.
Rozdział 2
Duchy to nierealne marzenia
.
W ciągu wakacji miał tylko jeden sen, jedną wizję, z udziałem Czarnego Pana. I prędzej by pozwolił się spopielić, skrzywdzić, pogruchotać w drzazgi, niż przyznałby się do tego głośno - szczególnie w obecności Severusa Snape'a. Którego, jak na złość, wizja ta dotyczyła.
Pomieszczenie było - ku jego lekkiej konsternacji - przykryte peleryną słońca, wyciągającego cienie z okiennych framug i ciężkich, pojedynczych mebli. Czarna szata tańcząca wokół kostek, wzbijana każdym krokiem jak gawronie skrzydła, przetarła drobny kurz znaczący podłogę.
— Severus. — Imię jak wściekły syk na języku.
Szata zaszeleściła, gdy czarnowłosy czarodziej przypadł jak cień do nagich stóp trwającego w oleistym słupie światła słonecznego padającego z okna czarodzieja - jak ćma zbliżająca się do ognia. Schylił głowę i zastygnął w bezruchu jak sfinks, który usłyszał poprawną odpowiedź na rzuconą w twarz zagadkę.
— Jak długo jeszcze każesz mi tolerować — przechylił głowę Voldemort; jego oczy błysnęły czerwienią w świetle dziennego słońca — to notoryczne niestawianie się na wezwania, to ciągłe przybywanie po nie w czasie?
Czarne oczy uniosły się na czerwone; w ich objętości czaił się spokój.
— Nie będę błagać o przebaczenie — wyciągnął dłoń Snape, dotykając opuszkami palców nagiej stopy Voldemorta; jego usta poruszały się jak na zwolnionym, mugolskim filmie.
— Nie będziesz? — uśmiechnął się Czarny Pan: ostro, krótko, szyderczo. Jego blade, długie palce uniosły się, jakby zamierzały dotknąć ziemistej twarzy Mistrza Eliksirów, jednak opadły, ledwie muskając przetłuszczone włosy. — Intrygujące — przeciągnął językiem po ustach niemających warg, odznaczających się kolorem kości, jak mlaskający kot, przyglądając się klęczącemu mężczyźnie tak, jakby ten był jakimś wymarłym gatunkiem, którego sztywną, zastygłą kukłę wystawiono za muzealną witryną. — A może zasługuję choć na wyjaśnienie zaistniałego stanu rzeczy? Zasługuję, Severusie? — bawił się nim; jak zwierzęciem, jak ożywionym manekinem; Harry wciąż nie nauczył się, jak ścierpieć to bez frustracji.
— Harry Potter — wyszeptał Snape, jak gdyby to wszystko wyjaśniało, a Harry mógłby przysiąc, że jeśliby potrafił materializować się fizycznie w swoich wizjach, ścierpłoby mu całe ciało. — Spóźniłem się, mój Panie, bo się rozsypywał, spóźniłem się, bo krzyczał, spóźniłem się, bo trzymałem go w objęciach, kiedy cały jego świat szedł w drzazgi. Spóźniłem się, bo umierał ze strachu. I z bólu, kiedy pękało mu serce. Spóźniłem się — przechylił się na klęczkach, nachylając ku Czarnemu Panu, jakby już nic nie miało znaczenia — bo pamiętam, jakie to uczucie.
-VVV-
— Nie będziesz mi tego wyrzucał — usłyszał jeszcze, zanim ocknął się w ciemnym, przykrytym nocą pokoju. Przebłysk czerni pod powieką, mglisty obraz plątaniny ciał, kościstych, mrugających alabastrem dłoni przypierających cudze ramiona, plecy i kark do wypolerowanej posadzki. Oczy przy oczach. Ciało przy ciele. — Jak śmiesz, mi to wypominać?
— Nie będę błagać o przebaczenie. — Słowa jak fatum. A może już tylko krótkie wspomnienie - może to brawurowe zdanie nie zostało wcale powtórzone.
Krzyk był na pewno. Bardziej kłujący, niż był w stanie znieść bez strachu.
-VVV-
Harry przetwarzał tę rozmowę w myślach tysiące razy. Na próżno. Nie zdołał dociec, do czego Mistrz Eliksirów mógł się wówczas odnosić.
-VVV-
— Czarny Pan — powiedział mu raz Snape — prawie zawsze wie, kiedy ktoś go okłamuje.
Jego głos był miękki jak jedwab, ciągliwy jak cukierek.
Harry spojrzał z niedowierzaniem w jego ziemistą, chudą twarz. To: „prawie" zabrzmiało wymownie w jego ustach. Niepokojąco wymownie.
-VVV-
Śnił, że jest wojna. I że ludzie umierają.
Śnił, że stoi i czeka w kolejce - na śmierć.
Śnił, że podeszła do niego kobieta. Miała zieleń w oczach i pomarańcz we włosach. Przycisnęła czoło do krzywej blizny o kształcie błyskawicy i ujęła jego twarz w swoje dłonie.
„Teraz musisz stąd wyjść, Harry" — powiedziała, gładząc go po rozwichrzonej czuprynie — „ustawić się w innej kolejce".
I Harry to zrobił.
-VVV-
Kiedy Severus Snape zastał go w łazience Jęczącej Marty z głową w muszli klozetowej w pewien zbyt ciepły, zbyt ospały weekend, Harry zaczął błagać ziemię, aby go wessała.
