.
Rozdział 4
Wiecznie żywe echo przeszłości
.
— Czas jest bezlitosną, matematyczną pułapką, Potter — prychnął Snape, zaciskając dłoń na oparciu fotela; Harry mógł dostrzec niebieskawe żyły odcinające się na bladawej skórze, rozczapierzone jak dorzecza.
Zegary chwilę wcześniej wybiły północ, a Harry - po trzech godzinach przewracania się z boku na bok - wstał z łóżka, owinął się miękkim szlafrokiem i chwiejąc się na nogach, czując głuche tętnienie w skroniach, zszedł po stromych schodach prowadzących do lochów. Powietrze na najniższych kondygnacjach zamku było wilgotne jak w łaźni parowej i Harry zastanawiał się, czy gdyby przeciągnął palcem po twardej, kamiennej ścianie, osiadłyby na jego opuszce śliskie, zimne krople.
— Pamięta pan, jak pan mówił — wychrypiał przez drżące usta — że rozmowa o tym... jak się czuję... mogłaby pomóc?
Snape skinął powoli głową, przyglądając mu się spod długich rzęs; milczał, jakby czekał na jakieś większe lub mniejsze rozwinięcie, a Harry przygryzł dolną wargę i odwrócił głowę.
Problem polegał na tym, że wypowiedział już te wszystkie wytarte, nic nieznaczące słowa, jakie ludzie mówili w podobnych sytuacjach, problem polegał na tym, że choć chciał, nie potrafił z dokładnością oddać w prostych zdaniach tego, co działo się w jego wnętrzu, problem polegał na tym, że nie chciał, aby jego słowa zabrzmiały oklepanie, bo zbyt ważna była to dla niego kwestia, aby traktować ją po macoszemu. I na dobrą sprawę, to nie tak, że wiedział, co działo się obecnie w jego umyśle, w jego sercu, to nie tak, że potrafił to zrozumieć.
Nigdy wcześniej nie czuł się w podobny sposób. I kiedy te kilka miesięcy temu śmierć jego ojca chrzestnego spadła na niego jak prawy sierpowy sądził, że to nieznośne, przytłaczające uczucie wkrótce odejdzie: że być może nie nastąpi to za dzień czy za dwa, ale za miesiąc. Tymczasem imię: „Syriusz" wciąż dławiło mu gardło, kiedy je wymawiał, tymczasem jego śmierć wciąż śniła mu się po nocach, tymczasem wciąż reagował z przesadną paniką na każdy trzask gałęzi dochodzący od strony Zakazanego Lasu.
— Chodzi o to — potarł palcami brwi Harry, gryząc wnętrze policzka, jakby obracał na języku gumą do żucia — że ja nie jestem w stanie nawet zidentyfikować istoty swoich zmysłowych odczuć, swoich duchowych odczuć — przełknął ciężko, mając wrażenie, że słowa stoją mu kołkiem w gardle. — Czuję się dziwnie. Nienaturalnie. Siadam z przyjaciółmi do śniadania i drżą mi ręce po palecie koszmarów, z których dopiero co się wydostałem. Patrzę w mgliste twarze zamkowych duchów i doskwiera mi nieznośny, przejmujący ucisk, którego nie chcę wcale odczuwać. Czuję się taki... bezwartościowy — zgarbił się Harry, czując gorąco wypływające spod jego kołnierzyka jak krew. — Czasami patrzę na życie, które toczy się koło mnie, spoglądam w twarze ludzi, wsłuchuję się w świergot ptaków i mam wrażenie, że wszystko poza mną toczy się do przodu. Rozumie pan, co mam na myśli? Jakbym zatrzymał się w czasie, jakbym stał w miejscu, a wszystko to, co znam, wszystko to, co rozumiem, odjeżdżało mi sprzed oczu, sprzed twarzy. Jakby mój umysł — oblizał nerwowo usta, oddychając przyspieszonym rytmem — utknął w przeszłości. Albo zamarzł. Albo zastygł.
Harry przycisnął knykcie do ust i podniósł wzrok na Snape'a.
Jego ziemistą twarz znaczyły rysy. Jakby coś naruszyło fasadę, którą zwykł się obudowywać. Jakby coś, co zawsze chował głęboko w sobie, przelało się przez wysokie krawędzi zabezpieczeń i rozpełzło się po jego twarzy, osiadając wzdłuż przeciągłych zmarszczek, lepiąc się do skóry pod oczami, do wysokiego czoła, do chudych warg.
— Wszystko jest dobrze — wyrzucił wraz z powietrzem Harry, czując, jak drży mu kącik ust, jak coś mętnego i gorzkiego zarazem zalewa mu gardło — wszystko jest w jak najlepszym porządku, tylko... — rozciągnął usta w uśmiechu, który prawie bolał i nie utrzymał go na swojej twarzy dłużej, niż kilka sekund.
— Czy uwierzysz mi, jeśli ci powiem, że to wkrótce zacznie słabnąć? — zapytał cicho Snape, przechylając głowę; jego czarne włosy musnęły chude brwi, dotknęły długich, ciemnych rzęs, a Harry odetchnął płytko: raz, drugi, po czym pokiwał głową. W gardle go ściskało, a jego głos zagubił się gdzieś pomiędzy strunami głosowymi a zębami.
Wargi Snape wygięły się w uśmiechu, który nawet w półmroku jego gabinetu krzyczał zrezygnowaniem.
— Nigdy, Potter, nie potrafiłeś kłamać — powiedział.
-VVV-
Trzymał emocje w szczelnych ryzach, które pękały i trzeszczały, ilekroć próbował je wzmocnić, wmawiając sobie, że jest na tyle silny, aby tego dokonać. I gdy spoglądał w beznamiętną, spokojną jak ocean nocną porą twarz Snape'a, rozumiał, że nigdy nie będzie miał w sobie tak wiele wewnętrznej siły, co on. Być może to kwestia doświadczenia, a być może czegoś zupełnie, zupełnie innego, czego jeszcze nie zdołał objąć rozumem.
