.

Rozdział 3

Codzienne, duszne trwanie

.

Gorące słońce prażyło mu skórę, a zaczerwienione plamy rozlewały się na jego odsłoniętych ramionach i obojczykach. Harry wcisnął się głębiej w cień rozlewający się gładko pod drzewem nad rozległym jeziorem i odetchnął głęboko gorącym powietrzem leżącym jak magia na skórze. Zmierzwił dłonią zlepione potem kosmyki włosów i zerknął w stronę ganiącego go Snape'a, zastanawiając się, jak to możliwe, że nie rozpływa się w słońcu, chodząc owinięty szczelnie tymi czarnymi, długimi szatami, trzepoczącymi na wczesnojesiennym wietrze.

— ...to wtedy może włączyłbyś, Potter, myślenie? Nie po to dyrektor otacza szkolne mury potężną magią ochronną, wiesz? Nie po to wyznaczone są takie, a nie inne zasady, żebyś ty, Potter, szlajał się po błoniach, mając wszystkie wytyczne w głębokim poważaniu. Trwa wojna, wiesz? A ty nie jesteś nieśmiertelny. A może za takiego się uważasz? Masz się za niepokonanego, Potter? — dywagował, łypiąc na niego wściekle spod długich rzęs, z ramionami założonymi na piersi; Harry miał głęboką ochotę wywrócić oczami, ale uniósł w zamian brwi i milcząco czekał, aż żar w oczach Snape'a przygaśnie. — Dziesięć punktów od Gryffindoru, Potter. Dziesięć punktów. Za idiotyzm. Za łamanie podstawowych reguł. — Snape przerwał, oddychając głęboko; płatki jego nosa drgały w niemej furii.

Harry pokręcił głową i skrzywił się nieznacznie. Rozumiał, o co cały ten harmider. Wiedział, jak wiele tumanów nosi ta ziemia, że Voldemort werbuje nowych - a co za tym idzie: niskich rangą - Śmierciożerców, którzy mogą nie być skonfrontowani z wieloma aspektami jego zamiarów, którzy mogą nie być świadomi cichej komitywy, która nieoficjalnie zapadła między Chłopcem, Który Przeżył a Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, którzy mogli znaleźć sposób, aby zakraść się na tereny Hogwartu i porwać się na zdrowie Harry'ego. Nie rozumiał jednak, skąd to absolutne przeświadczenie o tym, że Harry sobie z nimi nie poradzi, jeśli zajdzie konieczność samoobrony.

— Jak zawsze — podrapał się po szyi Harry, ofiarowując Snape'owi skwaśniały uśmiech — wątpi pan w moją biegłość w walce. Nie wierzy pan w mój szósty zmysł odpowiedzialny za błyskawiczne reagowanie na niebezpieczeństwo. Po pierwsze, istnieje we mnie jeszcze pewien impuls do działania. Po drugie — westchnął — zamkowe błonia leżą w obrębie magii ochronnej, o czym doskonale pan wie. Po trzecie i najważniejsze, jest może ze dwadzieścia pięć stopni w cieniu, a ja nie jestem sardynką, żeby kisić się w tej puszce — skinął głową w stronę wysokich fasad zamku — do utraty tchu.

Snape zmrużył na niego oczy i nie odpuścił (nie, żeby Harry się tego po nim spodziewał).

— Wracaj do zamku, Potter — warknął, obnażając na niego zęby — jeśli nie chcesz, żeby Gryfoni stracili kolejne punkty za nieposłuszeństwo wobec nauczyciela.

Harry spojrzał kątem oka na majaczące na granicy Zakazanego Lasu dwie, obściskujące się sylwetki z rozwianymi włosami i słońcem w oczach. Choć starały się ukryć za niewielkim wzniesieniem, nie były wcale całkowicie niewidoczne spod jeziora. Nie istniała możliwość, aby Snape ich przeoczył.

Korciło go, aby zapytać, dlaczego, na wszystkich bogów, ze wszystkich uczniów, których miał pod swoją pieczą, to właśnie on - Harry Potter - zasłużył na specjalne względy ich ponurego, aspołecznego profesora. I jak wiele z jego uwagi zyskał tym, że stracił. Stracił ostatniego, żywego protektora, który w świetle prawa mógłby wziąć go pod opiekę.


-VVV-


Na gałęzi grzał się wąż. Jego miedziane jak knuty łuski niemalże wtapiały się kolorytem w drewno nagrzane od słonecznych promieni. Ogon miał zawinięty wokół gałęzi, głowa spoczywała luźno na jednym z konarów.

Kiedy Harry go zauważył, przez moment obserwował jego lśniące w słońcu łuski; a potem ostrożnie wyciągnął rękę.