Snape oparł się barkiem o framugę drzwi jego kabiny i spojrzał z góry na jego skulone ciało tym swoim głębokim, intensywnym spojrzeniem, pod którym czuł się jak gówniarz, który coś przeskrobał; zupełnie jakby standardem dla niego było obserwowanie go w niezręcznych sytuacjach.
Żołądek Harry'ego skurczył się boleśnie i rozkurczył, a on bryzgnął zieloną mazią, schylając się głęboko nad deską, przyciskając palce do pulsującej bólem skroni.
Tętnienie w czaszce kazało mu się zastanawiać, czy nie łatwiej byłoby poradzić sobie z tym w ten sam sposób, jak radził sobie przez całe wakacje - czy nie łyknąć garści mugolskiej aspiryny i nie iść spać, modląc się, aby jego własna magia nie pozwoliła lekowi na uszkodzenie mu nerek bądź doprowadzenie do nagłej niewydolności krążenia.
— Czuję się, jakbym gnił od środka — zadeklarował; głos brzmiał jak zgryzota w jego ustach. — Wie pan, jakie to uczucie? Ciało jest wciąż wyraźne, foremne, materialne, ale to jest jak przykrywka, jak kokon, który owija się wokół rozpadu. Niby wszystko jest takie samo — zamknął oczy, starając się zachować swobodny rytm oddechu; czuł ostry smak wymiocin w ustach — przedmioty, meble, te kafelki, którymi obłożona jest ściana toalety — przystawił dłoń do chłodnej, twardej powierzchni, kłującej zimnem jego skórę — moje ręce, moje palce, wszystko to jest wyraźne, ma swój kształt, swoją fakturę, swoją temperaturę — wytarł wierzchem dłoni wilgotne usta — ale czuję się tak, jakbym był z tym wszystkim niezwiązany, jakbym był oderwany od całej tej materii, która mnie otacza, oderwany od własnego ciała. Dotykam tej ściany i czuję się jednocześnie blisko i daleko, jakbym był duchem, który po śmierci powrócił do znanego sobie świata, jakby coś wewnątrz mnie się rozpadało, jakbym tracił swoją własną osobowość. — Otworzył oczy i poczuł szczypanie, a obraz, mimo że wciąż miał okulary nasadzone głęboko na nos, był dziwnie mglisty, dziwnie rozmazany, jakby wszystko wokół utraciło nagle swoje kontury. Snape był tylko czarną plamą odcinającą się z bieli kafelków. — I te nawracające migreny — wydusił, słowa cięły mu język i podniebienie jak żyletki. — Wszystko jest takie głośne — czuł, jak usta wyginają mu się w wyraz, którego nie rozpoznawał, którego nie chciał na swojej twarzy — nawet wiatr napierający na szyby w dormitorium. Chrapanie współlokatorów. Kapanie wody z kranu w łazience. — Uchwycił jedną dłonią drugą, pocierając skostniałe palce, starając się pozbyć odrętwienia, które przyspawało się do jego kości, do jego mięśni, do jego skóry, jakby promieniowało z wnętrza jego ciała. — Więc... więc... — odetchnął chwiejnie przez zimne jak dwa płatki śniegu usta — nakładam czary wokół łóżka, wyciszam wszystko, odgradzam się od dźwięków świata i... — wiedział, że się trzęsie, kiedy unosił rozbiegany wzrok, szukając pośród palety barw i korowodu zatartych kształtów twarzy Snape'a — i nadal je słyszę. Jakbym miał je wszystkie wyryte pod czaszką. Jakby były kolejnym, powracającym wspomnieniem, którego nie potrafię się pozbyć.
-VVV-
Kiedy Snape pochwycił go pod ramiona i pociągnął na nogi, Harry wszczepił palce w rękawy jego czarnej, zwiewnej szaty i zacisnął dłonie tak mocno, że pobladły mu knykcie.
— Snape — wyszeptał, mrugając zawzięcie, aby pozbyć się palącego pieczenia z oczu — mój umysł... mój umysł chyba nie czuje się dobrze.
-VVV-
— Jak to robisz? — przecisnął przez drżące usta, kiedy Snape przewlókł go przez łazienkę. — Jak to robisz? — chciał wiedzieć, musiał się dowiedzieć, kiedy Snape odkręcał wodę w kranie nad umywalką. — Jak to robisz? — pytał i brzmiał, jakby prosił, kiedy Snape chlusnął mu w twarz zimną wodą; krople osiadły na jego skórze jak płatki śniegu; szum w głowie przycichł na krótką, błogą chwilę. Włosy kleiły mu się do twarzy, rzęsy lepiły, przez zroszone wodą szkła okularów nie był w stanie dostrzec nawet własnych dłoni, które z całych sił zacisnęły się na krawędzi umywalki. — Jak to robisz — wypluł wodę z ust i zamrugał, kiedy chłodne krople podrażniły mu oczy — że jesteś tak piekielnie silny?
-VVV-
Był jak mur, na który można napierać, o którego można walić pięściami, a ten nie drgnie nawet o milimetr. Harry nie musiał go obserwować, żeby wiedzieć, że przemyka pod ścianami życia towarzyskiego, że trzyma się na uboczu społeczności, milcząc, otulając cieniami. Żył w ciemności jak czarny kot stąpający wolno na ugiętych łapach, oddychał nocnym powietrzem.
