.
Rozdział 5
Lepiej być łowcą niż ofiarą
.
— Jak pan myśli — zastanawiał się na głos Harry, przestawiając stare fiolki po eliksirach na nieznacznie zakurzonych półkach — kto jest za to odpowiedzialny?
Snape zmierzył go spojrzeniem, przechylając głowę w czymś na kształt przekory.
— Zaczynasz szukać winnych, Potter?
Harry uśmiechnął się bez rozbawienia, obracając pustą, szklaną butelkę pomiędzy palcami.
— Jedynie głośno myślę.
Snape podszedł do niego, wyjął mu z dłoni chłodne, kruche szkło i odstawił na miejsce; Harry przyglądał się, jak profesor opiera się niedbale o krawędzie szafek i - spoglądając na niego z góry - splata ramiona na piersi.
— I kogo, powiedz mi, bierzesz pod uwagę w tym swoim głośnym rozumowaniu, co?
Wzruszył ramionami, odwracając twarz ku ścianie, bardziej czując, niż widząc w mdłym odbiciu w szklanych fiolkach, jak przez jego twarz przebiega skurcz zgryzoty.
— Siebie — oznajmił oczywiste, skubiąc skórki przy paznokciach. — Hughesa. Bellatrix. Syriusza — przechylił głowę, rzucając Snape'owi krzywe, znużone spojrzenie. — Pana, profesorze.
— Cała plejada winnych, jak widzę — zaszydził Snape, wykrzywiając wargi w skwaśniałym grymasie, na co Harry ponownie wzruszył ramionami, przeciągając palcem po zakurzonej krawędzi jednej z półek, odkrywając nieoczekiwaną ostrość materiału; uniósł dłoń do twarzy, spoglądając na kroplę krwi wzbierającą na opuszce palca. — Głupi dzieciak — skomentował Snape, a Harry nie był pewny, czy odnosi się on do jego krwawiącego palca, czy obarczania winą wszystkich wokół.
Roztarł ciemnoczerwoną kroplę kciukiem i zmarszczył czoło, gdy przez jego umysł przebiegła jedna, szybka (niebezpieczna) myśl, którą wypowiedział na głos, zanim się zastanowił:
— Ludzie się pana boją.
Snape uniósł na niego brwi, strzepując niewidoczne pyłki z ramienia.
— Całkiem słusznie, Potter — powiedział; jego głos był miękki, dźwięczny jak szkło - jego czarne oczy pociemniały — powinni się mnie bać.
Harry, opuszczając dłoń, utkwił w nim długie, przeciągłe spojrzenie; przez chwilę jedynie stał i patrzył - na jego czarne, bezdenne oczy, na jego ziemistą twarz, na jego ostre rysy i wystające kości policzkowe - i widział bezmiar jego siły, widział niezłomność i zdolność chłodnej oceny nawet najgorszej sytuacji. Widział potęgę.
— Chcę być silniejszy — zdecydował Harry, skacząc spojrzeniem pomiędzy tymi czarnymi, skupionymi na nim oczami; determinacja uderzyła mu do głowy. — Chcę być sprytniejszy — uchwycił dłoń Snape'a tak samo, jak Snape dotykał dłoni Voldemorta i ścisnął ją, jakby prosił; Snape zmarszczył na niego czoło, a jego blade, długie palce drgnęły, jakby zamierzał wyjąć je z uścisku Harry'ego, ale - wiedziony ciekawością, zaintrygowaniem bądź czymś zupełnie, zupełnie innym - nie cofnął ręki. — Chcę być lepszym wojownikiem…
— Potter… — pokręcił głową Snape; w jego głosie była chłodna ostrożność.
— …lepszym czarodziejem — podniósł nieznacznie głos Harry, zaciekle wpatrując się w zmarszczoną twarz profesora, nie dając mu dojść do słowa — szybszym, zręczniejszym w pojedynkach, bardziej odpornym na zranienia.
— To nie jest…
— Proszę mnie nauczyć — słyszał kruchą jak szkło desperację w swoim głosie i nie mógł nic na to poradzić, jedynie patrzeć, jak ulatuje z jego ciała — wszystkiego, co mogę przyswoić, żeby moja walka była bardziej wydajna. Jest pan w stanie sterroryzować człowieka, nie wyciągając nawet różdżki z kieszeni. Proszę mi zdradzić, jak pan to robi, profesorze. Chcę to zrozumieć. Chcę to wykorzystać.
Snape, który wyglądał, jakby lada moment miał rzucić na niego zaklęcie milczenia, zawahał się i przechylił głowę, spoglądając na niego jakoś dziwnie, nienaturalnie - jakby go oceniał.
— Powinieneś doskonale wiedzieć, Potter — odezwał się powoli, ważąc słowa na języku — że wiedza to najstraszniejsza broń, jaką człowiek jest w stanie dzierżyć.
Harry pokręcił głową.
— Ludzie się pana boją — powtórzył powoli, patrząc mu w oczy — i to nie tylko dlatego, że trzyma pan w zanadrzu bilion, trylion informacji na ich temat. Ludzie się pana boją, po potrafi ich pan osaczyć, przyprzeć do muru, odciąć wszelkie drogi ucieczki.
Snape wyciągnął dłoń z uścisku jego palców, uniósł ją do czoła i przetarł nasadę nosa gestem krzyczącym sceptycyzmem.
— Potter — wypuścił powietrze Snape, kręcąc głową — czy kiedykolwiek widziałeś, żebym kogokolwiek, jak ty to określiłeś, sterroryzował?
Harry uśmiechnął się ponuro.
— Owszem — przytaknął; poczuł pewną dozę niemej satysfakcji, gdy Snape zmrużył na niego czujnie oczy, jakby szukał w jego słowach pułapek, na które mógłby się złapać. — Rok temu w bibliotece — przypomniał — gdy Joseph Hughes zaczął naciskać na moją przeszłość.
— Ach, tak — zamyślił się Snape, gładząc - raczej bezwiednie - opuszką palca dolną wargę. — I na co ci to potrzebne, Potter, jeśli mogę spytać? Do kogo podszedłbyś z podobną… zaciekłością?
— Do wrogów — przechylił głowę Harry, zastanawiając się chwilę nad odpowiedzią. — Być może do potencjalnie niewiernych sojuszników.
— Potencjalnie niewiernych — powtórzył cicho Snape, przyglądając mu się.
Harry nie spuścił wzroku.
