.

Rozdział 8

Uncja strachu, gram akceptacji i jeden skromny konsensus

.

— Czarny Pan jest... mocno skupiony na tobie, że tak to ujmę, Potter — powiedział miękko Snape, przyglądając mu się spośród ciemności śpiącej biblioteki, a Harry - wyrwany z zamyślenia - wzdrygnął się, kiedy tysiące impulsów przepłynęło wraz z tymi słowami przez jego kark i kręgosłup.

— Przestań. — Harry zamknął pospiesznie studiowany egzemplarz Eliksirów dla Zaawansowanych, opierając się łokciem o tylną część okładki, chcąc ukryć go przed oczami Snape'a. — Nie przerażaj mnie.

— Obawiasz się jego atencji? — przechylił głowę Snape; jego oczy wodziły niespiesznie po starym, zużytym, przetartym grzbiecie książki, którą Harry nieco nieumiejętnie starał się zasłonić szerokimi rękawami wierzchniej szaty. — Całkiem słusznie, muszę przyznać.

Był ubrany w czerń i zlewał się z ciemnością biblioteki jak cień; Harry przygryzł wnętrze dolnej wargi, gdy Snape usiadł naprzeciw niego, jakby byli w tym miejscu umówieni, jakby stawił się na jakieś zaplanowane spotkanie - z niedbałą niepunktualnością. Snape - absurdalnie niespiesznie - oparł się łokciami o blat i złożył podbródek na knykciach złączonych dłoni. Ramiona Harry'ego przykrywające starą książkę drgały konwulsyjnie.

To za dużo dla niego - wszystkie te klątwy wypisanie na marginesach niebezpiecznie znajomym pismem, zanadto rozpoznawalnym, by pomylić go z czyimkolwiek innym. Ta sama ręka, która zanotowała wszystkie te genialne, wybitne uwagi pomiędzy wierszami dziesiątek przepisów na eliksiry, przez lata pisała ostre, niepochlebne komentarze na marginesach jego wypracowań.

To było do przewidzenia: że nagły skok jego ocen na jawnie nienawidzonych przez niego poprzez lata Eliksirach przyciągnie uwagę Snape'a jak magnes, że nie da on wiary w nagły geniusz Harry'ego, który profesor Slughorn obwieszczał wszem wobec z leniwym, dobrodusznym uśmiechem na twarzy, że Harry mógł omamić wygodnego, lekko snobistycznego Slughorna, ale nie wywiedzie w pole kogoś, kto obserwuje go już tak długo i tak wnikliwie, kogoś, kto widział, jak poczynał sobie przez cały zeszły rok z profesorem Hughesem, kogoś, kto widział go w chwilach całkowitej utraty kontroli, jak i w momentach, gdy z wyrachowaniem owijał sobie obcych ludzi wokół palca.

Harry, próbując odsunąć się od swoich obaw, uciekł się do marnej próby ochrony umysłu, co było chyba zanadto widoczne w jego oczach, bo Snape uniósł brew i uśmiechnął się nie bez przekory.

— Nie przyszedłem go skonfiskować, Potter. — Wskazując brodą na nieco zbyt zesztywniałe ramię Harry'ego leżące nienaturalnie na blacie stołu, nie pozwolił leniwemu, zwierzęcemu uśmieszkowi spełznąć ze swoich ust, a krew odpłynęła Harry'emu z twarzy jak za sprawą zaklęcia; chłód, który go ogarnął, nie wydawał się zewnętrzny: Harry odniósł nieprzyjemne wrażenie, że zrodził się on gdzieś wewnątrz jego piersi, ogarniał powoli mięśnie i ścięgna, wtapiał się w skórę, przenikał kości. — Przyszedłem cię ostrzec, że musisz poruszać się bardzo ostrożnie na tej linie, na której zacząłeś tańczyć.

Harry starał się udawać, że wcale nie drżą mu wargi.

Snape zmrużył w skupieniu oczy, przesuwając powoli wzrokiem po jego pobladłej twarzy.

— Nie okazuj swojego strachu w tak oczywisty sposób, Potter — skarcił go jak szczeniaka, posyłając w jego stronę skwaśniały, chłodny grymas. — To może cię zniszczyć prędzej czy później. Szczególnie teraz.

Harry oblizał drżące wargi i pozwolił sobie zabrać ramię z przysłoniętego nim podręcznika. Czarne oczy Snape'a nie opuściły jego twarzy, jakby ani przez chwilę nie wątpił w to, co Harry tak usilnie, tak niezdarnie starał się ukryć przed jego wzrokiem.

Zielonooki czarodziej nie powstrzymał gorzkiego uśmiechu, cisnącego mu się na usta.

— Co on może zrobić? Teraz kiedy tak mocno skupia na mnie swój wzrok — zapytał Harry, błądząc spojrzeniem po twarzy Snape'a, szukając w niej potwierdzenia własnych obaw. — Chyba nie uważa mnie za... swojego, prawda?

Snape prychnął, posyłając Harry'emu takie spojrzenie, jakby miał go za nie trzymającego się logiki gówniarza.

— On zawsze uważał cię za swojego — oznajmił z taką prostotą, jakby było to dla niego czymś nader oczywistym.

— Tak — przełknął ciężko Harry — ale teraz

— Chciałeś zemsty i dostałeś ją, Potter — uniósł na niego brew Snape, raczej bezwiednie przeciągając palcami po długiej szyi ukrytej za wysokim kołnierzem; Harry się wzdrygnął. — Spodziewałeś się, że mściwość nie pociągnie za sobą konsekwencji? Wziąłeś srogi odwet, dzieciaku, odwet napchany czymś tak intensywnym, że nie mogło się to skończyć inaczej, niż jego zainteresowaniem: tobą, twoją magią, twoim umysłem i przesłankami, które tobą kierują. Musisz się liczyć ze swoimi działaniami, wiesz?

— Dlaczego…? — zawahał się Harry, co z pewnością nie umknęło uwadze Snape'a - oczywiście; wziął głęboki oddech i całą siłą woli zmusił się do zachowania spokoju. — Dlaczego mi na to pozwoliłeś? Dlaczego mnie nie powstrzymałeś?

Profesor pokręcił głową, posyłając mu płaski uśmiech pełen politowania.

— Znasz odpowiedź na to pytanie, Potter.

Harry spuścił wzrok, przestępując nerwowo z nogi na nogę.

— Nie powinieneś się na to godzić — wymamrotał do swoich stóp Harry, czując się jak dzieciak przyłapany na wałęsaniu się po nocy po korytarzach Hogwartu. — Powinieneś mi przemówić do rozsądku.

