.

Rozdział 7

Ślady, których nie widać

.

Rzeczywistość wyglądała tak, że Syriusz nie żył, ciało Snape'a znaczyła kolekcja nieregularnych przebarwień, a świat ciągle się kręcił.

Zemsta okazała się czymś, a zarazem niczym.

Harry siedział na zbiegających do gładkiej, przejrzystej wody, kamiennych schodach w hangarze na łodzie, patrząc na rozbłyski światła rozpraszające się na przeszklonej ścianie, padającej na wyprofilowane drewno głębokich łódek i wsłuchiwał się w odgłosy przekrzykujących się mew trzepoczących białoszarymi skrzydłami, przysiadających na krokwiach pod sufitem.

Rzeczywistość wyglądała tak, że Dumbledore karmił go wspomnieniami.

Chłopak, którego oglądał w tych wspomnieniach, miał ciemnobrązowe, inteligentne oczy i lekko zapadnięte policzki. Miał niezbadany uśmiech na różowych ustach, przekorny, mały, ledwo zarysowany w liniach pociągłej twarzy. Harry znał ten uśmiech - był wciąż tak samo uroczy: owszem, pozbawiony warg, żłobiący głębokie zmarszczki w pergaminowej cerze, zroszony czerwonawym błyskiem oczu; a mimo to, wciąż posiadający w sobie ten nieokreślony czar, który sprawiał, że nie można było przejść obok niego obojętnie, wciąż: taki sam jak na twarzy młodego chłopca z lepkich, gęstych wspomnień.

Chłopak, którego oglądał we wspomnieniach, miał spojrzenie, którym potrafił oczarować i pochlebstwo w głosie, któremu niejeden nie umiał się oprzeć. Harry znał również ten głos - trochę ochrypł, od kiedy należał do dziecka, potem do młodzieńca, trochę się spłaszczył, a jednak wciąż były w nim ślady tamtego pomruku: niemal zalotnego, niemal filuternego.

W hangarze panował spokój, a woda zdawała się nieruchoma i Harry'emu wydawało się, że gdy przyłoży palec do jej powierzchni, odciśnie w niej kształt opuszka jak w modelinie.

— Chowasz się przede mną? — usłyszał za plecami niski, znajomy głos, szelest szaty, miękkie - niemal kocie - kroki.

Harry nie odpowiedział, przesuwając palcem po wilgotnych deskach najbliższej łodzi. Na opuszce osiadł mu lepki osad.

Zatrzymał się przy nim. Rąbek czarnej szaty musnął knykcie Harry'ego. Jego wysoka sylwetka rzucała drżący cień na jego ciało, sprawiając, że czuł się mały - jak drobny pył pod jego podeszwami.

— Życie było pełne wyzwań — wyznał mu Harry, patrząc we własne dłonie, zdrapując rozmokły muł z kciuka — jeszcze niecały rok temu.

— A teraz? — zapytał głos, który szarpał jego pamięcią, dekoncentrował go: był zbyt opanowany, za bardzo aksamitny, aby znieść go ze względnym spokojem, nie po tym wszystkim, co ich poróżniło, co ich połączyło, co wciąż - cały ten czas - wisiało nad nimi jak fatum. — Co się zmieniło? — chciał wiedzieć Snape; Snape: melodyjny pomruk w ciemnościach.

Wzruszył ramionami, obserwując jego długi cień drżący na kamiennych schodach.

— Jeszcze tego nie wiem — przyznał cicho Harry. — Podejrzewam, że ja, ale nie mam pewności.

Snape miał niepospolicie bezczynne dłonie, kiedy pod nim leżał niecałe dwie doby temu. Teraz te dłonie chwyciły go za brodę; Snape przykucnął naprzeciw niego i ujął łagodnymi palcami jego podbródek.

— Nie chcę, żebyś się zadręczał — przekrzywił głowę Snape, zaglądając mu w oczy. — Nie: z mojego powodu.

Z piersi Harry'ego wyrwał się śmiech: suchy, szorstki; wstrząsnął jego klatką piersiową i przywołał czerwone plamy na jego policzki.

— Jesteś absurdalny — pokręcił głową Harry; śmiech urwał się, ale uśmiech - nieco dziki, nieco gorzki - nie spełznął z jego twarzy. — Wyrżnąłem ci dziury w klatce piersiowej, a ty wciąż otaczasz mnie swoją kuriozalną ochroną — przeskoczył spojrzeniem między jego czarnymi, świdrującymi go z oceną oczami. — Jesteś zdumiewający.

Snape się uśmiechnął - i nie był to przyjemny uśmiech: był krzywy, cyniczny, przywołujący go do porządku.

— Myślę — odezwał się powoli, trochę z rozmysłem, choć na jego twarzy, w czarnych oczach, w pionowych zmarszczkach na czole, w wygiętych kąśliwie ustach była ironia — że zbyt wiele wyrzutu, żalu i krzywd leży, Potter, między nami, żeby zwykły Cruciatus czy cios łokciem, czy choćby i zaklęcie tnące było w stanie nas poróżnić.

