

– Już ja się porządnie zastanowię, kto opowiada wyssane z palca historyjki.

– Co, nie wierzysz w historię o Wrzeszczącej Chacie? – Zamarł mimo przymierzania się do wstania.

– Tak się składa, że w to akurat wierzę.

– Szkoda – odparł, na co zmarszczyłam brwi. – Byłoby lepiej, gdybyś uznała ją za kłamstwo. Myślałem, że nie masz nic do zyskania przez rozpowiadanie tej historii, w końcu niedługo wrócisz do domu…

– Myślałeś? – powtórzyłam słowo, na które położył nacisk. Milczał, pocierając plamkę atramentu na okładce podręcznika do eliksirów. – Przecież nie mam.

– Nie wiem, spędzasz wszystkie posiłki w towarzystwie moich wrogów.

– Odezwał się ten, co przyrósł Ebenezerowi do biodra…

Przez twarz Corvusa przebiegł krótki grymas, zanim opanował się i przybrał zupełnie obojętną minę. Z westchnieniem zebrał książki, na odchodne mówiąc:

– Po prostu nikomu nie mów, dobra? Nikt poza tobą nie wie i wolałbym, żeby tak pozostało.

Zniknął między regałami, nie dając mi szansy na odpowiedź. Mimo że w pierwszej chwili zdenerwowałam się samą sugestią, że mogłabym postąpić inaczej, w drugiej odczułam wobec niego odrobinę współczucia. Musiał mieć powody dla trzymania tego w tajemnicy.

Opuściła mnie ochota na zgłębianie zakamarków czarnej magii, więc zwróciłam księgę bibliotekarzowi. Zamierzałam poszukać czegoś lżejszego – najlepiej o magicznych stworzeniach – ale porzuciłam ten plan, gdy otwartych wrót na korytarz zaczęły docierać narastające piskliwe głosy jedenastolatków, a także pełen zaciekawienia szmer gromadzących się gapiów.

– Co to jest? – odezwało się jedno z dzieci. – Wygląda jak… jak…

– Bleee!

– Tam coś jest! W środku!

Podbiegłam do wyjścia, nie potrafiąc powstrzymać zaintrygowania. Za rogiem niemal wpadłam na rosnącą grupę uczniów i w ostatniej chwili odskoczyłam do tyłu, inaczej zostałabym staranowana przez nadciągającego Cassiusa, który dla wyostrzenia wzroku mrużył oczy, wpatrując się w górę. Sklepienie korytarza znajdowało się tak wysoko, że zidentyfikowanie, czym był podłużny, biały kształt przytwierdzony do kąta sufitu nie należało do prostych.

– Co to jest? – spytałam.

Zignorował mnie, dobywając różdżki. Z biblioteki wybiegła kolejna fala zaciekawionych uczniów, a zgromadzenie urosło do tego stopnia, że czułam się jak sardynka w puszce, zakleszczona między poirytowanym Cassiusem a zastępem rozemocjonowanych dzieci.

– Posuńcie się, zróbcie miejsce prefektowi! Z drogi! – krzyknął, odpychając plączącego mu się pod nogami chłopczyka. – Diffindo!… Arresto Momentum!

Pod wpływem pierwszego zaklęcia wisząca biała masa rozcięła się ze świstem, a drugie sprawiło, że półprzytomna dziewczyna nie roztrzaskała sobie głowy na posadzce. Opadała powoli, dzięki czemu okrąg uczniów zdążył się wycofać.

– Kto to?

– Nie wiem!

– Nic nie widzę przez twój wielki łeb, Wallenby!

– Wal się! Ty masz łeb większy niż dynie Hagrida!

Jedne dzieci przepychały się i posuwały do rękoczynów, drugie stawały na palcach i wyciągały szyje, a rudowłosa dziewczynka prześlizgnęła mi się między rozstawionymi nogami, żeby tylko zobaczyć obok kogo klęczał Cassius. Ręce mu drżały z nerwów, gdy odgarniał z twarzy dziewczyny włosy poprzetykane nićmi pajęczyn.

– To Perdita Beckett! – krzyknął ktoś. – Na bank!