Na Obronie utracił kontrolę. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nawet nie zdołał uporządkować swoich własnych myśli - coś w nim samym uaktywniło się jak bezwarunkowa reakcja obronna, coś zdarło z niego otulinę zrównoważenia, coś zdmuchnęło z jego serca spokój.
Zaklęcie Seamusa, źle wymierzone, trzeszczące w powietrzu jak iskry, uderzyło w odsuniętą do ściany, podwójną, drewnianą ławkę, rozłupując ją z hukiem przyciągającym uwagę każdego obecnego w sali.
Trzask. Zgrzyt. Chrupot. I krzyk, którego nie zdołał w porę stłumić własnymi dłońmi.
Resztę pamiętał tak, jakby oglądał zacinający się film z uszkodzonej kliszy. Kilka koślawych obrazów, prześcigających się w swojej absurdalności (klasa, ministerstwo, klasa, kość, drewno, kość, kość), zamglone kształty zwracające ku niemu swoje oblicza, chłód posadzki pod palcami, nieco przytłumione, przytępione tętnienie w kolanach promieniujących gorącym bólem. Czyjś warkot, czyjś rozkaz, własny oddech - zbyt urwany, zbyt szybki - jakieś słowa, tupot butów, łoskot drzwi.
Pamiętał ciepły dotyk na drżących mięśniach twarzy, ciche, niepojęte zdania płynące monotonnym, melodyjnym głosem, gorący oddech o miętowej nucie obijający się o kości policzkowe.
Pamiętał lęk.
-VVV-
Przypominały mu się także ciepłe, szczelne ramiona i zapach śmierci w powietrzu. Znajoma twarz, z której raz po raz spływał uśmiech. Palące gorąco łez na policzkach.
Własne ciało ciążyło mu jak sztanga, a palce zdawały się chłodne jak lód, skostniałe, chociaż gorąco obejmowało go aż po szyję. Gorzki smak zapiekł gardło jak trucizna i przez chwilę Harry zastanawiał się, jak długo potrwa, zanim ta trucizna zapulsuje w jego żyłach, pozbawiając świadomości.
Wolałby tego uniknąć, wolałby nie robić z siebie komedii, przedstawienia, wolał nie zostać kolejnym tematem do szemranych plotek, które - wiedział - niebawem zabrzmią echem w zamkowych murach. Jednak ból wybuchnął jak gejzer, a kontrola wypadła mu z rąk, jakby nie dzierżył najmniejszej władzy nad własnym ciałem. I jeśli miał być szczery - jego samego przeraziła własna reakcja, której nie potrafił zahamować.
I kiedy wstrzymał powietrze, starając się odzyskać panowanie nad oddechem, rozbiegany dotyk na jego twarzy wezbrał na sile, a dźwięki z zewnętrznego świata zaczęły do niego docierać, jakby ktoś przekręcił zawór, umożliwiając ich nagły, gwałtowny dopływ do jego świadomości.
— ...a ponadto, wiem o tobie rzeczy, których nie wie nikt inny, i wiem, że potrafisz w sobie to zwalczyć, potrafisz to opanować, zdławić, wygłuszyć, wiem, że to wszystko zalega w tobie jak kurz, jak brud, ale jesteś silniejszy od tego kurzu, Potter, jesteś piekielnie wytrzymały, bo byłeś dzieckiem, które nigdy się nie uskarżało, bo byłeś dzieckiem, które potrafiło radzić sobie samo, bo byłeś dzieckiem, które nie podnosiło głosu. Wiem, że to przetrzymasz, że się z tego wyliżesz, wiem, że dasz radę, Potter, bo jesteś silniejszy od swoich rówieśników. Ludzie, którzy byli dziećmi takimi jak my, zawsze są silniejsi od całej reszty świata. Ludzie, którzy byli dziećmi takimi jak my, zawsze poradzą sobie w trudnej sytuacji. Ludzie, którzy byli dziećmi takimi jak my, zawsze wywiną się obronną ręką.
Jego oddech powoli się uspokajał.
-VVV-
— Jak to jest, panie profesorze — przysłonił dłonią oczy Harry — że zawsze pan jest blisko, gdy potrzebuję pomocy?
-VVV-
Miał mały, czarny notatnik oprawiony suchą, popękaną skórą, który trzymał pod materacem łóżka. Zapisywał w nim swoim niechlujnym, koślawym pismem wszystkie te rzeczy, o których nie potrafił rozmawiać.
Pisał o samotnych nocach spędzonych w ciasnej i dusznej komórce pod schodami. Pisał o wuju Vernonie i jego idealnym, normalnym świecie. Pisał o chłodzie tak przenikliwym, że zdaje się dotykać kości.
„Przyglądałem się ulicy" — kreślił poszczególne litery, które przeradzały się w zdania — „z trzeciego piętra mojej zadbanej podstawówki i zastanawiałem się, czy nie jest odrobinę za nisko, by skoczyć. Miałem osiem lat".
Pisał o rodzicach, których nie pamiętał.
„Powiedzieli mi, że moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Że po tym wypadku pozostała mi pamiątka w postaci blizny na czole. Że ta blizna jest moją hańbą. I że ma mi przypominać o tym, jak wielkim pijaczyną był mój bezwartościowy ojciec - że zabił siebie i mamę, że wykończył ich w tym wypadku, że prowadził po alkoholu, że to była jego wina. Nauczyłem się go nienawidzić i nienawidziłem go - czułem do niego wstręt przez sześć lat swojego życia".
Pisał o samotności. O byciu błaznem, dziwolągiem. O bólu tak piekącym, że wciąż palił, mimo że nie pozostawiał po sobie blizn, o poniżeniu tak dotkliwym, że z własnej woli zatrzaskiwał się na cztery spusty w komórce pod schodami, pragnąc uciec od oczu wszystkich ludzkich istnień, pragnąc zniknąć ze świata.
