.

Rozdział 6

Idąc wolno wzdłuż przepaści

.

Wbijał w niego ostry zarzut, chciał, by poczuł własną winę, chciał, by go zapiekła, zapłonęła w jego krwi, chciał, żeby ją odczuwał całym sobą, żeby przerodziła się w żal, w gorycz, chciał, by go bolała.

— To twoja pokuta — chciał powiedzieć — to twoje odkupienie win — ale nie mówił, bo Snape rozumiał go bez słów.

Jego ciało było kościste i miękkie zarazem, kiedy kładł na nim dłonie, kiedy go ciągnął za kark, czarne włosy plątały mu się między palcami, gdy zaciskał na nich dłoń, zmuszając go, by na niego spojrzał.

— Stworzyłeś mnie takim — wysyczał mu w twarz, chociaż chciał powiedzieć coś zupełnie, zupełnie innego, chciał powiedzieć, że zasłużył, że to jego kara za wszelkie grzechy przeszłości, że to rewanż za to, że zniszczył go na długo przed tym, nim go poznał, nim pierwszy raz ujrzał go na oczy. — Jestem twoim dziełem.

Harry widział, jak drży, drży na całym ciele, jego ramiona, jego uda, nawet jego wargi - wszystko to chodziło pod dyktando słów Harry'ego.

Snape oddychał, jakby tracił kontrolę, jakby brakowało mu powietrza, jakby chwytał je łapczywie zmarnowanymi płucami, rzężąc, dysząc - wyrwał się spod jego palców, jednym szarpnięciem, szybko, gwałtownie, chociaż nie powinien, chociaż sprzeciwił się tym sposobem nakazom Czarnego Pana - ale zrobił to, jakby nic już nie miało znaczenia.

— Chcę, żebyś się złamał — wysyczał Harry; głos mu drżał, czuł się jak w gorączce. — Chodź tu i klęcz przede mną, i oddaj mi wspomnienie, które mam obiecane. — Czarne oczy spoglądały prosto w jego własne z czymś na kształt zamętu, z czymś na kształt szoku, ale nie do końca. — Chcę, żebyś mnie błagał, chcę, żeby pękło ci serce, dusza, czy cokolwiek, co tam masz w środku - i nienawidzę się za to, że tego chcę. Chcę się nad tobą znęcać, a ty nauczyłeś mnie, jak brać pełnymi garściami to, czego się pragnie, a ja pragnę…

Zakręciło mu się w głowie, bo Snape - Snape spoglądający na niego, jakby był dzikim zwierzęciem, które wyrwało się z klatki na wolność - trzasnął go z otwartej dłoni w twarz tak mocno, że broda Harry'ego odskoczyła w bok. Ból był ostry, piekący, trzeźwiący w sposób, w jaki Harry tego potrzebował.

Ramiona pojawiły się niespodziewanie, chociaż ból nie zniknął. Przyciągnęły go mocno do ciepłego ciała, przytrzymały przy nim; dłoń na jego potylicy, broda na czubku głowy. Harry oddychał w rozchwianym rytmie w osłoniętą wysokim kołnierzem szyję, czując ucisk w gardle, który męczył, który nie dawał spokoju. Złapał się go kurczowo, zatopił palce w miękkim materiale jego szaty, wbił w nią paznokcie.

— Już dobrze — wyszeptał Snape w jego włosy i brzmiał miękko, choć drżąco - i absurdalnie łagodnie — możesz mnie przekląć, jeśli musisz. Możesz mnie zranić. Możesz mnie, Potter, rzucić na kolana. Pozwalam ci.

Harry'ego piekło coś znacznie więcej, niż tylko policzek.


-VVV-


Zostawiał odciski swojej obecności na jego bladym ciele, bo chciał wydrążyć ślad po kamieniach, które nosił u szyi, odkąd był dzieckiem. Czuł, że potrzebuje więcej, kiedy zrywał szarpnięciem ten absurdalnie wysoki kołnierzyk, kiedy wbijał mu paznokcie w szczękę, kiedy zatapiał zęby w bladej szyi, mocno, agresywnie, czując smak jego skóry na języku. (— Jesteś bestią, Potter — powie mu później, dużo później, Snape, dotykając koniuszkami palców sinych śladów pomiędzy uchem a obojczykiem).

Snape przelewał w niego wspomnienia - leżał na chłodnej ziemi i pozwalał, aby wyciekały z niego, fala za falą; Harry patrzył mu w oczy i nie musiał się wcale nagimnastykować z Legilimencją, aby je przechwycić, wsiąkały w niego, jakby Snape mu je dawał - i pewnie to właśnie robił, bo Harry nawet w najśmielszych myślach nie przypuszczał, aby był zdolny do wydobycia czegoś tym sposobem, tak gładko, tak bezproblemowo z - nomen omen - mistrza umysłu. Harry spoglądał w czarne oczy (spoglądał w czarne wspomnienia) i płakał, a jego łzy kapały na tą chudą, lekko zapadniętą twarz, na ostre kości policzkowe, na wąskie wargi.