— Mundungus Fletcher podejmie jakiekolwiek działanie jedynie wówczas, gdy mu się ono opłaci — prychnął Harry, krzywiąc się nieznacznie — albo gdy ziemia będzie mu się paliła pod stopami. Jest pokrętny, tchórzliwy i skupiony na sobie — wyliczał, przechylając głowę — i nie zainteresuje się niczyją sprawą, póki ściany wokół niego nie zatrzęsą się w posadach.
— Mundungus Fletcher, zaiste — powtórzył niepospolicie miękkim tonem Snape, przechylając głowę; a potem się uśmiechnął, a Harrym wstrząsnął chłodny dreszcz, bo wolałby, aby Snape nie patrzył na niego w ten nietuzinkowy, specyficzny sposób - jakby Harry był szamoczącą się myszą, zatrzaśniętą w pułapce, motylem zamkniętym w słoiku. — Nie wmawiaj mi, Potter, że chcesz się tego wszystkiego nauczyć, żeby poskromić Fletchera.
— Chcę się tego nauczyć, bo może mi się to przydać — sprostował Harry, zaciekle broniąc własnego pomysłu. — Chcę się tego nauczyć, bo to uczyni mnie silniejszym. Chcę się tego nauczyć, bo…
…nigdy więcej nie chcę być ofiarą — nie powiedział Harry.
Snape przechylił głowę - jakby to usłyszał - a potem nią pokręcił.
— Och, Potter — westchnął, a Harry poczuł to westchnienie w kręgosłupie, w koniuszkach palców; w jego głosie była miękkość, której Harry się obwiał — a jak, powiedz mi, proszę, chciałbyś, abym cię tego nauczył?
Harry nie potrafił dać na to ścisłej odpowiedzi.
-VVV-
Spodziewał się wiele: spodziewał się okrutnych słów i paznokci wbijanych w skórę, spodziewał się dłoni na twarzy i czarnych oczu przyszpilających go do ściany, spodziewał się nagłego błysku bólu i tchu uciekającego z piersi.
Nie spodziewał się jednak, że Snape - ten paradoks chodzący na dwóch nogach - stanie się delikatny.
— Jestem, chciałbym cię uświadomić, w wewnętrznym kręgu Czarnego Pana, Potter — przypomniał; jego głos - tak aksamitny - sprawił, że serce Harry'ego zamarło na jedną, długą sekundę. Chude dłonie na jego ciele - odbierały mu pewność siebie. Choć starał się nad tym zapanować, jego oddech niebezpiecznie przyspieszył, gdy chuda dłoń bawiła się niesfornymi kosmykami jego włosów, podczas gdy druga sunęła niespiesznie, bez najmniejszego zawahania, w dół jego żeber. — Jestem Śmierciożercą — zamruczał Snape, uśmiechając się krzywo; długie palce zacisnęły się na jego biodrze; śmiało, zaczepnie, mocno - choć nie na tyle, by zadać mu ból — a Śmierciożercy pod wieloma względami zachowują się jak zwierzęta. Jakby mogli sięgać i brać wszystko, co uchwycą koniuszkami palców — szeptał, pochylając się nad jego uchem, a Harry drżał i drżał i nie mógł przestać, gdy gorące, parzące wargi musnęły schłodzoną skórę; zaschło mu w gardle. — Jakby ograniczenia nie istniały.
Starał się pamiętać, żeby oddychać; nie wiedział, jak powinien postąpić - Snape, z tą swoją przeklętą pewnością siebie, odbierał mu zdolność racjonalnego myślenia, sprawiał, że drętwiały mu palce, a suche usta drżały. Chciał się wycofać, uciec, zapaść się pod ziemię, ale Snape chyba to wyczuł, bo chwycił go za kark - jak wuj Vernon - i przytrzymał w miejscu.
— Nie pozwalaj mi na to, ty popieprzony dzieciaku — ofukał go Snape, zaciskając nieco mocniej palce na jego karku; Harry przełknął ciężko, czując opuszek palca gładzący powoli nasadę jego włosów. — Reaguj.
I Harry to zrobił.
-VVV-
Snape mu na to pozwolił - to nie ulegało wątpliwości. I Harry był pewny tego, że w momencie, gdy posunie się za daleko, Snape zbeszta go jak szczeniaka.
Na razie tkwił w bezruchu - i obserwował, zawsze obserwował, jakby szukał niedociągnięć, błędów; Harry miał ochotę zakryć mu oczy, zasłonić, ukryć się przed nim, zacisnąć czarną przepaskę wokół jego głowy - więc to zrobił.
Różdżka, szmer, zaklęcie; Snape spiął się nieznacznie, ale tego nie skomentował, a Harry był mu za to dozgonnie wdzięczny, bo nie mógłby znieść na sobie ciężaru jego wzroku.
I kiedy był już przekonany, że Snape go nie widzi, pozwolił sobie na śmiałość.
Pamiętał strach w oczach Hughesa, gdy czarne oczy Snape'a spojrzały na niego przeciągle w objęciach szkolnej biblioteki, pamiętał niski, przeciągły głos, który przetoczył się powoli po sali przepowiedni w kierunku Bellatrix Lestrange - i jej zawahanie, ostre i jawne, nawet jeśli trwało tylko kilka sekund, pamiętał spokój w ruchach Snape'a i opanowanie w jego słowach. I przez myśl mu przemknęło, jak bardzo trzeba być subtelnym, aby wywoływać niepokój samą obecnością.
Z pewnością, nie mógł powiedzieć, że wykazał się delikatnością, oględnością czy finezją, gdy chwilę później pchnął swojego profesora na ścianę i zacisnął palce na wysokim kołnierzyku - nie na tyle mocno, by przydusić, lecz wystarczająco, by wyczuć - absurdalnie spokojny - puls pod palcami.
— No więc? — zachichotał Harry, nie mogąc się powstrzymać; przesunął końcem różdżki po wydatnych kościach policzkowych, po bladych skroniach, po żuchwie. — Czy sprostałem zadaniu i sprawiłem, że jest pan dumny?
Snape prychnął, jakby go wyśmiewał.
— Chcę, żebyś mnie wystraszył, Potter — skarcił go jak psa i mimo przepaski na oczach i chłodu ściany na plecach, brzmiał protekcjonalnie. — Chcę, żebyś zabrał mi pewność siebie. Chcę, żebyś kazał mi się zamknąć i mnie zaszokował. Zrób to, Potter, przecież cię na to stać. Chyba się nie…
Nie dokończył, bo Harry jednym szarpnięciem dłoni rozerwał mu kołnierzyk, torując sobie dostęp do bladej, długiej szyi.