-VVV-


Skąd się tu wziąłeś, piękny? — zasyczał Harry; język węży zabrzmiał tak naturalnie w jego ustach, jakby ostatni raz posługiwał nim się zaledwie wczoraj; wąż drgnął i uniósł łeb w stronę Harry'ego; jego rozdwojony język wystrzelił spomiędzy dwóch, lśniących w słońcu kłów, badając skrupulatnie ruchy powietrza.

Snape spojrzał w kierunku gałęzi i zastygł w bezruchu; jego czarne źrenice połknęły tęczówki. Harry przekrzywił głowę.

Bez obaw, piękny — zwrócił się do węża Harry; syk zabrzmiał miękko w jego ustach — nie zamierzam cię skrzywdzić. Chcę tylko przyjrzeć się bliżej twoim wspaniałym łuskom. Jesteś tak wspaniały. Tak doskonały — schlebiał mu Harry - kusił, czekał, aż ten wykona swój ruch.

Kim jesteś? — zapytał wąż; w jego syku czaiła się ostrożność.

Harry pozwolił sobie na polubowny uśmiech.

Przyjacielem — wyszeptał.


-VVV-


Oczy miał pomarańczowe jak dwie tarcze słońca. Jego muskularne ciało owinęło się wokół ramienia Harry'ego w podobny sposób, w jaki chwilę wcześniej otaczało grubą gałąź. Podniósł na Harry'ego łeb, przekrzywiając go z ostrożnym zaciekawieniem i wystawił na wierzch cienki jak igła chirurgiczna język, badając czujnie otoczenie. Harry wyczuł jego niepokój, jakby ten promieniał ze śliskiego cielska. Uśmiechnął się łagodnie, czekając cierpliwie, pozwalając mu badać nowe położenie, dając mu czas, aby odczuł jego własny spokój, chcąc, aby ten mu się udzielił.

Długi, masywny gad sprawdzał jego wiarygodność; a Harry mu na to pozwalał.

— Co ty robisz, Potter? — wyszeptał Snape, a potem wstrzymał powietrze; chudy gad momentalnie obrócił głowę w kierunku źródła głosu i zasyczał ostrzegawczo, przeciągle, surowo.

Harry, nie spuszczając oczu z węża, przyłożył dłoń do jego cielska i zaczął powoli, uspokajająco gładzić lśniące łuski.

Już dobrze — jego głos był czuły, jakby przemawiał do kilkuletniego dziecka. — Spokojnie, piękny, nic ci nie grozi.

Czuł, jak napięte mięśnie owinięte wokół jego ramienia rozluźniają się nieznacznie.

Nie grozi ci przy mnie żadne niebezpieczeństwo — zapewnił Harry, obiecywał, przyciągał go do siebie.

Wąż obrócił powoli głowę i ponownie utkwił dwa, żarzące się jak węgle ślepia w jego twarzy. Palce Harry'ego gładziły monotonnymi ruchami migoczące w słońcu łuski. Kiedy pionowe źrenice węża skierowały się na jego własne, palce Harry'ego zawahały się na mniej niż sekundę, zanim wróciły do cichej pieszczoty. Spokojnie odwzajemniał spojrzenie wijącego się w jego ramionach gada.

Zamierzasz mnie zaatakować, piękny? — zapytał cicho Harry; w jego tonie pobrzmiewała subtelna groźba. — Czy wyglądam na kogoś, kto zamierza cię skrzywdzić?

Wąż jeszcze przez chwilę patrzył mu prosto w oczy; a potem spuścił wzrok.


-VVV-


Snape przyglądał mu się bez słowa - jak oswajał stopniowo węża, jak gładził uspokajającym gestem miękkie łuski, jak przemawiał do niego powoli, nie spuszczając go z oczu.

I kiedy Harry uniósł wzrok na czarne oczy, przekrzywił głowę i zapytał: „Chciałby go pan potrzymać?", wargi Snape'a wykrzywiły się w niemym niedowierzaniu.

— Chyba się tego nie spodziewałem — powiedział gładkim, monotonnym tonem Snape chwilę później, kiedy wąż spokojnie spoczął na jego ramionach jak szal.

Harry pokręcił z rozbawieniem głową.

— Że pozwolę panu potrzymać węża? — zaśmiał się cicho, zaglądając w czarne oczy, niespuszczające wzroku z tkwiącego przy jego ciele gada.

— Że będziesz się z nim obchodził z większą łatwością, niż niejeden wychowanek domu Slytherina — sprostował Snape i - choć Harry wyłapał to tylko dlatego, że w ostatnim roku spędził z nim zdecydowanie zbyt wiele czasu - brzmiał tak, jakby go otaczał szacunkiem.