Obróciłam głowę w stronę widocznej kątem oka postaci. Corvus przemieszczał się między zastępami dzieci, łagodnie rozstawiając je na boki, aż wreszcie przedostał się do centrum zgromadzenia. Chłonął wzrokiem beznadziejną scenę, po czym zadecydował:

– Bierz ją i idziemy.

Potrząsnął ramieniem Cassiusa i dopiero w ten sposób udało mu się go ocucić. Zarzucili sobie na karki ręce zdezorientowanej dziewczyny, a Cassius nabrał tempa, mało co nie taranując gapiów blokujących im drogę.

Popędziłam na poszukiwanie nauczyciela, a dzięki niesamowitemu łutowi szczęścia natrafiłam na ciocię kilka korytarzy dalej – ucieszyła się na mój widok, ale szybko zrozumiała, że coś było nie tak. Niedługo później wpadłyśmy do skrzydła szpitalnego, gdzie zatroskana, sędziwa pielęgniarka przetrząsała gablotę z eliksirami, mamrocząc gniewnie pod nosem.

Jana błyskawicznie przecięła pomieszczenie i stanęła obok zasłoniętego parawanem łóżka. Czułam się nie na miejscu, ale kiedy w kącie zobaczyłam chłopaków, ośmieliłam się na zbliżenie do Perdity. Siedziała napięta niczym struna, rozglądając się nieobecnie, i podskakiwała jak oparzona, kiedy próbowano jej dotknąć. Nie reagowała na uspokajający głos cioci, zdawała się też wcale nie słyszeć pielęgniarki, która usiłowała wlać jej do ust odrobinę intensywnie parującej mikstury.

– Poppy, trzeba ją opanować! – powiedziała ciocia, gdy Perdita ze zduszonym okrzykiem wytrąciła pielęgniarce z ręki szklankę.

– Staram się, przecież to tonik na nerwy!

Osiągnęła sukces dopiero, gdy Jana przytrzymała szamoczącą się na łóżku pacjentkę.

– Czemu ona ma pajęczyny we włosach? I na twarzy? – mamrotała ciocia, pochylając się nad nagle rozluźnioną Perditą. – Gdzie ją znaleźliście? Co się stało?

Corvus i Cassius natychmiast zaprzestali przyciszonej sprzeczki. Ponagliła ich twardym spojrzeniem, a Cassius zaczął plątać się w wyjaśnieniach i mieszać słowa, co mimo krótkiej znajomości wydało mi się w jego wydaniu niecodzienne. Kiedy nic sensownego nie opuściło jego ust, ciocia uciszyła go, gestem zachęcając Corvusa do mówienia.

– Niewiele widziałem, pani profesor. Byłem jeszcze w bibliotece, jak Cassius zaczął wykrzykiwać zaklęcia – wyjaśniał z rękami splecionymi za plecami. – Kiedy wyszedłem na korytarz, już leżała na ziemi.

– Ale skąd się tam wzięła?

– Pod sufitem przytwierdzone było coś przypominającego… kokon, pani profesor. Mogłoby to wyjaśnić pajęczyny.

– A ty, Wando? Widziałaś to? – Ciocia odwróciła się do mnie błyskawicznie, więc potwierdziłam wszystko, co zostało powiedziane. – Dobrze. Idę do biblioteki, w międzyczasie zawiadomię Filiusa, Poppy – rzuciła na odchodne ciocia. – Cassius, ze mną.

Ruszył za nią, posyłając Corvusowi ostatnie krzywe spojrzenie.

– Poczekajcie na profesora Flitwicka, ale proszę, odejdźcie od łóżka – poleciła pielęgniarka. – Panna Beckett zasługuje na odrobinę prywatności.

Przeszliśmy bliżej drzwi, gdzie Corvus przysiadł na pustym łóżku, obracając różdżkę w dłoniach, niby zamyślony ignorując moje istnienie. Paliło mnie do porozmawiania o tych wydarzeniach, ale nie wiedziałam, od czego zacząć. Ostatecznie zdenerwowałam się, myśląc, jak idiotycznie się zachowywał.

– Jesteś niemożliwy. Będziesz mnie ignorować, teraz?

– Nie ignoruję – odparł bez wyrazu, przez co zadrżała mi powieka.