— To nie było: zwykłe zaklęcie tnące — zaprzeczył Harry, uwalniając brodę z uścisku jego chudych palców, spoglądając w kryształowo czystą wodę leżącą u jego stóp — skoro nie usunąłeś blizn.

— Rzeczywiście — zastukał palcem o dolną wargę Snape, przypatrując się profilowi jego twarzy; kątem oka Harry mógł dostrzec aprobatę w czarnych oczach - aprobatę, której nie rozumiał i nie chciał zrozumieć; aprobatę, której poniekąd się bał — to była wina i kara, i wszystko pomiędzy — przekrzywił głowę. — Prawie: wyrównanie rachunków.

Harry uśmiechnął się krzywo, ostro, bez rozbawienia.

— Nie może tak dużo leżeć, Snape, między nami — prychnął, skubiąc skórkę przy paznokciu. — To wbije między nas klina, a my — machnął pomiędzy nimi dłonią, nieco chaotycznie, bez ładu i składu — nie możemy sobie na to pozwolić.

Och, Potter — westchnął miękko Snape; jedna z jego wąskich brwi podjechała wysoko na czoło — przecież ta przestrzeń zawsze była zapchana. Wszystko to, co teraz ostro widzisz, zawsze tam było, odkąd przekroczyłeś progi Hogwartu, odkąd miałeś — zabębnił palcami w brodę Snape, przechylając głowę, jakby końcówka tej wypowiedzi była w jakiś sposób zdumiewająca — jedenaście lat — ściągnął w zamyśleniu brwi.

Coś w słowach Snape'a sprawiało, że trudniej mu było oddychać; usilnie unikał ponownego spojrzenia mu w oczy, wlepiał wzrok w gładką taflę wody, życząc sobie, aby go pochłonęła, ale nie zdołał powstrzymać ust, które poruszyły się na kształt zbyt prawdziwych słów, aby wypowiedzieć je bez lekkiego drżenia głosu.

— Nie wierzę — poruszył wargami, choć zdawało mu się, że język mu drętwieje — by ktokolwiek czuł do ciebie tak wiele sprzecznych emocji, co ja.

Z gardła Snape uciekł cichy, głęboki śmiech, brzmiący jak niebezpieczeństwo zaklęte w dźwięku, brzmiące jak ostrzeżenie; pozbawił on Harry'ego pewności siebie.

— I vice versa, panie Potter — wyszeptał Snape. W jego głosie był aksamit.


-VVV-


Severus Snape, mówiło się na korytarzach, niezbyt wyrozumiały człowiek, Severus Snape, usłyszał Harry, zanim jeszcze zdołał poznać go osobiście, zgorzkniały łajdak czający się na stanowisko nauczyciela Obrony przed Czarną Magią, Severus Snape, powiedział mu pewien starszy uczeń - rocznik piąty - gdy Harry dopiero wstępował w progi Hogwartu, gdy Harry dopiero zapoznawał się z korytarzami, potrafi przygwoździć cię do ściany jednym spojrzeniem i sprawić, że będziesz jąkał się jak Kwiryniusz Quirrell. Severus Snape, który ma kamień w miejscu serca.

Harry już od dawna nie potrafił zobaczyć kamienia.

Kamień powinien być bezczynny, nijaki, a Severus Snape to czyste zaprzeczenie bezczynności.

Severus Snape to przebiegłość i Severus Snape to demony pasożytujące na duszy jak jemioły.

Minerwa McGonagall, mówiono, autorytatywna, profesjonalna surowość i Severus Snape plujący jadem, który wbije w ciebie ostre jak brzytwa pazury, gdy odwrócisz głowę.

Nie wiedzieli - i nie mogli wiedzieć - że Severus Snape to człowiek, który rozłoży ramiona i osłoni cię własnym ciałem, jeśli zajdzie taka potrzeba, nie wiedzieli, że Severus Snape to człowiek, który gotów był włożyć głowę pod topór, aby zapłacić za własne błędy, nie wiedzieli, że Severus Snape to oddychająca, patrząca na ciebie z góry odwaga, to ambicja i chłodny umysł, że Severus Snape to mądrość patrząca ci w oczy i wierność, jaka zdarza się raz na milion.

Nie wiedzieli - nie musieli wiedzieć.

I na dobrą sprawę to nie tak, że Harry chciał, żeby ktokolwiek poza nim miał możliwość obserwowania Severusa Snape'a, którego on widział, Severusa Snape'a pomiędzy lekcją a lunchem w Wielkiej Sali, Severusa Snape'a pomiędzy szlabanem a meczem Quidditcha, Severusa Snape'a - bez maski.


-VVV-


— Dlaczego nie żałuję tak bardzo, jak powinienem? — mruknął Harry, siedząc na zimnej podłodze hangaru na łodzie, czując chłód wody na palcach.

Snape zamruczał wymijająco w odpowiedzi; Harry spojrzał na jego twarz odbijającą się w gładkiej wodzie; wyglądała jak wyjęta spod pędzla impresjonisty: rozmyta, rozkołysana.

