Gdy dotarłam pod boisko quidditcha, każdy strumień myśli ciągnął mnie w inną stronę, niemal rozrywając na strzępy. Spodziewałam się skakać ze szczęścia pod sam sufit, jednak odnalezienie pozytywnych emocji wydawało się niemożliwe w świeżo narzuconej mi rzeczywistości. Odkrycie wymarzonej prawdy było niczym głaz rzucany na głęboką wodę – pochłaniane zalewem strachu, gniewu i poczucia zdrady.

– Wando! Halo, ziemia do Wandy!

Cassius machał mi przed oczami. Cofnęłam się, nie potrafiąc powstrzymać grymasu oburzenia. Z szerokim uśmiechem objął mnie ramieniem, ignorując moją minę, i zaprowadził w stronę Imeldy, Arlo i kilku nieznanych mi osób czekających na nas pod wejściem na boisko. Najchętniej strąciłabym jego rękę, ale wolałam nie ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi.

Na szczycie trybunów zmusiłam się do ożywienia – czas na zamartwianie się nieuchronnie nadejdzie, a stracenie przez to możliwości doświadczenia pierwszego w życiu meczu quidditcha byłoby głupotą. Wybraliśmy miejsca tuż przy barierkach, dzięki czemu nie istniało zagrożenie, że spod ziemi wyrośnie przede mną dwumetrowy chłopak, który przesłoni mi cały widok.

Arlo podał nam ogromny szal w barwach Hufflepuffu. Przerzuciliśmy go przez wilgotną od porannego deszczu poręcz, a reszta rozochoconych uczniów pomogła nam go rozciągnąć na całą długość naszej części trybun, co prawie ściągnęło mnie z powrotem do ponurych rozmyślań. Mimo że nie wszyscy z nich byli Gryfonami, przed meczem podział na cztery domy jakby nie istniał, a wszyscy łączyliśmy się w kibicowaniu tej samej drużynie.

Cóż, wszyscy poza mną. Zazdrościłam im tego poczucia wspólnoty.

Obserwowałam poczynania z różdżką Arlo, który wyczarował nad nami magiczne transparenty: węża i borsuka. Rozgrywające się między nimi sceny nie były odpowiednie dla ludzi o miękkich sercach – zwierzęta toczyły zażartą walkę, w której zawsze wygrywał borsuk, rozprawiając się ze swoją ofiarą na wymyślne, krwawe sposoby. Nie sądziłam, że przyjdzie mi kibicować Corvusowi, ściskając w dłoniach szal Hufflepuffu i mając nad głową tak jednoznaczne transparenty.

Odsunęłam się, kiedy Cassius wraz z resztą chłopaków jak jeden mąż ryknęli „HUFFLEPUUUFF!" W obawie przed pęknięciem bębenków zakryłam uszy, spotykając się pełnym zrozumienia spojrzeniem z Imeldą.

– Oni tak zawsze? – spytałam.

– Tak. Nie wiem, co ich tak podnieca w quidditchu…

– Wiele rzeczy, drogie koleżanki… Nasze serca najbardziej rozpala wizja przegranej Slytherinu – powiedział Cassius, wieszając się nam na ramionach, co zdecydowanie nie przypadło do gustu nachmurzonej Imeldzie. – Nie istnieje na tym świecie piękniejszy widok niż zawód na gadzich twarzyczkach Ślizgonów.

– Nikt o zdrowych zmysłach nie myśli, że przegrają – odparła, wywracając oczami. – Kiedy skończą z Puchonami, nic z nich nie zostanie.

– Ach, jak zwykle pierwsza do zdeptania moich marzeń!

Z powrotem wślizgnął się w serce grupy żywo dyskutujących chłopaków, gdzie błyszczącymi od ekscytacji oczami odnalazł Arlo. Zmierzwił mu rudą czuprynę i porwał w serię podskoków, skandując wymyślne obelgi pod adresem Ślizgonów. Rozszaleli się całą bandą jeszcze bardziej, gdy na dnie boiska z przeciwległych krańców wmaszerowały drużyny rywalizujących domów. Na znak pani Hooch dosiedli mioteł i ustawili się w pozycjach, a wypuszczone ze skrzyni tłuczki i złoty znicz wzbiły się w górę.