– A myślisz o tym samym, co ja?

Zerknął na mnie spode łba.

– Nie mam pojęcia. Nie jestem mistrzem legilimencji.

Nie zamierzałam przyznawać, że pierwszy raz w życiu słyszałam ten termin. Zamiast tego sporządziłam notatkę w umyśle, żeby sprawdzić go podczas następnej wizyty w bibliotece.

– Wiesz, o czym mówię. – Zerknęłam przez ramię na krzątającą się za parawanem pielęgniarkę. Szepnęłam: – O kim!

Corvus rozmasował skroń, a następnie zjechał dłonią na uwypuklony mięsień szczęki. Przecierał go w zamyśleniu, zanim stwierdził przygaszonym tonem:

– To nie jest odpowiednie miejsce na pogawędki. Zresztą uważam, że już niedługo nie będzie cię to dotyczyć.

– Dlaczego?

– Podejrzewam, że twój wyjazd może się wcześniej zakończyć – mruknął, wzruszając ramionami. – Myślisz, że po tym wszystkim profesor O'Brien pozwoli ci dalej samotnie spacerować po zamku?

Miałam ochotę coś odparować, ale nie znalazłam żadnych kontrargumentów. Przeczuwałam, że Corvus miał rację, a ta świadomość zdzieliła mnie jak z obucha w łeb. Całym sercem pragnęłam tu zostać – nie minął nawet tydzień. Jak mogłam marnować czas na czytaniu książek? Powinnam była wpraszać się na więcej zajęć, chłonąć otoczenie magii i nie dawać cioci spokoju, książki mogły poczekać! Jak podjąć decyzję na temat przyszłości w tak krótkim czasie?

Wrota do skrzydła szpitalnego uchyliły się z cichym skrzypieniem. Do środka z wywołanym wiekiem trudem wbiegł mały, posiwiały człowieczek w towarzystwie bladej jak śmierć Imeldy. Rzuciłam Corvusowi pytające spojrzenie, a ten odmruknął tylko „siostry" i ruszył za Flitwickiem. Po zdaniu naszej relacji z wydarzeń spod biblioteki, profesor zapytał:

– Poppy, jak długo panna Beckett będzie spać?

– Jak długo będzie potrzeba – odparła. – Wszelkie pytania mogą zaczekać. Dziewczyna musi odpocząć, odzyskać siły, a nie znosić przesłuchania.

– Oczywiście, to zrozumiałe. – Flitwick odszedł od łóżka nieprzytomnej Perdity. – Będę czekał na sowę, jak tylko dziewczyna się obudzi. Proszę od razu przesłać wiadomość. Dziękuję, Poppy.

Odprowadziłam go wzrokiem, aż zniknął za zamykanymi wrotami. Dopiero wtedy zauważyłam, że blada niczym płótno Imelda piorunowała Corvusa spojrzeniem, kurczowo ściskając dłoń siostry. Na jego miejscu poczułabym się niekomfortowo, ale on zdawał się co najwyżej znudzony.

– Mam wierzyć, że twoja obecność tutaj jest przypadkowa? – spytała lodowatym głosem.

Z pozbawioną wyrazu miną przysiadł na przeciwległym łóżku i schował dłonie w kieszeniach czarnych spodni. Z oczu patrzyło mu ponuro jakby przeczuwał, co zaraz usłyszy.

– Mówię do ciebie! – syknęła Imelda. Jej oczy niemal sypały iskrami na widok beznamiętnego wzruszenia ramion Corvusa.

– Czekam, aż rozwiniesz wypowiedź.

– Och, poczekaj tylko. Wszystkie nasze podejrzenia, wszystkie informacje, które zebraliśmy… Możesz mi wierzyć, opowiemy o tym profesor O'Brien. Atak na mnie? Przeżyłam. Siostry wam nie daruję.

– Jestem przekonany, że profesor O'Brien poważnie potraktuje wasze doniesienia – odparł w dobrym duchu, co jeszcze bardziej ją rozsierdziło. Rozumiałam ją.