— Powiedz mi — poprosił Harry, wpatrując się w czarne oczy wyglądające jak unoszące się na wodzie krople naftowej ropy.

Skrzywienie na jego twarzy przybrało nietypowy kształt na wodnistej powierzchni - wydawało się bardziej zwichrowane niż zazwyczaj, trochę nawet wypaczone.

— Bo chciałeś tego, Potter — syknął Snape, dwa czarne punkty zerkające na niego z tafli wody zwęziły się, ściągnęły. — Bo łaknąłeś tego jak kania deszczu.

Harry odwrócił wzrok od czarnych plam drżących jak jakieś drobne, egzotyczne liście wodne.

— Ma pan na myśli: bez godności — bardziej stwierdził, niż zapytał Harry — bez honoru.

— Czyżby twoje gryfońskie „ja" przeciw temu protestowało, Potter?

Zabarwione szyderstwem prychnięcie uciekło z ust Harry'ego, zanim zdołał ugryźć się w język; rozdrażnienie, które wdarło się do jego ciała, było gorące jak rozpalone żelazo, ciekłe jak rtęć; zapulsowało w jego żyłach z intensywnością trucizny. Wstał i odwrócił się powoli do Snape'a. Jego czarna szata, muśnięta podmuchem wpadającym do hangaru, przelewającym się między krokwiami, zafalowała, bijąc o kostki.

— Uważa pan, że jestem ordynarną bestią? — wycedził, nie mogąc zatrzymać intensywnej jak zaklęcie „Lumos" irytacji rosnącej skokowo w jego ciele.

Snape przechylił głowę, mierząc go pełnym oceny spojrzeniem.

— Uważam — wykrzywił usta w czymś tak jadowitym i tak bezczelnym, że Harry mimowolnie się wzdrygnął — że jesteś zagubionym we własnych odczuciach gówniarzem, Potter.

— To cudownie, że ma pan o mnie tak wysokie mniemanie, profesorze Snape — przecisnął przez zęby Harry, odwracając wzrok.

Kątem oka widział, jak Snape bębni długimi, ziemistymi palcami w dolną wargę.

— Jak na kogoś, kto nie pluje sobie w brodę — oznajmił powoli, z rozmysłem, przeciągając niespiesznie sylaby - jego bezkompromisowy, zasadniczy profesor — to strasznie dużo myśli poświęcasz temu zdarzeniu, Potter.

Harry zmusił się do posłania Snape'owi cherubinowego, ociekającego słodyczą uśmiechu.

— Odtwarzam sobie detale, panie profesorze — wbił w niego przewiercające spojrzenie Harry; słowa: jak sztuczny słodzik w jego ustach — mając nadzieję, że będę o tym śnić dzisiejszej nocy.

W pierwszym odruchu chuda brew Snape'a podskoczyła wysoko na czoło; w czarnych oczach przez ułamek sekundy zamigotało czyste, szczere oszołomienie. A potem Snape zamrugał na niego, odchylił głowę do tyłu i roześmiał się, roześmiał się mocno, otwarcie, chwytając się pod bok, jakby tak nagły i tak ostry śmiech zakuł go w brzuchu, jakby pozbawił go wszelkich masek.

Harry, nie oczekując podobnej reakcji - spodziewając się wszystkiego: obnażonych zębów, ostrego policzka, kąśliwych epitetów, ale nie jawnego rozbawienia - cofnął się przed Snape'em na wpół zszokowany, na wpół zachwycony. Przyglądał się szczerości na twarzy Snape'a, jego błyszczących jasno oczu, rozciągniętych warg, drżących ramion i nieoczekiwana, silna fascynacja zapłonęła gdzieś na dnie jego umysłu, jakby tak otwarty i tak swobodny śmiech tego zawsze zamkniętego w sobie, zawsze zgorzkniałego łajdaka był iskrą padającą na benzynę.

— O Morgano, Potter — wysapał przez zalewające go fale śmiechu Snape, kręcąc z niedowierzaniem głową — jakiś ty zachłanny.

Kiedy czarne oczy ponownie zogniskowały się na jego twarzy, Harry był w stanie dostrzec w nich krzywe nuty, których wcześniej tam nie było, nuty niemal drapieżne, dzikie, nieokiełznane; jego serce na sekundę spowolniło swój rytm, jakby zaczerpywało oddech przed skokiem na głęboką wodę. Snape - trochę, zdaje się, w zamyśleniu, trochę bezwiednie - potarł szyję w miejscu, w którym za wysokim kołnierzem widniał szereg sinych odcisków, w których Harry mógł dostrzec własne zatracenie się w odczuwaniu.

— Jedynie: pamiętliwy — sprostował gładko, przechylając głowę.

Kąciki warg Snape'a drgnęły w małym uśmiechu - ten uśmiech wyglądał drapieżnie na jego chudej, ziemistej twarzy; Harry, trochę wbrew sobie, pomyślał o nim zwierzęcy, pomyślał zdziczały, pomyślał szatański.