-VVV-


— Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić — wycedził przez zęby Snape, rozglądając się wściekle po klasie podczas zajęć z Obrony Przed Czarną Magią — dlaczego za każdym razem, kiedy tłumaczę, wyjaśniam albo pokazuję wam cokolwiek związanego z techniką obrony, gapicie się na Pottera jak cielęta w malowane wrota?

Ku wszechobecnemu zdumieniu odpowiedział mu Neville - odchrząknął i uniósł wysoko brodę.

— Prawdę mówiąc — wzruszył ramionami, spoglądając Snape'owi w oczy — wszystko, co pan mówi, przekazuje pan nam w taki sposób, w jaki przez rok przekazywał nam Harry. To znaczy... — zwilżył wargi czubkiem języka — chodzi mi o to, że mówi pan tak, jakby wyjmował mu pan słowa z ust.

Harry westchnął i podniósł wzrok z blatu biurka, w które od kilkunastu minut konsekwentnie się wpatrywał.

— Obawiam się, Neville — zerknął w brązowe oczy przyjaciela Harry — że to ja brzmię tak samo jak on, a nie na odwrót.


-VVV-


Na dzielonej Obronie Gryfoni-Puchoni Snape zaczął dobierać ich w pary, zapowiadając trenowanie pojedynków. Harry przyglądał się chwilę wydzielonym parom, rozstawianym po kątach przez Snape'a, obracając różdżkę w palcach. A potem powiedział: „nie".


-VVV-


Studenci zamarli w oczekiwaniu, kiedy Snape odwracał się bardzo powoli w kierunku Harry'ego, który przetrzymał jego świdrujące, ostre spojrzenie

— Ma pan jakieś obiekcje, panie Potter? — zabrzmiał, jakby z niego szydził, ale czarne oczy otaksowały z rozwagą rysy jego twarzy.

— Owszem — potwierdził Harry, zakładając dłonie za plecy, nie zważając na wiercące mu dziurę w karku spojrzenie Hermiony.

— Harry, co ty... — mruknął Ron, ale Harry uciszył go ruchem głowy.

— Przydziela pan Neville'owi Lavender — zagłuszył go Harry, przechylając głowę, spoglądając w stronę rzeczonej czarownicy. — Z całym szacunkiem dla Lavender — skinął jej głową Harry, a ta zarumieniła się w odpowiedzi i poprawiła kokardę na włosach — jest bystra i zdolna, ale dla Neville'a pokonanie jej, to jak splunięcie. Ze względu na uprzejmość wymieniałby z nią zaklęcia przez jakiś czas, a potem rozbroił z dziecinną łatwością. Taka walka nic nie wniesie w ich umiejętności i w moim odczuciu pozbawiona jest sensu. — Harry przyjrzał się Neville'owi, który wyszczerzył do niego zęby w uśmiechu; przechylił głowę. — Przydzieliłbym mu Hermionę.

Harry, ignorując wlepione w niego spojrzenia, wyszczerzone zęby Gryfonów i kilka prychnięć od strony Puchonów, ruszył pomiędzy rówieśnikami, przyglądając się z rozmysłem każdemu z nich.

Snape przechylił głowę, unosząc wysoko jedną brew i - ku ogólnemu zdumieniu - milcząco obserwował jego przemarsz przez salę.

Harry podszedł do Neville'a i bezceremonialnie wyrwał mu różdżkę z dłoni.

— Co to jest? — zapytał, przechylając głowę, machając mu jego własną różdżką przed twarzą; Neville spiekł raka i nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

— Harry... — mruknął Neville, patrząc na niego błagalnie, jakby podejrzewał, że Harry zakończy ich ciągnący się od roku spór jak za pstryknięciem palców — mówiłem ci już, że nie mogę jej zmienić. Moja babcia...

— Z całym szacunkiem dla twojej babci, Neville — przerwał mu Harry, tłukąc go z lekka rączką jego różdżki po nosie — ale potrzebujesz różdżki, własnej różdżki. Mówiłem ci już tysiące razy: to różdżka wybiera czarodzieja, a nie czarodziej różdżkę. A ta różdżka — Harry uniósł nieznacznie różdżkę Neville'a, a ten wlepił w nią trwożne spojrzenie, jakby obawiał się, że Harry zniszczy ją na jego oczach — cię nie słucha.

Neville poruszył się nerwowo, zerkając kątem oka na przysłuchującą się im klasę.

— Przecież wiesz, że rzucałem tą różdżką... silne zaklęcia — wymamrotał niepewnie Neville — to dobra różdżka i potrafię...