— Wiesz, Snape — zaczął spokojnie dyskutować Harry, przechylając - trochę w zaciekawieniu - głowę — patrząc na to, jak wiele o tobie wiem, to niebezpieczne - wkładać mi taką władzę do rąk. Nigdy nie wiadomo — pogładził kciukiem pulsującą na szyi żyłę — co mi strzeli do tego pustego łba, prawda?
— Zaczynasz myśleć, Potter, ale to za mało — ocenił Snape, brzmiąc, jakby wykładał zasady działania jakiegoś eliksiru, a Harry przygryzł wnętrze policzka.
— Za mało, bo wciąż się ograniczam, tak? — zapytał, kręcąc głową. — Za mało, bo na magię nie powinno nakładać się barier? Bo mogę kręcić się wokół, podsłuchując niewinne rozmowy i wyłuskiwać sens z całości albo sterować swoją magią, uwidaczniać ją, pokazywać ludziom, pozwolić im odkryć jej potęgę, ale nie mogę robić obu tych rzeczy na raz, tak? — prychnął, a potem pozwolił swojej magii zapłonąć. Pozwolił, by wszystkie zawiasy puściły, pozwolił, by wszystkie szwy, którymi spinał swoją magię, trzymając ją w ryzach, pękły, jeden po drugim - to potoczyło się jak reakcja łańcuchowa. Snape zaczerpnął głośno powietrze; jego nozdrza zadrżały, gdy opierał głowę o ścianę. Puls tętniący pod palcami Harry'ego przyspieszył. — Problem w tym, profesorze, że podejrzewam, że tak naprawdę nie chciałby pan, żebym przestał się kontrolować.
Magia wirowała nad nimi jak materialna płachta, powietrze w lochach spadło o kilka stopni, świece pogasły - jedna za drugą. Harry oddychał głęboko, smakował swojej własnej siły i czuł się otwarty na wszystko, co go otacza, pierwszy raz od miesięcy. Jego magia była dzika, dojrzała, nieprzeciętna - a Harry czuł się tak, jakby był swoją magią. Czuł jej smak w ustach, na wargach, gdy je oblizywał, czuł jej woń w powietrzu, intensywną, zapierającą dech w piersiach.
— Tak na dobrą sprawę — powiedział cicho Harry, decydując się wyciągnąć broń nieco większego kalibru, nawet jeśli wiedział, że w równym stopniu skrzywdzi nią ich obydwu; przeciągnął paznokciem po policzku Snape'a, przyglądając się, jak rysy tej ziemistej twarzy drgają pod jego dotykiem jak zmącona tafla wody — to wciąż jest mi pan winien wyjaśnienie — uchwycił lekko jego podbródek. — Wciąż nie potrafię zrozumieć: dlaczego? — przechylił głowę Harry, marszcząc brwi.
— Dlaczego co, Potter?
Ostre ukłucie w piersi i zamknięcie oczu; dłoń zaciskająca się na brodzie Snape'a nieco mocniej, niż powinna.
— Dlaczego wydał mnie pan Voldemortowi — zapytał przyciszonym głosem Harry — te lata, lata temu.
Snape zastygł w bezruchu; jego ziemista twarz pobladła.
-VVV-
— Zaczynasz sobie radzić, Potter — przyznał cicho Snape; jego głos był nieco głębszy - i drżał.
Harry miał okropne, niemożliwe do opisania wrażenie, że pęka mu serce.
-VVV-
— Czy uwierzysz mi, jeśli ci powiem, że nie wiedziałem, że chodzi o ciebie?
Harry przechylił głowę, czując, jak wszystko w jego ciele drży, płonie, krwawi; dotknął dłonią policzka Snape'a, trochę machinalnie, trochę bezwiednie; jego palce drżały na jego skórze.
— Nie znał mnie pan — przypomniał, przeciągając wzrokiem po czarnej opasce przysłaniającej równie czarne oczy. Czuł ciepło bijące od jego ciała, zdające się wsiąkać w jego palce, przepływać przez nie jak magia przez długość różdżki. — Byłem tylko dzieckiem. — W jego głosie było ziarno goryczy, której nie potrafił zamaskować.
— Ale znałem… Lily… i Jamesa — pokręcił w roztargnieniu głową Snape; w jego tonie było coś, co sprawiało, że Harry'emu trudniej było oddychać. Cofnął rękę. — Uczyłem się z nimi — westchnął Snape - i Harry zarejestrował ten drobny, niemal niezauważalny oddech tylko dlatego, że stał tak blisko. — Nie miałem pojęcia, że chodzi o nich.
Harry zmarszczył czoło, nie wiedząc, jak powinien się do tego ustosunkować. Skakał spojrzeniem po jego twarzy, starając się znaleźć na niej odpowiedzi na pytania, których nie potrafił nawet sformułować.
Serce właziło mu do gardła.
— Dlaczego to robisz, co? — uśmiechnął się bez rozbawienia Harry; prawie szeptał. — Dlaczego mi na to pozwalasz, skoro nauka jest taka bolesna?
Czy mu się zdawało, czy Snape naprawdę bardziej wcisnął się w ścianę - jakby chciał się z nią zlać, jakby chciał się w nią wtopić? Przez jego twarz przemknął skurcz, którego Harry nawet nie starał się nazywać - coś jak ból, ale nie do końca.
— No, Potter — powiedział cicho, trochę zanadto drżąco, kręcąc - trochę jakby z niedowierzaniem - głową — trzeba ci oddać, że kiedy chcesz, potrafisz być bestią.
Harry uśmiechnął się bez rozbawienia i sięgnął, by rozwiązać czarną opaskę z głowy Snape'a; materiał ześlizgnął się z jego twarzy, z jego ramienia - ciemne, intensywne oczy zogniskowały się na nim jak za sprawą zaklęcia; błyszczały jak pochodnie.
— Oczywiście, że tak — przestąpił nerwowo z nogi na nogę Harry. — Nauczył mnie pan tego.
Jego magia pulsowała wokół nich jak żywy organizm.
— Bezwzględności, Potter? — przechylił głowę Snape, mrużąc na niego oczy.
Harry pokręcił głową i przeciągnął kciukiem po pomarszczonej skroni Snape'a.
— Rozumu, panie profesorze, rozumu.