— Nie da się zaprzeczyć, panie Potter — zamruczał Snape.

Za jego głosem, choć Harry musiał to parokrotnie przetrawić w myślach, zanim dał temu wiarę, stała aprobata.


-VVV-


— Skąd te wszystkie blizny — zapytał Harry, gdy ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem — które pan nosi na ciele?

Był duszny, zbyt ciepły weekend, a Harry siedział oparty łokciem o roboczy blat w prywatnym laboratorium Mistrza Eliksirów, wdychając mgliste, lekkie opary piętrzące się pomiędzy kamiennymi ścianami lochów, przyglądając się, jak Snape skrupulatnie odmierza porcję jakiegoś ciekłego, bliżej niezidentyfikowanego przez Harry'ego składnika i wkrapla ją powoli do bulgoczącej, pieniącej się masy w miedzianym kociołku. Ogień pod kociołkiem syczał przyjemnie, prawie: uspokajająco, a Snape krzątał się z zaabsorbowaniem od blatu roboczego do syczącego cicho eliksiru. Harry śledził ruchy jego chudych palców obracających niewielki nóż do ingrediencji z precyzją wirtuoza.

Snape wyglądał niecodziennie bez swojej czarnej szaty opadającej falami do ziemi. Jego biała koszula rozpięta niedbale przy szyi i podwinięte aż po łokcie rękawy przyciągały wzrok Harry'ego jak magnes i Harry nie mógł odeprzeć wrażenia, że Snape zrobił to naumyślnie, że z premedytacją pozbył się standardowego, wierzchniego odzienia wiedząc, że Harry - chcąc nie chcąc - zwróci się do niego z prośbą o mały zapas Eliksiru Słodkiego Snu i o fiolkę czy dwie eliksiru na ból głowy.

Profesor nie odpowiedział od razu; zamieszał kilka razy eliksir długą, szklaną chochlą, strząsnął krople wywaru klejące się do jej powierzchni jak pajęcze nici i odłożył ją ostrożnie na metalową podstawkę, od której odbijało się światło. Wyciągnął różdżkę, mamrocząc zaklęcie pod nosem, zmniejszając tym samym ogień buzujący pod kociołkiem i wdychając głęboko kłębiące się wokół opary, oparł się o krawędź wysokiego roboczego blatu, posyłając mu ponad jego wypolerowaną powierzchnią długie spojrzenie, którego Harry, choć próbował, nie potrafił poddać interpretacji.

— Powinieneś dobrze wiedzieć, Potter — sięgnął ponad blatem Snape i przesunął niespiesznie kciukiem po wierzchu dłoni Harry'ego, na której srebrzyły się blade, cienkie jak pajęcze nici blizny układające się w słowa: „Nie będę opowiadać kłamstw"; Harry wzdrygnął się na ten lekki dotyk, ale nie cofnął dłoni — że Czarna Magia odbija się na człowieku. Osiada na nim jak szron, wczepia się w niego jak rzep w psi ogon.

Czarne oczy spotkały się z jego własnymi ponad błyszczącym, wysokim blatem. Snape uśmiechnął się bez rozbawienia, gdy Harry wydał z siebie ni to potwierdzający, ni zaprzeczający pomruk i cofnął rękę.

Mroczny Znak odcinał się na tle bladej skóry jak atrament rozlany po czystym pergaminie. Harry'ego, choć starał się nie wlepiać w przedramię Snape'a wzroku zbyt ostentacyjne, kusiło, aby zbadać palcami jego fakturę, obrysować kontury, położyć dłoń na lekko wypukłym kształcie.

— Jest bardzo detaliczny — zauważył na głos Harry, zanim ugryzł się w język; Snape uniósł na niego brwi, bębniąc palcami w gładką powierzchnię blatu.

Harry nie sprecyzował, ale wskazał brodą lewe przedramię starszego czarodzieja.

Snape - trochę w roztargnieniu - obrysował palcem kontur pokręcanego, wężowego cielska wypełzającego z ludzkiej szczęki. Harry był w stanie zobaczyć prążki na wierzchu wężowego cielska, był w stanie zobaczyć cztery jadowe kły wysunięte z wężowej paszczy, mógł zobaczyć doskonale odcinający się na skórze obrys górnej szczęki i puste oczodoły.

— Tak — przyznał ściszonym głosem, odwracając od niego wzrok. — Tak, jest.

Harry skubnął nerwowo zębami suchą skórkę przy paznokciu.

— Przemyślał go — ocenił, nie do końca wiedząc, czy ma prawo wymawiać swoje spostrzeżenia na głos — rozłożył na czynniki pierwsze.

Para czarnych oczu ponownie skoncentrowała się na jego twarzy; Harry mógł zobaczyć pionową zmarszczkę, jaka wykwitła pomiędzy chudymi brwiami.