– Jeśli tego nie zrobi, my się wami zajmiemy – dodała ostrzegawczo. – Skończyło się. Albo wreszcie wyrzucą was z Hogwartu na zbity pysk, albo sprawimy, że będziecie żałować, że tego nie zrobili. Masz moje słowo, Rowle.

Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby zamierzał coś powiedzieć, jednak ostatecznie przetarł kark i ledwo zauważalnie skinął głową, po czym wyszedł ze skrzydła szpitalnego. Niemal uległam pierwszemu instynktowi, który kazał mi za nim pójść, ale powstrzymało mnie spojrzenie. Czujne i osądzające zarazem.

Gdybym to zrobiła, mogłabym pożegnać się z towarzystwem trójki Gryfonów. Mimo świadomości, że czas w Hogwarcie nieuchronnie dobiegał końca, nie byłam gotowa na stracenie tych znajomości. Jako nastolatka odizolowana od świata zewnętrznego przez matkę, zawsze brakowało mi doświadczenia uczęszczania do normalnej szkoły, przynależności do grupy przyjaciół, a nade wszystko pragnęłam mieć po prostu… koleżankę. Z Gniewkiem nie mogłam rozmawiać o damskich sprawach. Po takim czasie spędzonym w towarzystwie Imeldy po cichu liczyłam, że udało mi się kogoś takiego znaleźć, nawet jeśli ta znajomość miała trwać tylko przez określony czas.

Gdybym wybrała czarodziejską rzeczywistość, zrywanie kontaktu wcale nie musiało wchodzić w grę. Wspominała o korespondencji z uczniem z Durmstrangu, więc pocieszałam się myślą, że mogłybyśmy podtrzymać relację.

– Co z nim robiłaś? – zapytała oschle.

– Wyszedł na korytarz, kiedy wypatrzono twoją siostrę. Nie wiem, ile by tam jeszcze wisiała, gdyby nie Cassius.

Imelda zamrugała szybko, poruszona.

– Cassius ją uratował? Będę musiała go przeprosić. Ostatnio nie dawałam mu żyć, ale tak strasznie grał mi na nerwach… – wymamrotała skołowana. – Co on tam robił? Skąd się tam wziął Rowle?

– Pewnie to, co wszyscy w bibliotece. Czytał, uczył się… – Zawiesiłam głos, zastanawiając się, czy wypadało go bronić. Twierdził, że nie cierpi Ebenezera, a jednak podczas lekcji i posiłków nieustannie widywałam Corvusa z siostrą w jego towarzystwie. – Nie wiem, co za informacje na nich macie, ale nie uważasz, że to… dziwne? Po co pomagałby Cassiusowi, gdyby miał cokolwiek wspólnego z Perditą?

Na widok czujnie zmrużonych oczu Imeldy od razu pożałowałam bezmyślnego klepania językiem.

– Nie znasz ich tak dobrze jak my, Ślizgoni są przebiegli. Zresztą mógł myśleć, że w ten sposób odsunie od siebie podejrzenia.

Wydawało mi się to mało prawdopodobne, ale nie zamierzałam wdawać się w niepotrzebną dyskusję z podenerwowaną Imeldą. Mogłyśmy wrócić do tego tematu, kiedy opadną emocje, a wtedy łatwiej jej będzie spojrzeć na tę sprawę bez uprzedzeń.

Po chwili zadumy doszłam jednak do ponurych wniosków. Dlaczego żywiłam przekonanie, że Corvus nie był w to wszystko zaangażowany? Niekoniecznie bezpośrednio, ale w pewien sposób pomagał Ebenezerowi – nie mogłam zapomnieć pakunku, który przekazał mu w aptece. A jeśli w zawiniątku znajdowało się coś, co miało się w przyszłości przyczynić do kolejnego ataku na mugolaków? A jeśli Ebenezer wywierał na nim presję, by w czymś uczestniczył?

Zmniejszyłeś ją zaklęciem czy naturalnie jest taka skarlona?

Czego mogły dotyczyć te wypowiedziane przez Ebenezera słowa?