-VVV-
Ściskał w dłoniach kubek parującej herbaty, wpatrując się w buzujący ogniem kominek, rozświetlający migotliwym błyskiem ściany lochów.
— Może powinienem ją zdyskredytować? — zastanawiał się głośno, zaciągając się gorącą parą unoszącą się znad rozgrzanego naczynia.
— Zdyskredytować kogo, Potter? — uniósł brwi Snape, poprawiając się na fotelu, odkładając własną filiżankę na pełen odbarwień stolik kawowy.
Harry obrócił się w stronę Snape'a, zaplatając obie dłonie wokół ciepłego naczynia, upijając nieśpiesznie łyk herbaty.
— Bellatrix Lestrange — odparł cicho, przyglądając się znad krawędzi kremowego kubka poziomym zmarszczkom wykwitającym na czole Snape'a — oczywiście.
Dłonie Snape'a zamarły w połowie drogi na oparcie fotela; czarne oczy przemknęły ni to z oceną, ni z niedowierzaniem w górę i w dół po jego twarzy.
— Zaczynam szczerze podejrzewać, Potter — pokręcił powoli głową Snape, krzywiąc się na niego jak na gumę do żucia, która przykleiła się do jego podeszwy — że żałoba odjęła ci zdolność logicznego myślenia.
Harry wcale nie uważał tego za tak nierozsądny pomysł, jak zdawał się to postrzegać Snape - Harry wiedział, że w świecie Lorda Voldemorta nie ma spraw niemożliwych, wszystko jest chwiejne, podlega zmianom. Harry wiedział - a wiedział to także i Voldemort - jak cienka może być granica między wrogiem a sojusznikiem.
Rozumiał, skąd u Snape'a ten ewidentny sceptycyzm - u Snape'a, który od lat poruszał się w górę i w dół po drabinie śmierciożerczej hierarchii, u Snape'a, który zdołał przywyknąć do Bellatrix w roli prawej ręki Czarnego Pana, do Bellatrix, której należy słuchać, do Bellatrix, z którą należy się liczyć. Tyle że Harry nie był Śmierciożercą, Harry'ego nie dotyczyły ich prawa, ich zasady, ich organizacja.
Uśmiechnął się przekornie i przysiadł na krawędzi kanapy.
— Trzeba go przekonać — zdecydował, patrząc prosto w czarne oczy; mięsień na bladym, lekko zapadniętym policzku profesora drgnął spazmatycznie. Snape błysnął na niego złym spojrzeniem i otworzył usta, jakby chciał się z nim nie zgodzić. — Trzeba go uwieść — sprostował, przechylając głowę — skusić.
Snape zakrztusił się słowami.
— Ty butny dzieciaku — wypluł zjadliwie i brzmiał, jakby przeklinał — ty nawet tych swoich głupich, rozchichotanych, pustogłowych Gryfonek nie potrafiłbyś uwieść, a co dopiero Czarnego Pana.
Harry zmarszczył na Snape'a czoło, podejrzewając, że w jego słowach może kryć się ziarenko prawdy. Przechylił głowę i pozwolił kącikom ust zadrżeć, gdy przez jego umysł przemknęła nie do końca określona, szalona myśl. Oblizał spękane usta.
— Dlatego — posłał Snape'owi przeciągłe spojrzenie, w którym zawarł tyle pochlebstwa, ile był w stanie wykrzesać, upijając łyk herbaty pomiędzy słowami — mówię o tym panu.
Snape zamilkł i przyjrzał mu się spod uniesionej brwi; a potem się roześmiał - cicho, gardłowo, szyderczo.
— Och, Potter — westchnął; jego głos - tak miękki, że ciężko go znieść bez drżenia; tak różny od wcześniejszej zjadliwości — już niemal pozwoliłeś mi zapomnieć, jaki potrafisz być niezwykle przemyślny, prawda? — Snape pokręcił głową, patrząc na niego jakoś krzywo. — Jak to jest, Potter, że jednego dnia sypiesz mi się w dłoniach, ronisz krokodyle łzy i zapijasz je alkoholem, a następnego odżywa w tobie bestia, co?
— Mówiłem panu — mruknął Harry, spuszczając wzrok — że chcę być lepszy. Silniejszy.
— Wobec czego — zacmokał Snape, wykrzywiając sceptycznie wargi — najpierw radzisz się mnie w kwestii zaszczucia drugiego człowieka — przechylił głowę, przyglądając mu się — a potem, na deser - mógłbym rzec - prosisz mnie, żebym uwiódł dla ciebie Czarnego Pana?
— Jeśli tak pan to przedstawia… — wzruszył ramionami Harry.
— A może zawrzemy umowę? — Czarne oczy Snape'a zabłysły i Harry poczuł niepojęty, wiercący mu dziurę w żołądku niepokój, którego całą siłą woli starał się nie okazywać. — Ja uwiodę dla ciebie Czarnego Pana, Potter — wstał z fotela Snape; jego czarna szata zawirowała na wątłym przeciągu; kiedy przyklękał przed kanapą, serce Harry'ego na moment zatrzymało się w piersi — a ty w zamian będziesz informował mnie o wszystkich swoich… działaniach na terenie tego zamku przez następny rok, zgoda? — uśmiechnął się miękko Snape, wywołując nie lada mętlik w niezrównoważonej głowie Harry'ego. — Wszystkie swoje podejrzenia, wszelkie plany - bez żadnej nieścisłości, bez żadnych tajemnic. Jeśli odkryjesz czyjeś sekrety, tak, jak przez ostatni rok rozgrzebywałeś moje - mówisz mi o tym. Jeśli będziesz szczególnie natrętnie kręcił się z jakichś określonych powodów przy jednym z profesorów - mówisz mi o tym. Jeśli w zamku dzieje się coś, co nie jest powszechnie wiadome - informujesz mnie.
Harry śledził powolne ruchy wąskich ust układających się w słowa, zaglądał głęboko w czarne oczy, w których nie było kłamstwa.
— A w zamian — zaciągnął się głęboko zatęchłym powietrzem lochów Harry — pan zrzuci z piedestału Bellatrix Lestrange.
Snape w odpowiedzi zamruczał, a Harry'emu chłodny dreszcz spłynął niczym ukłucia cienkich igiełek w dół karku.
— Czy to nie jest tylko ślepa wiara? — zapytał Harry, marszcząc nos.
Snape się roześmiał.
— Och, Potter — westchnął, kręcąc głową — Bellatrix to tylko marionetka w dłoniach Czarnego Pana. — Czarne oczy rozbłysły jak onyksy. — Wystarczy jedynie uciąć odpowiednie sznurki.