— Ciekawe połączenie — mruknął pod nosem Harry, przeciągając spojrzeniem po czarnym oznakowaniu wyrytym w niemal białej skórze — czaszka i wąż. Gdyby za swój symbol przyjął samą czaszkę, powiedziałbym, że miał na myśli śmiertelność, krótkotrwałość życia - tyle że z tej szczęki wysuwa się wąż. Co nieco komplikuje interpretację. — Kącik jego ust zadrgał nieznacznie. — Przeklęty Riddle, zawsze lubił zagadki — westchnął bez prawdziwej złości Harry. — Zawsze był zagadką.

— Jest — poprawił go z przekonaniem cichym, a niespodziewanie pewnym swego głosem Snape; Harry zlustrował wzrokiem jego ziemistą twarz, jego świadome, czarne oczy, chłodny spokój, który chodził za nim jak cień, a potem wygiął wargi w ledwie zarysowanym uśmiechu i schylił przed nim czoło.

Jest — przyznał gładko, nie musząc widzieć swojej twarzy w lustrze, aby wiedzieć, że jego oczy rozjarzyły się jak szmaragdy, na których załamuje się światło. Wyciągnął dłoń w niemym zaproszeniu, spodem do góry; wyraźnie mógł dostrzec mapę papilarnych linii odciskających się na własnej skórze. — Mogę? — bardziej poprosił, niż zapytał Harry.

Snape zawahał się - wyraźnie, jawnie, mocno, ale Harry nie speszył się i nie cofnął słów, nie cofnął ręki; czekał.

Powoli, trochę - zdaje się - z niezdecydowaniem, Mistrz Eliksirów włożył swój nadgarstek w otwartą dłoń Harry'ego. Mroczny Znak na jego bladym ramieniu mrugał do nich czernią, płonął subtelną magią przesiąkającą poprzez powietrze, ledwo wyczuwalną, gdy przeciągnęło się dłonią nad jego powierzchnią.

— Wąż może w tym przypadku oznaczać bardzo wiele — ocenił Harry, przekrzywiając głowę — odrodzenie, duszę, jakiś sekret związany z życiem. Być może podstęp — zmrużył w zamyśleniu oczy. — Podstęp dotyczący śmiertelności? — zastanawiał się na głos. — Nieuczciwe działanie mające na celu zmylenie… czego? Śmierci? — Harry skubnął zębami dolną wargę, namyślając się chwilę, zanim podjął swój monolog. — Voldemort — powiedział wolno, przeciągając paznokciem po białej skórze Snape'a wzdłuż znaku. Snape wzdrygnął się ledwo dostrzegalnie i Harry zauważył to jedynie dlatego, że mięśnie ściskanego ramienia zadrżały. Przygryzł wnętrze policzka i udał, że tego nie spostrzegł. — Vol-de-mort — przesylabizował, namyślając się, czując, że w zasięgu jego umysłu kręci się coś - jakaś ważna, istotna teza, której nie jest w stanie jasno sprecyzować. — De mort — położył nacisk na ostatnich sylabach i chrząknął nie bez zafrasowania. — Czy on zna francuski? — Ledwo pytanie wydostało się z jego ust, Harry westchnął i przetarł nasadę nosa, zsuwając tym samym okulary na jego czubek. — Oczywiście, że zna — opowiedział sam sobie. — Czyli śmierć się zgadza — mruknął bardziej do siebie niż do przysłuchującego się jego rozumowaniu w milczeniu Snape'a. — Vol. De mort — powtórzył powoli Harry, dokładnie wypowiadając słowa. — Vol — zamruczał nie bez niepewności, przesuwając ponownie palcem wzdłuż obrzeży Mrocznego Znaku. — Co miałeś na myśli, łajdaku? — szepnął do siebie pod nosem. — De mort. Śmierć. Czaszka — rzucał na głos skojarzenia, zniżając nieco podbródek, nachylając się nad wypalonym w skórze symbolem. — Muszę iść za tropem węża — uświadomił sobie. — Wąż. Podstęp. Hmm — zastukał palcem o dolną wargę. — Podstęp: przekręt. Podstęp: zmylenie. Podstęp: oszustwo — szukał innych określeń. — Zmylenie… śmierci? — nie rozumiał i w pewnym sensie nieco bał się zrozumieć.

Podniósł spojrzenie na Snape'a.

Profesor miał bladość na policzkach i zachwiany spokój w oczach. Spoglądał na Harry'ego, jakby widział w nim niebezpieczeństwo, przed którym należy się wycofać. Kiedy zorientował się, że Harry dostrzegł rozkojarzenie na jego ziemistej twarzy, cofnął w pośpiechu rękę, jakby dotyk Harry'ego go oparzył. Zaczerpnął głęboko tchu.

— Muszę przyznać, Potter — powiedział cicho, odwracając od niego wzrok — że ten twój zimno kalkulujący umysł — pokręcił głową — czasem mnie niemało przeraża.

Eliksir gotujący się na wolnym ogniu nad magicznym palnikiem ponownie zabulgotał.