— Kto by pomyślał, że drzemią w tobie cienie — powiedział Voldemort, przyglądając im się z góry, z błyskiem w czerwonych oczach, a w jego słowach brzmiała cicha, płynna jak rtęć fascynacja.

Nienawiść do samego siebie drążyła Harry'emu dziurę w brzuchu, ale nie potrafił - i nie chciał - przytrzymać rąk przy sobie.

Czuł się jak w gorączce, a jego skóra płonęła, płonął każdy skrawek jego dłoni, które poczynały sobie bezkarnie na ciele Severusa Snape'a.

Pieprzony Snape - czekał na to od dawna: aż Harry zbierze w sobie siły i uderzy, aż odrzuci swoją moralność na dalsze tory, aż przestanie być tym absurdalnie szlachetnym bachorem, którym poniekąd pogardzał. Harry, patrząc w te niemożliwie czarne (niemożliwie uległe) oczy, nie mógł odeprzeć wrażenia, że Snape doskonale wiedział, że ta chwila nadejdzie, wiedział już rok temu, wiedział, odkąd Harry zasłyszał o roli Snape'a w morderstwie jego rodziców; Snape wiedział: już wtedy.

Harry nie był pewny, czy go karze, czy karmi poczucie winy żyjące w tym chudym, kościstym ciele - bo Harry miał absurdalne, niemożliwe do zbicia przeczucie, że Snape tego chciał, że właśnie tego potrzebował, aby odkupić swoje winy: kary, ciężkiej ręki: jego ciężkiej ręki.

Był teraz, przed nim, tym doskonale pokornym ciałem, które przyjmuje, oddycha, pozwala: spolegliwie i na wszystko.

Nie chciał go krzywdzić - chciał go krzywdzić; czuł się jak na przeklętej huśtawce, która nie może znaleźć się w stanie równowagi.

Jego pierwszy Cruciatus w życiu (i miał nadzieję, że ostatni) wstrząsnął ciałem Severusa Snape'a z intensywnością, której Harry nie oczekiwał, ujawniając moc, której Harry się po sobie nie spodziewał; wyrwał skowyt z profesorskiej piersi - Harry nie mógł nazwać tego krzykiem, na krzyk było to zdecydowanie zbyt mało ludzkie. Ciało Snape'a zesztywniało, spiął się każdy mięsień jego klatki piersiowej, każdy mięsień ramion, szyi, ud - Harry przywarł do niego, mocno, zachłannie, bo chciał poczuć własnym ciałem wszystkie te przejawy agonii, które trawiły chude ciało jego profesora. I przez chwilę był w stanie zrozumieć szaloną Bellatrix Lestrange - z jej niepohamowaną żądzą krwi, z wybuchowym charakterem i gwałtownością.


-VVV-


To nie ból - jego przyjmowanie i dawanie - był najgorszy. Nawet nie upokorzenie. Najgorsze były wszystkie te duszne, ciężkie emocje wiszące nad nimi w powietrzu, przyprawiające o migrenę.


-VVV-


— Wystarczy, Harry — powiedział Voldemort - jego głos spokojny jak bryza, tak różny od szalejącej w piersi Harry'ego burzy.

Harry nie wiedział, kiedy to się stało i w jaki sposób to spowodował, ale Snape krwawił - i choć wcale nie mocno i wcale nie obficie, jego czarne szaty były ciężkie od wilgoci; Harry widział, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada, unosi się i opada, szybko, ciężko - śledził w milczeniu jej ruchy.

„Wystarczy, Harry" — powiedział Voldemort i postawił go na nogi - śmierdzącego potem i krwią, pulsującego magią - uchwycił go za biodra, dźwignął z ciała Snape'a, odciągnął na znaczną odległość, jakby spodziewał się sprzeciwu.

Harry potrzebował wody - miał tak sucho w ustach, że język lepił mu się do podniebienia. Na wargach czuł posmak cudzej krwi, miał ją pomiędzy palcami, we włosach, pod połamanymi paznokciami.

W pewien - nie do końca dla niego zrozumiały - sposób, to było wyzwalające: uczucie kontroli, która tak często ostatnimi czasy wypadała mu z rąk; a jednak nie poczuł tego, czego podświadomie oczekiwał: zadowalającej satysfakcji, poczucia, że wreszcie poukładał sobie swoje roztrzepane życie, spływającego na niego ostatecznie zrozumienia. Pod tym względem nic się nie zmieniło, pod tym względem wciąż tkwił w miejscu jak wbity w ziemię kołek, pod tym względem: ogarniało go tępe, cierpkie rozczarowanie.

Snape chyba to wiedział, bo - podtrzymując się na absurdalnie stabilnych, absurdalnie sztywnych ramionach - uniósł milcząco głowę znad posadzki i spojrzał mu w twarz z bezlitosną antypatią, i prychnął nie bez pogardy.