Snape wydał z siebie gardłowy pomruk; nawet nie patrząc w tę ziemistą twarz, Harry czuł na sobie intensywne spojrzenie przewiercające go ze stanowczą bezwzględnością.

— Czyżbyś miał do mnie żal, Potter, że nie wybiłem ci tego z głowy?

Harry musiał przyznać przed samym sobą, że Snape miał w sobie coś tak niepokojącego, coś tak alarmującego, że potrafił jednym pytaniem trafić prosto w jego sumienie, w jego poczucie wartości, w jego dumę - zmieloną, przeżutą i wyplutą na pastwę losu. Szurnął nogą.

— Nie, oczywiście, że nie — westchnął Harry, przecierając nasadę nosa, by chwilę po tym poprawić zjeżdżające mu z nosa okulary. — Nie próbuję przekierować na ciebie winy, Snape, wiem, że cała odpowiedzialność leży po mojej stronie.

— Nie próbuję przekierować na pana winy, panie profesorze — poprawił go, nieco machinalnie Snape, na co Harry wykrzywił się cierpko, spoglądając na niego przez palce.

— Pławiłem się w twojej krwi — pokręcił głową Harry, odejmując nie bez pełnego zmęczenia westchnienia rękę od twarzy — zaciskałem ci pace na szyi — spojrzał przeciągle w ziemistą twarz Snape'a, próbując odegnać chęć ukrycia się przed tym czarnookim, przeszywającym wzrokiem, zapadnięcia się przed nim pod ziemię — wybacz, jeśli po tym wszystkim ciężko mi tytułować cię panem profesorem.


-VVV-


Strach jest jak trucizna - wsiąka w żyły, płonie w krwiobiegu. Strach jest gorszy od bólu, bo rodzi się z fantazji. Myśli to wir, to powtarzające się jak zapętlona na odtwarzaczu piosenka: „co by było, gdyby?". A strach przed konsekwencjami własnych działań to wbity w ciałko klin, kolec, który utkwił między żebrami - kolec, który nazywany jest sumieniem.

— Jestem przerażony — przyznał przed Snape'em Harry, choć drżały mu wargi — tym, z jaką łatwością przyszło mi podnieść na ciebie różdżkę.

— Tak, Potter — mruknął pod nosem Snape, przerzucając niedbale stronę jakiegoś tygodnika poświęconego warzycielstwu. — Ludzie są zbrukani tępotą, której nawet nie widzą. Ludzie są słabi, Potter, ograniczeni. Niezdolni do panowania nad własnymi emocjami, co ostatecznie doprowadza ich prędzej czy później do zguby.

Czarne oczy przesunęły się po stronie tygodnika, a niebieskawa żyła na bladej skroni zapulsowała, jak wówczas, gdy Snape sprawdzał eseje pierwszorocznych Gryfonów. Skrzywił się do czytanej strony, zamknął gazetę i odrzucił ze wstrętem wymalowanym na twarzy na przetartą kanapę.

— Merlinie broń, żeby artykuły naukowe pisali analfabeci — syknął, pocierając palcami pulsującą skroń. — Ten świat powoli schodzi na psy.

— Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Snape?

Chodził na drżących nogach po prywatnym salonie Snape'a, oddychając chwiejnie stęchłym powietrzem lochów. Przed jego oczami przesuwał się korowód wspomnień, jednych bardziej krwawych od drugich. Kiedy opuszczał powieki, zalewał go całun czerwonej mgły, pośród której widział ciało Syriusza, łamiące się z chrzęstem kości, pękające wzdłuż poziomej i pionowej osi, kruszące się w drzazgi. Widział Nimfadorę staczającą się bezwładnie z podwyższenia, na którym zaledwie chwilę wcześniej toczyła zażarty bój (wystarczyło na moment spuścić ją z oczu, bo świat toczy się jak koło, każda sekunda znacząco różni się od poprzedniej) i widział także i siebie - siebie z różdżką przystawioną do gardła Severusa Snape'a, swoje ręce umazane krwią, głębokie oczy utkwione w jego oczach, przyzwalające, niepotępiające. Przełknął ślinę.

— Chodź tu — przywołał go gestem Snape, a Harry zatrzymał się w pół kroku i obejrzał na niego: na tą stateczność patrzącą czarnymi oczami, na tą żywą samokontrolę, opanowaną nawet w obliczu największego bólu; i nie potrafił go nie podziwiać — i sprecyzuj mi, czego się boisz.

Harry zaczerpnął głęboko tchu i przysiadł na podłodze, opierając się plecami o miękkie obicie kanapy, odrzucając do tyłu głowę na porozrzucane, ozdobne poduszki. Na suficie mógł dostrzec ślady zarysowań: rozległe mapy pęknięć w solidnych murach, tworzące milimetrowe szczeliny w ciemnym kamieniu.

— Nie wiem, ja… To znaczy, on nie do końca jest uzasadniony, ten strach, to… nieprzerwane uczucie. Mam na myśli… owszem, poszedłem do niego, zaakceptowałem go takiego, jakim jest, tylko… — plątał się w wyjaśnieniach Harry, skubiąc nerwowo skórki przy paznokciach. — Na litość Merlina, rzygać mi się chcę na myśl o tym, co zrobiłem, to znaczy: co zrobiłem tobie, ale… — oblizał suche wargi. — Niech to szlag! Chciałem tego, przyznaję bez bicia: chciałem tego. A teraz boję się - boję się i ten strach… ten strach cały czas jest ze mną, jakby nie chciał mnie puścić. A ja wcale go nie chcę, ja… nie wiem, coś mnie mrozi na myśl, że miałbym go dalej czuć i… — Harry wypuścił powietrze i zarzucił ramię na czoło, zamykając ciężko oczy. — Nawet nie jestem pewny, czy mnie rozumiesz. Bo widzisz, już i tak budziłem się zlany potem, gdy śniły mi się pękające kości, ale teraz… — Harry umilkł i pokręcił głową, mając wrażenie, że słowa gubią się na jego języku jak drobniaki w nieodpowiedzialnych rękach.

— Teraz to ja jestem częścią tych snów — wydedukował Snape. Jego głos był miękki jak jedwab, spokojny jak ocean.

Harry opuścił ramię i zanurzając policzek w przyjemnie miękkim obiciu kanapy, przechylił głowę, aby na niego spojrzeć. W ziemistej twarzy nie było gniewu.