-VVV-


Snape miał ciekawość przytłumioną jak własne uczucia - a Harry, za każdym razem, gdy te czarne, głębokie oczy świdrowały go z góry nieokreślonym, ciemnym spojrzeniem, wiedział, że „przytłumiona ciekawość" jest czym innym niż brak ciekawości. Snape miał w sobie dostrzegalne i nieostrożne zainteresowanie, które Harry z rozmysłem - i nieco perwersyjną przyjemnością - karmił informacjami.

— Wiesz, że wychował się w sierocińcu? — rzucił niby mimochodem gdzieś pomiędzy szlabanem a gorącą herbatą.

Snape wyglądał tak, jakby miął przekleństwo w ustach.

— Nie wiem — zazgrzytał na niego zębami, wbijając w niego ostre jak jadowe kły spojrzenie — i nie chcę wiedzieć.

Harry pokiwał głową, ignorując to szorstkie wtrącenie.

— W Woolsie w Londynie — dopowiedział — urodził się tam.

Zamknij się, Potter — syknął wściekle Snape, zaciskając chude dłonie na blacie swojego biurka.

Kiedy uniósł na niego wzrok, Harry był w stanie dostrzec czerwone plamy gniewu rozlewające się pod wystającymi kośćmi policzkowymi. Harry wzruszył ramionami.

— Chyba dobrze przejrzeć nieco lepiej tego, przed którym się klęka, prawda?

Snape nastroszył się jak sowa. Harry przyglądał się temu, jak zmiął dłoń w pięść i wycelował w niego wskazującym palcem; kostki jego dłoni pobielały.

Ostrzegam cię, ty bezczelny gówniarzu — wysyczał przez zęby; rumieniec na jego twarzy urósł jak za sprawą zaklęcia.

Harry uniósł dłonie w geście poddania.

— W porządku — dał za wygraną, przeciągając językiem po suchych wargach. — Zwijam żagle, panie profesorze.

Snape zazgrzytał zębami, ale opuścił dłoń, a Harry - nie mogąc się powstrzymać - uśmiechnął się pod nosem, bo doskonale wiedział - tak samo jak wiedział o tym Snape - że kto jak kto, ale on nie porzuca ot tak raz poruszonej kwestii. Szczególnie gdy wywołuje ona tak silną, wspaniałą reakcję.

Na tę chwilę spuścił wzrok i udał, że odstąpił.


-VVV-


— Myślisz, że ile miał lat, gdy zabił po raz pierwszy? — zapytał jak gdyby nigdy nic innego wieczora Harry, opierając się leniwie o szorstkie kafelki rozpalonego kominka. Ciepło przyjemnie muskało jego nadgarstki.

Snape rzucił mu oceniające spojrzenie znad czytanej książki, mrużąc nieznacznie oczy.

— Pytasz się, bo nie wiesz?

Jego głos był cichy jak mżawka, wątły jak podmuch mizernego wiatru.

— Pytam się — przekrzywił głowę Harry, odgarniając z twarzy włosy wpadające mu do oczu — bo jestem ciekawy, co o nim sądzisz.

Profesor zamknął książkę, odłożył ją na blat, oparł się o niski, drewniany stolik łokciami i posłał mu długie spojrzenie znad splecionych, bladych palców.

— Od kiedy to jesteśmy tacy ciekawi mojej opinii, panie Potter? — zapytał, wymawiając powoli każde słowo; jego głos - tak miękki, że jego nuty zdawały się gładzić Harry'ego po szyi.

Harry posłał mu pełen wdzięku uśmiech, przeciągając - nieco bezwiednie - palcem po krawędziach kominkowych, czerwonych cegieł.

— Zawsze byłem niezmiernie ciekawy pańskich opinii, profesorze Snape.

Snape prychnął, uśmiechając się do niego krzywo.

— Nie baw się ze mną — ostrzegł, w jego głębokim głosie Harry wyraźnie usłyszał złowróżbny, ostrzegawczy pomruk, od którego lepiej byłoby trzymać się na odległość — w kotka i myszkę, ty zwodniczy dzieciaku.

Harry przygryzł wnętrze policzka, powstrzymując szatański uśmiech cisnący mu się na usta, choć nie mógł mieć pewności, że jego oczy nie zapaliły się jak pochodnie.

— Nie śmiałbym sobie z panem pogrywać, profesorze Snape — zagwarantował, kręcąc w zaprzeczeniu głową.

W odpowiedzi otrzymał kolejne prychnięcie - zabarwione krzywym jak odbicie w lustrze o pofalowanej powierzchni rozbawieniem.

— Cwany dzieciak — skwitował, przyglądając mu się spod rzęs, zdając się mówić bardziej do siebie, niż do Harry'ego. Pokręcił głową. — Niestety, muszę cię rozczarować, Potter. Obawiam się, że nie dysponuję takimi informacjami.

Uwadze Harry'ego nie umknął ten nieznaczny nacisk na przedostatnie słowo; przekrzywił głowę, wpatrując się w Snape'a: w jego niezmierzone oczy, krzywy nos i zmarszczki na czole.

— A jakimi informacjami pan dysponuje? — rzucił przekornie, czym zyskał sobie skrzywienie wieńczące ziemistą twarz Snape'a i zmrużenie czarnych oczu.