Na dźwięk gwizdka kafel wystrzelił w powietrze, ale nie utrzymał się w nim długo – natychmiast przechwycił go kapitan drużyny, w którym rozpoznałam Malfoya. Pobudzone trybuny ryknęły – z jednej strony gorącymi wiwatami, z naszej trudnym do opisania lamentem, w którym nie uczestniczyłam – a wszystko działo się tak szybko, że nie wiedziałam, kogo śledzić.

– Malfoy szarżuje na pętle… jedyny dobry gracz Hufflepuffu: Nigel siedzi mu na ogonie… Malfoyowi niestety udaje się zwód, podał do Selwyna… Selwyn do Rowle'a… Na wypierdziane gacie Merlina, wy dwaj skończcie przerzucać między sobą tego kafla! – Po całym boisku wiódł się głos komentatora meczu. Mikrofon wydał z siebie przeraźliwy pisk. – Dobra, dobra, dam se na wstrzymanie! Rowle podał do Malfoya, blondasek szarżuje na bramki, rzuca… Ech, dziesięć punktów dla Slytherinu…

Powstrzymałam cisnący mi się na usta uśmiech podziwu. Scorpius nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia, ale nie mogłam odmówić mu celnego rzutu wykonanego z piekielnie dalekiej odległości.

– Nigel ucieka z kaflem, podaje do Siobhan… To był błąd, nie złapała! Selwyn go przechwytuje, nawraca, Siobhan próbuje ratować sytuację, ale ma pecha… osaczony Puchonami Rowle nie ma otwartego strzału… HA! Wykonuje desperacki rzut, nie ma szans… CO?!

Corvus miał ogromne szczęście – nie dość, że obrońca Hufflepuffu niemal ześlizgnął się z miotły, kafel uderzył w dolną część obręczy i ledwo spadł po odpowiedniej stronie.

– Na gacie Merlina! – jęknął Arlo, chowając twarz w dłoniach. – Skąd oni wzięli tego tępaka?!

Ponownie rozbrzmiała wrzawa, jednak tym razem krzyczano w panice. Zostałam chwycona za tył płaszcza i szarpnięta w dół. W oburzeniu zgromiłam wzrokiem Cassiusa, który podobnie potraktował nas obie. Obok kucał Arlo.

– Oczy dookoła głowy! – krzyknął Cassius, wskazując na fryzurę Imeldy. Włosy miała poszarpane wiatrem, jakby dopiero co coś koło niej śmignęło. – Dostałybyście z tłuczka! Zasrany Rosier, wiedziałem, że będzie w nas celował!

Kiedy odważyłam się stanąć na równe nogi, odnalazłam Ebenezera na boisku. Leniwie unosił się na miotle, ignorując krzyki nadzorującej mecz nauczycieli, i kiwnął nam ręką.

– Oszalałeś?! – sapnęłam, gdy Cassius pokazał mu obraźliwy gest. – Przecież zaraz znów pośle tu tłuczka!

– Niee, spokojnie. – Pochylił się nade mną, a mimo że mówił mi niemal wprost do ucha, ledwo słyszałam go pośród wiwatów Ślizgonów, których drużyna znów zdobyła punkty. – Nie odważy się. Nie dopuściliby go do następnego meczu.

Speszona jego bliskością spróbowałam się odsunąć, jednak byłam trwale zakleszczona między nim a Imeldą i kimś, kto uparcie deptał mi po piętach – jedyną dostępną ucieczkę z tej sytuacji stanowił skok przez barierki. Dla odwrócenia własnej uwagi postanowiłam skupić się na grze. Zależało mi na zobaczeniu momentu łapania złotego znicza, jednak wodziłam wzrokiem wyłącznie za Ebenezerem, wypatrując kolejnego perfidnie odbitego tłuczka.

– FAUL! FAAUL!