Jego głos brzęczał mu w głowie (kontroluj emocje, zdyscyplinuj umysł), te wszystkie słowa, które wyślizgiwały się jak jad z jego gardła - brzmiały, jakby wkładał je na język jak układankę, której fragmenty należy ściśle do siebie dopasować. Cudze spojrzenia rozbijały się o niego jak balony wypełnione powietrzem, a pozostałości po nich spadały sflaczałe na zimną, porysowaną posadzkę.
A jednak dłonie były ciepłe na jego skórze, kiedy chwytał zdrętwiałe palce Harry'ego i przytrzymywał, kiedy Harry czuł się jak uwięziony pod wodą, która napierała na niego ze wszystkich stron pod niewiarygodnym ciśnieniem. A jednak ramiona były pewne siebie, kiedy go podtrzymywał, gdy jego nogi traciły czucie.
Był zbudowany z całunów, z woali, które przykrywały go warstwa po warstwie, które owijały go tak szczelnie, że nie sposób było rozróżnić poszczególnych powłok - ale Harry wiedział, wiedział, że pod twardą skorupą czai się coś gładszego, coś, co go napędza, coś, co daje mu siłę.
Pozwalał mu wylewać na siebie cały ból, całą gorycz, całą trwogę, przyjmował je fala po fali, a te obmywały go, nie czyniąc żadnej krzywdy (on nie ma uczuć — szeptano po kątach zamku, przekazywano sobie z ust do ust — on jest pusty w środku — szturchali się ramionami uczniowie, mamrotali pod nosem pracownicy; mylili się).
Był potężny i wytrzymały, był obleczony powłoką z żelaza; ale właśnie dlatego, właśnie na tej podstawie, można było rozszyfrować, że jego emocje są dokładnie tam, gdzie powinny być - wewnątrz, w środku.
-VVV-
— Czuję się, jakby wszystko na mnie napierało — wszczepił paznokcie we wnętrza dłoni Harry — cały, przeklęty świat. Jakby wbijał we mnie pazury i patrzył, jak rozpadam się pod jego siłą. Rozumie pan? Rozpadam się. Jakbym był uschniętym liściem rozrywanym na kawałki przez targające mną wiatry. Wydawało mi się, że jedyne, czego potrzebuję, żeby zebrać się w garść, to czas, ale on mija i mija, i mija, wszystkie te chwile, przelatują obok mnie, jakbym był duchem. Jestem duchem i błąkam się po świecie, przezroczysty, nieważki, obijam się o przedmioty, o ściany, o ludzi, czasami przez nich przenikam, czasem nie i chyba, tak jak ducha, nie da się mnie zranić. Nie da się mnie zranić jeszcze bardziej, bo i tak już jestem złamany.
Snape milczał i pozwalał mu mówić. Jego oczy leżały na jego twarzy jak cień.
— To dziwne, ale w dniu, kiedy go chowali, nie poszedłem na pogrzeb — oblizał usta Harry. — Oczyścili go z zarzutów, okrzyknęli bohaterem, a ja nie potrafiłem zobaczyć nic, ponad hipokryzję. Przedstawienie na pokaz.
Harry przyłożył dłonie do kafelków wyłożonych w łazience. Ich chłód parzył mu palce.
— Dumbledore nalegał, abym poszedł, mówił, że to ostatnia chwila, aby się pożegnać i chyba właśnie dlatego tego nie zrobiłem. Nie chciałem tej ostatniej chwili. Pomyślałem... — zawahał się, uniósł wzrok na czarne oczy, ziemistą twarz, zaciśnięte usta i nabrał głęboko tchu, szukając w nim siły, która pozwoliłaby mu kontynuować — pomyślałem sobie, że może jeśli będę ją przeciągał, nie dopuszczał do niej, to wszystko nie stanie się tak bardzo... ostateczne. Tak bardzo namacalne.
— I? — przechylił głowę Snape, mrużąc nieznacznie oczy. — Udało się?
Usta Harry'ego wykrzywiły się, kiedy zerknął w lustro. To prawie uśmiech - co zamajaczyło w przydymionym odbiciu - a jednak wykoślawiony. W rysy jego twarzy wkradła się skaza, która nie zamierzała odstąpić.
— A jak się panu wydaje, profesorze? — zachichotał i było coś niepokojącego w brzmieniu tego śmiechu, coś dzikiego, coś, co było całkowitym przeciwieństwem stabilności emocjonalnej; jeszcze przez chwilę próbował zetrzeć krzywy uśmieszek z własnej twarzy, ale nic nie wskórał - jakby ten przyrósł do jego mięśni, uczepił się skóry.
Dłoń Snape'a dotknęła zmarszczki przecinającej jego blady policzek i to było prawie jak wstrząs, jak porażenie. Było coś krzepiącego w tym dotyku, coś, co krzyczało głośno i zaciekle: „spokojnie, Harry, jeszcze wszystko będzie w jak najlepszym porządku, spokojnie" i Harry na moment stracił oddech.
— Wydaje mi się — odrzekł cicho Snape — że problem nie zniknie tylko dlatego, że zacznie się go ignorować.
— Myślałem, że z dwojga złego... — zawahał się Harry, śledząc zarysowania na pękającej posadce.