Cwany dzieciak — powtórzył profesor, kręcąc głową i ignorując natarczywość Harry'ego, ponownie zaszył się za książką, zbywając mierne próby Harry'ego w nawiązaniu kontaktu, uciszając jego ciekawskie pytania machnięciami dłoni krzyczącymi znudzeniem, które - Harry był o tym święcie przekonany - było fałszywe jak żeton w kasynie.

Snape nie pozwolił - choć Harry nadaremnie próbował podejść go z każdej możliwej strony - zapędzić się w kozi róg, a Harry musiał przełknąć porażkę, smakującą dosyć kwaśno na jego języku.


-VVV-


Severus Snape nie był typem człowieka, który pozwoli sobie wejść na głowę. Severus Snape prędzej zatrzaśnie ci drzwi tuż przed nosem, wypchnie na korytarz, przeklnie cię, splunie i zmiesza z błotem, niż wyciągnie do ciebie rękę. I Harry szanował Severusa Snape'a za to, że gotów był nim potrząsnąć, nie zważając na cały, wielki świat śpiewający peany i hymny na jego cześć, był gotów bez chwili wahania uderzyć go w twarz, jeśli to miało wrócić mu trzeźwość i równowagę ducha.

I choć w jego kpinach często przewijały się frazesy: wielki, cudowny, święty, Severus Snape nigdy nie traktował Harry'ego jak kogoś nadzwyczajnego, a Harry był za to dozgonnie wdzięczny, bo jedyne, o czym marzył, odkąd wstąpił na drogi czarodziejskiego świata, to szara twarz w wielkim tłumie.

Snape wiedział; wiedział, że Harry nie lubi tytułów, które są mu przypisywane i - jak Harry podejrzewał - właśnie dlatego tak często i tak gorliwie go nimi karmił: aby zaleźć mu za skórę, aby doprowadzić go do rozstroju, aby go dotknąć do żywego.

— Harry Święty Potter — powiedział mu raz, kiedy Harry zbyt nadgorliwie wisiał mu nad głową, kiedy nie pozwalał się odstraszyć ostrym słowem i obnażonymi zębami. — Mam cię błagać na kolanach, żebyś raczył sobie pójść? — zakpił Snape, uśmiechając się sardonicznie, ale jego czarnooki wzrok przyparł go do ściany jak wężową skórę przybitą gwoździem. I Harry, czując krew niemalże gotującą się w jego żyłach, opuścił jego gabinet z niezbyt dojrzałym trzaskiem drzwi i zgrzytaniem zębów.

Harry odnosił niekiedy - całkowicie absurdalne - wrażenie, że Snape zwyczajnie lubił trzask zamykanych drzwi i głuchą ciszę własnych czterech ścian, która po nim następowała.

— Przeklęty introwertyk — pieklił się czasem Harry, a w odpowiedzi otrzymywał uśmiech zadowolonego, kominkowego kota i słowa pełne głębokiego, intensywnego pomruku:

— A skąd my znamy takie trudne słowa?

Harry musiał się w takich chwilach usilnie kontrolować, aby nie powiedzieć Snape'owi czegoś, czego przyjdzie mu z czasem głęboko pożałować.


-VVV-


— Będziesz chciał do niego wracać? — zapytał pewnego wieczoru Snape, obracając swoją różdżkę w dłoniach, a choć ton jego głosu świadczył o tym, że na dobrą sprawę, nic go to nie obchodzi, skupione na nim czarne oczy pociemniały. — Po tym wszystkim, co przy nim zrobiłeś?

Harry zmarszczył na niego nos, zanim odpowiedział.

— A czy to, co zrobiłem, zmienia coś w stosunkach, jakie są pomiędzy mną a nim? — chciał wiedzieć.

Snape uśmiechnął się do niego tak, jakby z niego pokpiwał.

— Jestem niemal pewny, że już kiedyś ci to mówiłem, Potter, ale znając twoją absurdalną głowę, z której informacje wypadają jak pergamin z wypchanej szuflady, specjalnie dla ciebie powtórzę. — Snape przechylił głowę, jakby na próżno doszukiwał się reakcji na swoje kąśliwości na obojętnej twarzy Harry'ego i kiedy jej się nie doczekał, mruknął coś pod nosem - coś, czego Harry nie dosłyszał, ale co nie miało raczej przychylnego zabarwienia - i kontynuował: — Wszystko ma pieprzone znaczenie, Potter, nawet ten twój usilny brak zainteresowania.

Harry zmarszczył na niego czoło, doszukując się odpowiedzi na swoje pytanie, której nie widział.

— Więc? — drążył nieprzerwanie.

Więc — wysyczał przez zęby Snape, mrużąc na niego oczy — jestem przekonany, że Czarny Pan jest tobą cholernie zachwycony. Możesz być z siebie ogromnie zadowolony, Potter.

Fala wstydu zalała pierś Harry'ego jak uderzenie; dlatego przygryzł dolną wargę i uciekł spojrzeniem w kierunku ściany, obserwując pomarszczone linie pęknięć przecinające ją jak wariegacja na liściu.