Gest, którym ujął dłoń Harry'ego, był niebywale ostrożny - jakby Harry był stworzony z piasku, jakby mógł rozpaść się przy byle podmuchu.
— I na dobrą sprawę to nie tak — powiedział Snape, uśmiechając się niczym kojot — że jeszcze nigdy go nie oczarowałem.
A potem się pochylił; odcisnął kształt własnych warg na chudych knykciach Harry'ego, jakby przypieczętowywał umowę.
-VVV-
To zatrważające, to upiorne, że Snape działał na niego w taki sposób: jakby wyżymał niewinność z jego życia, jakby chlastał go po twarzy szarą, chłodną, ostrą rzeczywistością. Był wstrząsający, jego szczerość była wstrząsająca - bo Snape: Snape, podwójny agent, szpieg Dumbledore'a albo szpieg Voldemorta, biała karta w otwartej księdze; ten Snape klęczał przed nim, jak klęczał przed Czarnym Panem i patrzył mu w oczy, jak patrzył w oczy Dumbledore'owi, a Harry widział czarodzieja, którego należy się bać, którego należy się wystrzegać jak ognia.
I rozumiał, że spogląda w twarz człowieka, który z dużym prawdopodobieństwem, jest bardziej niebezpieczny niż szalona Bellatrix Lestrange czy jej niezrównoważony szwagier Rabastan.
Snape - być może zdradliwy, trudny: na pewno, Snape, który całował szatę Voldemorta, który całował knykcie Harry'ego, był kimś, przed kim należy drżeć.
A jednak nie obawiał się go, nie bał się stanąć o kilka kroków za blisko, nie bał się być przy nim szczerym, nie bał się zdradzać mu swoich planów, nie bał się powierzać sekretów w jego chude, blade dłonie.
Ponieważ Snape - Snape noszący Mroczny Znak wyryty na skórze, Snape mający dług wdzięczności u Dumbledore'a - nie należał do żadnego z nich, nie tak naprawdę.
Severus Snape był jego, zawsze był jego, rok temu, gdy pognał za nim do Ministerstwa Magii, gdy chował go w swoich ramionach podczas bitewnej zawieruchy, był jego na trzecim roku, gdy odciągał go, zatapiając boleśnie palce w jego ciele, od rozjuszonego wilkołaka, był jego na pierwszym roku - już wtedy - gdy mamrotał pod nosem przeciwzaklęcia, starając się zbić nimi klątwę Quirrella rzuconą na jego miotłę.
I Harry nie wyobrażał sobie, żeby Severus Snape mógł być inny. Severus Snape to trwoga zaciskająca mu usta i Severus Snape to ochrona rozpostarta nad nim jak płachta. Severus Snape to sprzeczność, to dysonans, to rażące zakłócenie harmonii.
Właśnie to, choć Harry prędzej odgryzłby sobie język, niż przyznał to głośno, czyniło Severusa Snape'a fascynującym w jego oczach, intrygującym.
Ta fascynacja sięgała w głąb niego, zapuszczała w nim korzenie znacznie bardziej solidne, niż Severus Snape byłby w stanie przypuszczać.
-VVV-
— Jeśli mówimy o moich krokach — spuścił wzrok Harry, wyjmując palce z chudej dłoni Snape'a — mam na oku profesora Slughorna.
— Horacego? — zdziwił się Snape, unosząc wysoko brwi. — Czym ci podpadł stary Horacy, że zaczaiłeś się właśnie na niego? Chyba że wystarczył sam fakt jego… nagłego powrotu z emerytury? — zastanawiał się na głos, przyglądając mu się.
Harry skrzywił się, raczej kwaśno, i pokręcił głową.
— Nie naraził mi się, nic z tych rzeczy. To… — zawahał się Harry, gryząc wnętrze policzka — zalecenie Dumbledore'a.
Snape zamarł, skupiając na nim wzrok przenikliwych oczu, i przechylił głowę, jakby go określał.
— No tak — przytaknął powoli, bardzo powoli, wręcz nienaturalnie, świdrując go przeszywającym spojrzeniem — powinienem się tego domyślić, nieprawdaż? Powinienem to przewidzieć.
Podejrzewał go. Znowu. Uświadomienie sobie tego było dla Harry'ego jak mocny cios w żołądek; bo to nie tak, że Harry działał przeciw niemu - owszem, podsłuchiwał, kłamał, czarował i przekonywał do siebie, dzisiaj Slughorna, wczoraj Hughesa, obu: posłuchawszy sugestii Dumbledore'a - ale nigdy nie zadziałał na jego niekorzyść. Nigdy celowo.
— To nie tak — pokręcił głową Harry, pochylając się w stronę Snape'a; profesor wciąż przed nim klęczał, zanurzając kolana w miękkim dywanie, przez co ich twarze znalazły się na tej samej wysokości — że przekazuję mu wszystko, czego się dowiem — zastrzegł. — To nie tak, że nie filtruję informacji, które mu dostarczam, panie profesorze. Nie jestem idiotą — uśmiechnął się kwaśno, krzywo, kąśliwie — i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że byłby pan w stanie zawiadomić go o rzeczach, działających na moją wielką niekorzyść. Poinformować go o sprawach, które postawiłyby mnie w bardzo niekorzystnym świetle. Jak więc pan może w ogóle przypuszczać, że ośmieliłbym się stanąć z panem w szranki, profesorze Snape?
Snape uśmiechnął się do niego tak, jak nie uśmiechał się nigdy; klęczał przed nim, czarna plama na włóknistym dywanie, Snape: sługa mrocznego pana i Snape: podwójny agent; Snape: fałszywy żeton w Black Jacku, Joker w karcianej talii - klęczał u jego stóp i uśmiechał się: frywolnie, bezwstydnie, z przekornym błyskiem w czarnych, głębokich oczach i powiedział:
— Mógłbym cię zniszczyć, gdybym tylko chciał.
Harry wiedział, że mógłby.
A mimo wszystko czuł się bezpieczny pod jego okiem, czuł się strzeżony.
Harry spoglądał na niego - na tą niebezpieczną bestię, która, choć chyli kark, jest w stanie ugryźć, choć odsłania gardło, może splunąć jadem w oczy. I Harry czuł się zamroczony jego sprzecznością, obezwładniony głębią jego głosu, siłą spojrzenia; jakby Snape był narkotykiem, jakby był trucizną wtłaczaną powoli, doza za dozą, w żyły.