— Boisz się, że pękniesz? — zapytał cicho Snape, przyglądając mu się. — Boisz się, że nie utrzymasz ciężaru winy na własnych barkach?

Harry uciekł spojrzeniem.

— Nie chcę się bać — przyznał; jego głos nie był głośniejszy od szeptu.

Jedna z chudych brwi Snape'a drgnęła nieznacznie.

— To trochę tak, jakbyś czuł lęk przed samym strachem — zastukał palcem w dolną wagę, przyglądając mu się nie bez namysłu.

Harry'ego chłód ogarnął aż po kości; pokręcił - nieco bezwiednie - głową, jakby chciał się z tym nie zgodzić; podniósł głowę z kanapy, kierując wzrok na Snape'a, przeszukując jego twarz z nadzieją ujrzenia choć cienia dowodu na to, że ten nie mówi poważnie.

— Morgno droga, brzmisz jak Remus — wyszeptał przez suche wargi, kręcąc - nie bez niedowierzania - głową.

Snape uśmiechnął się nie bez przekory.

— Nie wierzę, że to mówię, ale wobec powyższego coś jest na rzeczy, Potter.

— To absurdalne, nie boję się bać — zaprzeczył Harry, marszcząc mocno brwi. — To znaczy…

— Twoim boginem jest dementor — przerwał mu gładko Snape, przechylając głowę ni to w zamyśleniu, ni w niemej ocenie.

— Co może świadczyć co najwyżej o tym, że boję się dementorów — spróbował przemówić Snape'owi do rozsądku Harry, czym zyskał sobie krzywy uśmiech i kręcenie głową.

— Są symbole w magicznym świecie, wiesz? — odparł melodyjnym tonem Snape, wstając z kanapy. Ręce złączone za plecami, opieszały chód odbijający się echem od ścian, gdy krążył przed kanapą, po miękkim dywanie, jakby wykładał Eliksiry w przykrytej kurtyną oparów klasie. — Żadne wróżenie z fusów, żadne szukanie drugiego dna w płaskiej filiżance. Są gryfy, borsuki i węże. Krew jest czysta albo brudna, albo czysta tylko połowicznie, nigdy: taka sama. Jest animagia, twoje wewnętrzne zwierzę, odbicie człowieka w animagicznej formie, w animalnej formie. Dlaczego ten twój niemożliwy chrzestny był psem, zastanawiało cię to kiedyś? Dlaczego Pettigrew jest szczurem, a McGonagall kotem? Dlaczego twoim partonusem, Potter, jest jeleń, a Dumbledore'a feniks, dlaczego patronusem Lupina jest wilk, a jego boginem pełnia księżyca? Są metafory i znaczenia, których można się dopatrzyć, jeśli spojrzeć wystarczająco uważnie. Są pośmiertne portrety, groby i pomniki. Są znaki: wodne, powiedziałby mugol, których nie widać w dziennym świetle. Patrzysz, Potter, na Mroczny Znak i mówisz mi o czaszce i wężu. A ty? Jeleń i błyskawica? Odwaga i potęga. Szybkość i gniew. Ruch różdżki użyty do rzucenia zaklęcia zabijającego odpowiada kształtowi blizny, którą nosisz na czole. Tak więc, Potter: możesz lękać się dementorów, ale twój bogin znaczy więcej, niż odzwierciedlenie twojego strachu.

— Skoro mowa o symbolach — mruknął Harry, podgryzając dolną wargę, obserwując czarną szatę wirującą za Snape'em jak jaskółczy ogon — lew jest zwierzęciem śmiałym, mężnym. Z pewnością nie: lękliwym.

Zmarszczka pomiędzy brwiami Snape'a pogłębiła się, kiedy zwracał twarz w stronę speszonych oczu Harry'ego.

— Nie nazwałem cię lękliwym, Potter, i nie zamierzam nigdy cię tak nazywać. Jeśli o to chodzi, zawsze ci powtarzałem, że jesteś niemożliwie zuchwały — sprostował Snape'a; powaga w jego głosie sprawiła, że Harry nie potrafił nie odwrócić wzroku. — A jednak ze wszystkich rzeczy, jakich mógłbyś się bać, rzeczy, przed którymi lęk byłby słuszny, to właśnie dementor znajduje się na szczycie. Zdradliwe, parszywe stworzenie, którego pokarmem jest strach. Które wysysa szczęście z życia.

— Boje się wspomnień, które przywołuje, a nie tego, czym sobą reprezentuje.

— Zarówno bogin, jak i dementor są jedynie środkami do celu, a nie celem samym w sobie. Celem, Potter, jest to, by wyłowić twój strach spod powierzchni spokoju. Lęk, który siedzi uśpiony gdzieś pod twoją skórą, i którego wcale nie chcesz wybudzać. O którym nie chcesz myśleć, o którym wolisz zapomnieć: zepchnąć na bok i ukryć za twierdzeniem, że to bogina się boisz, nie: podświadomego poczucia zagrożenia, że to przed dementorem pragniesz się ukryć, a nie przed tym, co jest żywe w twoich wspomnieniach. Dementor to tylko powłoka, bogin również. To własnej przeszłości boisz się najbardziej. Straty i bólu, i pamięci o nim. Chcesz o tym zapomnieć, ale nie potrafisz i boisz się, że czyni to cię kimś słabym, podatnym na zranienie. Mówisz, Potter, że boisz się dementorów, że boisz się tego, co ze sobą niosą: przykrej przeszłości, o której wolisz zapomnieć. Kiedy to właśnie strach przed własną przeszłością jest najlepszym tropem, by ocenić, że tak naprawdę obawiasz się samego strachu. — Snape, widząc, że Harry już otwiera usta, aby dobitnie się z nim nie zgodzić, uniósł dłoń, aby go uciszyć. — To wcale nie jest tak głupie, jak najwyraźniej ci się wydaje, Potter. Powiedziałbym nawet, że to raczej przejaw mądrości, gdyby nie to, że jesteś upartym, zgryfoniałym bałwanem, który prędzej się udławi, niż przyzna, że pomylił się w ocenie własnych odczuć.

Frustracja przykryła widzenie Harry'ego szarą mgłą.

— Jesteś absurdalny, Snape — fuknął nie bez jadu. — Przed chwilą przyznałem, że ciarki mnie przechodzą na myśl o tym, co ci zrobiłem, a ty mówisz mi coś takiego? Jesteś niedorzeczny.

— Acha, i zdumiewający. Już mi to raczyłeś oznajmić, Potter.