— Matko, Neville! — zirytował się Harry, zaciągając się głęboko zatęchłym powietrzem lochów. — Rzucałeś nią potężne zaklęcia, bo to ty jesteś potężny! A ta różdżka — zamachał mu nią przed nosem — ta różdżka jest nieposłuszna — pokręcił głową Harry i oddał mu z kwaśnym grymasem jego własność. — Ona wciąż należy do twojego ojca nie do ciebie, ty sam, na litość Merlina, mówisz o niej jako o różdżce twojego ojca. Magia, Neville, ma przez różdżkę przepływać, być jak woda w rurach, jak powietrze. Różdżka ma być jak rura w wodociągu, to tylko budulec, przez który cyrkuluje twoja magia, to tylko pewien element obiegu twojej magii. A ty ją przeciskasz, Neville, twoja magia nie przepływa przez tą różdżkę, Neville. Ona jest wypychana. — Harry pokręcił głową i machnął na niego ręką. — Ćwiczysz z Hermioną — rzucił na odchodnym. — Kiedyś ci ją złamię, jeśli się jej nie pozbędziesz, przysięgam — wymamrotał do siebie, ogniskując wzrok na Hermionie.

Przyjaciółka posłała mu szeroki, zadowolony z siebie uśmiech. Harry zerknął na Snape'a.

— Hermiona to niezwykle dobra czarownica — powiedział, podchwytując jego wzrok — ale ma skłonność do zbyt intensywnego analizowania wszystkiego podczas pojedynków.

Dziewczynie zrzedła mina.

— Tak — pokiwał głową Harry. — Nie ufa własnemu instynktowi. Zna więcej zaklęć, niż połowa z nas, ale spędza zbyt wiele czasu na zastanowieniu się, które z nich powinna rzucić, zamiast je po prostu rzucać. Hermiona zna wiele, wiele potężnych zaklęć — powtórzył Harry, a potem naparł na przyjaciółkę jednym, płynnym skokiem; ktoś krzyknął, ktoś coś zawołał, uczniowie rozpierzchli się pod ścianę. Hermiona zdążyła uchylić się przed jego zaklęciem, które z głuchym trzaskiem uderzyło w ścianę niedaleko drzwi wejściowych i nim Harry choćby mrugnął, odpłaciła się atakiem na atak.

Odpowiadała na jego zaklęcia, mamrocząc pod nosem; oczy w skupieniu utkwiła w ruchach jego nadgarstka, przy jej nosie wykwitły promieniście zmarszczki. Harry mógł przysiąc, że jest w stanie to usłyszeć - tysiące trybików przeskakujących w jej umyśle, obracających się, trących nawzajem. Umysł Hermiony wskoczył na pełne obroty - Harry był o tym przekonany.

Rozbroił ją po trzech minutach walki, kiedy - oboje zziajani - spoglądali na siebie poprzez salę, jakby nic innego i nikt inny nie istniał na ziemi. Burzliwe włosy Hermiony splątały się jeszcze bardziej, a na jej policzkach wykwitły różowe plamy. Zacisnęła z całych sił wargi, wyglądając na złą na siebie, że dopuściła do własnej przegranej w tym pojedynku - jakby sądziła, że tym razem cokolwiek może ulec zmianie.

Harry się uśmiechnął. Przywołał do siebie różdżkę przyjaciółki, wzdychając z lekka.

— Właśnie o tym mówiłem — wzruszył ramionami, kiedy oddawał Hermionie jej własność. — Za dużo czasu spędzasz na przywoływaniu w głowie inkantacji coraz to innych zaklęć, Hermiono — przechylił głowę. — Pojedynek to nie egzamin. Jeśli w trakcie pojedynku powtórzysz kilka razy to samo zaklęcie, nie wyskoczy spod ściany egzaminator, krzycząc, że nie zdajesz, wiesz?

Nikłe poruszenie w tłumie obserwujących ich osób powiedziało Harry'emu, że ten krótki pokaz wywołał wśród nich spodziewany efekt. Bardzo dobrze, w końcu o to chodziło: by nimi potrząsnąć, by postawić ich w sytuacji, w której zdadzą sobie sprawę, że walka i pojedynki, to nie przelewki; że jeśli przyjdzie pora, a oni nie będą na nią odpowiednio przygotowani, skończą stłamszeni, skrzywdzeni, a w najgorszej sytuacji: martwi.

Wyminął Hermionę, pstrykając palcami na Parvati.

— Parvati rzuca świetne Baubillous, niezgorsze Molliare, a jej Zaklęcie Pełnego Porażenia Ciała rozkłada człowieka na łopatki w ułamku sekundy. Problem pojawia się wtedy, kiedy w zasięgu jej wzroku walczy Padma. Wtedy, zamiast skupić się na własnej obronie, koncentruje się na swojej siostrze. I zazwyczaj leży i kwiczy kilka krótkich minut później. — Harry podszedł do rzeczonej czarownicy, przyglądając się jej twarzy utkwionej w jego własnej; była na nim - co przyjął z czystą satysfakcją - ta sama determinacja, którą pamiętał ze spotkań Gwardii Dumbledore'a. Skinął głową. — Po raz kolejny: nie wierzę, że to mówię, ale musisz przestać osadzać swoją uwagę na siostrze i skupić się na sobie. Jej obecność cię osłabia, dekoncentruje. Nie ochronisz jej, jeśli przez własną nieuwagę pozwolisz się zabić pierwsza. Na tym polega twój problem, Parvati.