„Mijałem się z sensem życia" — skrobał piórem po pergaminie — „i próbowałem żyć na tyle, jak dalece byłem w stanie to robić".
Pisał o Arabelli Figg, rozdrapując tym samym nie do końca zagojone rany na swojej duszy. Pisał o jej uśmiechach, o jej spojrzeniach, o jej uwadze, którą koncentrowała tylko na nim - nie na jego kuzynie, nie na innych chłopcach z dzielnicy: na nim; pisał, jak długo czuł, że na to nie zasługiwał.
Pisał o głodzie i o tłamszącej frustracji; o bezradności, która piekła jak kwas, jak trucizna wlana do otwartej rany. Pisał o tym, że z dziecięcym pragnieniem wymyślał sobie światy, które nie istniały, Nibylandie, które w oczach każdego dziecka wyglądają inaczej - że Hogwart i peron dziewięć i trzy czwarte, i Hagrid, i jego parasol; że to wszystko było trochę jak marzenie, które się ziściło.
O tym, jak myślał, że w krainie magii, której nie widać gołym okiem, żyje się dłużej, intensywniej i piękniej.
O tym, że nie spodziewał się ani pająków-gigantów, ani zła i nienawiści, ani zaklęcia zabijającego.
O tym, że miał jedenaście lat i sądził, że czarodzieje są wycięci z baśni, w której wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
-VVV-
Syriusz z jego opowieści pojawił się jak gwiazda wyłaniająca się z ciemności. I trochę tak było również w prawdziwym życiu. Jego Syriusz - z oczami szarymi jak szmaty, w których wyrwał się z Azkabanu. Jego Syriusz - z nieco obłąkańczym śmiechem na ustach. Jego Syriusz, z którym nie bał się szczerze porozmawiać, mimo że ten nie zawsze potrafił go zrozumieć. Jego Syriusz - z temperamentem buchającym z niego jak para z czajnika, podejmujący spontaniczne działania w imię szachrajstwa.
Jego Syriusz, który był niepewny i zagubiony jak dzieciak, kiedy pytał się Harry'ego, czy nie zechciałby z nim zamieszkać. Harry wciąż nie wiedział, czy jego ojciec chrzestny bardziej był zaskoczony, czy uszczęśliwiony, kiedy Harry odpowiedział mu: „tak!".
-VVV-
Pisał do niego o dementorach - chociaż serce stało mu kołkiem w gardle, a ręka mu drżała. Pisał o pierwszym zderzeniu z dementorem - tym stworzeniem ciemności - w pociągu przed trzecim rokiem, o chłodzie przenikającym do kości, o lęku piętrzącym się nad obojczykami, o krzyku kobiety w uszach, którego jeszcze wtedy nie zdołał zidentyfikować. O Remusie podsuwającym mu pod nos czekoladę. O tym, jak słodko rozpływała się na języku.
-VVV-
„Pamiętam, jak pan wskoczył między mnie a wilkołaka" — pisał Harry, przygryzając wargę — „proszę tego nigdy, przenigdy nie powtarzać, dobrze?".
-VVV-
Kiedy za pośrednictwem Zgredka podłożył zapisany do ostatniej kartki notes do gabinetu Snape'a, wszystko w jego wnętrzu drżało jak wprawione w rezonans. I jeśli miał być ze sobą szczery, nie poczuł wcale takiej ulgi, jakiej po sobie oczekiwał.
-VVV-
Znalazł go w okiennej wnęce jeszcze tej samej nocy, oblanego światłem białego księżyca. Podszedł do niego powoli, ostrożnie - jakby Harry był jakimś niebezpiecznym zwierzęciem, które w ZOO kursuje zbyt blisko swoich krat. Położył z lekka notes oprawiony skórą na parapecie obok jego nóg, a Harry zerknął pobieżnie na ziemistą, chudą dłoń nakrywającą okładkę, jakby miał przed sobą nie: niechlujne zapiski Harry'ego, a: przepisy na najcenniejsze i skomplikowane, innowacyjne eliksiry.
— Dlaczego ja? — zapytał; jego głos był cichy, rozbrzmiał na pustym korytarzu tą miękką, aksamitną nutą, która wydawała się Harry'emu zarazem kojąca i siejąca ziarno niepokoju.
Harry odetchnął głębiej, przygryzając wargę. Coś się wewnątrz niego łamało, burzyło i rozpruwało, kiedy patrzył na przetarty notes, do którego przelał całą swoją duszę. Nieprzyjemne ściskanie drażniło jego żołądek. Odwrócił wzrok ku grubej, zaparowanej pod jego oddechem szybie.
— Potter — wyrzucił z siebie na wydechu Snape, spuszczając nieznacznie głowę i przecierając w niemym zmęczeniu nasadę nosa — wsadziłeś tutaj całe swoje życie — postukał palcem w skórzaną okładkę.
Wargi Harry'ego samowolnie wygięły się w uśmiech, który nie miał w sobie ni krztyny rozbawienia. W gardle go ściskało.
— Tak, zdaje się, że tak — pokiwał głową, nie patrząc Snape'owi w oczy.
— I włożyłeś je w moje ręce — przekrzywił głowę Mistrz Eliksirów, starając się uchwycić jego spojrzenie; zielone oczy skupiły się na własnych dłoniach, studiując brzydkie, poobgryzane skórki i kolekcję ułamanych paznokci.
— Mhm — mruknął pod nosem, pragnąc zatrzymać dzikie tętnienie własnego serca — na to wygląda.
— Dlaczego? — powtórzył Snape; jego dłoń na wytartej skórze okładki, jego oczy ciemne jak czeluści piekielne sunące w górę i w dół po jego napiętej twarzy.
Harry pisał tam również o nim. Pełnym apatii, z kwaśno wykrzywionymi ustami. O sile jego ramion oplatających jego ciało w jednej z ponurych sal Ministerstwa Magii; o męczarniach rozlewających się po jego piętnastoletnim umyśle jak kwas, o trudności w złapaniu oddechu w powietrzu przesiąkniętym zapachem krwi i cierpienia.