Voldemort przechylił głowę, przyglądając mu się; na jego bladej, suchej twarzy majaczyło coś na kształt rozbawienia - jakby Harry był nieporadnym szczeniakiem, który goni za własnym ogonem.

— Mój słodki Harry — zacmokał Voldemort, wykrzywiając dziwacznie kąciki ust niemających warg — dobroduszny nawet w gniewie — zlustrował go oceniającym wzrokiem. — Trochę cię sponiewierało, trzeba przyznać.

Harry - nie bez wstydu - był zmuszony w duchu przyznać mu rację.

— Może kiedyś się dla ciebie zmienię — wyszeptał zadyszany.

— Nie zmieniaj się — uśmiechnął się uroczo Voldemort. — Jesteś perfekcyjny - taki, jaki jesteś.


-VVV-


— Nie mam ochoty tego analizować — zazgrzyta później zębami Harry, chodząc od ściany do ściany, nerwowo, szybko, z roztargnieniem po gabinecie niespuszczającego go z oczu, niewzruszonego Snape'a. — To nie byłem ja. To było… To nie byłem ja — będzie miotał się jak ryba w sieci, czym przywoła śmiech na usta Snape'a - dźwięczny, suchy, szyderczy.

— Boimy się akceptować swoje demony, co? — wykrzywi wargi Snape, a Harry przyciśnie dłoń do ust, nie mogąc znaleźć stałego gruntu pod nogami.


-VVV-


Snape - wbrew oczekiwaniom Harry'ego - nie deportował ich prosto do Hogwartu. Kiedy ich podeszwy zastukały o ziemię, przed oczami Harry'ego mignęła wątpliwiej sławy okolica pełna smogu i brudnych, pełnych odprysków cegieł budujących zaniedbane domy. Harry czuł w nozdrzach ostry, kłujący dym, który piętrzył się nad górującymi nad okolicą, krzywymi kominami.

Zachwiał się, gdy Snape wypuścił z uścisku jego ramię, zatoczył się na ścianę niewysokiego muru o odrapanych cegłach i oparł się o niego dłonią, czując nieprzyjemną wilgoć zamszonego kamienia pod palcami. Pochylił głowę, mając wrażenie, że piętrzący się wokół zapach zgnilizny czuje na podniebieniu, że osadza się on pod jego językiem i zwymiotował na szary bruk.

— Merlinie i Morgano, co to za zabita dechami pipidówa? — wypuścił powietrze Harry, przyciskając czoło do wierzchu opartej o parszywy murek dłoni; w skroniach mu tętniło - dzikim, rwanym rytmem.

Snape chwycił go za nadgarstek i pociągnął za sobą przez wąskie, śliskie ulice, pod zardzewiałymi szyldami, wybitymi oknami i uszkodzonymi latarniami, które mrugały, sycząc wściekle, co raz zalewając ściany pobliskich ceglanych domów żółtymi jak mocz plamami światła.

— Moja dzielnica, Potter.

Harry zakrztusił się drapiącym gardło dymem.

— Twoja… co? — mdliło go; to było stanowczo za dużo, jak na jeden dzień - krew na rękach, klątwa na ustach, teleportacja i śmierdzące zaułki spowite szczypiącym w oczy dymem.

Snape nie odpowiedział; Harry widział starą fabrykę górującą nad ciemną okolicą jak buchający dymem smok. Krzywiąc się, splunął na ziemię, starając się pozbyć metalicznego posmaku krwi z ust, mieszającego się z kłującymi wyziewami obskurnych kominów. Kręciło mu się w głowie.

Minęli jakiegoś człowieka, obdartego, siedzącego na chłodnej, brudnej ziemi z wyciągniętymi na całą szerokość wąskiej uliczki nogami, przechyloną głową i zasyfioną igłą sterczącą z ramienia. Snape przestąpił nad nim, jakby mijał zwalone drzewo, bezpardonowo ciągnąc Harry'ego za sobą. Harry obejrzał się przez ramię na ciężkie ciało, zastanawiając się, czy ten człowiek w ogóle żyje i zgniótł w zarodku chęć zawrócenia, potrząśnięcia jego ramieniem, zapytania się, czy nie potrzebuje pomocy, okazania współczucia.

Kiedy Snape wreszcie podszedł, ściskając mocno w dłoni jego nadgarstek, nie puszczając ani na chwilę, do jednego z paskudnych budynków, otworzył go machnięciem różdżki i wprowadził go przez próg w pełen kurzu, wąski przedpokój pachnący stęchlizną, Harry nic nie mógł poradzić na to, że z jego gardła wyrwał się suchy, gorzki śmiech, niemający w sobie ni krztyny rozbawienia - w jednej chwili, ostrej jak jaskrawe światło, jak ostrze noża, Harry zrozumiał dokąd właściwie Snape go przyprowadził.