— Spójrz na mnie — poprosił Snape, a Harry zaczerpnął głęboko tchu, policzył do trzech i na wspak i z ciężkim sercem uniósł głowę. — Nie ty jeden kogoś straciłeś, Potter — oznajmił cicho; zmarszczka pomiędzy jego brwiami pogłębiła się nieznacznie — i nie na tobie jednym odbija się ból po stracie. To nie jest żadna nieznana choroba, Potter, nad którą głowią się magomedycy. Więc zbierz się do kupy, na Merlina, i przestań się sypać. Znajdź jakiś punkt zahaczenia i złap się go — skrzywił się, taksując go wzrokiem. — Nie poszedłeś na ten pogrzeb. No i co z tego? — sztorcował go Snape. — Myślisz, że Syriusz Black się na nim zjawił?
Harry wzdrygnął się, słysząc imię i nazwisko swojego ojca chrzestnego, mając wrażenie, jakby Snape chlusnął mu tym imieniem w twarz jak lodowatą wodą.
— Pojawiłbyś się i co by to zmieniło? Black nie przyszedłby tam, żeby cię pocieszyć, słyszysz? Więc zapomnij o słowach Albusa i przestań się sypać, Potter.
Harry nie chciał mu mówić, że Bogiem a prawdą, nic innego nie robił, poza próbą przepracowania wszystkiego, co zdarzyło się z jego udziałem w ministerstwie te kilka miesięcy temu.
-VVV-
Wcisnął mu w rękę fiolkę z Eliksirem Słodkiego Snu, lecz gdy Harry zaraz potem spróbował wymknąć się z jego ciemnych, cichych komnat, wnet zastąpił mu drogę, zakładając ramiona na piersi.
— Nie myśl, że uciekniesz — przechylił głowę, a czarne, lekko przetłuszczone włosy przykryły jego drgające w niemej frustracji powieki. — Nie wypuszczę cię, Potter, tak długo, póki nie powiesz mi wszystkiego, co ci leży na sercu.
Znów drążył, znów grzebał palcami w jego życiu - jakby nie wiedział, że to, co leży Harry'emu na sercu, jest ostatnim, o czym mógłby chcieć mówić.
— Nie chcę o tym rozmawiać — odwrócił wzrok Harry, spoglądając w płytkie wyżłobienia zdobiące grube, kamienne ściany. — Nie będę o tym rozmawiał.
— Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie lubią mówić o sobie — uniósł brew Snape, mierząc go z lekka krytycznym wzrokiem.
Harry nie potrafił zatrzymać wzruszenia ramion.
— Ja - nie.
Tak naprawdę się bał - bał się, bo podejrzewał, jak wiele Snape byłby zdolny w nim dojrzeć; i tak już zbyt wiele granic zostało między nimi zatartych, sam pomógł upaść paru z nich. Jednak to było zbyt wiele (szorstki głos brzęczał mu w uszach: „leniwy, arogancki, słaby"), Snape i tak widział, że nie jest z nim dobrze, Snape i tak usłyszał już więcej, niż ktokolwiek inny - nie musiał wiedzieć, jak szaleńcze myśli nawiedzały jego nieuporządkowany umysł.
— A może to by pomogło? — przechylił głowę Snape, patrząc na niego spod rzęs. — Może przestałbyś spędzać noce w nieużywanych toaletach, rzygając jak kot i zrzucając na siebie winę za wszystkie błędy świata? Może przestałbyś wysiadywać w zimnie, na szczycie Wieży Astronomicznej, topiąc smutki w alkoholu? Myślisz, że to, co wyprawiasz, Potter, to najlepszy sposób na to, aby poczuć się lepiej? Myślisz, że co? Że sobie radzisz?
Harry poczuł się niemile zganiony - jak kot, któremu dano ścierką po głowie. Nastroszył się, wiedząc, że mięśnie jego brzucha i ramiona zaciskają się, jak przed skokiem na głęboką wodę. Snape, jakby nie patrzeć, nie zamierzał odpuścić tak łatwo.
— Czego się boisz, Potter? — pokręcił głową z niesmakiem. — Siebie samego? Boisz się, że pękniesz pod naporem tej straty, więc tłumisz ją procentami? Sądzisz, że od tego poczujesz się lepiej?
Sądzę — pomyślał Harry, spuszczając wzrok — że nie masz pojęcia, jak tak naprawdę się czuję.
-VVV-
We śnie jest lekki jak bańka mydlana. Świat rozmywa się na jego oczach, a on unosi się ponad nim, szybuje, pozwala nieść się podmuchom wiatru jak wodnej fali.
Jest mu ciepło, jakby owijał go miękki koc, jakby gorące powietrze przenikało pod skórę i rozprowadzało się powoli w jego ciele, aż po koniuszki palców, po cebulki włosów.
Nad jego nieważkim ciałem unosi się cień, jest szarobury jak popiół, jak stary kot. Powoli osiada na ciężkich meblach i karminowych kotarach otaczających biały, wymięty materac.
Harry śni, że życie jest tylko stratą czasu. Widzi mgłę pod powiekami, widzi sylwetkę odzianą w aurorską szatę, z której rąbka skapuje wilgoć i myśli, że goni własną przyszłość, goni ją, ściga po wirach czasu, a kiedy ją chwyta, obraca ją w dłoniach, bada palcami i nie wie, naprawdę nie wie, co powinien z nią zrobić.
Patrzy na ścieżki, które przywiodły go do tego miejsca - wszystkie zbyt kręte i zbyt wyboiste - i zastanawia się, czy tak właśnie wyglądało jego dotychczasowe życie: jak pole walki, jak szachownica. Przystaje na moment, zawisa w powietrzu albo w próżni - bierze oddech, aby to sprawdzić, a potem wstrzymuje go na minutę, dwie, trzy; nic się nie zmienia.