Snape musiał widzieć: zachwyt w zielonych oczach; zachwyt i zgrozę pomieszaną w nierównych proporcjach.
— To dobrze — odrzekł Harry i naprawdę miał to na myśli — bo skoro już przypieramy się do ścian, schodzimy na kolana i całujemy się po rękach, nie możemy być w tym wszystkim tak strasznie monotonni, prawda?
Przez ułamek sekundy na ziemistej twarzy zagościła czysta konsternacja; a potem Snape odchylił głowę do tyłu, pozwalając, by włosy rozlały się jak woda z przewróconej szklanki po jego plecach, i roześmiał się; ten gardłowy, cichy śmiech sprawiał, że Harry'emu miękły kolana.
— Jesteś zepsuty, Potter — pokręcił głową Snape; miał rozbawienie w zmarszczkach na czole i jaskrawe ogniki w oczach - wyciągnął rękę, przykładając knykcie do policzka wpatrzonego w niego Harry'ego — i to ja cię zdegradowałem, ja wyhodowałem zgniliznę, która wżera się w twoje ciało.
— Może pan sobie pogratulować — sprostował Harry i nie zaprzeczył.
-VVV-
— Jak to jest — zapytał Harry, bo korzystał z sytuacji, bo Snape przed nim klęczał, bo mógł — być czyjąś własnością?
Snape odetchnął głęboko, powoli; jego palce musnęły lewe przedramię.
Pytanie nie było pretensjonalne; Harry nie zapytał z wyrzutem ani ze zdegustowaniem, nie zapytał z wścibstwa ani z chęci dopieczenia Snape'owi, nie zapytał z niechęcią albo ze zgorzknieniem - zapytał z ciekawości.
Patrzył na niego długo - jego zamknięty w sobie, skryty profesor - i zdawał się rozumieć, co stoi za jego słowami. I choć Harry liczył się z tym, że może nie doczekać się informacji zwrotnej, Snape odpowiedział:
— Czasem cudownie. — Jego głos był cichy, a jednak dźwięczny i Harry zastanawiał się, jak to możliwe, że te dwie rzeczy z sobą nie kolidują; jego głos był wciągający. — Czasem nie do zniesienia.
Nie rozumiał - nie pojmował, co Snape mógł mieć na myśli, bo jeśli usługiwanie Czarnemu Panu jest dokuczliwe albo męczące, albo - być może - przekraczające ludzkie możliwości, to gdzie w tym wszystkim ta cudowność, skąd ten zachwyt, ta fascynacja?
Snape przyglądał mu się - przyglądał mu się uważnie, znad zmarszczonego nosa - a potem westchnął - westchnął tak, jakby widział niezrozumienie Harry'ego, jakby potrafił je objąć rozumem, jakby wiedział, skąd się ono bierze, jakie są jego podstawy. Harry widział, jak Snape wykrzywia usta w imitacji uśmiechu, który chyba go męczył, chyba go nużył, bo po chwili pokręcił głową i odpuścił, a kąciki jego warg zjechały się, zaczęły się zwężać - jego uśmiech zbladł i zniknął.
— Pamiętasz, jak opowiadałem ci… — spojrzał w dal Snape, marszcząc brwi, zamyślił się, a kiedy kontynuował, mówił trochę z roztargnieniem, jakby skupiał uwagę na czymś daleko poza obrębem jego gabinetu, poza obrębem tego zamku, tego regionu. — Pamiętasz, jak mówiłem ci o dniu, w którym zabijałem mojego ojca? — powiedział: „zabijałem", jakby w jego wspomnieniach trwało to i trwało - bez końca, ciągnęło się jak guma do żucia, jak cukierek z toffi.
Harry przygryzł wnętrze policzka.
— To nie jest coś — odparł z wahaniem, niepewnie, kręcąc się: cały w nerwach - nie będąc pewnym, na jak wiele słów może sobie pozwolić — o czym się zapomina.
Snape przytaknął, jakby się z tym zgadzał - w jego spojrzeniu Harry widział dekoncentrację, oderwanie od rzeczywistości; wyglądało to trochę tak, jakby tą nieprzeniknioną czerń spowiła mgła, jakby na jego oczach osiadła siateczka pajęczyny, jakby patrzyły, a jednak nie widziały niczego, co znajduje się w zasięgu wzroku: jakby nie widziały kamiennych ścian lochu ani ciężkich mebli, ani nawet: jakby nie widziały Harry'ego.
— Bo widzisz, Potter — mruknął Snape, przechylając głowę; spojrzał na niego - i Harry był w stanie dostrzec zadumę, która zanikała w jego oczach, powoli, trochę jak krople deszczu rozmazujące się na szybie — to doskonały przykład na to, że przy nim, nic nigdy nie przebiega jednotorowo.
Harry zwinął się na kanapie, podciągnął pod siebie nogi, owinął się miękkim kocem, przerzuconym przez zagłówek. Jednak w momencie, w którym Snape wykonał taki gest, jakby chciał wstać, Harry go zatrzymał, położył dłoń na jego ramieniu, chwycił, ścisnął, przytrzymał. Snape uniósł wysoko głowę, jego kark - prosty jak struna, jego oczy - drgnęły, zwęziły się, skupiły na twarzy Harry'ego na wpół z zaintrygowaniem, jakby chciał sprawdzić, do czego to wszystko dąży, na wpół z ostrożnością.
— To nie jest bezpieczne - mówić panu o wszystkim, co wiem, tak jak przyrzekałem — oznajmił ściszonym głosem, przeskakując spojrzeniem między czarnymi oczami. — Mam w zanadrzu tajemnice Dumbledore'a. Mam w zanadrzu — uchwycił lewe przedramię Snape'a i zacisnął lekko palce — jego tajemnice.
Usta profesora rozchyliły się nieznacznie; Snape patrzył na niego, jakby widział go po raz pierwszy w życiu, patrzył na niego, jakby Harry był niebezpieczną, jadowitą rośliną, której potrzebuje do eliksiru, jakby był żmiją o ostrych jak brzytwa kłach, a Harry - z zaskoczeniem - stwierdził, że podoba mu się to, że Snape patrzy na niego w ten sposób, że to mu pochlebia.
— Potrafię ich oszukać — zamruczał Snape i brzmiał, jakby samego siebie próbował przekonać — każdego z nich.
— Jest pan pewny?