Snape, jednym skinięciem różdżki, zapalił światło, a potem sięgnął dłonią, zatrzaskując za nimi wejście.

— Na górze jest łazienka — rzucił, popychając go przez przedpokój do zawalonego po brzegi książkami, niewielkiego salonu.

— Co? — nie zrozumiał Harry, mając wrażenie, że jego otumaniony umysł nie do końca przyjmuje do siebie to, co malowało się właśnie przed jego oczami.

— Właź pod prysznic i zostaw te koszmarne łachy, które masz na sobie, przed drzwiami. Zajmę się nimi.

— Nie potrzebuję… — nie dokończył, bo Snape warknął jak rozjuszone zwierzę, chwycił go za kark i szarpnięciem zawlókł do przydymionego lustra w starej, metalowej ramie.

— Spójrz na siebie — syknął Snape, kiedy Harry, potykając się, zatoczył się w stronę przydymionej tafli; chwycił go za brodę - mocno, bo zakuło - i uniósł mu głowę, kierując jego twarz w stronę zamglonego odbicia. — Patrz.

Brzmiał trochę jak wuj Vernon wypominający mu z pogardą brak gustu i - być może właśnie dlatego - Harry się mu podporządkował.

Wciągnął ze świstem powietrze, w pierwszej chwili nie mogąc przyjąć do świadomości, że patrzy we własne odbicie. Było jak odkształcenie w gabinecie luster, jak zakrzywiona rzeczywistość.

Pozlepiane włosy - potem i czerwienią, której wolał nie wypowiadać z nazwy, nawet w myślach - potargane, skołtunione; zaschnięte, brunatne plamy: na szacie, na skórze, na brwiach - na widok których poczuł, jak go mdli; kurz kleił mu się do twarzy.

— Ja…

— Nie dyskutuj ze mną — ostrzegł Snape, obnażając zęby.

Harry odwrócił się i zajrzał ze zrezygnowaniem w jego ziemistą, pociągłą twarz. Przesunął po nim wzrokiem - po nienaturalnie bladej skórze nawleczonej na kości, po ciemnoczerwonych plamach rozlewających się po czerni szaty, po podeszłym siną barwą śladzie na długiej szyi i napiętych mięśniach drżących w post-cruciatusowym odruchu.

Czarne oczy błysnęły z przyganą.

— Potter, ostrzegam cię… — zniżył głos Snape, unosząc nieznacznie podbródek - protekcjonalnie, butnie, miażdżąc go intensywnością spojrzenia.

Harry spuścił przed nim wzrok.

— Łazienka — powtórzył drętwo i bez najmniejszej dyskusji ruszył w kierunku wąskich schodów, nie oglądając się za siebie.


-VVV-


Pieprzony Snape - dbał o niego, nawet teraz, nawet po tym wszystkim, co mu zrobił, do czego przyłożył rękę.

Harry'emu pękało serce.

Miał całkowicie abstrakcyjne wrażenie, że ściany zbliżają się do niego, jakby zamierzały go zmiażdżyć, przekształcić w plamę krwi, skóry i chrząstek leżącą na zimnych, białych, gresowych płytkach, jakby był jedynie kawałkiem mięsa, bezwładnym, bezwolnym, rzuconym w przestrzeń.

Wlazł pod prysznic, odkręcił wodę; zimny strumień lunął na spięte ramiona. Uklęknął w płytkim brodziku, nie mogąc dłużej ustać na nogach, pochylił głowę, pozwalając zimnym kroplom spływać po jego karku i spoglądał - długo i z otępieniem - w różowawe strugi powoli znikające w odpływie.


-VVV-


Czasami naprawdę przeklinał naturę, że obdarzyła ludzki rodzaj inteligencją i poczuciem przyzwoitości. Przeklinał ją, że zaprogramowała człowieka w taki sposób, że wykształciło się w nim sumienie.


-VVV-


Godzinę później Harry, siedząc na wytartej, wąskiej kanapie, popijał parującą herbatę, a Snape - wciąż spowity w kłęby pary jak jakiś przeklęty stwór uciekły z piekielnych czeluści - stał oparty o ścianę, otulony w czarny, miękki szlafrok jak w bezpieczny, ciasny kokon i patrzył na niego, siorbiącego powoli gorący napój.

Harry nie potrafił nie spoglądać co rusz na poczerwieniały, podchodzący sinością ślad po ugryzieniu na jego długiej, bladej szyi, kręcąc się nad swoim kubkiem z nieprzyjemnym uczuciem ściskającym go w żołądku. Snape - zdaje się - czegoś mu do niej dolał - oczywiście - bo ogarniające go powoli fale spokoju napływały do jego ciała z nienaturalną synchronicznością.

— Przestań się o mnie troszczyć — wyartykułował powoli Harry, choć miał abstrakcyjne poczucie, że język spuchnął mu w ustach, gapiąc się we własne dłonie owinięte wokół przyjemnie ciepłego kubka. Łzy płonęły mu w czaszce jak łuczywo. — Nienawidź mnie, Snape. Brzydź się mną.