Harry zawahał się, przygryzając dolną wargę.

— To nie był komplement — wypróbował ostrożnie kłamstwo na języku, rozluźniając bezwiednie kołnierzyk przy szyi.

Snape roześmiał się Harry'emu w twarz.


-VVV-


Harry zaczął stawiać kołnierzyki i zaciągać mankiety, zaczął wydłużać szaty, których rąbki opiewały kurzem, wiecznie targając po chłodnej posadce, zaczął częściej myć ręce i wycierać je przed jedzeniem, i skromnie spuszczać wzrok w odpowiedzi na pytające spojrzenia i uniesione brwi kolegów z dormitorium.

Nie mógł im powiedzieć, że ma krew na rękach i posmak metalu w ustach, że ma zranioną siłę, zdeptaną dumę i kaftan z kłopotów. Jak miał im powiedzieć, że ciągnie się za nim po ziemi welon czynów, których nie zatrzymał (i o których zatrzymaniu wcale nie myślał)?

Snape dawał mu przestrzeń, jakby sądził, że jego obecność będzie Harry'ego przyduszać, miażdżyć - omijał go łukiem, spojrzeniem podczas zajęć, udawał, że wcale nie przygląda się z cienia jego nocnym eskapadom kończącym się wysiadywaniem w zimnych, okiennych wnękach.

— To było bardzo samolubne z mojej strony — przyznał Snape pewnego wieczora, przeciągając palcem po krawędzi parapetu, na którym siedział Harry — że ci na to wszystko pozwoliłem.

— Mówisz, jakbyś miał wybór. Jakbym nie postawił cię przed faktem dokonanym.

Na twarzy Snape'a zamajaczył uśmiech, który sam przez się krzyczał: „jesteś naiwny, Potter".

— Wybór zawsze istnieje — odparł miękko, poprawiając włosy lejące się na jego powieki. — Chociaż czasami powinno się go ludziom ograniczyć.

Harry wyjrzał na szerokie, zielone pagórki rozciągające się za wysokim oknem.

— Teraz już wiem, że zemsta wcale nie rozładowuje emocji. Dziwne, że musiałem sam to odkryć, żeby to zrozumieć.

Kiedy Snape zmrużył na niego oczy i wbił mu paznokcie w brodę, kierując ku sobie jego twarz, serce Harry'ego drgnęło w czymś na kształt strachu - bo myśl: „potępi mnie" była zbyt żywa w jego głowie, żeby ją zignorować.

Snape go nie potępił.

Nie pozwolę na to, by kiedykolwiek cię to złamało — oznajmił w zamian za to i Harry przez kilka chwil nie potrafił pozbyć się miażdżącego uczucia z gardła, które pozbawiało go słów i oddechu.

— Zhańbiłem cię — pokręcił głową Harry, nie rozumiejąc, dlaczego Snape wciąż tak pilnie stoi za nim murem.

Snape prychnął i zmusił go do spojrzenia mu w oczy.

— Zdjąłeś ciężar z moich barków, Potter — wysyczał tak, jakby go ganił, ale w jego oczach był zimny, stabilny spokój. — To trochę tak, jakbyś mnie obmył, zdarł ze mnie winę i cisnął nią w kąt. To takie brzęczące, wirujące w ciele uczucie, którego nie potrafię ci opisać. Wbiłeś się gdzieś głęboko w moją duszę i wydarłeś z niej skazy, spiłeś myśli z mojej głowy, przygarnąłeś wspomnienia. Zdradzę ci, Potter, w sekrecie, że pierwszy raz od lat czuję się dobrze, czuję się dobrze po tym wszystkim, co ze mną zrobiłeś. Twoja magia, Potter, twoja potężna, oczyszczająca magia - brzęczała na moim ciele, w moim ciele, w moim umyśle tak długo, że wypleniła ze mnie winę jak chwasty z ogrodu. To było dobre doświadczenie. Bolesne - owszem, ale dobre.

— Dobre doświadczenie? — wydusił z ciężkim sercem Harry, przeskakując pełnym niedowierzania spojrzeniem między jego oczami. — Potraktowałem cię Cruciatusem.

Snape przechylił głowę, przyglądając mu się.

— Bardzo potężnym i bardzo intensywnym — zgodził się, chyląc przed nim czoła (absurdalny, absurdalny, po stokroć absurdalny Snape), jakby go chwalił, choć Harry wiedział, że zasługuje na potępienie. — Rzeczywiście.

Harry miał okropne wrażenie, że nie może oddychać.

— Marlinie najdroższy — przełknął ciężko, przyciskając dłoń do oczu — ty mi przyklaskujesz.

— Więcej — sprecyzował Snape, ściszając głos. — Czuję, że powinienem ci za to podziękować.

— Nie. Bądź. Absurdalny.

— Bo widzisz, Potter: nikt nie mógłby mnie zranić w taki sposób, jak ty to zrobiłeś — zdradził mu Snape, wyciągając rękę, by ściągnąć dłoń Harry'ego z jego lekko pobladłej twarzy. — To musiałeś być ty.

— Moja utrata kontroli…

— Twoja utrata kontroli — przerwał mu Snape i brzmiał szczerze, niemożliwie szczerze, rześko, z pasją stojącą jak mur za słowami: brzmiał na niemal zachwyconego — była czymś tak szczerym i tak pochłaniającym, że - uwierz mi, Potter - ani przez moment mi przez myśl nie przeszło, aby spróbować cię nieco stonować. Byłeś bardziej żywy, niż kiedykolwiek, przez te ostatnie miesiące, byłeś prawdziwy, byłeś czystą, płonącą magią. Od twojej mocy szumiało w uszach, przyklejała się do mojej skóry - piekąca i potężna. Dla takiej magii, Potter, czarodzieje są gotowi poprzysiąc wierność, oddawać życia — pokręcił głową Snape. Jego słowa wywoływały zawrót głowy, drżenie palców. — Twoja magia jest piękna — zniżył głos — a ty nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy.

— Moja magia — szurnął nogą Harry — przeważnie wcale się nie wyróżnia.

Snape zacmokał, kręcąc głową.

— Uważasz, że jest w stanie huknąć jak huragan tylko wtedy, gdy jesteś wytrącony z równowagi? — skrzywił się na niego przekornie Snape, przechylając głowę w niemym cynizmie (czarne kosmyki smagnęły mu oczy). — Mylisz się. Ona jest z tobą: zawsze. Jesteś w nią ubrany, Potter, pachniesz nią, gdy wchodzisz do mojego gabinetu, oddziałujesz na świat, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Bo przyroda wyczuwa twoją magię, Potter, wyczuwają ją duchy, które tak otwarcie zwierzają ci się ze swoich wspomnień sprzed śmierci, wyczuć ją mogą nawet zwykli ludzie, o ile oczywiście umieją patrzeć uważnie.