Harry śni, że jego ciało zmienia się w dym; wdycha go powoli - jest kłujący, szorstki, przydusza jego płuca - i nie wie, jak udowodnić przed samym sobą, że nie postradał zmysłów, kiedy kłóci się z nim jego własny umysł.
Czuje się dziwnie, trochę nienaturalnie, kiedy nie śnią mu się pękające kości.
-VVV-
Potem wstał z łóżka, owinął się szatą i wszedł w ścieżki krętych, zamkowych korytarzy zalanych świtem.
I - jeśli miałby być ze sobą szczery - nie był pewien, czy to wciąż jego przedłużający się sen, czy rzeczywistość.
-VVV-
— Będziemy gościć tu nowego nauczyciela Eliksirów — powiedział Dumbledore, stawiając herbatę na blacie swojego biurka tego samego dnia po śniadaniu, a Harry, przesuwając wzrokiem po obłokach pary unoszących się znad filiżanki, po głębokich zmarszczkach na jego kościstej, starczej dłoni, po talerzu ciastek pokrytych czekoladą, czuł się, jakby dryfował - jakby był małą, niezdarną łódką kołysaną na falach czasu.
— Ach — pokiwał głową własnym myślom, wyrzucając je z ust, jak za sprawą Veritaserum — déjà vu.
— Co mówiłeś, Harry? — Niebieskie oczy Dumbledore'a zogniskowały się na jego twarzy, a Harry miał wrażenie, że wpadł w ich objętość jak kamień w wodę. I pomyślał, że nie powinno tak być: jego podręcznik Wróżbiarstwa twierdził zawsze, że wpadanie do wody to przestroga - dlatego zamrugał i przetarł oczy, jego twarz była ciepła, palce szorstkie od zbyt licznych przetarć od różdżki.
Przechylił głowę.
— To sen — zadrapał paznokciami krawędź biurka, ale ta zdawała się stabilna, twarda i solidna pod jego palcami; rozejrzał się po gabinecie - wszystko zdawało się stać we właściwym miejscu: kruche instrumenty Dumbledore'a, solidne, drewniane meble, półki uginające się pod ciężarem książek; tak bardzo realistyczne, że to prawie przerażało. — Wszystko jest takie stabilne — przyznał cicho przed samym sobą — poza mną — nie dodał. Czuł, jakby unosił się ponad podłogą, jakby jego umysł wirował po pomieszczeniu jak bączek-zabawka. — A mimo wszystko: to sen — spojrzał w pomarszczoną, przeoraną cieniami zmęczenia twarz Dumbledore'a — prawda? — zapytał.
Prawdziwy-nieprawdziwy Dumbledore przyłożył dłoń do czoła i nie odpowiedział.
-VVV-
— To, z czym przychodzi nam walczyć, nigdy nie jest ustalone raz na zawsze, wciąż podlega zmianom, jest niezniszczalne — powiedział Severus Snape, krążąc między ławkami jak dementor.
Kiedy oczy większości szóstorocznych Gryfonów zwróciły się w jego stronę, Harry miał wrażenie, że coś lepkiego osiada mu w klatce piersiowej - coś jak odważnik. Kiedy siedząca w ławce przed nim Hermiona odwróciła się ku niemu, odsuwając gestem dłoni sprężyny włosów skaczące po jej czole i policzkach, a potem przełknęła ślinę i niezbyt dyskretnie oznajmiła: „To niesamowite, on brzmi zupełnie jak ty", Harry pomyślał, że po prostu wciąż się jeszcze nie obudził.
-VVV-
Miał zdrętwiałe ręce. I nogi. Nie mógł poruszać palcami. Serce waliło mu o piersi, jakby dobijało się do zamkowych wrót, żądając, aby je wpuszczono. Jego oddech kołatał się o jego zęby jak niemy krzyk.
Snape przeszedł wzdłuż ściany, wskazując gestem dłoni makabryczne sceny uwiecznione na niemych, ruchomych obrazach. Krwawa masa ściekająca po ścianie (nieudany pojedynek z inferiusem — zaznaczył spokojny głos Snape'a, docierający do niego jakby z oddali), wijące się w konwulsjach ciało, bezgłośnie wzywające pomocy (efekt zaklęcia Cruciatus — spojrzał na nich Snape zza gęstych rzęs), garstka popiołu na osmolonym chodniku (spotkanie ze smokiem — przechylił głowę Snape, przeciągając palcami wzdłuż ciemnej, grubej ramy).
Nie wiedział, dlaczego nie może się obudzić.
-VVV-
Czuł własne serce drżące pod piersią jak niewielkie, skulone zwierzę, kryjące się w ciemnym kącie. Puls w zagłębieniu jego gardła migotał jak popsuta, mugolska żarówka. Jego palce były ciężkie jak odważniki, miał wrażenie, że jeśli spróbuje je unieść z blatu, nie podoła.
Przeniósł oczy na pobladłe dłonie, leżące przed nim na pergaminowych stronach notesu jak dwa martwe organizmy, próbując zwalczyć suchość w gardle i tępe tętnienie mające swoje źródło gdzieś na tyłach jego głowy.
— Harry — spostrzegł dłoń Hermiony pojawiającą się jak wyciągnięta z próżni i lądującą na jego białych jak kreda, odrętwiałych palcach. — Wszystko w porządku?