Wargi Snape'a drgnęły w skwaśniałym grymasie - charakterystycznie, znajomo - Harry stwierdził, że jest w stanie rozpoznać długości drobnych zmarszczek, które zamajaczyły w kąciku jego ust.

— Głupi dzieciak — skwitował, wiercąc mu spojrzeniem dziurę w głowie.

Przeklęty Snape — pomyślał Harry, zdając sobie sprawę, że czuje nieznaczną ulgę, widząc ten stary, niezmienny wyraz na jego pobielałej, zmarnowanej twarzy. Odetchnął głębiej, choć nieco chwiejnie - ból głowy bladł, płowiał - Harry był święcie przekonany, że ma krople eliksiru przeciwbólowego w herbacie.

— Nie widzisz, co ci zrobiłem? — starał się przemówić mu do rozsądku Harry, skubiąc nerwowo wargę zębami. — Nie rozumiesz, że tego chciałem? — błądził spojrzeniem po pożółkłych tapetach, po uginających się od ciężaru książek półkach, po zarysowaniach na niskim suficie, obawiając się spojrzeć mu w twarz, obawiając się ujrzeć szczery, niepohamowany wstręt na tej ziemistej twarzy.

Snape upił łyk herbaty, nie spiesząc się z odpowiedzią, odgarnął leniwym gestem włosy z czoła, oparł lewe ramię na piersi, a na ramieniu denko pękatego kubka; Harry wiercił się niespokojnie pod jego oceniającym, absurdalnie rzeczonym wzrokiem.

— Nie widzisz — posiłkował się jego własnymi słowami - jego chłodny, surowy profesor — że dałem ci tą broń do ręki?

Harry odniósł dokuczliwe, nieznośne wrażenie, że dusi się powietrzem.

Zrób coś, na litość Merlina — wycedził przez zęby, zbierając się na odwagę i ogniskując wzrok na czarnych jak nocne niebo oczach — nie bądź tak absurdalnie spokojny. Uderz mnie, nie wiem, wyrzuć mnie, wykop za próg, zamknij mnie gdzieś, zatrzaśnij na cztery spusty, powiedz mi, że nie chcesz mnie więcej oglądać, że jestem stratą… — zaciął cię jak zgrana płyta, zaciskając usta tak mocno, że to bolało.

Snape wypuścił, nie bez zrezygnowania, powietrze przez nos i przez chwilę wyglądał, jakby tracił cierpliwość. I kiedy Harry był przekonany, że w następnej sekundzie przyjdzie mu zapłacić za wszystko, co dziś uczynił, Snape odezwał się bez namysłu, a jego słowa poszły w zupełnie innym kierunku, niż Harry oczekiwał.

Nie jesteś. Stratą. Miejsca — wyartykułował powoli, brzmiąc tak, jakby wypowiedzenie tego na głos sprawiało mu ból, jakby kuło go w serce.

Gdyby chlusnął mu wrzątkiem w twarz, nie zabolałoby mniej.

Harry zaczerpnął głęboko tchu, upił łyk gorącej herbaty i zamknął oczy, starając się uspokoić rozszalałe nerwy, starając się je utrzymać na wodzy.

— Skrzywdziłem cię — oznajmił, starając się uświadomić Snape'owi, że powinien go znienawidzić, oskarżyć go o wszystko, co złe, przekląć, splunąć mu w twarz, uderzyć z otwartej dłoni.

— Rzeczywiście — przyznał Snape; nieprawdopodobna miękkość, jaka stała za jego słowami sprawiała, że Harry'emu trudniej było oddychać.

Jego serce piekło jak otwarta rana.

Uniósł powieki; oczy zaczynały go niemiłosiernie szczypać - wbił sobie paznokcie w dłoń, ganiąc się w myślach - nie mógł sobie teraz pozwolić na łzy, nie przed nim.

Odsłonięta szyja Snape'a przyciągała jego oczy jak magnes.

— Zdaje się — przełknął ciężko — że zostawiłem po sobie ślad — wypuścił słowa wraz z powietrzem, spuszczając nos na kwintę.

Snape, przechyliwszy głowę, dotknął delikatnie miejsca, w którym popękane naczynka odcinały się wyraźnie od bladości jego skóry.

— Widziałem.

Własne ciało ciążyło Harry'emu jak pilnie strzeżony sekret.

— Snape, proszę cię — zamknął oczy, czując ucisk w skroniach, jakby ktoś wbijał mu w głowę długie, ostre igły — przepraszam, proszę cię — język mu się plątał, plątały mu się myśli, kotłowały jak mętlik pod jego czaszką. Nie do końca był zdolny nazwać uczucia, które go przytłaczały, wypompowując dech z piersi.

— Nie jestem na ciebie zły.