Czuł się tak, jakby oddychał dusznym powietrzem, które nie dostarczało odpowiedniej ilości tlenu do jego zmęczonego mózgu. Prześledził drobne zarysowania, które światło księżyca wydobyło z grubej, chłodnej pod jego czołem szyby.
— Pamiętam, jak miałem jedenaście lat — odezwał się cicho Harry - jego słowa brzmiały jak mozolny oddech, powieki mu ciążyły, jakby do rzęs miał uczepiony niechciany balast. Omijał wzrokiem czarne oczy Snape'a, których dotyk muskał jego czoło, podbródek i kości policzkowe jak cień. — Patrzyłem na pana podczas posiłków w Wielkiej Sali, na szkolnych korytarzach, patrzyłam na pana kursującego między ławkami na lekcjach Eliksirów i próbowałem zrozumieć, skąd ta wielka awersja do mnie i do wszystkiego, czego się tknę — wyrzucił słowa jak powietrze; jego oczy przykleiły się do ramy okiennej, jakby były na niej zapisane jakieś ważne symbole, jakieś definicje pozwalające lepiej zrozumieć otaczający go świat. — Miał pan takie zimne oczy. I puste jak wazon, w którym wyschła cała woda. A ja patrzyłem w te pana puste, jałowe oczy — uniósł na niego wzrok, napotykając przewiercające go jak zaklęcie spojrzenie — i zastanawiałem się: „co mu się przytrafiło?" — ściągnął brwi. — Nigdy nie widziałem takich oczu w twarzy zdrowego, szczęśliwego człowieka. Nigdy nie widziałem takich oczu w niczyjej twarzy.
Snape zmarszczył na niego nos; a potem przekrzywił głowę.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie — zauważył.
Coś kotłowało się pod jego skórą - coś jak pragnienie powiedzenia mu wszystkiego, co myśli, wszystkiego, co jest dla niego ważne. W takich chwilach jak ta tęsknił za dniami, w których nie otworzyłby przed Snape'em swojego umysłu, w których nie powiedziałby mu, co leży mu na sercu, tylko dlatego, że ten by poprosił. Tyle że chwile się zmieniały, okoliczności były inne, a zegar zabawiał się wskazówkami, ciągnąc je nieubłaganie w przyszłość.
— Myślisz, że jeszcze nie zauważyłem? — przecisnął z wysiłkiem przez gardło Harry. — Myślisz, że przez ostatni rok, w którym tak wiele mi o sobie powiedziałeś: świadomie czy też nie — zacisnął dłoń na krawędzi parapetu — nie zorientowałem się jeszcze, jak wiele jesteś w stanie dla mnie zaryzykować, jak wiele jesteś w stanie poświęcić - dla mnie?
Snape - choć Harry omal tego nie przegapił - zawahał się krótko, jakby nie był pewien, jak powinien się ustosunkować do jego zwierzeń.
— Potter, nie rozumiem do czego...
— Chodzi o podobieństwo — podniósł na niego oczy Harry, kiwając głową — między nami. Dzieci takie jak my są silniejsze od reszty świata. To pańskie słowa, profesorze Snape.
Skrzywienie na ustach Snape'a pogłębiło się, czarne oczy zerknęły z ukosa w lewo, w prawo, znów w lewo, jak u dzieciaka rozglądającego się przed przejściem dla pieszych na ruchliwej ulicy.
— Potter...
— Bo wie pan — nie dał mu dojść do słowa Harry, strzelając kostkami palców, wyciągając je nerwowo ze stawów — siedziałem w dormitorium, zakopany pod kocem i zastanawiałem się, kto zna mnie lepiej, niż ja znam samego siebie. Kto mógłby mi przywrócić trzeźwość, jeśli zagubiłem się we własnym świecie?
— Przestań, ty...
— I zacząłem się zastanawiać, kto zaakceptowałby mnie takim, jakim jestem, jeśli nie ktoś, kto widział w moich wspomnieniach, jak uciekam przed siostrą wuja Vernona aż na drzewo i nie nazwał mnie przy tym kompletnym tchórzem.
— Uciekałeś, bo ta jędza poszczuła cię buldogiem, głupcze — skrzywił się Snape, ale Harry, tonąc we własnych myślach, mówił dalej.
— A potem myślę sobie: on wyławia mnie z obłędu, mogę sobie pozwolić na to, żeby pęknąć jak rama od obrazu, jak szklana tafla lustra, bo on zaraz wyłoni się spośród cieni, żeby poskładać mnie z powrotem.
— Potter... — westchnął Snape, ale Harry pokręcił głową i nie pozwolił dojść mu do słowa.
— I przeszło mi przez myśl, że jeśli uda mi się wyłowić dawnego siebie z tego gorzkiego szaleństwa, które mnie połyka, to czyja to mogłaby być zasługa, jeśli nie pana? Jeśli pan nie przywróci mnie światu, nikt tego nie dokona.
— Dosyć, dzieciaku! — fuknął Snape; jego głos przebrzmiał cichą groźbą - Harry zmierzył go kontemplacyjnym spojrzeniem i umilkł. — Zaczynasz bredzić od rzeczy — wykrzywił się na niego, a Harry pokręcił głową, gotów zaprzeczyć. Snape posłał mu ostre, pełne surowości spojrzenie, które samo w sobie kazało mu zachować milczenie. Zagryzł więc wnętrze dolnej wargi i postanowił przesunąć tę dyskusję na inny termin.
Snape mruknął coś niewyraźnie pod nosem, pokręcił głową, a potem włożył mu rękę pod brodę, jakby Harry był dzieckiem, które ledwo odstaje od poziomu podłogi.