Spróbował złapać oddech i kiedy uznał, że jest w stanie to zrobić, zaciągnął się powoli i wolno zatęchłym powietrzem lochów.
— Chciałbym się już obudzić. — Uśmiech, który przywołał na swoje usta, był drżący, piekący jak diabli. Własny głos docierał do niego jak z oddali. Uniósł wzrok na ciepłe, pełne troskliwego zaniepokojenia oczy Hermiony. Wszystko wewnątrz niego drgało jak wprawione w rezonans - jakby emocje wibrowały w jego ciele jak na szturchniętej strunie. — Dlaczego ten sen się nie urywa? — zacisnął mocno palce na ciepłej dłoni Hermiony, która zmrużyła na niego pełne niepokoju, brązowe oczy. — Hermiono... — wyciągnął dłoń; kosmyki włosów, zaplątały się wokół jego palców, kiedy je przeczesywał — on trwa i trwa, i trwa jak zapętlone koło. A ja nie chcę go dalej śnić. Czy... mogłabyś mnie obudzić? — poprosił; własny głos leżał na języku jak głaz.
-VVV-
— Zawsze cię podziwiałam, Harry — powiedziała Luna, biorąc go za rękę w tłumie krzyczących gardeł i roześmianych ust. — Za to, że z nim walczyłeś, choć miałeś tylko czternaście lat. Za to, że się odważyłeś. Za to, że udało ci się uciec — uśmiechnęła się, przyglądając mu się dużymi, srebrnymi oczami; w jej źrenicach było rozleniwienie. — Jak to zrobiłeś? — przechyliła głowę Luna, a Harry wzruszył ramionami, jakby strącał z nich niewidzialny puch.
— Moja matka kazała mi iść z wiatrem w zawody — odrzekł ciężko Harry, pocierając skronie, zastanawiając się, czy w jego oczach także kryje się tak wielkie otępienie, jakie dostrzegał w oczach Luny Lovegood.
Luna skinęła głową i puściła jego dłoń; jakby w jego słowach nie znalazła nic dziwnego.
-VVV-
— Nawet mnie nie zapytała — zaśmiał się głucho Harry, stojąc pod wieczór w gabinecie Snape'a, myśląc (bojąc się), że szalony rozumie się z szalonym — nawet nie zakwestionowała.
— Słucham? — zmarszczył na niego brwi Snape, spoglądając na niego znad otwartego dziennika drugorocznych Puchonów.
— Luna Lovegood — oblizał wyschnięte wargi Harry — kiedy powiedziałem jej, że kiedy miałem czternaście lat, a Voldemort powrócił, wszcząłem ucieczkę z tego ponurego cmentarza, bo matka mi kazała — uniósł spłoszony wzrok na czarne, wnikliwe oczy; w uszach mu dzwoniło. — Nawet nie zapytała, jak to, na wszystkich bogów, możliwe.
-VVV-
Najgorsze koszmary nie były wcale zbudowane z duchów, demonów i przerażających, magicznych stworzeń. Najgorsze koszmary nie polegały na spadaniu z wysokości i byciu zalewanym pokładami lodowatej wody, wdzierającej się do płuc. Najgorsze koszmary nie były pełne trzasków i przelanej krwi.
Najgorsze były te, w których nic nie czuł; nic poza strachem, który nie miał nawet fizycznego źródła. Te zalane ciemnością, pustką, nicością, która oblepiała go nieznanym lękiem, zalewała i paraliżowała jak taser. Na tym właśnie polegał problem - że wewnątrz tych koszmarów przestawał czuć cokolwiek, cokolwiek poza strachem. Strach był wszechobecny. Strach był materialny. Strach był jak miękka, lepka modelina wepchana do gardła, blokująca przepływ powietrza. Jak zainfekowana rana, która wcale nie chce się goić.
-VVV-
Nie był pewny, jak to się stało, że klęczał na tym samym dywanie, w którym tak często - zaledwie kilka miesięcy temu - zatapiał policzek, palce, ramiona; nie był pewny, kiedy się tu znalazł i kto go wpuścił, wiedział tylko, że jego serce piekło, piekło, piekło, paliło jak kwas wylany na nagą skórę, palący, żrący, toksyczny, wiedział, że czarne oczy leżą na skórze jego twarzy jak zimne światło księżyca, wiedział, że zginał się w pół, obejmując ramionami żebra, że wykrzywiał usta, próbując powstrzymać zdławiony okrzyk bólu.
— Wybacz, że zawracam ci głowę — wydyszał przez zaciśnięte gardło; nie poznawał własnego głosu - był tak nienaturalny, tak zduszony — ale potrzebuję jakiegoś eliksiru, jednego, dwóch, dziesięciu. Daj mi cokolwiek — kołysał się to w przód, to w tył — choćby miało przyjść po tym otępienie, choćby miało to niepożądane skutki uboczne, choćby miało to mi zniszczyć wątrobę. Daj mi cokolwiek, co pozwoliłoby mi przetrwać do rana. Choćby to miała być łagodna trucizna. Przyjmę cokolwiek. Cokolwiek.
— Przestań — syknął przez zaciśnięte zęby Snape i brzmiał, jakby go karcił — Gryfoni nie błagają. To poniżej twojej godności, dzieciaku.