Łzy wymknęły się spod nieposłusznych powiek Harry'ego; pozwolił im spłynąć po policzkach, kapać z twarzy.

— Kiedy ja chcę, żebyś był — przyznał drżąco. — Chcę, żebyś na mnie krzyczał, chcę, żebyś na mnie warczał, chcę, żebyś mi wlepił szlaban z Filchem do końca roku — zaczerpnął drżąco, głośno powietrze do płuc — chcę, żebyś mnie wytarmosił za kołnierz i powiedział mi, że jestem durnym, pamiętliwym draniem, chcę, żebyś…

— Strasznie dużo dzisiaj chcesz, Potter — przerwał mu Snape; niezachwiany spokój w jego głosie pozbawiał Harry'ego gruntu pod nogami. — Pozwól, że zdradzę ci sekret — ściszył głos do konspiracyjnego szeptu, a Harry drgnął, zagryzając wargę — nie można mieć wszystkiego.

Harry przycisnął dłoń do pulsującego tępym bólem czoła; Snape zmarszczył na niego nos.

— Pij tą herbatę, głupi dzieciaku.

— To, że nafaszeruje mnie pan eliksirem na uspokojenie — pokręcił głową Harry — nie oznacza wcale, że zbije pan we mnie to rwące poczucie winy.

Snape westchnął cicho, jakby wcale nie był zaskoczony faktem, że Harry domyślił się, że dolał mu leku do wrzątku. Wyciągnął różdżkę (Harry drgnął) i stuknął nią w denko trzymanego przez Harry'ego w drżących dłoniach kubka. Herbata ostygła, siwa para rozmyła się w powietrzu, przestając kłębić się niczym oddech przed nosem Harry'ego.

— Harry — użył jego imienia, wywołując prawdziwy mętlik w jego nastoletniej głowie, i brzmiał przy tym naturalnie, swobodnie; imię Harry'ego leżało z nieprawdopodobnym dopasowaniem na jego języku - jak element układanki, który wskoczył na swoje miejsce; zielone oczy, rozpalone jak w gorączce od intensywnych emocji, błyszczące od łez, odnajdujące czarne — proszę cię, przestań mielić językiem i po prostu przełknij tą nieszczęsną herbatę.

Harry zamknął oczy, przytknął naczynie do ust i wypił wszystko duszkiem - do dna.


-VVV-


Wybudzał się powoli, czując się dziwnie zmęczony, i przez kilka chwil nie wiedział, gdzie jest. Otwierał oczy i zamykał jak motyl, który - siedząc na delikatnym liściu - rozkłada skrzydła, by złożyć je ponownie, niepewny, czy chce odlecieć.

Miękkość pościeli była przyjemna, błoga, Harry wtulił nos w poduszkę i wdychał powoli zapach, którego nie rozpoznawał - zapach starości i taniego proszku do prania, i magii, która nie należała do niego.

Magia nie była obca, znał ją - i nie potrafił dostrzec związku między jej zapachem a miejscem, w którym się znajduje.

Dziwna rzecz - ludzka pamięć - wracała do niego powoli, fragmentarycznie, jakby uśpiona przybrała konsystencję ulotnego gazu, który wyciekał z jego umysłu, rześki i nieważki. Umysł się klarował - jak pieczone w niskiej temperaturze ciasto, które powoli dochodzi do właściwej formy - wszystko wracało na swoje miejsce tak powoli i tak mozolne, jakby jego wspomnienia wcale nie chciały wskoczyć we właściwe koleiny.

Otaczała go cisza - choć pośród tej ciszy słyszał dochodzące z oddali, przytłumione, pijackie pokrzykiwania, dźwięk zatrzaskiwanych drzwi gdzieś daleko - niosący się głuchym echem po okolicy i wściekłe ujadanie psów.

Otworzył oczy. Przez zakurzone okna przelewało się żółte światło mrugającej latarni - co rusz uwidaczniało przed nim niewielki pokój, popękane ściany i ciężkie, stare meble i na powrót kryło go w ciemności - jak kurtyna chodząca w górę i w dół, bez końca.

Harry uniósł się na łokciu i spojrzał na zamgloną przestrzeń, której nie rozpoznawał - na ciężkie, niskie grzejniki, stojącą w kącie na rozchwianej, długiej nóżce lampę z żółciejącym kloszem i niezaciągnięte, tanie rolety.

Mugolski dom — pomyślał mgliście Harry i ledwo ta myśl zdołała przemknąć przez jego głowę, już wiedział, gdzie się znajduje.

Zwlekł się z łóżka, a zimny przeciąg dolatujący go od szpary pod drzwiami owinął się wokół jego kostek jak szal. Zadrżał.

Na drewnianej komodzie przy drzwiach leżały jego okulary i różdżka - Harry sięgnął po te pierwsze, przeczesując palcami roztrzepane włosy.