Dzwiewczyna zagryzła dolną wargę i spojrzała szybko po otaczających ją ludziach, kuląc ramiona, jakby - co do niej niepodobne - wstydziła się tej nadmiernej uwagi.

— Nie rozumiesz, Harry — mruknęła pod nosem, jakby spodziewała się, że może ukryć własne słowa przed otaczającymi ich uczniami. — To moja siostra i...

— Rozumiem o wiele lepiej, niż ci się wydaje — przerwał jej Harry, mrużąc na nią oczy — ponieważ ja sam mam tendencję do szukania wzrokiem Rona i Hermiony, kiedy powinienem się skupić na sobie. Jednak w trakcie walki każdy musi być odpowiedzialny sam za siebie, jeśli zamierza przeżyć. Musisz nauczyć się co nieco samolubności, Parvati.

Parvati zagryzła dolną wargę i nie odpowiedziała; Harry uznał, że wygrał tę batalię na słowa.

— Jej można przydzielić Lavender. Lubią ze sobą rywalizować — uśmiechnął się lekko Harry — więc mają motywację, by dać z siebie wszystko.

Odwrócił się w stronę swojego najlepszego przyjaciela, wskazując na niego różdżką.

— Ron powinien ćwiczyć z Deanem. Ron to świetny strateg. Najlepszy, jakiego znam. Potrafi wykorzystać w walce to, co ma akurat pod ręką, choćby to była łyżeczka do herbaty. Z drugiej strony nadal ma problem z Zaklęciem Protego...

— Taa, wieeem, stary...

—...i powinien go sobie przećwiczyć — westchnął; Ron skinął mu głową, krzywiąc się cierpiętniczo. — Dean, z kolei — przeniósł wzrok na wysokiego mulata — ma słaby lewy bok.

— Ej! — fuknął Dean, zakładając ramiona na piersi.

Harry wzruszył ramionami.

— Przykro mi Dean, ale to prawda — oznajmił, nie szczędząc na oschłości. — Nie potrafisz się osłonić, kiedy zaklęcie nadchodzi z lewej. A Ron umie to wykorzystać. Obrócić twoje słabe strony przeciwko tobie. Właśnie dlatego powinniście trenować razem. Żebyś osiągnął wprawę w osłanianiu swojej lewej. Żeby w prawdziwej walce — zmiażdżył go wzrokiem — nie okazało się, że to właśnie stamtąd nadejdzie cios.

Rozłożył ramiona i spojrzał na Snape'a.

— Prawda jest taka, że znam słabe punkty większości z nich — oznajmił spokojnie, zastanawiając się, dlaczego profesor pozwala mówić mu to wszystko i nie przerywa, aby z niego zakpić, aby odjąć mu punkty, aby nazwać go zarozumiałym. — Mógłbym spisać z nich książkę na kilkaset stron. Wiem, co powinni szlifować, wiem, w czym są najlepsi, wiem, jak pokonać ich w trzech ruchach, bo znam ich słabości, ich niedopieszczone umiejętności, wachlarz zaklęć, którymi dysponują.

Płatki nosa Snape'a zadrżały, kiedy brał głęboki oddech; na jego twarzy zagościł mały, ironiczny, pełen perfidii uśmieszek.

— I co, Potter? — powiedział gładko, przyglądając mu się. — Powierzasz ich łaskawie w moje dłonie, tak?

Harry milczał dłuższą chwilę, obracając w głowie słowa Snape'a, jakby były banknotem, którego wartość nominału musi zrozumieć, a potem - bardzo powoli - skinął głową.

— Tak — odparł cicho — to jest dokładnie to, co właśnie robię.


-VVV-


Nie powinieneś tego robić" — oto co powiedział mu po odbytych zajęciach Snape: że nie powinien tego robić, a Harry skrzywił się i pozwolił, aby bura, którą ten mu sprawił, spłynęła po nim jak po kaczce. Pozwolił mu się złajać: za to, że przy wszystkich, za to, że otwarcie, za to, że jak dowód zaufania.

Harry wysłuchał całej tyrady, patrząc mu spokojnie w oczy.

To prawda: zrobił to. Wyciągnął słabości swoich przyjaciół, swoich kolegów, swoich rówieśników na wierzch, wywlókł je i złożył u stóp Snape'a, jak ofiarę, jak daninę. A Snape mógłby wykorzystać to przeciwko nim: oczywiście, że by mógł. Mógł to powtórzyć, komu by mu się żywnie spodobało, nawet ich największym wrogom, nawet Śmierciożercom, mógł sam dać im wszystkim do wiwatu, wiedząc, gdzie kryją się ich negatywy, niedostatki.