— Ja wcale nie postrzegam swojej magii… w ten sposób.

— Wiem. I to jest zasadnicza różnica między nami.


-VVV-


Potem pojawił się Scrimgeour. I Harry pomyślał: za szybko, za łatwo, za dużo - tu Voldemort, tam Slughorn, Dumbledore - jak kojot z wierzeń Indian, co kradnie bogom ogień, by rozdawać go ludziom - gdzieś pomiędzy. I jeszcze Scrimgeour w tym wszystkim, w tym bagnie, w tym chaosie ze spojrzeniem węża, namawiający go, aby wpadł do Ministerstwa poprawić morale jego, swoje i urzędników.

Choć - gdyby pójść tropem chronologii - zaczęło się od czegoś innego. Zaczęło się od Pokątnej i powybijanych witryn, od szyldów stojących w ogniu i płonących drogowskazów. Od walących się dzielnic mugolskich mieszkańców i stalowych przęseł Millennium Bridge pękających z ogłuszającym hukiem na pół.

Teraz stał na przykrytych płachtą wiatru błoniach. Ziemia wokół zamku przypominała mokradła i z każdym krokiem chlupała mu w butach, przelewała się przez krawędzie, kpiła sobie z obuwia wykonanego z nieprzemakalnej, smoczej skóry.

Scrimgeour uśmiechał się do niego jasno i przymilnie, ale w jego żółtych jak u jaszczurki oczach czaiła się jaskrawa ostrość i chłodna klarowność.

Była też rozmowa, która nie powinna była się odbyć, zroszona serią nieszczerych uśmiechów i przesadnej uprzejmości - uprzejmości pękającej powoli jak szkło, po którym rozchodzi się siateczka zarysowań i wyrw.

Scrimgeour omylił się w obliczeniach - przychodząc do niego, sądził, że bez większych trudności uczyni Harry'ego marionetką ministerstwa. Nie wziął pod uwagę faktu, że Harry nie zamierzał być marionetką: w niczyich rękach.

(— Mogę go wyeliminować — wyszeptał mu w tył głowy później tego samego dnia Snape, jakby miał oczy i uszy wszędzie, a Harry mu odpowiedział:

— Zrób to).

Głos Scrimgeoura brzęczał mu w uszach:

— To nie siedemnastolatek powinien mówić mi, jak mam wykonywać swoją pracę! Najwyższy czas, żebyś nauczył się wreszcie szacunku!

— Najwyższy czas, żeby pan na mój szacunek zasłużył.

— A ja? — zapytał go kilka dni później Snape, odgarniając niespiesznym gestem włosy z twarzy, spoglądając na niego poprzez salon jego prywatnych kwater skąpany w świetle trzaskającego w kominku ognia. — Czy zasłużyłem sobie, Potter, na twój szacunek?

— Czy zasłużyłeś sobie? — powtórzył Harry, uśmiechając się gorzko. — Ty go, Snape, skonsumowałeś. Sprawiłeś, że jest on bezwarunkowy, a to nie powinno nastąpić, jeśli mowa o poszanowaniu.

— Skąd to przeświadczenie?

Harry prychnął nie bez zgryzoty.

— Powody mam wymienić w kolejności alfabetycznej czy chronologicznej, profesorze Snape?

Harry nie mógł zaprzeczyć, że podobał mu się sposób, w jaki Snape na niego spojrzał: jakby widział w nim kogoś silniejszego, niż Harry był w rzeczywistości.


-VVV-


— On chce wiedzieć, czy wrócisz — mruknął raz Snape, wyłaniając się spomiędzy drzew w Zakazanym Lesie jak cień, a Harry drgnął spazmatycznie i zdjął dłoń z elastycznej jak u nietoperza skóry poddającego się jego pieszczotom testrala. Zerknął kątem oka na Snape'a, pełen urazy za to, że dał się zaskoczyć.

— Pytanie nie brzmi: „czy?", tylko: „kiedy?" — sprostował, zastanawiając się, dlaczego nie jest to dla Voldemorta kwestią oczywistą.

Snape skinął niespiesznie i spojrzał ponad jego głową w puste, pozbawione źrenic oczy postawnego zwierzęcia.

— Mimo wszystko — powiedział cicho, przyglądając się, jak testral kładzie ostrożnie nieestetyczny łeb na ramieniu Harry'ego — muszę mu dać jakąś odpowiedź.

— Musisz? — skrzywił się Harry, kiedy niechęć przemknęła przez jego ciało z prędkością błyskawicy. Testral chyba to wyczuł, bo odsunął chudy jak u szkapy łeb, przechylając go niemalże pytająco i zaczął się niepewnie, krok po kroku, wycofywać. Harry westchnął, pokręcił głową i wyciągnął otwartą dłoń w stronę spłoszonego zwierzęcia. Zanim na powrót przyłożyło ono szarawy pysk do jego palców, obwąchało je uważnie nieufne i niezdecydowane. — To strasznie zobowiązujące słowo.

— Wiesz, że tak — odpowiedział Snape, przyglądając się, jak Harry przytula czoło do wielkiego, przykrytego pomarszczoną skórą łba.

Harry mruknął niejednoznacznie.

— Chciałbym móc ci powiedzieć, że możesz to przestać robić, jeśli tego nie chcesz, że możesz wyrzec się tego wszystkiego, co się do ciebie klei, i wycofać się z czystym kontem — przyznał, zaglądając w puste oczy testrala, który oddychał ciepłem w jego twarz. — Chciałbym móc ci powiedzieć, że jesteś wolnym człowiekiem, wiesz?

Snape zbliżył się do niego; testral prychnął, wypuszczając parę przez wąskie nozdrza i powtórnie wycofał się spłoszony, kręcąc łbem.

— Wiem, że mam nieprzewidywalny umysł — zniżył głos Snape, przechylając głowę, by spojrzeć mu w oczy — pełen goryczy — uniósł mu brodę, gdy Harry spuścił wzrok, wzdychając drżąco; chuda dłoń była stanowcza na jego twarzy — ale ja sam jestem kowalem swojego losu, Potter.

Harry nie wątpił w to choćby przez chwilę.