Niemal ogłuchłam od równoczesnego wrzasku poczerwieniałych na twarzach Arlo i Cassiusa. Pani Hooch wykrzykiwała coś do szukającego Slytherinu i domyśliłam się, że musiał zaatakować rywalizującą z nim Puchonkę, która trzymała rękę pod dziwnym kątem. O ile Ślizgonowi udało się uniemożliwić dziewczynie przedwczesne zakończenie meczu, teraz oboje nie mieli pojęcia, gdzie podział się znicz. Krążyli razem wokół dna boiska, podczas gdy złota kuleczka połyskiwała wysoko koło jednej z wież.

– To niemożliwe! – wrzasnął Cassius, kiedy obrońca Puchonów nawet nie zauważył świstającego przez obręcz kafla. – Przecież on musi być skonfundowany albo co!

Tłumiąc chichot, znów spotkałam się spojrzeniem z Imeldą. W oczach błyszczały jej iskierki rozbawienia, kiedy z pobłażliwym uśmiechem pokręciła głową.

Oparty łokciami o barierki Arlo przyglądał się grze przez palce. Prześledziłam ścieżkę jego wzroku i szczęka mi opadła z wrażenia. Trzech ścigających Slytherinu niemal nieustannie przerzucało między sobą kafla, wykonując nagłe zwroty, zatrzymania i pętle, z sukcesem dezorientując przeciwników. Wyćwiczyli tę sekwencję perfekcyjnie, a każdy z nich pojawiał się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, by ostatecznie Malfoy z dziecinną prostotą przerzucił kafla przez najwyższą pętlę.

– Taak! DAWAJ!

Wrzask Cassiusa niemal przyprawił mnie o pęknięcie bębenków. Wymachiwał ku szukającej Hufflepuffu, która zanurkowała, wchodząc w ostry zakręt. Trybuny zawrzały wybuchową miksturą emocji. Jedni krzyczeli z radości, drudzy siarczyście przeklinali, widząc błyskawiczną akcję kończącą mecz. Szukający Slytherinu przemknął długość całego boiska w mgnieniu oka, przylegając do miotły całym ciałem i szarpnąwszy za trzonek, wykonał zakręt o moment za późno. Wpadł z impetem w Puchonkę, która już wyciągała przed siebie rękę, ale siła uderzenia zepchnęła ją na bok, gdzie z przeraźliwym hukiem zderzyła się z trybunami. Wiszący głową w dół na miotle Ślizgon zacisnął rękę na zniczu.

– SLYTHERIN WYGRYWA, DWIEŚCIE SIEDEMDZIESIĄT PUNKTÓW DO PIĘĆDZIESIĘCIU! – rozległ się zawiedziony głos komentatora.

Kiedy tłum zawył raz jeszcze, pchana instynktem odszukałam na boisku Corvusa – sunął wzdłuż lśniącej srebrem i zielenią części trybun, świętując zwycięstwo z rękami wyrzuconymi w górę, gdy tłuczek trafił go w plecy. Przeleciał przez miotłę i runął w dół.

Po otworzeniu oczu wcale nie ujrzałam na dnie boiska krwawej papki. Pani Hooch biegła do nieruchomo leżącego na trawie Corvusa, a trybuny zamilkły jak zaklęte, żeby po momencie ciszy znów podniosły się szmery rozmów.

– A to ciekawe – powiedziała Imelda.

– Co się stało? – wydusiłam, nie potrafiąc oderwać wzroku od harmidru toczącego się na dole. – Skąd wziął się ten tłuczek? Nic nie widziałam!

– Ebenezer go odbił. – Cassius oparł się o barierki z usatysfakcjonowaną miną. – Myślicie, że celowo?

– Celowo. – Pobladły Arlo zdawał się równie poruszony co ja. – Obserwowałem go… To nie był przypadek.

– Szkoda, że tak późno zebrało się im na kłótnię kochanków – westchnął Cassius, kładąc ręce na głowie. – Dwieście siedemdziesiąt punktów, na gacie Merlina, przecież oni zamordowali Puchonów na tym boisku… Takiego wstydu nawet ten dom nie zniesie…

Wszyscy zaczęli kłębić się przy wyjściu z trybun. Arlo i Cassius dyskutowali zażarcie na temat meczu, Imelda bez większych emocji się im przysłuchiwała, a ja raz jeszcze zajrzałam na dół boiska, gdzie grupy nauczycieli gromadziły się obok poszkodowanych.