W ciągu tych zajęć Snape sprawił, że ci, którzy go nienawidzili, znienawidzili go jeszcze bardziej, a u tych, którzy pałali do niego jako-takim szacunkiem, skutecznie ten szacunek zmiażdżył. Dał im w kość, kilka osób wyszło z tych zajęć z płaczem, parę osób ze złamanym palcem, a niektórzy z magicznym wyczerpaniem.

Jego krytyka była ostra jak nigdy dotąd, jego docinki bolesne, a nagłe ataki, które przypuszczał na nic niespodziewających się uczniów szybko stały się głównym tematem rozmowy wśród szóstorocznych Gryfonów i Puchonów.

W Harrym uczucie frustracji mieszało się z niepokojem - w nierównych proporcjach.

— Snape — powiedział mu Harry, spuszczając wzrok na własne dłonie, zaciągając się głęboko dusznym powietrzem lochów — jeśli nie w tobie mam pokładać ufność — uśmiechnął się kwaśno do poobgryzanych paznokci — to w kim?

Nie otrzymał odpowiedzi.


-VVV-


— Czasami sam nie rozumiem, dlaczego tak bardzo go kochałem, wiesz? — powiedział Harry tego samego dnia pod wieczór, wdychając ciepłe, duszące kłęby powietrza zatykające mu płuca.

Stali w sowiarni, wyglądając na przykryte płaszczem cieni wzniesienia otaczające Hogwart - góry, doliny, las ciągnący się po horyzont, świecące bielą szczyty - w tym samym miejscu, z którego Harry wysłał na swoim czwartym roku tysiące listów przeznaczonych dla oczu tego jedynego człowieka, którego próbował nosić w sercu, którego starał się poznać i zrozumieć lepiej, a który już nigdy więcej nie zaśmieje się przy nim tym swoim szczekliwym, szczerym, rozbrajającym śmiechem.

Nie rozumiał, dlaczego był przy nim Snape - może go pilnował przed popełnieniem jakiegoś głupstwa, może go strzegł przed obłędem.

— Zawsze mówił mi, że jest gotów mnie wesprzeć — westchnął, mając wrażenie, że wiatr wysusza mu oczy — ale tak naprawdę był tylko trzydziestosiedmioletnim dzieckiem.

Harry oparł się o parapet, przykładając czoło do zimnej szyby, łykając skórą ostatnie promienie zachodzącego na różowo słońca.

— Ale potrzebowałem go, rozumiesz mnie? — zmarszczył brwi Harry, starając się ująć własne odczucia w słowa - co wcale nie było tak łatwe, jak oczekiwał. — Potrzebowałem tego trzydziestosiedmioletniego dziecka, choćby po to, żeby opowiadał mi o sobie. Jego życie było historią, wiesz? Jego życie... było jak opowieść. Jak baśń. Składało się z kilkudziesięciu akapitów, a on zawsze miał w rękawie anegdotę, którą mógł mi wyjawić.

Oblizał wyschnięte wargi i przymknął oczy. Oprawki jego okularów zastukały lekko o grubą szybę.

Snape milczał i obserwował go - jakby dawał mu czas do namysłu.

— Życie przemykało tuż obok niego — pokręcił głową Harrry — a on nie potrafił go uchwycić. Niekiedy wydawało mi się, że tęskni za czasami, kiedy był świeżo po Azkabanie, kiedy wałęsał się po Anglii, wykradając jedzenie z mugolskich domów, kiedy chodził brudny i obdarty, z poobcieranymi stopami i drzazgami pod paznokciami. Wydawało mi się, że tęskni za tym wszystkim, bo mógł wtedy żyć bardziej intensywnie, niż w czterech ścianach Grimmauld Place — odetchnął głęboko; powietrze pachniało ciepłem i ptasim pierzem. Harry wdychał ten zapach w płuca, czując się tak, jakby smakował go na języku.

Snape poruszył się, jego podeszwy zastukały głucho o drewniane, nagrzane słońcem deski, którymi wyłożona była sowiarnia. Oparł się o parapet i zajrzał w jego zalaną światłem z zachodu twarz. Do rękawa jego szaty przylgnęły skłębione drobiny kurzu.

— Mam to szczęście, że mnie słuchasz — przyznał - bardziej przed sobą, niż przed Snape'em - Harry, raczej wyginając z mechanicznością robota wargi, niż się uśmiechając — kiedy mam coś do wyznania.

Snape odwrócił od niego wzrok i milczał.