— Nie — przyznał Snape; jego oczy pociemniały — ale muszę w to wierzyć, żeby nie zwariować.
Harry zachichotał i - z lekkim zaskoczeniem - stwierdził, że chce powiedzieć Snape'owi: o wszystkim, co wie, o wszystkim, czego się dowiedział, chce widzieć aprobatę w jego oczach, chce widzieć w nich zachwyt; ponieważ, choć nie przyznałby się do tego głośno, Snape był kimś, komu chciałby się przypodobać. Harry, patrząc w te czarne, głębokie oczy, myślał, że chciałby, żeby Snape wiedział, że on wie - o tak wielu, nikomu nieznanych kwestiach, że trzyma w dłoniach informacje, które mogłyby stać się niebezpieczne w nieodpowiedzialnych, niekonsekwentnych rękach.
Harry chciałby zobaczyć respekt w jego czarnookim, nieobliczalnym spojrzeniu - więc pochylił się nad nim z miną konspiranta. I powiedział mu: na drodze kompromisu.
-VVV-
Miał w sobie zdystansowanie, którego Harry mu zazdrościł. I potrafił zachować kamienną twarz, podczas gdy Harry opowiadał mu o rzeczach, o których Snape nie powinien wiedzieć. Mówił mu o Dumbledorze, o tym, że nie ściągnął profesora Slughorna z emerytury przez przypadek, o tym, że nakazał Harry'emu mieć go na oku, że nakazał Harry'emu wkraść się w jego łaski.
— Dlaczego? — chciał wiedzieć Snape, na co Harry był w stanie zaoferować mu jedynie wzruszenie ramion.
— Jeszcze tego nie wiem — przyznał, spoglądając w jego ciemne, przeszywające go na wskroś oczy — ale dowiem się — zastrzegł — prędzej czy później.
Mówił mu o Gwardii Dumbledore'a, o zajęciach, które prowadził przez ostatni rok pod samym nosem nieprzychylnej mu Umbridge, mówił o tym, czego ich nauczył, mówił, co przyswoili, a z czym mieli większy kłopot, jakie zaklęcia wbił im do głowy, jakie techniki pojedynku zaprezentował przed ich na wpół znudzonymi twarzami. Mówił o Zaklęciu Patronusa - o tym, jak niewiele z nich było w stanie wykrzesać z siebie odpowiednio potężne, szczęśliwe wspomnienie, choć można przypuszczać, że ich życie przedstawiało się w jaskrawszych barwach, niż jego własne doświadczenia.
— A więc to wszystkie informacje, którymi dysponujesz? — przechylił głowę Snape, przyglądając mu się. — Tak wyglądają całe kulisy zamkowego życia, Potter?
— Oczywiście, że nie — uniósł brwi Harry. — To jedynie przedsmak. Nie mogę przecież podać panu wszystkiego na jednej tacy. To by było zupełnie niesmaczne.
Snape pokręcił głową, uśmiechając się miękko.
— Och, Potter — westchnął, przewiercając go intensywnym spojrzeniem — przecież nie mogę uwieść Czarnego Pana połowicznie, prawda?
Harry zacmokał wymownie.
— Muszę zostawić sobie jakiś procent gwarancji, nie uważa pan?
Snape się roześmiał - i nie był to przyjemny dla ucha śmiech (przyprawiał Harry'ego o szybszy oddech); a potem się przed nim ukłonił, jakby podnosił rękawicę.
-VVV-
Snape był demonem. I Harry, choć sam mu to zlecił, czuł się niepewnie, kiedy następny raz zabrał go ze sobą przed oblicze Czarnego Pana. Snape się nie wahał, Snape się nie patyczkował, Snape: jak gdyby nigdy nic, zachował się, jakby go hołubił, pożądał - i może tak było, Harry, patrząc na niego, sam już nie wiedział, co myśleć.
Snape się nie namyślał, był pewny siebie, spokojny; Harry nie potrafił nie przygryzać wargi - bo bał się; bał się tego, co sam powołał do życia.
Spoglądał prosto w krwistoczerwone oczy, kiedy do niego podchodził; a potem uklęknął przed nim - stojącym przy wysokim oknie - i spuścił wzrok.
Czarny Pan pogładził palcem wskazującym dolną, zlewającą się z bladą, niemal mleczną skórą wargę, jakby nad czymś rozmyślał.
— Nie wydaje mi się — przemówił powoli Voldemort, taksując wzrokiem milczącego Snape'a — abym cię wzywał, Severusie.
Snape uniósł wzrok. Harry przyglądał się w milczeniu, jak patrzą sobie w oczy - milcząco, bez słów, z dziwną intensywnością, której Harry nie był w stanie objąć rozumem. I nie mógł odeprzeć wrażenia, że Snape coś Voldemortowi pokazuje, coś mu klaruje, coś, do czego Harry nie miał dostępu.
Voldemort zacmokał; a potem spojrzał wprost na niego ponad ramieniem Snape'a. I uśmiechnął się, a Harry miał absurdalne wrażenie, że uśmiech ten wsiąka w jego ciało, że zawraca mu w głowie, że go czaruje.
— No, no, no — powiedział przeciągle Czarny Pan, przyglądając mu się. Wsunął dłoń we włosy Snape'a, przeciągając powoli palcami po długich, czarnych pasmach, zaplątując je wokół palców, bawiąc się nimi. — Wiesz, Harry, co jest najbardziej intymne w człowieku? — zapytał, a Harry zastygł w bezruchu, czując, jak ogarnia go chłód, jak wspina się w górę jego pleców, przeszywa kark; palce u rąk zdrętwiały, jakby wisiał nad otwartą paszczą przepaści, uchwycony szorstkiej liny. — Umysł, Harry — powiedział cicho Voldemort, nie czekając na odpowiedź. — Prawda — przechylił głowę, przyglądając mu się spod rzęs. — Myślałeś, że co zrobi Severus? Zakołysze biodrami? A może przypuszczałeś, że będzie bez końca całował moje stopy? — uśmiechnął się; delikatnie - niemal z rozbawieniem. Pochylił się nad Snape'em i patrząc prosto w oczy Harry'ego, wysyczał przyciszonym jak konspirant głosem: — Widzisz, Severusie, tak mu się właśnie wydawało.
Pomruk, jaki wydostał się z piersi Snape'a, był porażający; Harry'emu zdawało się, że jeszcze nigdy nie słyszał tyle rozkoszy w jego gardle, tyle żaru. Zadrżał - bo choć próbował to ukryć - ten cichy pomruk przeszył go jak zaklęciem.