— Jest mi już wszystko jedno — uniósł oczy na ziemistą twarz, pozwalając dwóm, słonym stróżkom zrosić swoje policzki. W czaszce tętniło jak od odległych drgań, których szumu nie słychać gołym uchem, a jednak drażnią jak kłujący sweter. — Naprawdę, wszystko jedno — zakrztusił się łzami.
— Skończ z tym mazaniem się, Potter — wykrzywił się na niego paskudnie Snape; jego czarne oczy błysnęły niesmakiem. — I podnieś się, na litość Morgany, z tego okropnego dywanu.
Odetchnął głęboko zatęchłym powietrzem lochów, próbując uspokoić rozedrgane serce i zignorować przytępiający ból mający swoje źródło gdzieś na tyłach głowy.
— Może ja jestem chory? — wymamrotał, przyciskając palce do ust. — Nie chciałbym, żebyś pomyślał, że się nad sobą użalam, ale może, może to jest jakaś choroba? — pokręcił głową. — To ciągłe dzwonienie w uszach. Może to jeden z objawów? — odetchnął ciężko. — Może jest na to jakiś eliksir? Jakiś lek? Na te notoryczne bóle w skroniach. Nie mam apetytu, a kiedy wciskam w siebie jedzenie na siłę, dopadają mnie mdłości tak silne, że nie jestem w stanie przy nich myśleć logicznie. Boję się głośniejszych dźwięków, zatykam przed nimi uszy jak idiota. Jakby hałas mógł mi coś zrobić. Jakby mógł mnie skrzywdzić.
— To normalne — westchnął Snape, jakby się poddawał, przecierając palcami oczy; wyglądał na zmęczonego, kiedy parzył na niego z góry.
— Normalne? — wbił sobie paznokcie we wnętrza dłoni Harry; drażniące, niemożliwe do zbicia, chorobliwie nietypowe uczucie wwierciło się w jego mostek jak zaklęcie. — Normalne? — zacisnął oczy, chwytając palcami nasadę nosa. — To, że duszę się powietrzem, jest normalne? To, że ciągle się czegoś boję, nie mogąc nawet określić, co jest źródłem tego strachu, to - to jest normalne? To, że cały świat wydaje mi się pozbawiony sensu, każdemu krokowi towarzyszy niepokój, a to przeklęte, przeklęte, po stokroć przeklęte poczucie winy przykleiło się do mnie, jakby nigdy nie miało już zniknąć, jest normalne, profesorze Snape? — zachłysnął się powietrzem. — A to, że dwadzieścia cztery godziny na dobę pęka mi czaszka, też jest normalne, profesorze? To też jest normalne?
Skrzywienie na twarzy Snape'a pogłębiło się, w tych przeoranych cienkimi jak nici zmarszczkami rysach coś drgnęło - coś ledwo dostrzegalnego, wątłego, coś, co łatwo by było przegapić komuś, kto nie analizował emocji na tej ziemistej, wychudłej twarzy tak wiele, wiele razy.
— Potter — wypuścił powietrze Snape, jakby je wstrzymywał i spojrzał na niego przez palce, jakby coś w twarzy Harry'ego raziło go w oczy. Pokręcił głową. — Czy tobie się wydaje, że jesteś jedynym człowiekiem na ziemi, który nosi w sercu jakąś traumę? — Jego twarz była blada, bledsza niż zazwyczaj - Harry nie od razu to zauważył; patrzył na niego tak, jakby klęczący w jego gabinecie nastolatek przyprawiał go o ból głowy. — Czy tobie się wydaje — pokręcił głową Snape — że jesteś jedynym człowiekiem na ziemi, który jest skażony piętnem urojonej czy też nieurojonej winy?
Harry się wzdrygnął, kiedy chłodny dreszcz przemknął w górę i w dół po jego karku.
— Myślisz, że na to istnieje jakaś recepta? — prychnął, mierząc go z góry na dół świdrującym wzrokiem. Uśmiechnął się bez rozbawienia; w kącikach jego ust majaczył sceptycyzm. — To należy przechorować — zaznaczył, przyglądając mu się niechętnie zza zmrużonych powiek. — To należy odcierpieć, Potter.
-VVV-
Harry'emu przeszło przez myśl, że był w błędzie - a Snape wiedział dużo, dużo więcej o jego obecnym stanie, niż przypuszczał.
-VVV-
— Idź do dormitorium i prześpij się dzieciaku — warknął Snape, chwytając w dłoń jego brodę tak mocno, że Harry był pewny, że następnego dnia znajdzie komplet różowawych sińców na twarzy, kiedy uniesie głowę na zmizerniałe odbicie w lustrze. — Masz oczy pełne popękanych naczynek. Marnujesz się.
— Nie potrafię — przecisnął przez zęby Harry — tego nie czuć.
— Bardzo dobrze — wzruszył ramionami Snape. — Gdybyś tego nie odczuwał, wtedy - wtedy miałbym podstawy, aby się mocno niepokoić.
-VVV-
Harry zaprzyjaźniał się z zamkowymi duchami - czuł się z nimi silniej związany niż kiedykolwiek wcześniej. I choć często puszczały mu nerwy (jak możesz nie wiedzieć, Nick, jak możesz nie wiedzieć, jak jest po drugiej stronie, przecież jesteś, do cholery, martwy!), dowiadywał się, jak wiele emocji wciąż tętni w tych nieważkich, lekkich marach, na które (tak często) tak mało ludzi zwracało uwagę.