— A teraz opowiedz mi — ciepłe palce mocniej zacisnęły się na jego brodzie, wywołując kłujące odczucie, które nie do końca nazwać można było bólem: przypominało nieco pieczenie po rozcięciu sobie palca ostrym brzegiem pergaminu, pieczenie, które dokucza, ale nie jest w stanie powalić na kolana — o swoich koszmarach.

Harry zamknął oczy.

— Jak mam opowiedzieć ci o moich koszmarach, Snape — odparł cicho, czując pierwsze zalążki bólu głowy — skoro potrafisz jak nikt inny rozszyfrować wszystkie moje kłamstwa?

— Co ci się śni, Potter? — drążył Snape.

— Wiesz: co.

— Ministerstwo Magii — nie zawahał się ani na sekundę Snape. — Syriusz Black.

Znajome imię wywołało ukłucie w sercu, którego nie potrafił zdzierżyć. Było jak ogień, który powoli trawi jego rozum, który nie wybacza błędów i nie zapomina.

Otworzył oczy, wiedząc, że wszystko to przejrzyście widać w jego spojrzeniu.

Nie odpowiedział.

— Musisz z tym walczyć, Potter. Nie wolno ci pozwolić sobie na to, aby doścignął cię żal.

Harry przygryzł wargę i odwrócił głowę, przypatrując się wirującym na gałęziach na rześkim wietrze liściom.

— To ty jesteś częścią tych snów, Snape — przyznał cicho, bardziej przed sobą, niż przed Snape'em; jego oczy zapiekły nieprzyjemnie. Zamrugał i skupił uwagę na burej sowie siedzącej na wysokiej gałęzi z głową wciśniętą pomiędzy skrzydła. — Nie Syriusz. Nie pękające kości — wzdrygnął się, walcząc o zachowanie spokoju. — Coraz częściej widzę w nich twoją krew — wyznał, choć żołądek podszedł mu pod gardło — tak nieprawdopodobnie ciepłą pod moimi palcami, jakby miała wyparować z twojego ciała, jakbym wdychał ją wraz z powietrzem. Widzę twoją skórę, twoją szyję, twoje rozrzucone szeroko ramiona.

To nieszablonowy widok: niepokój na twarzy Severusa Snape'a, ostre ściągnięcie brwi, zamyślenie w oczach; Harry obserwował kątem oka, przygryzając - nie bez napięcia - wargę, jak profesor gładzi powoli swoją brodę, przyglądając mu się w taki sposób, jakby nie był pewny, co ma o nim sądzić, jakby Harry był skomplikowaną, matematyczną zagadką, którą przyszło mu rozszyfrowywać.

Harry - dotknięty przez raptowne, nieprzyjemne, drażniące łaskotanie gdzieś na dnie żołądka, uświadamiając sobie siłę własnych słów, ich szczerość, ich wydźwięk, ich znaczenie - spuścił wzrok.

Czekał na słowa kąśliwości, na wstręt wymalowany na ziemistej twarzy i zaciśnięcie ust w cienką linię, czekał na nieprzychylność, skwaśniały grymas i odwrócenie się do niego plecami, a jednak wciąż widział tylko ciekawość, jasną i nieskrywaną, jakby Harry był układanką, którą należy poskładać w całość. Zamrugał, starając się pozbyć pieczenia z oczu. Zdawało mu się, że na języku czuje posmak czegoś gorzkiego, cierpkiego jak wino.

— Sumienie — odezwał się w końcu cicho Snape; prawie szeptał. — Tak się nazywa ta twoja przypadłość, wiesz? Poczuciem winy. Wyrzutem sumienia.

Serce Harry'ego zadrżało jak przemarznięty gołąb i przez chwilę miał on wrażenie, że udusi się z nadmiaru emocji wiszących gdzieś między nimi, niewidocznych i zapętlonych.

— Nie jesteś wynaturzeniem, Potter — powiedział mu Snape, na co Harry zmarszczył nos i przestąpił z nogi na nogę.

— Wiem to. — Słowa jak jedno uderzenie serca.

— Nie, nie wiesz. Chodź no tu — przywołał go gestem dłoni Snape, odstępując kilka kroków od czarnych jak dementorzy testrali, zagłębiając się pomiędzy ciemne, chropowate pnie drzew, świdrując go niespodziewanie intensywnym spojrzeniem. Ściółka trzeszczała cicho pod jego podeszwami, gdy się wycofywał, nie spuszczając z Harry'ego oczu, w których płonęła jakaś ciężka do zinterpretowania emocja, której Harry nie potrafił ubrać w słowa. — No chodź. — Jego głos był miękki, niepospolicie miękki - i to chyba właśnie dlatego Harry zdecydował się spełnić jego prośbę. — Na kolana — nakazał Snape, brzmiąc, jakby dyktował przepis na banalnie prosty eliksir, jakby mówił: „usiądź", brzmiąc, jakby to nie było nic nadzwyczajnego; ponaglił go ruchem podbródka.

Harry zawahał się, szukając na twarzy Snape'a jakiegokolwiek wytłumaczenia, i niczego tam nie znajdując. Poruszył się niepewnie pod czujnymi, nieustępliwymi oczami Snape'a, a potem powoli, bardzo powoli, z sercem wątłym jak przepełniony powietrzem balon, który lada chwila pęknie, nie spuszczając pełnego niepewności, cielęcego spojrzenia z gładkiej, niewzruszonej twarzy Snape'a, opadł na jedno kolano.

Snape przechylił głowę; czegokolwiek Harry się spodziewał, z pewnością nie przypuszczał, że zostanie zmierzony oceniającym, przeciągłym spojrzeniem, z pewnością nie oczekiwał, że Snape mruknie coś niewyraźnie pod nosem i przewróci oczami, z pewnością nie przewidywał, że Snape powie: „źle".

— Klękanie to gest szacunku. Gest wierności i lojalności.

— Raczej czci i oddania — zmarszczył się Harry.

— Tak, to też — zgodził się Snape, nie pozwalając wytrącić się z pantałyku. — Tak czy inaczej, zrobiłeś to źle. Po pierwsze: klękasz na oba kolana. Po drugie: podnieś te biodra, wyprostuj nogi. Powiedziałem przecież: uklęknij, a nie: przykucnij czy usiądź. Po trzecie: wyprostuj plecy, nie garb się tak, to źle się skończy, jeśli klęcząc, będziesz wyglądał jak skulone zwierzę. O, tak lepiej. O wiele lepiej. Dobrze.