— Nie uważam, że jesteś szalony — powiedział z twardą nutą Snape i brzmiał wiarygodnie, brzmiał przekonywająco; Harry przeskoczył spojrzeniem między jego oczami, nie potrafiąc dać temu wiary. Kciuk Snape'a przeciągnął się w uspokajającym geście po linii jego szczęki. — Jesteś bardzo smutny, to wszystko — przyjrzał mu się Snape; w jego oczach lśniła niezachwiana pewność, której Harry postanowił zaufać. — Jesteś przybity, to zrozumiałe. Wiem, jak ciężko jest ci na sercu. Robisz dobrą minę do złej gry przed swoimi przyjaciółmi, przed innymi profesorami, przed dyrektorem: udajesz, że wszystko jest w porządku, ale nie jest.
Harry zawahał się, kręcąc się niespokojnie pod palcami Snape'a.
— I dlaczego to właśnie pan to widzi? — zapytał przyciszonym głosem, odwracając wzrok ku ścianie.
— Ponieważ znam cię, Potter — oznajmił z naciskiem Snape i brzmiał tak, jakby to, aby Harry zdołał to pojąć, było czymś niezwykle istotnym. Nacisnął opuszkami na jego szczękę, przyłożył dłoń do jego policzka, zmusił go, aby ponownie na niego spojrzał. — Znam cię — powtórzył, a Harry to zaakceptował.
-VVV-
To wcale - wbrew wszelkim pozorom - nie ułatwiało Harry'emu pogodzenia się z sytuacją, pogodzenia się z samym sobą, przekroczenia tej cienkiej granicy, którą rozrysowała przed jego stopami śmierć jego ojca chrzestnego i pójście dalej. To, że Snape zdawał się rozumieć go lepiej od którejkolwiek z otaczających go osób - lepiej od jego przyjaciół, lepiej od reszty grona pedagogicznego - wcale nie szczędziło mu niepokoju. Harry, patrząc w jego czarne oczy, wiedział, że Snape rozumie, jak wielki mętlik zżerał jego umysł.
— Czy czuł się pan tak samo — zapytał go pewnego dnia Harry, kiedy przyszedł wyprosić go o jeszcze jeden Eliksir Słodkiego Snu, przestępując nerwowo z nogi na nogę i zerkając co rusz w stronę wyjścia ze składziku na eliksiry — po tym, jak... — zawahał się na ułamek sekundy — po tym, jak zakończył pan żywot swojego ojca?
Snape oparł się barkiem o krawędzi półek i przyjrzał mu się z wnikliwością zza wpadających mu na twarz, ciemnych włosów, muskających jego wydatny nos i lekko zapadnięte policzki. Uniósł dłoń do twarzy i oparł podbródek o zgięte palce, mrużąc oczy, jakby się nad czymś usilnie głowił.
— Tak samo — mruknął przyciszonym głosem Snape, przekrzywiając głowę (wyglądał przy tym jak zamyślony nad spodkiem mleka kocur) — to znaczy: jak?
— Wie pan: jak — przestąpił bez spokoju z nogi na nogę Harry; coś w jego żołądku łaskotało nieprzyjemnie, jakby po wnętrzu jego brzucha przemarsz robiła sobie kolonia mrówek. — Zagubiony. Skołowany. Nie oglądał się pan za siebie, spodziewając się, że zobaczy go pan tuż za rogiem — zaczął skubać nerwowo skórki przy paznokciach — spoglądającego na pańskie plecy? Stojącego gdzieś na uboczu i przyglądającego się panu z ciemnego kąta? — skoncentrował się na swoim wnętrzu, próbując ująć w słowa to, jak świat odjeżdża mu spod stóp. — Nie czuł się pan jak rzucony na ziemię kamień, który leży i czeka, aż go ktoś podniesie?
Snape milczał dłuższą chwilę, patrząc na kręcącego się nerwowo pod jego czujnymi oczami Harry'ego, przecierając w niemym zamyśleniu ostrą linię szczęki, omiatając wzrokiem sinawe cienie znaczące oczy Harry'ego jak kleks z atramentu rozlany po niezapisanym pergaminie.
Kiedy wreszcie się odezwał, z jego ust wypłynęło słowo, którego Harry najmniej się spodziewał:
— Nie.
Gwałtowny ucisk w żołądku był jak lodowata obręcz, która swoim chłodem parzy jego wnętrzności. Snape przekrzywił głowę, mrużąc na niego przeszywające jak para ostrych igieł oczy.
— Kiedy zabiłem swojego ojca, Potter — odezwał się powoli, oblizując wargi, jakby zasychało mu w ustach — poczułem się wolny pierwszy raz od lat.
Harry zamrugał, kiedy świat zadrżał mu przed oczami jak poruszony drganiami sejsmicznymi i skupił wzrok na płytkich zarysowaniach na chłodnej, ciemnej posadce.
— Wobec tego — szurnął nogą Harry, mając wrażenie, że z tymi słowami wszystko to, co sumiennie układał sobie w głowie, starając się rozbudować obraz swojego zgorzkniałego profesora na obrzeżach umysłu, chwieje się jak wieża z klocków — skąd może pan wiedzieć, jak tak naprawdę się czuję? Jeśli nigdy nie zamordowano panu bliskiej osoby. Jeśli nigdy nie był pan w żaden sposób związany z ginącymi wokół pana ludźmi — odetchnął chwiejnie Harry. — Skąd może pan wiedzieć, że to zacznie słabnąć, jak to pan mi wmawiał całkiem niedawno?
Snape odwrócił głowę, przesuwając wzrokiem po nakreślonych równym pismem angielskich i łacińskich nazwach na etykietkach przyklejonych z pedanterią do pękatych fiolek i zwężających się u góry kolb, w których spoczywały najróżniejsze eliksiry, których barwa i oznaczenie na etykiecie nic Harry'emu nie mówiły.
— Wiesz, Potter, mam trzydzieści siedem lat — powiedział Snape; jego głos spłynął z jego języka jak gładki jedwab — i to nie tak, że nigdy w życiu nikogo nie straciłem.
Harry zmarszczył brwi i przestąpił z nogi na nogę, zastanawiając się, czy nie naciska zbyt usilnie.
— Mówi pan — zapytał, marszcząc czoło — o swojej matce?