Dowiedział się, jak wiele mają oni do powiedzenia, gdyby tylko ktokolwiek zechciał ich posłuchać (opowiedz mi raz jeszcze, o tym, jak umarłaś, Marto), dowiedział się, że wciąż może przemawiać przez nich zazdrość (nie jesteś wcale perfidna, Heleno, nie mów tak o sobie, jak na moje oko, jesteś po prostu bardzo zraniona), dowiedział się, że może przygniatać ich poczucie winy (dlaczego wszędzie targasz za sobą te łańcuchy, Baronie, wyglądają, jakby ci ciążyły?). Dowiedział się, jak zginął Prawie Bezgłowy Nick, wiecznie roześmiany, wiecznie strojący sobie żarty ze swojej przypadłości, a potem nie mógł spać przez dwie noce z rzędu, śniąc koszmar zroszony krwią, który nawet nie należał do niego (tak mi przykro, tak bardzo, bardzo przykro, Sir Nicholasie). Dowiedział się, że zamek nawiedza duch człowieka, który brał udział w rewolucji angielskiej (dlaczego nazywają cię Kawalerem, Lordzie Daben?) i spędzał całe godziny na słuchaniu nie bez niedowierzania o Anglii lat tysiąc sześćset pięćdziesiątych. (Czyli w tym zamku był kiedyś klasztor?) zagadał nawet do Grubego Mnicha, a ten spojrzał na niego z góry - biało-perłowa masa drgająca w powietrzu jak para wodna - i uśmiechnął się do niego tak miękko i tak dobrodusznie, że Harry wnet zapałał do niego szczerą sympatią.
Dowiedział się rzeczy, których nie nauczają na szkolnych zajęciach.
— A więc duchy są śladami po duszy człowieka? — zapytał raz Helenę, przekrzywiając głowę. — Duchy są jak kropla spadająca do oceanu?
Potem powtórzył jej słowa na Obronie, kiedy Snape, zerkając na niego krzywo, wywołał go do odpowiedzi.
— Duch to enigma — uśmiechnął się, czując ciężar w gardle, przyklejając oczy do własnych dłoni, bez zerkania w górę wiedząc, że jest obserwowany przez co najmniej połowę studentów — to dusza, każda osobna, indywidualna, każda tak bardzo różna od pozostałych — odetchnął głęboko; serce ciążyło mu pod skórą. — Duch to poczucie winy, to wstyd, jak Krwawy Baron. Duch to bezradność i melancholia, jak Szara Dama. Duch to okaleczony za życia człowiek i duch to lęk przed śmiercią. Czasem te dwie rzeczy łączą się razem w jedną, wielką traumę i z tej sumy również powstaje duch. Jak Nick. Duch to gniew, to krnąbrność, to osaczenie, jak Irytek. Duch to zwątpienie, to niepokój, jak Gruby Mnich. Duch to zlepek wielu, wielu silnych emocji — umilkł, gdy zdał sobie sprawę z tego, że w klasie zapadła martwa cisza, w którą jego słowa wpadały jak małe, ostre kamyki. Przełknął, aby oczyścić gardło i odważył się na uniesienie wzroku na milczącego, wbijającego w niego ciężkie do poddania jakiejkolwiek interpretacji spojrzenie, Snape'a. I dodał do słów wyjętych z ust Heleny słowo od siebie: — Duchy mogą być dla każdego czym innym. Dla mnie na przykład... — zawahał się, kiedy na granicy postrzegania mignęły na niego szare, ciepłe oczy; miał wrażenie, że słowa stoją mu kością w gardle; lekki skurcz pochwycił w swoje pęta mięśnie jego twarzy — dla mnie duch to nic innego jak nierealne marzenie.
Snape przegonił wszystkich z sali, jakby się paliło.
-VVV-
— Ludzie myślą, że Krwawy Baron nosi te łańcuchy, żeby straszyć — powiedział sztywno Harry, kiedy Snape zastał go siedzącego we wnęce okiennej z końcówką tlącego się papierosa między palcami kilka dni później, w nocy. — Jakby nie wiedzieli, że wina jest jak uczucie bycia uwięzionym. Że to desperackie pragnienie ucieczki od czegoś, od czego nie można uciec.
-VVV-
— Mam ci do zakomunikowania dwie, ważne rzeczy — pokręcił głową Snape, spoglądając na niego z cienia wysokiej ściany, dotykając palcami drewnianej ramy zawieszonego na niej obrazu. — Pierwsza, którą powinieneś sobie wreszcie przyswoić, bo nie uśmiecha mi się na okrągło ci o tym przypominać: to nie twoja wina, że zginął Syriusz Black. Druga: on nie wróci, to nie jest jego przeznaczenie, ten twój niemożliwy chrzestny nie wróci.
Harry, choć zarobił tym sobie minus dziesięć punktów od Gryffindoru, powiedział mu, żeby się odpieprzył.
-VVV-
Po tej krótkiej wymianie zdań nie płakał chyba tylko dlatego, że nie miał już sił. Miał wrażenie, że jego krew zmieniła się w metal, w ciekłą miedź. Chwycił szyjkę butelki, potrzebując czegoś, co wymyłoby cały ten ból z jego ciała, nawet jeśli kończył wstrząśnięty drgawkami, gdy denko wyłaniało się spod cieczy.
— To zabawne, że nie zawróciłeś — przyłożył czoło do chłodnej tafli szyby, mocniej zaciskając palce na do połowy opróżnionej butelce — a twój duch i tak budzi mnie po nocach.