— On pragnie zemsty, mój Panie — odezwał się po raz pierwszy, odkąd przybyli, Snape; mówił powoli, spokojnie, jakby namyślał się nad własnymi słowami — i wychodzi na to, że to właśnie mi o tę zemstę przyszło błagać na kolanach.
Czerwone oczy ponownie skoncentrowały całą swą uwagę na czarnych.
— Intrygujące, mów dalej.
— Jest zachłanny. I rozdarty. W tym samym czasie — oznajmił miękko, powolnie, niemalże z namaszczeniem Snape, i nawet nie mrugnął, nawet się nie zawahał zdradzając jego emocje przed Czarnym Panem. — Zachłanny, bo upaja się widokiem mnie klęczącego z uniżaniem na ziemi, bo palą go wnętrzności, bo - całkiem słusznie - uważa tę sytuację za coś bardzo intymnego.
Harry, słysząc to, omal nie odgryzł sobie języka; nie musiał widzieć własnego odbicia w lustrze, żeby wiedzieć, że jego twarz podeszła czerwienią. Skóra go paliła.
— Rozdarty, bo - ponownie całkiem słusznie - uważa, że zachowuję się na wskroś niemoralnie.
Voldemort się roześmiał - szczerze, choć zimno, cicho, choć z nienaturalną głębią brzęczącą w gardle.
— Nasz szlachetny, cnotliwy Harry. — Voldemort zamruczał, jakby napawał się własnymi słowami. — Tak niewinny, a jednak zemsta go pociąga — przeciągnął, w niemalże czułym geście, wierzchem dłoni po policzku Snape'a; Snape przechylił głowę i przeciągnął wargami po bladych knykciach; i Harry'emu nie pozostało nic, tylko przyznać przed samym sobą, że Snape - przeklęty, cwany, judaszowski - odwrócił sytuację przeciw niemu - że prędzej umrze ze wstydu, niż przyjdzie mu odczuć satysfakcję, że to on zainicjował to spotkanie.
— Każdy pragnie rewanżu, Tom — powiedział więc na głos, decydując się podejść bliżej; Snape, mrużąc - niemal podejrzliwie - oczy, spojrzał na niego przez ramię. — To naturalne. To ludzkie.
Czuł się upokorzony, stłamszony - okropne uczucie, pozbawiające tchu. Dlatego właśnie nie zawahał się, gdy zbliżył się do Voldemorta, nie zawahał się, gdy zatrzymał się u jego boku, nie zawahał się, gdy uchwycił szorstko podbródek Snape'a, wpijając mu paznokcie w ziemistą skórę i szarpnięciem zwrócił ku sobie jego twarz.
Źrenice Snape'a pochłonęły tęczówki, wargi drgnęły, klatka piersiowa zafalowała. Voldemort przechylił głowę, przyglądając mu się, jakby prognozował jego kolejny ruch - a Harry kolejny ruch skrupulatnie sobie przemyślał, oczywiście.
— Byłbym dozgonnie wdzięczny, Tom — uśmiechnął się uroczo Harry — gdybyś poprosił profesora Snape'a, aby dał mi trzy drobne rzeczy.
Snape spoglądał mu w oczy, jakby próbował rozgryźć jego intencje i nie był w stanie.
— To zależy — uniósł brwi Voldemort, odstępując o krok, przyglądając się im w taki sposób, jakby sprawiał mu przyjemność widok Harry'ego górującego nad Severusem Snape'em, jakby sycił się tą sytuacją, jakby czerpał z niej chorą satysfakcję — co to za rzeczy.
— Och, ależ błahe — zapewnił pospiesznie Harry, przekrzywił głowę profesora, a ten poddał się jego palcom, jakby wiedział, że nie ma sensu protestować. — Pierwsza — zamruczał, pochylając się nad uchem Snape'a, odgarniając mu włosy z twarzy — to wspomnienie z dnia, w którym wydawał ci treść przepowiedni.
Snape zamknął oczy; przez jego twarz przemknął grymas bólu, jakby Harry potraktował go nie słowami, a zaklęciem.
— Druga: chcę, żeby przede mną klęczał, kiedy będzie mnie za to przepraszał — oznajmił niewzruszenie Harry.
— A trzecia? — zainteresował się Voldemort.
Zielone oczy Harry'ego zapłonęły intensywnym blaskiem.
— Chcę, żeby to mnie uwodził. Teraz.
-VVV-
— Słodki czyn: zemsta — powie mu później, już w zamku, w szkolnym lochu, Snape, przewiercając go chłodnym spojrzeniem, a Harry zapomni języka w gębie.
Na razie wciąż patrzył na Snape'a z góry - i czuł, że to tego właśnie pragnie.
-VVV-
Jego umysł się pogubił. Harry spoglądał na Snape'a i czuł tak wiele i tak nieoczekiwanie, że przez moment nie potrafił określić, co się z nim dzieje. Ta dziwna fuzja uczuć pochłaniała go, tłamsiła, a choć Harry robił wszystko, aby ją uporządkować, aby ułożyć sobie swoje nieposłuszne emocje w głowie, to było silniejsze od niego. Jego serce pulsowało w nienaturalnym rytmie.
Mieszanka uczuć zlewała się w jedno i Harry'emu zaczął dokuczać ucisk w gardle, przez który nie mógł oddychać.
W oczach Snape'a był ból i gniew - obie te rzeczy w tym samym czasie, w tym samym błysku, w tym samym spojrzeniu; jego postawa, jego położenie: tak bardzo bezradne.
Dolna warga Snape'a zadrżała i Harry widział walkę, jaką staczał z samym sobą, otworzył usta, a potem je zamknął i przełknął ciężko, jakby słowa stanęły mu kołkiem w gardle. Harry przyglądał się, jak powieki Snape'a opadają, jakby piekły go oczy, jak pochyla się nad posadzką, jak ociera policzek o jego łydkę jak łaszący się kot i czuł się zagubiony w każdym pojedynczym sposobie, w jaki Snape się przed nim uniżał; zagubiony w każdym pojedynczym sposobie, w jaki sam go wykorzystywał.
— Teraz już wiem — spojrzał na niego Snape; jego głos był cierpki jak owoc ciernistego krzewu — że powinienem sobie pogratulować — musnął wargami jego nadgarstek — nauczenia cię bezwzględności.
-VVV-
Snape by demonem, ale to Harry'ego wyszkolił na upadłego anioła.