Snape zlustrował go wzrokiem obojętnym jak głaz i nie odpowiedział.
-VVV-
— Ma pan jakieś wieści o Josephie Hughesie? — zapytał go Harry pewnego dnia, owijając się szczelniej peleryną, gdy chłodne podmuchy dochodzące znad jeziora przemknęły jak ostre ukłucia igieł po jego karku.
Snape przykucnął nad brzegiem jeziora i przyłożył dłoń do chłodnej tafli, zaburzając jej gładką jak wyszlifowany metal powierzchnię.
— Dlaczego o niego pytasz? — mruknął pod nosem Snape, przyglądając się milimetrowym odchyleniom od normy na płaszczyźnie wody przylegającej do jego palców.
Harry wzruszył ramionami, podchodząc bliżej, by zatrzymać się u jego boku. Snape wycofał palce rysujące rozmyte kształty na gładkiej, chłodnej tafli i uniósł głowę; ciemne włosy odsłoniły jego policzki, kiedy zaglądał z dołu w lekko zmarszczone czoło Harry'ego, w jego niejako zafrasowane oczy i napięte brwi.
— Mówiłem ci już, Potter — przekrzywił głowę, ogniskując spojrzenie w jego oczach; Harry widział w nich odbicie słonecznego światła — że jego przysięga została anulowana. Jeśli niepokoisz się o...
— Nie chodzi mi o przysięgę — przerwał mu Harry, wzdychając ciężko i zwracając wzrok ku rozpiętości szerokiego jeziora, którego tafla drżała nieznacznie, jakby woda oddychała jak wielki, żywy organizm. — Po prostu zastanawiałem się... — urwał i pokręcił głową, przeciągając wzrokiem po kępie wysokich trzcin, po których ślizgał się brunatny, chudy jak patyk nartnik. — Wciąż nie mogę tego zrozumieć, jak on mógł tak po prostu poprzysiąc coś, co mogło go unicestwić, gdyby nie udało mu się tego spełnić.
Snape podążył wzrokiem za jego spojrzeniem, zanurzając palce w brunatnym mule tworzącym granicę pomiędzy wodą a ziemią; rozmokła gleba kleiła mu się do skóry, osiadała pod paznokciami.
— Ludzie wiele rzeczy są w stanie zrobić — przyznał cicho, pocierając palce oblepione błotem — aby wspiąć się po drabinie hierarchii.
— Pan również?
Snape roześmiał się miękko, lecz w tym śmiechu nie pobrzmiewała ani krztyna rozbawienia.
— Naprawdę musisz pytać?
Harry spojrzał na niego; Snape wciąż przypatrywał się wysokim trzcinom, choć w jego oczach nie było ni grama zainteresowania. Pionowa zmarszczka znaczyła jego czoło jak rysa na szkle, jak drobna niedoskonałość. Harry pozwolił, by z jego piersi wyrwało się ciche, nasączone zmęczeniem westchnienie, a potem przykucnął na miękkiej ziemi tuż obok niego.
— Dlaczego to pana tak męczy, hmm? — zapytał ostrożnie Harry, przechylając głowę, aby uchwycić czarnookie spojrzenie, ale to było utkwione gdzieś w oddali, poza jego zasięgiem. — Jestem przekonany, że robił pan gorsze rzeczy w swojej śmierciożerczej karierze, niż zdradzanie sekretów innych ludzi.
To wywołało jakąś reakcję. Snape zmrużył na niego oczy i przysunął ziemistą twarz do jego twarzy. Harry mógł poczuć jego spokojny, równomierny oddech obijający się o jego skórę.
— Masz rację — wyszeptał Snape; kąciki jego warg drgnęły - jak wówczas, gdy odnosił się do ludzi z pogardą, której Harry na próżno szukał w jego czarnych oczach — ale nie wszystkich tych rzeczy przyszło mi z czasem żałować.
Jego wąskie usta wygięły się w miękkim uśmiechu, a Harry drgnął, mając wrażenie, że nagły chłód spływa na jego ciało, jakby chluśnięto mu w twarz kubłem zimnej wody.
Snape podniósł się z zimnej ziemi (jego szata zafalowała jak powierzchnia jeziora) i nawet nie skinąwszy mu głową, oddalił się w stronę szerokich, majestatycznych wrót zamkowych. Harry spoglądał za nim długo; czarna peleryna wirowała na porywach wiatru jak kruczy ogon.
-VVV-
Był w nim mrok, którego nie potrafił objąć rozumem, żył z nim w symbiozie, zawsze obecny gdzieś w cieniu jego słów, zawsze majaczący na horyzoncie. Wałęsał się po świecie, ciągnąc za sobą ogon przeszłości, której nikt nie znał, a której zalążki Harry przechwytywał, spijając łakomie z jego wąskich ust.
Było coś ponad pragnieniem potęgi, coś, po co próbował sięgnąć, kiedy te lata temu pierwszy raz padł na kolana przed najpotężniejszym, mrocznym czarodziejem od czasów Grindelwalda.
Przy Voldemorcie był tylko twarzą ukrytą za srebrną maską, był tylko imieniem jednym z wielu, ale jego serce było splamione kłębami Czarnej Magii jak ciemnymi naroślami.
— Jestem trochę jak ofiara — powiedział mu raz Snape późną nocą, opierając się o kolumnadę podtrzymującą fasadę jednego z przykrytych cieniami korytarzy, spoglądając dziwnie miękkim wzrokiem na siedzącego przy wysokim, wąskim oknie Harry'ego — swojego własnego pragnienia bycia „kimś".
Harry uśmiechnął się mdło na te słowa i podniósł się z chłodnej ziemi, chowając do kieszeni różdżkę, którą przyświecał sobie strony czytanej książki. Zbliżył się do jego wysokiej sylwetki i pochwycił w solidny uścisk palców chudy nadgarstek; Snape drgnął na ten gest, ale nie wyrwał ręki z jego dłoni. Czuł uderzenia jego pulsu pod palcami.