Harry czuł ostre krawędzie patyków wbijające się w jego skórę, w jego kolana, czuł zimno bijące od podłoża, szorstkość leśnej ściółki i wilgoć ziemi, którą nasiąkała jego szata. Mimo to nie odezwał się, milcząco obserwując Snape'a, czekał na dalsze jego kroki i zastanawiał się, do czego to wszystko zmierza. Oblizał suche wargi.

Snape zbliżył się do niego w kilku krokach, powoli, bez pośpiechu; Harry miał absurdalne wrażenie, że czuje ciepło bijące od jego ciała. Ciężkość w sercu przeważyła jego wzrok ku ziemi.

— Złośliwa rzecz: sumienie — wyszeptał Snape tak łagodnie, jakby gładził go słowami po policzku; Harry nie zatrzymał wzdrygnięcia; jego serce zdawało się ważyć kilogramy. Snape nienachalnym gestem włożył mu dłoń pod brodę. Harry, mając nieuchronną świadomość, że całe życie spełza z jego twarzy, uniósł powoli wzrok na czarne, głębokie oczy wpatrzone w niego z góry. Snape się uśmiechnął. — Tak, Potter, splugawiłeś się. Taplałeś się w krwi, którą samodzielnie upuściłeś. Tak, owszem, zmieszałeś swój złoty honor z błotem. Nadwyrężyłeś go. Skaziłeś. — Uśmiech majaczący na jego twarzy był wątły i Harry nie mógł myśleć o nim inaczej niż jak o niesłychanie miękkim; niemal tkliwym. Serce obijało się o jego mostek jak kamień; Harry miał absurdalne poczucie, że coś na tym jego niespokojnym sercu osiadło, jakiś niewysłowiony ciężar, przykleił się do niego jak narośl, jak choroba. Było ciężkie, cięższe, niż zapamiętał. Miał niepomierną ochotę wyciąć je z piersi i położyć na dłoni.

Spuścił wzrok.

— Chcesz, żebym cię za to przeprosił? — zapytał słabo; zdaje się, że zdrętwiały mu wargi.

Och, Potter — westchnął Snape; w jego głosie dało się słychać ślady rozbawienia — i właśnie tutaj dochodzimy do sedna.

Harry zerknął na niego, nie rozumiejąc.

— Nie możemy się wiecznie przepraszać — oznajmił Snape, ściszając głos — bo złapiemy się tym samym w pułapkę bez wyjścia. Zapętlimy w rytuałach, których wcale nie potrzebujemy — przyłożył dłoń do jego policzka; jego chude palce były ciepłe na skórze Harry'ego - to ciepło zdawało się promieniować w głąb ciała, ogrzewać zesztywniałe kości. — Nie zapominaj, że twoja nielitościwość była zemstą. Nie mogę się, Potter, mścić za zemstę, nie uważasz? Nie potrzebujesz mnie, pozbawionego wszelkich hamulców moralnych. Na dnie własnego umysłu żądasz mojej surowości, żądasz nieczułości i braku serca, żądasz represji, a może kary, a może jednego i drugiego w tym samym czasie. I sam ją sobie zadajesz, choćby tym, że uniżasz się przede mną.

— Ty zrobiłeś to pierwszy — powiedział Harry; choć lepszym określeniem byłoby: odetchnął. Jego głos był wątły jak śnieżny puch, który topnieje po dotknięciu ziemi.

— Uniżyłem się przed tobą? — zapytał przeciągle, niemal mozolnie, Snape - jego głos pogłębił się, jedwabisty i gładki, tak bardzo: przenikliwy, tak bardzo: nie do zniesienia.

Harry poczuł się tak, jakby coś utkwiło mu w gardle. Ponownie był zmuszony oblizać schnące - zdecydowanie zbyt szybko - usta. Jego ciężkie, ciężkie serce - niemal bolało.

— Uniżyłeś? — sapnął Harry, czując niemożliwe do zbicia gorąco obejmujące jego twarz i obojczyki. — Powiedziałbym raczej, że mi się oddałeś.

— Oddałem się — powtórzył za nim Snape, mrużąc (trochę - zdaje się - w skupieniu) oczy. Przez jego twarz przemknął cień: cień, który przywodził Harry'emu na myśl chłodną analizę, kalkulację, podliczanie wyniku pod kreską. — Tak, muszę przyznać, że wybrałeś stosowne określenie na to, co zrobiłem, Potter — przyjrzał mu się nie bez uwagi, przechylając głowę; czarne, długie kosmyki spadły na jego zapadnięty policzek, musnęły wydatne kości policzkowe. — A więc sądzisz, że zasługuję na twoje przeprosiny?

Harry wtulił policzek w leżącą na jego twarzy, chłodną dłoń.

— Jak mogę cię za to ubłagać? — zapytał cicho.

Snape przez kilka długich chwil jedynie mu się przyglądał; w jego oczach widniało coś na kształt zrozumienia, coś na kształt akceptacji. Opuszka kciuka prześlizgnęła się powoli przez zarys szczęki Harry'ego.

— Dlaczego — zapytał Snape, pochylając się nad nim nieznacznie, zanurzając wzrok w jego oczach jak w gęstym eliksirze — ja zasługuję na twoje przeprosiny, a ty nie zasługujesz na moje?

Harry spuścił wzrok ku chłodnej ziemi. Gdzieś niedaleko rozćwierkały się głośno wróble. Wyrwał z miękkiej gleby źdźbło trawy i zaczął je niespokojnie rwać w palcach.

— To nie było wybaczenie — zauważył cicho — to była zemsta.

— Zemsta — powtórzył cicho Snape, uśmiechając się miękko; coś w jego czarnych oczach zapłonęło jak łuczywo. Nachylił się nad nim i podniósł go z ziemi. Nasiąknięta wilgocią szata Harry'ego zdawała się ważyć tony; Harry miał nieprzyjemne wrażenie, że wisi ona na nim jak kawałek stęchłej szmaty. Kiedy te szczupłe, ziemiste dłonie odwróciły go tyłem do miękkiej klatki piersiowej, a gorący oddech zamajaczył na jego schłodzonym uchu, Harry stwierdził, że drętwieją mu palce, a w gardle zasycha; a mimo to nie spróbował się wyrwać z uścisku tych ramion, nie spróbował się z nich wyswobodzić, bo pamiętał przyzwolenie w oczach Snape'a, jego bierność i bezwład, kiedy leżał pod nim na zimnej ziemi, przykryty peleryną krwi i spojrzeniem czerwonych oczu krążącego wokół nich, łakomego sępa. — Zemsta to coś słodkiego, Potter. To coś, co syci, co podtrzymuje człowieka. Zemsta to łatwy triumf, kuszący, treściwy, a krew przelana z zemsty potrafi być bardziej rozkoszna, niż afrodyzjak.