– Wando, idziesz? Mamy… sprawę do załatwienia na pierwszym piętrze.

Imelda jako jedyna czekała na mnie przy spiralnych schodach. Zeszłyśmy na dół i półbiegiem dogoniłyśmy Arlo i Cassiusa, którzy w emocjach przebyli już sporą część błoni, zamaszyście gestykulując i omawiając taktykę Ślizgonów.

– Czy ta gra jest zawsze taka… brutalna? – zapytałam, nieszczególnie zainteresowana rozmową chłopaków.

– Chyba macie w Polsce quidditcha? – Popatrzyła na mnie zagadkowo. – Słyszałam, jak omawiali kiedyś zwód Wrońskiego czy coś takiego.

– Och… Po prostu nigdy nie byłam na meczu.

Miałam szczerą nadzieję, że zabrzmiałam wystarczająco przekonująco. Pocieszyłam się, że przynajmniej tym razem nie kłamałam – naprawdę nie byłam nigdy na meczu. Inna sprawa, że jeszcze w zeszły piątek nie wiedziałam o istnieniu quidditcha. Moje słowa to co najwyżej obchodzenie rzeczywistości dookoła.

– Rozumiem. Raczej nie doszło wcześniej do celowego uszkodzenia gracza we własnej drużynie, jeśli o to pytasz.

Zaschło mi w ustach, podczas gdy Imelda z nieprzeniknioną miną wpatrywała się w punkt na horyzoncie.

– Miałam też na myśli szukającą Puchonów – wyjaśniłam, starając się zabrzmieć naturalnie. – Ten chłopak ze Slytherinu ją staranował. Byłabym w szoku, gdyby wyszła z tego cało…

Imelda wzruszyła ramionami, jakby jej było wszystko jedno.

– Połamane kości to nic dla naszej pielęgniarki.

– Od czego zaczynamy, dziewczyny? – Stojący przy schodach Cassius z dumą zaprezentował płomyk tańczący na końcu różdżki. – Myślicie, że ogień zadziała jako motywator do mówienia?

Zlękłam się na samą myśl, że będą oczekiwać ode mnie tego samego. Wtedy całe ukrywanie się pójdzie na marne!

– Naprawdę myślisz, że w szkole pełnej nielegalnych łajnobomb i innych wynalazków portrety nie zostały zabezpieczone? – Imelda prychnęła, jakby głupszej rzeczy w życiu nie słyszała.

– Może masz lepszy pomysł, mądralo?

– Mam.

Cassius nie drążył dalej tematu – na widok pełnej determinacji miny Imeldy wszyscy uwierzyliśmy jej na słowo. W ciszy dotarliśmy pod drzwi prowadzące do biblioteki, gdzie obraliśmy sobie po portrecie. Pykający na fajce, wyłysiały czarodziej czarodziej uniósł palec, więc zamknęłam usta. Przeciągnął się w fotelu z cichym stęknięciem, a następnie zniknął poza ramami.

Po prostu wstał… i wyszedł!

Nie tylko ja zostałam tak potraktowana. Cassius i Arlo stali przy pustym płótnie, natomiast Imelda krążyła między portretami niczym chiena, szukając kolejnej ofiary. Wywęszyła ociągającego się czarodzieja o burzy kręconych loczków, ubranego w falbaniasty żabot, rajstopy i buty na obcasie, który wydawał się bardziej przejęty przybieraniem dostojnej pozy niż ucieczką.

– Wspaniale. – Zabrzmiał, jakby zamierzał powiedzieć „fatalnie". – Teraz jeszcze i wy będziecie mącić mój spokój?

– Spokój? – Cassius obrzucił go pogardliwym spojrzeniem. – Bo koło biblioteki panuje taki zamęt?