— Jak każdy na tym dennym świecie — sprostował Harry, skacząc spojrzeniem pomiędzy jego oczami.
Snape obserwował go milcząco, jakby analizował każdy jego gest, każde słowo.
— Więc — przekrzywił głowę Harry, nie spuszczając wzroku — czego pan nie żałuje? — zapytał nie bez ciekawości. — Czego pan nie chce cofnąć?
Snape - trochę, zdaje się, mimowolnie - zerknął na przedramię ściskanej przez Harry'ego ręki.
Harry był w stanie to zrozumieć.
-VVV-
— Horacy Eugene Flaccus Slughorn — ukłonił się im na zajęciach Eliksirów podstarzały człowieczek przy kości, ogarniając lekko wyłupiastymi, agrestowymi oczami stłoczoną w sali eliksirów klasę szóstorocznych.
Harry zastanawiał się, czy na pewno wyjdzie mu na dobre pójście za rozkazami Dumbledore'a i okręcenie sobie byłej głowy Slytherinu wokół palca. Na razie przywdział na twarz mały, na pozór pachnący zainteresowaniem uśmiech i wsłuchał się w jego przesycony opowieściami z życia, w których nie zabrakło sławnych, wpływowych nazwisk, wykład.
-VVV-
„Będziesz perłą w jego kolekcji" — zadzwonił Harry'emu w uszach głos Dumbledore'a, kiedy przyglądał się Slughornowi podczas posiłków, podczas rozmów z innymi profesorami, podczas przebierania w uczniach Hogwartu jak w worku z kosztownościami. — „Jesteś utalentowany, sławny i potężny - masz wszystkie wartości, na których Horacemu zależy, Harry. Będziesz perłą w jego kolekcji" — powiedział mu Dumbledore, a Harry przyjął to ze skinięciem głową, w głębi ducha zastanawiając się, czy chciałby być częścią jakiejkolwiek kolekcji. Robienie z niego czyjegoś trofeum brzmiało dla niego niemal jak uprzedmiotowianie i Harry nie do końca był pewien, czy jest to coś, co będzie mógł znieść bez zatrzymywania wzroku na obrazie Dursleyów pod powiekami za każdym razem, gdy zamknie oczy.
Mimo to Harry przylgnął do niego, przyczepił się go jak rzep psiego ogona, zastanawiając się, ile w tej grze wynosi stawka.
Więc zatrzymywał wzrok na Horacym Slughornie, dogadzał mu pochlebstwami, zabiegał dyskretnie o jego względy i uśmiechał się w odpowiedzi na jego liczne, niespecjalnie interesujące anegdoty. Sycił jego apetyt na przebywanie w towarzystwie sławnych ludzi. I nie szczędził mu pochwał.
-VVV-
— Strasznie próżny — zawyrokował Harry, bębniąc palcami w blat dyrektorskiego biurka, spoglądając, jak siedzący na żerdzi feniks czyści skrupulatnie czerwone jak ogień piórka. — Zadufany w sobie. — Skrzywił się i dorzucił: — Traktuje uczniów jak cenne okazy. Chyba że uzna, że ktoś nie jest godny jego uwagi - wtedy ignoruje takiego ucznia, jakby był powietrzem. Jest na tyle bezwstydny, żeby przekręcać nazwisko takiego delikwenta. Jakby nie było ono warte splunięcia.
— Cały Horacy — pokiwał głową Dumbledore, jakby nie usłyszał niczego, co mogłoby go zaskoczyć i wepchnął sobie do ust trzy dropsy jednocześnie, błyskając na Harry'ego błękitem spojrzenia znad okularów-połówek. — Udało ci się z nim spoufalić? — zapytał, a Harry się skrzywił, stwierdzając, że Slughorn nie jest jedyną osobą w zamku, która lubi gromadzić wokół siebie przydatnych, przynoszących dla niego pewne zyski, użytecznych ludzi.
-VVV-
Kiedy wpadł na nią na schodach późnym wieczorem, w pogoni za Snape'em, którego starał się uprosić, aby darował mu szlaban za nieustanne pałętanie się po nocach po korytarzach zamku, starając się mu wytłumaczyć, że nie może spać, że ma koszmary, że czuje się lepiej, mogąc wybrać się na nocną przechadzkę, przez chwile miał wrażenie, że drętwieją mu nogi i ramiona, że dziwne odrętwienie przejmuje władzę nad całym jego ciałem, że umysł usycha jak zerwane płatki kwiatu.
— Dora. — Jej imię samo spłynęło z jego języka, jakby było trucizną albo nieprzyjemnym posmakiem w ustach.
Przyjrzał się jej ciemnym oczom, jej mysim, lekko potarganym włosom, ledwo widocznymi cieniami na delikatnych powiekach i wsunął ręce do kieszeni, aby nie spostrzegła, jak zaciska dłonie, jak wbija paznokcie w ich wnętrza, jak sinieją mu palce. Coś, co przypominało zalążki migreny, zakuło jego skroń jak długa, ostra igła.
Snape przystanął, spoglądając przeciągle na Tonks, krzywiąc się tak, jakby była zaschniętą gumą do żucia, którą jakiś uczeń przylepił do spodu biurka w jego gabinecie.
Nimfadora przygryzła wargę, założyła kosmyk lekko przesuszonych włosów za ucho i przestąpiła z nogi na nogę. Otworzyła usta. Po czym je zamknęła. I otworzyła ponownie.
— Pomyślałam — wypuściła z siebie potok słów, jakby zgłoska goniła zgłoskę; język jej się plątał — że wypadałoby przeprosić. Nie powinnam... — zacięła się. — To nie było... To znaczy... Chciałam powiedzieć...
— Jeśli te monosylabowe parsknięcia mają być próbą kontaktu, Nimfadoro — rzucił opryskliwie Snape, wykrzywiając usta w drwiącym uśmiechu, obracając jej imieniem na języku, jakby było ono jej hańbą — to radziłbym ci poszukać jakiegoś nadętego Puchona, który potrafiłby się z tobą porozumieć w waszym języku.