-VVV-


— Może nie powinienem ufać mu tak łatwo — wzruszył ramionami Harry, skrobiąc obgryzionym paznokciem krawędź parapetu, przesuwając palcem naręcza kurzu, wypisując w szarej, zimnej mgiełce swoje imię opuszką, na której wzbierał pył. — I może miał pan rację, biegnąc za mną do Wrzeszczącej Chaty, kiedy miałem trzynaście lat — podniósł wzrok na czarne, przypatrujące mu się oczy - były jak para dziur ziejących pustką na granicach wszechświata. — Ale, Merlin mi świadkiem, był on pierwszym człowiekiem, któremu gotów byłem oddać swoje serce — przygryzł wargę. — Chodzi mi o to — starał się wyartykułować własne myśli i przełożyć je na coś zrozumiałego — że nigdy nikogo nie uważałem za... czy ja wiem... swojego. Proszę mnie źle nie zrozumieć — zmarszczył brwi Harry. — Doceniam to, że pani Weasley otworzyła przede mną swój dom, doceniam to, że mówiła zawsze o mnie jak o swoim synu, ale... — zaczął skubać zawzięcie skórki przy paznokciach — pani Weasley zawsze była matką mojego najlepszego przyjaciela. Rozumie pan, co próbuję powiedzieć? Traktowała mnie na równi ze swoimi dziećmi, to prawda, ale to zawsze była matka Rona. To zawsze była pani Weasley.

Harry odgarnął z twarzy kosmyki włosów wpadających mu do oczu; ciemna, wypadła rzęsa przykleiła mu się do opuszka kciuka. Zdmuchnął ją i patrzył, jak wiatr przechwytuje ją w swoje objęcia i unosi poza zasięg jego wzroku.

— A Syriusz był mój, jakkolwiek samolubnie to nie zabrzmi — powiedział cicho Harry, ledwo poruszając przy tym ustami, patrząc na zapadający powoli zmierzch. — Był mój, kiedy się kajał we Wrzeszczącej Chacie, był mój, kiedy łaknął mojej uwagi, był mój, kiedy opowiadał mi o swojej młodości, był mój, kiedy przebąkiwał o latach spędzonych w Azkabanie. Mój ojciec chrzestny. Który mógł kazać mi na siebie uważać i nie miało to moralizatorskiego wydźwięku. Który mógł na mnie warknąć i nie znaczyło to, że przestałem go obchodzić. Który mógł mnie wyściskać, a ja nie czułem się przy tym skrępowany.

— Czy to znaczy — przyjrzał mu się Snape; samotna, pionowa zmarszczka wystąpiła pomiędzy jego brwi — że nie masz już żadnego... kompasu, który wskazałby ci twoje własne miejsce?

Harry zaśmiał się, rozciągając gorzko usta; stał naprzeciw Snape'a i śmiał się, w żaden sposób nie panując nad własną mimiką. Pokręcił głową i przycisnął dłoń do oczu, brudząc przy tym tłustymi plamami szkła swoich okularów; nie chciał, żeby Snape dostrzegł wyraz jego twarzy.

— Jest pan niemożliwie niedomyślny — przecisnął przez piekące wargi, starając się nie brzmieć nazbyt żałośnie. — To pan jest moim obecnym kompasem, do diabła. To pan, choć najwyraźniej nie zdaje pan sobie z tego sprawy, utrzymuje mnie przy zdrowych zmysłach.


-VVV-


Był jak podpora, która utrzymywała go w pionie. A Harry uchwycił się go i nie puszczał. I patrząc w jego ziemistą twarz, nie potrafił zrozumieć, kiedy wszystko potoczyło się w ten sposób, co sprawiło, że znaleźli się na takich, a nie innych pozycjach, kiedy nastąpiła ta przemiana, podczas której Snape przestał być dla niego ciężarem, a zaczął go podtrzymywać na duchu.

Choć Harry nie przypuszczał, żeby Snape w pełni przyjął to do świadomości, stał się jego ratunkiem, który wyciągał go z bagna uciążliwości życia.

Harry zaglądał w jego czarne, głębokie, migoczące w świetle świec oczy i zastanawiał się, jak wiele może ich łączyć, ponad tym, co ich dzieli.

— Jak to się stało — spytał go pewnego wieczora Harry, nerwowo zaciągając rękawy szaty na nadgarstki — że został pan podwójnym agentem?

Snape zmrużył oczy, spoglądając na niego ponad terakotową, porysowaną posadzką korytarza i pokręcił głową.

— Jesteś ciekawski jak kilkulatek — prychnął z pokpiwaniem, marszcząc na niego nos. — Czasami nie dowierzam, że masz już szesnaście lat.

Harry przechylił głowę, przyglądając się głębokim zmarszczkom, które figurowały przy jego ustach, dwóm pionowym bruzdom pomiędzy brwiami, cieniom pod powiekami.