– Wyjątkowy popis impertynencji – odparł czarodziej, zadzierając brodę. – Dla ciebie hrabia Fairfax, chłopcze. Tak się składa, że nie potrafiłbyś pojąć tym swoim gnomim móżdżkiem, jak to jest całymi dniami słuchać ubzdryngolonych trzpiotek. A teraz pozwólcie, że się oddalę.

Arlo szeptem próbował powtórzyć „ubzdryngolonych?", łamiąc sobie przy tym język. Cassius wzruszył ramionami.

– Stój.

Wszyscy spojrzeliśmy na Imeldę, łącznie z hrabią Fairfaxem. Zaszczycił ją uniesieniem brwi i zatrzymaniem się w pół kroku, choć jego stopa zdążyła zniknąć za ramą.

– Tak się składa, że mógłbyś trafić jeszcze gorzej – powiedziała z przekonaniem.

– Ha, myślałby kto! – Dla popisu hrabia wybuchł perlistym śmiechem, przykładając dłoń do żabotu. – Śmierć wybrałbym ponad słuchanie dyskusji o sensie istnienia prowadzonych przez przekwitłe dzierlatki otumanione skrzacim winem! Śmierć!

– Brzmi ciekawiej niż klientela Gospody pod Świńskim Łbem – zasugerowała Imelda, wyciągając różdżkę z torby. – Sama nazwa powinna panu dać do zrozumienia, z jakimi typami miałby pan tam do czynienia.

– Podziwiam determinację, ale śmiem wątpić, by udało się jakiejś – hrabia z niesmakiem zlustrował ją spojrzeniem – podfruwajce niepostrzeżenie przetransportować mnie poza zamek!

– Kojarzysz może posąg jednookiej wiedźmy na trzecim piętrze? – wtrącił pospiesznie Cassius. – Taka garbata paskuda.

Nagłe zesztywnienie Fairfaxa wskazywało, że wiedział o tamtejszym tajnym przejściu. Imelda machnęła różdżką, a portret samoistnie odskoczył od ściany, lądując na posadzce, na co hrabia wydał z siebie głuchy okrzyk.

– Proszę się opanować! – zaapelował, zadzierając głowę, by móc na nas spojrzeć. – Powiem, co wiem… ale mam swoją cenę!

– Słuchamy. – Imelda przybrała przesadnie znudzoną minę, nie schowawszy różdżki. Jak już, mocniej zacisnęła na niej palce.

– Skoro bylibyście skłonni przetransportować mój portret, pragnąłbym zmienić towarzystwo na takie, które bardziej odpowiada mojemu… statusowi.

– Najpierw powiesz wszystko, co wiesz o dziewczynie z kokona – zażądał stanowczo Cassius, na co hrabia prychnął.

– Nie, chłopcze. Kolejność musi być odwrotna.

– Nie jest pan w pozycji do negocjacji – stwierdziła Imelda. – Bliżej nam na trzecie piętro niż do lochów i szczerze mówiąc, mam już tego serdecznie dość. Gadaj, albo spędzisz pan najbliższy czas z typami spod czarnej gwiazdy.

Zadzierając nosa, hrabia złapał się za żabot i wyciągnął opiętą rajstopami nogę. Ledwo jego but na obcasie zniknął za ramą, Imelda zwietrzyła blef i zaklęciem porwała portret w powietrze, kierując się ku schodom na piętro.

– Powiem! Powiem, ale nie wiem wiele! – pisnął hrabia. Odetchnął z ulgą, gdy Imelda zatrzymała się wpół kroku. – Nie musi panienka być tak porywcza.

– Mów!

– Dobrze. – Dramatycznie zawiesił głos. – Tamtej nocy nie widziałem nic…

Z gardła Imeldy wydarł się okrzyk frustracji.

– Zostałem oślepiony! Wszyscy zostaliśmy! Rzucono Obscuro, wszystkim przewiązano oczy opaskami!

– Rozpoznałeś głos? – zapytał Cassius z pogardliwą miną.

– A skądże! Komuś o moim statusie nie przystoi fraternizacja z przypadkowymi uczniami!