Dora zacisnęła zęby i zaczęła miętosić ni to z wściekłości, ni z poddenerwowania materiał szaty w umalowanych na matowy czerwień paznokciach. Jej granatowe, pociemniałe oczy przeskoczyły pomiędzy oczami Harry'ego, jakby czegoś w nich szukały.
Z ust Harry'ego uciekło westchnienie; podniósł dłoń do oczu i przetarł nie bez zmęczenia, które ogarnęło jego ciało jak powódź, nasadę nosa. Poprawił niedbale okulary i zerknął ze znużeniem na jej chude, zgrabne dłonie, zaciskające się nerwowo na materiale szaty.
— Przeprosiny przyjęte — oznajmił Harry, wzruszając ramionami; sam był zdziwiony spokojem, jaki stał za jego słowami - jakby wcale nie kotłowała się w nim garść sprzecznych odczuć.
Dora omiotła szybkim spojrzeniem jego twarz i odwróciła wzrok, jakby obawiała się na dłuższą chwilę spojrzeć mu w oczy.
— Ja, eee... — mruknęła, zawijając i odwijając kosmyk włosów na palcu. — Jak się czujesz? To znaczy... — zawahała się. — Chciałam wiedzieć, czy...
— Nic mi nie jest — uciął krótko Harry, przyglądając jej się ze znużeniem, mając wrażenie, że coś drażliwego i nie do końca przyjemnego przeciera jego pierś od środka. Jego serce - nagle struchlałe i małe - piekło jak oczy, w które sypnięto piaskiem. Walczył, aby zachować wyraz chłodnej obojętności na swojej twarzy.
— Ja... — znów poruszyła się niespokojnie Dora, rzucając mu raz po raz krótkie, płochliwe spojrzenia — to nie tak, że mogłam odmówić. Czy ty...?
Gdyby go uderzyła, nie zabolałoby mniej, niż teraz, kiedy jej chaotyczne słowa padły na przestrzeń między nimi. Harry miał dziwne, trochę abstrakcyjne wrażenie, że tonie w powietrzu. Ból, który zapulsował tępo w jego skroni, zdawał się promieniować na zesztywniały kark.
— Całkowicie rozumiem — odparł sucho; słowa były jak ciernie dla jego języka. Kiedy je wypowiadał, miał wrażenie, jakby pochodziły od kogoś innego.
Stojący u jego boku Snape wykonał taki gest, jakby powstrzymywał się od sięgnięcia po różdżkę. Obnażył na Dorę zęby jak wygrażający owcy wilk.
Harry nie był pewien, czy bardziej jest zawstydzony, zniechęcony czy zawiedziony. Uśmiechnął się - choć lepszym określeniem byłoby: rozciągnął kąciki warg - i choć serce mu kruszało, a gdzieś za oczami czuł gorące pieczenie, spojrzał głęboko w jej granatowe jak sok z winogron oczy.
— To nie twoja wina — odezwał się, choć ściskało go w gardle; w źrenicach Nimfadory błysnął świetlik nadziei — tylko moja — przyznał, kiwając głową; światło w oczach Dory zgasło, a jej ramiona zdawały się opaść, jakby osadzono na nich niebotyczny ciężar, który ledwo jest w stanie udźwignąć. Harry nie był pewien, jak to możliwe, że wciąż jest w stanie mówić, nie dławiąc się przy tym własnymi słowami. — Jestem niemożliwym nędzarzem, bo dałem się na to nabrać — wzruszył ramionami, odwracając wzrok, nie mogąc dłużej znieść widoku tej znajomej, szczupłej twarzy, tych pełnych warg, tych granatowych jak hortensja oczu.
Nimfadora wydała z siebie taki dźwięk, jakby się dławiła; Harry skrzywił się i pomyślał, że jeśli lada moment od niej nie ucieknie, pęknie jak szklanka, którą ciśnięto o ścianę. Odwrócił się do niej plecami.
— Muszę już iść — oznajmił cicho; dusił się, brakowało mu tlenu.
Ulotnił się, zanim Dora zdołała powiedzieć coś więcej.
-VVV-
Snape odnalazł go zaledwie chwilę później.
Stał, przyciskając dłoń do ust, czując nienaturalne skrzywienie warg na wnętrzu dłoni, mając wrażenie, że ten wyraz lada moment odciśnie się już na zawsze na jego liniach papilarnych. Palce leżące na jego ustach drżały; oddychał ciężko, zastanawiając się, dlaczego i kiedy całe powietrze zostało odpompowane z pokładów tlenu.
Czarne oczy lawirowały po jego poczerwieniałej twarzy, po jego rozdygotanych, przyciśniętych z całej siły do ust palcach, po różowych plamach wychodzących zza jego kołnierzyka. Coś w jego ziemistej twarzy krzyczało rezygnacją.
Kiedy się do niego zbliżył, Harry podniósł na niego wzrok, mając mglistą świadomość tego, że emocje buchają z niego jak para z komina pociągu i cofnął się jak przed niebezpieczeństwem. Powieki mu ciążyły, a w głowie czuł głuchy, przeciągły pisk, jakby dochodziły do niego wibracje z oddali, jakby leżał z uchem przyciśniętym do szyny kolejowej i słyszał sunący po torach, odległy pociąg.
— Mogę usunąć ją z twojej pamięci — wyszeptał Snape, jakby bał się, że głośniejszy dźwięk może sprawić, że coś się w nim wewnętrznie roztrzaska; jego słowa były łagodne jak wiatr o poranku. — Mogę sprawić, że zapomnisz.
Ramionami Harry'ego wstrząsnął zduszony śmiech.
Zapchany nos, sól na ustach, pieczenie w oczach. Harry stał przed Snape'em - odciągnął dłonie (tracił w nich czucie) od twarzy, odrzucił głowę (pękającą od głuchego dudnienia) do tyłu - i śmiał się; gwałtownie, mocno, z głębi piersi; do utraty tchu.