Odetchnął stęchłym zapachem domu, przetoczył palcami różdżkę po nierównym blacie, zanim uchwycił ją w palce i zaspanym głosem wymamrotał zaklęcie Tempus. Było po drugiej w nocy.

Harry przetarł oczy pod okularami, zostawiając przy tym tłuste smugi na okrągłych szkłach i wygładził dłonią pomiętą szatę, którą miał na sobie, po czym przejrzał się w przydymionym lustrze.

Niemożliwy człowiek - Severus Snape - Harry nie wiedział, co za czary odprawił nad jego ubraniem, ale nie było na nim śladu po wczorajszym wyskoku.

Poprawił szatę, opadającą gładko do jego kostek, wygładził zwijające się rękawy i zagiął wygodnie kołnierzyk.

Czuł rany przecinające jego własną psychikę - były tam, gdzieś w jego ciele, gdzieś w jego umyśle, gorące i świeże, niezasklepione.

Władza - chyba wcale jej nie chciał, uświadomił sobie to pomiędzy jednym oddechem a drugim, spoglądając w rozmyte odbicie w lustrze; rozbudziła w nim bestię, której sam się obawiał.

Wyszedł na wąski korytarz, wsłuchując się w ciszę tego domu, w jego apatię i odrętwienie. Spodziewał się, że schody będą skrzypiały pod jego stopami jak w nawiedzonym domu pełnym zawistnych duchów, ale gdy stąpał boso przez stopnie, towarzyszył mu jedynie cichy jak szept szelest szaty przesuwającej się po drewnie, zahaczającej o skórę na kostkach.

W kominku płonął wesoły ogień, tak niepasujący do markotności tego domu; rzucał pulsujące, drżące kręgi na wystrzępiony, sztywny dywan i ciężkie meble.

Siedział na kanapie - tyłem do schodów, zapatrzony w płomienie liżące cegły kominkowe. Harry przystanął i przyglądał mu się w milczeniu - temu nieruchomemu jak monument człowiekowi, który był w stanie znieść tak wiele. Wciąż był otulony tym czarnym, długim szlafrokiem, będącym chyba jedyną rzeczą w tym domu, która nie pachniała starością, w dłoni ściskał niską szklankę, w której połyskiwała złotobrunatna whiskey.

Harry nie potrafił zebrać się na odwagę, żeby do niego podejść.

— Potter — odezwał się cicho Snape, nawet nie kłopocząc się z odwróceniem głowy, aby na niego spojrzeć; mówił do niego z łagodnością, której Harry po nim nie oczekiwał. — Przecież cię słyszę.

Serce Harry'ego zaciskało się w piersi jak kawałek gliny; cofnął się przed tym głosem, zacisnął dłoń na barierce schodów, zagryzł wargę.

— Nie uciekaj — poprosił Snape; Harry starał się utrzymać równowagę własnego oddechu, ale nie potrafił; wdech-wydech, wdech-wydech, mechanizm przyspieszył, jak napędzany zewnętrzną siłą.

Snape musiał to usłyszeć, bo westchnął i odstawił szklaneczkę na niski, kawowy stolik; wstał z kanapy.

Harry złapał za kołnierzyk i poluzował go, kiedy ucisk w piersi, który ranił, sprawił, że trudniej mu było oddychać.

Snape nie podszedł do niego, ale wyciągnął rękę w niemym zaproszeniu.

— Chodź tutaj, ty absurdalny dzieciaku. — Jego głos był cichy, lekki jak piórko, jakby obawiał się, że głośniejszy dźwięk może Harry'ego przestraszyć.

Harry podszedł: niepewnie, powoli, na miękkich nogach i drżących kolanach. Zagryzając mocno dolną wargę, włożył - nieco płochliwie - palce w wyciągniętą ku niemu dłoń.

— Jestem ci winien historię. — Nie poznawał własnego głosu, brzmiał bojaźliwie w jego ustach.

Snape zlustrował go oceniającym wzrokiem.

— Nie jesteś mi nic winien, Potter — zaprzeczył.

— A więc dobrze: mam dla ciebie historię — poprawił się Harry, nienawidząc się za to, że przestępuje z nogi na nogę jak zestresowany uczniak — jeśli tylko zechcesz jej posłuchać.

Snape bez słowa poprowadził go do kanapy, usadził na niej i przysiadł obok niego. Sięgnął po szklankę whiskey.

— Powinieneś to zaleczyć — odezwał się wątłym głosem Harry; wyciągnął rękę, odgarnął delikatnie czarne włosy Snape'a na plecy i przyłożył ciepłe palce do czerwonej, powoli nabiegającej fioletem, plamy na bladej szyi. Mógł wyraźnie zobaczyć miejsca, w których jego zęby przebiły skórę, były jak ukłucia grubych, ostrych igiełek, dwa rzędy czerwonych ranek ułożone po łuku.

Snape - choć Harry nie do końca potrafił dać temu wiarę - odwrócił wzrok. Sięgnął do swojej szyi, owinął palce wokół dłoni Harry'ego i odsunął jego rękę.