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że to musi być uczeń. – Imelda zacisnęła mocniej ręce na różdżce, z której wystrzeliło kilka iskier. – Takie nic ma uchronić pana przed wylądowaniem w gospodzie?

– Ten uczeń nie był sam, panienko – rzucił tajemniczo hrabia, tymi słowami łapiąc nas na haczyk. Pojął to w mig. – Nie słyszałem wiele, ale udało się mi ustalić, że wszystkie tutejsze portrety zostały spętane opaską, a później bestialsko ogłuszone. Do dziś wyciągam watę z uszu, nafaszerowali mnie nią jak indyka!

– Nie obchodzą nas twoje uszy, Fairfax! – uciął Cassius. Nie potrafiłam podzielić jego poirytowania. Rozgrywająca mi się przed oczami scena była tak cudownie absurdalna, że stanowiła kwintesencję czarodziejskiego świata. – Opowiedz nam wszystko od początku. Ile ich było? Jakiej płci? O czym rozmawiali?

– Naturalnie, chłopcze. Miało to miejsce w środku nocy, gdy ta prostacka banda z reszty portretów pogrążyła się w pijackim spoczynku. Ja… cóż, byłem zajęty swoimi prywatnymi sprawami, które was nie powinny interesować… Wtem! Słyszę kroki, mam pewność, że należały wyłącznie do dwóch delikwentów, młodzieńca i dziewki. Prowadzili dyskusję świadczącą o zażyłych stosunkach…

– Czyli dobrze się znali. – Imelda myślała na głos.

– Tak, panienko, zdaje się, że musieli. Niestety rychło zostałem objęty zasięgiem roztaczanych wokół zaklęć. Nie potrafiłem zwalczyć tej opaski! Wybitny popis Obscuro, tak na marginesie…

– I to wszystko?

Hrabia namyślił się przed przytaknięciem, chwyciwszy poły czerwonej atłasowej peleryny. W samozadowoleniu raz jeszcze przybrał dystyngowaną pozę, która opuściła go, gdy tylko Imelda odesłała portret z powrotem na pierwotne miejsce na ścianie.

– Co to ma oznaczać?! – Patrzył po nas z oburzeniem, a jego zaskoczony okrzyk przypominał gdaknięcie. – Żądam wyjaśnień!

– Wytrzyma pan tu jeszcze jeden dzień – powiedziała bezceremonialnie Imelda. Westchnęła, widząc rozbieganie spojrzenie hrabi, który poruszał ustami jak ryba wyjęta z wody. – Podczas następnego nocnego patrolu razem z Cassiusem znajdziemy panu przytulny zakątek w lochach. Musi nam pan uwierzyć na słowo.

Przyparty do muru Fairfax zgodził się, choć nie bez wątpliwości malujących się na jego przypudrowanej twarzy. Jako jedyna się z nim pożegnałam, ale nie otrzymałam żadnej odpowiedzi, więc podbiegłam do oddalającej się pośpiesznym krokiem grupki Gryfonów.

– No wiesz, Imeldo… – Cassius brzmiał jak dziecko, które pod choinką odkryło wymarzony prezent. – Nocna schadzka w lochach? Nie masz hamulców, dziewczyno…

– Niech ci sodówa nie uderzy do głowy – warknęła. – Nie mogę iść sama, potrzebuję czujki.

– Mogłaś wybrać mnie. – Arlo posłał Cassiusowi znaczące spojrzenie za jej plecami.

– To nie ty przy każdej okazji zarzekasz się, że wiesz, gdzie jest wejście do pokoju wspólnego Slytherinu – odparła kąśliwie. – Sprawdzimy, czy to tylko przechwałki.

Uśmiech Cassiusa zmarkotniał.

– Czemu chcesz go powiesić akurat tam? – spytał.

Imelda wzięła głęboki wdech, siląc się na cierpliwość.

– Czy to nie jest oczywiste? Możemy dalej szantażować go przenosinami do Gospody pod Świńskim Łbem. Widzieliście jego minę, kiedy to powiedziałam.