Och, na litość Merlina — sarknął Snape i brzmiał, jakby był nim rozczarowany, co wcale nie sprawiło, że Harry poczuł się lepiej. — Powiem to tylko raz i lepiej, żebyś mnie posłuchał, ty butny dzieciaku — wysyczał tak, jakby go karcił, a potem podszedł do Harry'ego i bez delikatności szarpnął jego podbródkiem, kierując na siebie zielonooki wzrok. — To zapewne tylko kwestia okoliczności i niepotrzebnych koligacji między nami, ale sprawiłeś, że jestem dumny, ty chodzący, oddychający absurdzie.

Harry zamrugał, starając się przetrawić to, co właśnie usłyszał.

— Dumny — powtórzył cicho Harry, a jego słowa były bez wyrazu, bo ani nie chciał, ani nie potrafił dać temu wiary.

Snape warknął na niego tak, jakby ignorancja Harry'ego była dla niego obraźliwa.

— Co w tym, wydawałoby się, prostym słowie jest dla ciebie niezrozumiałe? — zakpił z niego, uśmiechając się trochę ostro, trochę kłująco.

— Wszystko — chciał powiedzieć Harry, ale nie powiedział, bo Snape nie dał mu dojść do słowa.

— Spójrz — warknął na niego i brzmiał jak zdziczałe zwierzę, kiedy sięgnął do wysokiego kołnierzyka szaty i rozpiął go kilkoma pociągnięciami palców; Harry - trochę z zaskoczenia, trochę na skutek serca stającego mu w piersi jak za sprawą zaklęcia, cofnął się gwałtownie i utopił przekleństwo w ustach, przyciskając knykcie do warg. — Spójrz — powtórzył zawzięcie, obnażając na niego zęby. — Mogłeś zrobić wszystko, absolutnie wszystko, a ty zatopiłeś mi zęby w szyi.

Harry oblizał nagle suche usta, czując fantomowy smak słonej skóry na języku.

— Nie wiem, do czego pan zmierza — powiedział ostrożnie, uważając na słowa — ale to nie znaczy, że…

To — przerwał mu Snape, przykładając palce do gojącej się rany na skórze; Harry się wzdrygnął, ale nie spuścił wzroku — znaczy, że chciałeś zostawić po sobie ślad, Potter. — Z gardła Snape'a wyrwał się suchy syk, kiedy Harry otworzył ponownie usta; jego kościsty, długi palec wymierzył oskarżycielsko w jego pierś. — I nawet nie próbuj zaprzeczać — zniżył głos do szeptu.

Harry zamknął oczy i wziął jeden głęboki oddech, aby się uspokoić. Snape, zdaje się, czekał, aż ponownie na niego spojrzy, bo kiedy Harry uchylił powieki, jego czarne oczy tam były - blisko, zdecydowane za blisko; jego szorstkie palce na powrót pochwyciły jego brodę; czarne oczy płonęły jak stal.

— Jestem dumny — ściszył głos Snape, skacząc spojrzeniem pomiędzy jego oczami, jakby chciał, aby jego słowa wsiąknęły głęboko, głęboko w świadomość wytrąconego z równowagi Harry'ego — bo nie rzuciłeś się na mnie w ślepym amoku, choć nikt by cię nie zatrzymał — pokiwał głową Snape, przyglądając mu się. — Jestem dumny — przekrzywił głowę, zerkając na jego czoło — bo to przemyślałeś. Mam rację, Potter? Wet za wet, którego rzekomo nie uznajesz. Znak za znak.

Harry spuścił nos na kwintę i nie odpowiedział.


-VVV-


— Ma pan o mnie wyjątkowo wysokie mniemanie, profesorze Snape.

Wąskie usta wygięły się - niemal sardonicznie, niemal ubliżająco.

Och, Potter — westchnął miękko, kręcąc nad nim głową Snape, jakby był natrętnym, niepozornym szczeniakiem, który kręci mu się pod nogami — ja po prostu wiem o tobie rzeczy, których nie wie nikt inny — przechylił głowę, przyglądając mu się. — Znam twoje cechy, których się w sobie boisz, których nie chcesz i które ci ciążą. Znam twoją przebiegłość, znam twoje sekrety, mam twoje zaufanie w kieszeni — uśmiechnął się krzywo i nie był to przyjemny uśmiech. — Krótko mówiąc: znam cię, Potter — przyznał cicho — tak więc: oczywiście, że jestem przekonany o twojej wartości — oświadczył Snape i brzmiał szczerze, tak szczerze, że Harry poczuł nieprzyjemne mrowienie gdzieś na dnie żołądka. — Zapracowałeś sobie na to, Potter.

Harry - choć próbował to rozpracować - nie miał bladego pojęcia, dlaczego zaschło mu w gardle.


-VVV-


— Czasami się pana boję, profesorze Snape — pokręcił głową Harry, odwracając wzrok ku ścianie — kiedy się pan uśmiecha w ten sposób.