— Snape…

— Zostaw.

— Nie bądź absurdalny.

Coś ciężkiego i ciasnego - jak niewidzialna obręcz - zacisnęło się na jego gardle, na jego krtani, dziwny, szybki skurcz pochwycił jego pierś. Mięsień pod jego okiem drgnął spazmatycznie.

— Wziąłeś chociaż eliksir post-cruciatusowy? — zapytał, obawiając się odpowiedzi.

Snape milczał, upijając ze szklaneczki złoty alkohol.

— Przerażasz mnie — pokręcił głową Harry, nie mogąc oderwać od niego oczu.

W odpowiedzi otrzymał ciche, pełne ironii prychnięcie; chuda dłoń odstawiła na wpół opróżnioną szklankę na stolik. Harry zaczerpnął tchu: raz, głęboko, przecierając pulsujące tępo skronie.

— Przestań się bawić w pokutnika, Snape — powiedział śmiertelnie poważnie, obserwując jego ostry profil. — Zasklepiłeś te rany tylko na tyle, żeby nie krwawiły, mam rację?

Snape przyjrzał mu się kątem oka - miał obojętność w czarnych oczach i zmęczenie w każdym skrawku skóry - i nie zaszczycił go odpowiedzią (a Harry jej nie potrzebował - wiedział).

— Daj — sięgnął po różdżkę Harry — mogę…

Nie — syknął Snape, przykładając dłoń do szyi, przykrywając ślad, który pozostawiły na niej zęby Harry'ego.

Harry przełknął ciężko, spuszczając wzrok; opuścił dłoń z różdżką, drapiąc nerwowo paznokciem kciuka gładkie drewno.

— To prawie jak dowód — powiedział cicho przez zdrętwiałe wargi; każdy kolejny oddech sprawiał mu ból — że nie stawiałeś oporu.

Na twarzy Snape'a wykwit drobny, krzywy uśmiech, który nawet w pulsującym świetle ognia skrzypiącego w kominku krzyczał ironią.

— Mądrzy jesteśmy, Potter — odpowiedział.


-VVV-


Byli ludźmi, którzy chcą wybierać - indywidualistami, którzy dokonują własnych wyborów, ogniwami decyzyjnymi dla własnych poczynań; byli niezależni i przekorni - w tych paru kwestiach byli podobni do siebie jak dwie krople wody, jak odbicia lustrzane.

Błaganie o przebaczenie było wielką stratą czasu, bo płacz był dla głupców - pokuta: tylko dla silnych.

Dla nich była akcja i reakcja: wargi poruszające się na kształt zaklęcia i drżenie ciała, wrzask zamierający w gardle. Dla nich był ból dawania i ból przyjmowania, ślady jak półksiężyce odciśnięte na skórze, żal zatapiany w cudzym ciele.

Czarne oczy leżące jak cienie na skórze drugiego człowieka, oczy, które obserwowały, oczy, które mówiły: chcesz więcej, chcesz mniej, nie wiesz, czego chcesz, oczy, które widziały gorsze rzeczy, niż zadające ból ręce były w stanie im zaoferować.

— Wszystko to cię przerasta, Potter — nie powiedział mu Snape, siedząc przed kominkiem ze szklaneczką whiskey w dłoni, ale czarne oczy patrzyły na niego tak, jakby to zrobił.

Ciało Snape'a to pergamin, na którym zapisana została historia zemsty i łez, i utraty kontroli, ciało Snape'a to przypomnienie, że wina pociąga za sobą karę. Rany jak pozostałości po magii tak dusznej, że aż kręci się od niej w głowie, że aż dech zapiera; kręci się w głowie jeszcze długo po tym, jak została użyta.

Emocje nie opadają, nawet gdy opadnie kurz, jedynie ulegają przekształceniu: wciąż tak samo intensywne i tak samo trudne do zniesienia.

Wszystko zostało zapisane: i gniew, i jad zawarty w oczach, poczucie krzywdy, któremu nie sposób podołać, zawód i skarga, i złamane serce. Wszystko to w jednym śladzie, w jednym znaku odciśniętym na szyi.

— Zostaw — powiedział więc Snape, bo ta rana mówiła znacznie więcej, niż mogły powiedzieć słowa: była jego własnym przyznaniem się do winy, była pamiątką po karze, którą cierpliwie przyjął.


-VVV-


— Pytałeś się wczoraj — posłał mu przeciągłe spojrzenie nad pustą szklanką po whiskey Snape, obrysowując raz po raz opuszką palca siny odcisk zębów na szyi — jak to jest: być czyjąś własnością.

Harry zamknął oczy; jego oddech potknął się o zęby.

— Czasem cudownie — głęboki głos Snape'a dotarł do niego mimo zaciśniętych oczu; powtarzał słowa, które za drugim razem nabrały dla Harry'ego większego znaczenia. — Czasem nie do zniesienia.