– Oj, widzieliśmy. – Usta Arlo zadrżały. – Prawie zabrudził rajstopki.

– Fairfax może okazać się przydatny – stwierdziła Imelda, z niesmakiem na twarzy spoglądając na Arlo. – Może na przykład obserwować, kto wychodzi z pokoju wspólnego w środku nocy, podsłuchiwać rozmowy i…

– Piekielne gargulce! – wypalił pod wrażeniem Cassius. – Naprawdę się w to zaangażowałaś!

– A co, Ślizgoni mają pozostać bezkarni? Nauczyciele nie robią nic, tylko kręcą się w kółko. Ktoś musi wziąć sprawy w swoje ręce… Jak już odkryję, kto za tym stoi, sama się nimi zajmę.

– Coraz bardziej mi się to wszystko podoba – odparł, obejmując ją. – Schadzka w lochach najbardziej…

– Och, zamknij się, bo pójdę sama. – Odtrąciła jego rękę. – A ty, Wando? Miałaś okazję porozmawiać z ciocią?

Gdyby wszyscy równocześnie na mnie nie popatrzyli, szłabym dalej w ciszy. Całą konfrontację z hrabią Fairfaxem wyłącznie słuchałam, na przemian chłonąc nowe informacje i rozpływając się nad urzekającym charakterem magicznego świata.

– Nie, właśnie zamierzałam jej poszukać – powiedziałam, przystając przy schodach na parter.

– Proszę, zrób to jak najszybciej. My idziemy już do pokoju wspólnego, nie? – spytała, a chłopcy przystali na tę propozycję. – No to do zobaczenia, Wando. Powodzenia!

Zeszłam na półpiętro, skąd z ukrycia obserwowałam ich podróż ruchomymi schodami między kondygnacjami zamku. Gdy tylko zniknęli z pola widzenia, wróciłam się, po drodze mijając znajomą Ślizgonkę. Mimo że minę miała równie nieprzeniknioną co brat, gdzieś pod powierzchnią maski kryła się tak obca mu zajadłość. Kaskada czarnych włosów, szlachetne rysy twarzy, zwodnicze oczy jak u łani – nic nie łagodziło jej wizerunku. Przeszła obok, jakbym nie była niczym więcej niż pył zawieszony w powietrzu.

Uchyliłam wrota prowadzące do skrzydła szpitalnego. Na dźwięk przytłumionych odgłosów dochodzących z gabinetu pielęgniarki obleciała mnie niepewność, jednak mimo to wślizgnęłam się do środka. Za pierwszym rozstawionym parawanem zastałam widok skołtunionej pościeli. Kogo wypisano – Corvusa czy Puchonkę?

Zajrzałam zza rogu na następne łóżko. Leżał częściowo na boku, zaplątany w cienką kołdrę, a gdy niechcący trąciłam butem stoliczek na kółkach, zadzwoniły fiolki z eliksirami. Corvus przekręcił się na plecy z westchnieniem, zanim wymamrotał:

– To nic takiego, mówiłem ci… – Po otwarciu oczu zamilkł. Zakłopotany podciągnął się na poduszkach i odchrząknął. – Myślałem, że jesteś kimś innym.

– Twoją siostrą? Minęłam się z nią na korytarzu.

Powoli uniósł brwi, przyglądając mi się z trudną do rozszyfrowania miną.

– Nie wiedziałem, że studiujesz moje drzewo genealogiczne. Nie przypominam sobie, żebym o niej wspominał.

– Obiło mi się o uszy – odparłam, dziękując mu w duchu za to, że przytknął dłoń do czoła. Zza jego palców dostrzegałam zmrużone od bólu oczy.

– Dyskutujecie o mnie podczas śniadania? – mruknął.

– To nie do końca tak…

– A jak?

Gdzieś pośród skwaszonej bólem miny dostrzegłam ślad rozbawienia. Od nabierającego na temperaturze rumieńca mogła uratować mnie tylko zmiana tematu, więc powiedziałam:

– Dlaczego jeszcze tu leżysz? Imelda mówiła, że tutejsza pielęgniarka radzi sobie ze wszystkim.