Rozmyślałam nad tym intensywnie w trakcie przemierzania korytarzy i zaczarowanych schodów w drodze do gabinetu cioci. Jeszcze kilka dni temu sądziłam, że Corvus nie podzielał przestarzałych poglądów na temat idei czystości krwi, jednak teraz nie żywiłam tego samego przekonania. Podczas spędzania czasu w aptece i nocnego przekradnięcia się do Hogwartu nie traktował mnie gorzej, ale coś musiało nim kierować, gdy dziś wymawiał słowo „charłaczka" przyciszonym głosem.

Te rozważania straciły dla mnie znaczenie, kiedy weszłam do pustego gabinetu cioci. Musiała nadal zajmować się incydentem Perdity… Co potem? Powie mi, że powinnam wracać do domu? A może tylko (aż!) zabroni samotnego przebywania na terenie Hogwartu?

Na widok wygaszonego kominka w głowie zaświtał mi pewien pomysł. Mimo strachu, z udekorowanego skaczącymi lwami gzymsu zdjęłam skórzany mieszek wypełniony proszkiem Fiuu. Wcześniej używałam tego rodzaju transportacji wyłącznie z Janą, która miała mnie na oku, ale jak skomplikowane mogło to w istocie być?

Wpadłam w spiralę wyobrażeń z rodzaju tych, gdzie niczym Święty Mikołaj utknęłam w szybie komina, a wyrwać się z niej mogłam jedynie działaniem. Cisnęłam proszek pod nogi, wypowiadając upragnioną destynację, a zielone płomienie buchnęły wokół. Zostałam wypluta w Dziurawym Kotle, gdzie wśród gromkich rozmów nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Z sercem w gardle dotarłam do opustoszałego sklepu, a zwabiony dźwiękiem dzwonka sprzedawca zszedł z antresoli.

– Ach, zmieniłaś zdanie co do różdżki? – spytał.

Słowa ugrzęzły mi w gardle, więc skinęłam głową.

– Wspaniale! Nie pozwoliłyście mi ostatnio dokończyć, coś takiego rzadko się zdarza… – Zatracił się w labiryncie regałów i półek, a jego głos stał się stłumiony. – Zastanawiałem się nad tobą. Wtedy zaproponowałem ci trzy różdżki, ale po dłuższym namyśle stwierdziłem, że w istocie pasowała do ciebie wyłącznie ta z drewna wierzby. Niemniej tym razem spróbujemy innego rdzenia.

– Jakiego?

– Włókna ze smoczego serca.

Pan Ollivander przydreptał do mnie pośpiesznie, po drodze otwierając pudełko, jakby nie mógł się doczekać. Wyjęłam różdżkę, a mimo że – jak mówiła ciocia – nie powinnam się niczego spodziewać, zdumiałam się, że rączka nadal była ciepła, jakby ktoś dopiero co ogrzał ją dłonią.

– Taak… Włókno ze smoczego serca pasuje do ciebie o wiele bardziej niż włos z ogona jednorożca – powiedział w zadumie pan Ollivander. – Dobrze leży w dłoni? Na pewno? Wspaniale…

Odłożyłam różdżkę do pudełka, a przed powrotem do Dziurawego Kotła przystanęłam jeszcze przed Markowym Sprzętem do Quidditcha. Na sklepowej witrynie widniały najnowsze egzemplarze Nimbusów i Błyskawic, te pierwsze utrzymane w ciepłych, brązowych barwach, te drugie czarne ze srebrnymi elementami, eleganckie.

Skoro udało mi się samodzielnie podróżować siecią Fiuu i nie utknąć w kominku, może na miotle też potrafiłabym latać?

Liznięta zielonymi płomieniami na powrót pojawiłam się w gabinecie cioci, jednak tym razem nie przywitała mnie pustka. Jana podniosła wzrok znad pergaminu i po namyśle powiedziała:

– To dobrze, że zaczynasz czuć się tu coraz pewniej, ale musimy porozmawiać o twoim pobycie… – Zawiesiła głos, kiedy zrozumiała, co trzymałam w rękach. – Kupiłaś różdżkę?

– Tak – odparłam, wyciągając ją z pudełka i prezentując w pełnej krasie. – Nie jestem w stanie podjąć decyzji bez spróbowania nauki. Znajdziesz czas dla jeszcze jednej uczennicy?

Ciocia wyszła zza biurka i zakleszczyła mnie w uścisku o sile godnym niedźwiedzicy.