— Robi się pan sentymentalny na stare lata — ocenił Harry, zanim ugryzł sie w język.

Snape prychnął i łypnął na niego nieprzychylnie, spode łba.

— Arogancki dzieciak — mruknął pod nosem i wyminął go z powiewem szaty, jakby ciekawość Harry'ego była mu nie na rękę.


-VVV-


Czasami oscylowali wokół tematu Syriusza Blacka; co nieco wytrącało Harry'ego z pantałyku, to że Snape zdawał się subtelnie podchodzić do tej kwestii, jakby obawiał się, że zbyt otwarte słowa mogą pozbawić Harry'ego gruntu pod nogami.

— Wie pan, to nie tak, że zapamiętuję się w tęsknocie — powiedział mu raz Harry, grzebiąc palcem w chropowatym odprysku na ścianie — ale na dobrą sprawę przywykłem do jego obecności — przygryzł dolną wargę, namyślając się chwilę. — To trochę tak, jakby pozwolono mi rozwinąć skrzydła, by potem je uciąć.

Snape - jak to miał w zwyczaju - pozwalał wyrzucać mu słowa w przestrzeń pomiędzy nimi.

— Syriusz Black — westchnął Harry, przymykając oczy — moje skrzydła.


-VVV-


— Syriusz Black nie uciekł z Azkabanu — mruknął raz Snape, spoglądając na niego kątem oka, krojąc w paski korzonki imbiru na długim blacie roboczym — z myślą, że mu zaufasz, Potter.

Harry uśmiechnął się mętnie do swojego odbicia majaczącego w przecieranych wilgotną szmatką fiolkach.

— Nie — pokiwał głową — to, na czym najbardziej mu zależało, nie miało nic wspólnego z zaufaniem — spojrzał na Snape'a i wyciągnął usta w uśmiechu, który zapiekł jego skórę jak kwas. — Jedyne czego chciał, to upewnić się, że nic mi nie grozi. Zapewnić mi bezpieczeństwo — odetchnął głęboko ostrym zapachem siekanego imbiru i przymknął oczy. — Spodziewał się, że będzie musiał mnie do siebie przekonać — przełknął ciężko ślinę Harry — przygotował się na to — odstawił na blat roboczy wytartą fiolkę i odłożył ścierkę na blat, patrząc na gładkie, lśniące smugi, jakie ta po sobie pozostawia. — Wie pan - tam, we Wrzeszczącej Chacie, kiedy nie poznałem jeszcze jego wersji wydarzeń, jak ostatni idiota rzuciłem się na niego z pięściami — przełknął gorzką gulę, która utkwiła mu w gardle i odchrząknął, zbierając w sobie siłę, by przecisnąć słowa przez odrętwiałe usta. — A on mi na to pozwolił — wzruszył ramionami, nie patrząc Snape'owi w oczy; jego głos brzmiał płytko na jego języku, słowa zdawały się chropowate jak papier ścierny — ot tak, po prostu, pozwolił mi tłuc się po ramionach, rozkwasić nos, kopać po kostkach — uśmiechnął się bez rozbawienia Harry; usta drżały, nie zamierzając długo utrzymać rozciągniętych kącików. Miał sucho w gardle. — Jakby sądził, że mam do tego prawo. — Harry westchnął i wzruszył ramionami, siląc się na obojętność. Puste spojrzenie łypnęło na niego z odbicia w przetartym szkle. — Nie pomyślałem — przełknął ciężko Harry — nawet się nie zastanowiłem: zwyczajnie się na niego porwałem, a on się nie osłonił. — Harry zmarszczył czoło i przysiadł na odsuniętym nieznacznie od blatu krześle. — To powinno dać mi do myślenia, prawda? To, że on nie reaguje. — Utkwił wzrok w ścianie. — A dopiero Remus mnie od niego odciągnął. Dopiero Remus.

Snape wypuścił powoli powietrze przez nos - trochę, zdaje się, z rezygnacją; odłożył na blat roboczy nóż, którym kroił ingrediencje i oparł się o jego krawędź, ogniskując dziwne pod względem interpretacyjnym spojrzenie w Harrym: coś jak zgryzota, ale nie do końca.

Potter — westchnął, świdrując go wzrokiem; Harry zmarszczył na niego brwi — powiedz mi raz, a wyraźnie. Muszę to od ciebie usłyszeć. Dlaczego, kiedy dowiedziałeś się o tym, że dostarczenie tej nieszczęsnej przepowiedni Czarnemu Panu to moja sprawka, nie podniosłeś na mnie różdżki?

— Nie wiem — przyznał zgodnie z prawdą Harry, skrobiąc paznokciem jakąś zaschniętą pozostałość na blacie. — Może jestem psem Pawłowa — uśmiechnął się mętnie — na wyrzuty sumienia.