– Z większością obrażeń, tak… Zdążyła już posklejać mi wszystkie żebra, ale ze wstrząśnieniem mózgu i wypada odpoczywać. Nie narzekam, wreszcie się wyśpię.

– Miałeś połamane wszystkie żebra? – Z wrażenia przysiadłam na stojącym w rogu krześle dla odwiedzających. – Nie, inaczej. Ebenezer połamał ci wszystkie żebra i przyprawił o wstrząśnienie mózgu, a ty sobie z tego żartujesz?

– Jak to Ebenezer?

– Odbił tego tłuczka celowo.

Corvus wydał z siebie pomruk zaciekawienia, zanim zjechał niżej na łóżku i umościł się wygodnie na szczodrze wypełnionych pierzem poduszkach. Rozcierał skroń, ignorując moje ponaglające spojrzenie.

– Dobrze wiedzieć – odparł.

– Dobrze wiedzieć? Ani trochę cię to nie zmartwiło? – spytałam, nie potrafiąc pozbyć się z głosu nuty napastliwości.

– Ebenezera napędza strach, więc po co miałbym dawać mu satysfakcję? – stwierdził ze znużeniem. – Na razie zamierzam skorzystać z wyświadczonej mi przysługi. Jednym uderzeniem pałki zwolnił mnie z przymusu uczestniczenia w świętowaniu wygranej i zapewnił mi porządny odpoczynek.

Mimo zdziwienia niechęcią Corvusa do współzawodników drużyny, powiedziałam:

– Gdybyś na niego doniósł, miałbyś święty spokój.

– Nie bądź naiwna. – Westchnął ze zrezygnowaniem. – To tylko tłuczek.

– Tłuczek plus incydent z Perditą i każdym innym zaatakowanym mugolakiem… Wystarczyłoby znaleźć na nich dowody i…

– Nich? Jakich nich? – przerwał mi, siadając na łóżku. Po tych wszystkich latach doskonale znałam spojrzenie, którym mnie obdarzył. Sądził, że jestem wariatką! – Poszłaś węszyć? Chcesz skończyć tak samo jak oni?

– Nie jestem głupia, nie zrobiłam tego sama…

Żachnął się, jakby w życiu nie słyszał czegoś równie niedorzecznego.

– Zostaw to w spokoju – powiedział. – Igranie z ogniem jest ekscytujące do czasu, aż się sparzysz.

Kombinacja tego spojrzenia i lekceważącej miny sprawiła, że podniosło mi się ciśnienie.

– Masz rację. Lepiej bać się spania we własnym dormitorium niż się postawić – odparłam, wstając z krzesła. – Lepiej dawać się okładać tłuczkiem i zamykać we Wrzeszczącej Chacie, lepiej być chłopcem do bicia… Ktoś musi coś z tym zrobić!

– Nie mógłbym bardziej się zgodzić. – Wszystkie emocje odpłynęły mu z twarzy, jakby moje komentarze odbiły się niczym groch od ściany, co jeszcze bardziej mnie rozsierdziło. Jak przemówić mu do rozumu?! – Zostaw to nauczycielom.

– Oni nic nie robią!

– To chyba nie świadczy dobrze o twojej ciotce, co?

Kontrast między krytyką cioci a znudzonym tonem głosu dolał oliwy do ognia. Jak śmiał obrażać jedyną osobę z rodziny, której mogłam choć trochę ufać? Owszem, powiedziałam kilka ostrych słów pod jego adresem, ale były prawdą. Zamiast działać, Corvus zbierał kolejne cięgi od Ebenezera i kładł uszy po sobie!

– Uspokój się – polecił.

– Sam się…!

– Popatrz w dół.

Kieszeń płaszcza tliła się. Czerwone iskry trawiły włókna materiału, powoli wypalając coraz większą dziurę. W panice wyjęłam różdżkę i rzuciłam ją wprost na zaplątane w kołdrę nogi Corvusa. Zduszony poklepywaniem żar przygasł, zanim rozległo się wypowiedziane przyciszonym głosem pytanie:

– Na pewno jesteś charłaczką?