— Jeśli chcesz mi ten triumf odebrać — wyszeptał Harry — nie będę się sprzeczał.

Snape się roześmiał; jego śmiech był czymś ciemnym i gęstym jak głębiny oceanu i Harry próbował nie utonąć w tym śmiechu, ale nie potrafił z nim walczyć.

— Twoja pokora cieszy moją mroczną duszę — zamruczał Snape, odstępując od niego — ale nie jesteś mi nic winien, Potter.

Harry nie rozumiał jednej rzeczy, nie potrafił jej objąć rozumem bez względu na to, jak bardzo się starał, nie mógł tak po prostu przejść z tym wszystkim do porządku dziennego - miał w sobie jeszcze jakiś kręgosłup moralny, nie był mrocznym czarodziejem - czarodziejem, który nie obawia się chwycić, skrzywdzić, upokorzyć i stłamsić, który nie obawia się czerpać przyjemności z własnych działań, który nie ma skrupułów. Dlatego zebrał w sobie siły, pozwolił łaskoczącej go pod skórą magii zaiskrzyć w powietrzu i chwycił Snape'a za przedramię, odwracając go szarpnięciem ku sobie.


-VVV-


— Dlaczego chcesz złamać moje wszystkie bariery? — zażądał wyjaśnień Harry, bezpardonowo popychając Snape'a na najbliższe drzewo. — Dlaczego chcesz mnie obrać ze skrupułów, Snape? — Plecy niespodziewającego się natarcia Mistrza Eliksirów uderzyły o chropowaty pień, palce Harry'ego zanurzyły się w ciemnych, czarnych włosach i zacisnęły: kurczowo, desperacko. — Jakie masz z tego korzyści?

— Może — usta Snape'a poruszyły się i Harry usłyszał go tylko dlatego, że trwał przyciśnięty do jego chudego, postawnego ciała — chcę uczynić cię silniejszym? Niepowściągliwym? Dominującym w towarzystwie?

Harry zmrużył na niego oczy; w jego piersi kotłował się zlepek sprzecznych emocji, którym nawet nie starał się nadać imienia.

— Dlaczego? — chciał wiedzieć.

Snape posłał mu miękki, niewymuszony uśmiech.

— Może uznałem, że jesteś tego wart?

Jakaś niewysłowiona iskra padła na umysł Harry'ego jak na benzynę. Nie musiał widzieć swojego odbicia, aby wiedzieć, że w jego oczach zatliło się uświadomienie.

— Nikt ci nie powiedział, Snape, że chciwość to bardzo, ale to bardzo negatywna cecha?

— No popatrz — aksamitny głos spłynął po karku Harry'ego jak dreszcze — jakoś nikt się nie wysilił, aby dać mi to do zrozumienia.

Serce kotłowało się w jego piersi jak ptak, który próbuje się wyrwać na wolność. Patrząc wprost w głębokie, czarne jak przepaść bez dna oczy Snape'a, uchwycił mocno jego chudy podbródek, wbijając dłoń, palce, paznokcie w jego miękkie, ustępujące pod jego palcami - jak plastelina, w której można rzeźbić - policzki.

— Robisz ze mnie potwora, Snape.

— Robię z ciebie przywódcę.

— Przywódcę? — pokręcił głową Harry; coś rozbudzało się powoli w jego piersi: jakaś bestia, której bał się popuszczać cugli. — Przywódcę: bo nie będę się wahał? Przywódcę: bo wyplenisz ze mnie wstyd i ogładę? Przywódcę: bo nie będę bał się krzywdzić?

— Tak — odrzekł prosto Snape, jakby to było coś oczywistego. — Przywódcę: bo nie będziesz obawiał się zastraszyć, aby osiągnąć swe cele.

— I uważasz to za siłę? — uśmiechnął się gorzko.

— Grunt nie jest w tym, co ja uważam, lecz w tym, co uważasz ty.

To był moment, w którym Harry użył zaklęcia, którego nie powinien znać, użył zaklęcia, które spłynęło mu z języka jak woda, użył zaklęcia przeciw jego autorowi. Użył go - bo tego właśnie potrzebował, bo nie miał skrupułów, bo wiedział, że ten, na którym go użył, nie potępi go za to: co najwyżej poprawi jego wymowę, przyczepi się do nieprecyzyjnego ruchu różdżki, powie mu, że nie było ono tak silne, jak w zamierzeniu być powinno; ale go nie oczerni.

A Snape go nie zablokował, chociaż Harry wiedział, że mógł.


-VVV-


— Jesteś potęgą, Potter — powiedział mu Snape, kiedy Harry rzucił przeciwzaklęcie na klątwę, którą sam powołał do życia - i brzmiał, jakby nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. — Najwyższa pora, żebyś wreszcie to zauważył.


-VVV-


— Musisz przestać myśleć o mnie, jak o ofierze — wyszeptał Snape; siedzieli na chłodnej ziemi, oparci o szeroki pień, ramię przy ramieniu; Harry, łykając łzy, cieszył się z takiego obrotu spraw, bo nie musiał patrzeć mu w oczy. — Nie jestem ofiarą.

— Nie bądź absurdalny — prychnął Harry, zerkając na Snape'a kątem oka. — Jesteś najsilniejszą osobą, jaką znam.

— A mimo to wciąż gryzie cię fakt, że podniosłeś na mnie różdżkę.

— A ciebie nie gryzie to, że mnie wydałeś te piętnaście lat temu?

— Ciebie? Nie — przyznał Snape; Harry bardziej wyczuł, niż zobaczył, że Snape wzrusza ramionami. — Szczerze ci wyznam, że za nic miałem twoje życie.

Harry zawahał się, próbując poskładać do kupy to, co właśnie usłyszał.

— A więc czyje życie było dla ciebie wartościowe? — zapytał powoli, bojąc się, że już zna odpowiedź. — Przecież nie mojego ojca — zachichotał nerwowo; ten dźwięk zabrzmiał jak niedopasowanie na jego języku.

Snape uśmiechnął się bez rozbawienia. Było coś w tym uśmiechu: jakieś niewysłowione poczucie winy, którego Harry nie potrafił zrozumieć. Przebijała się przez niego jakaś gorycz, wątła i dyskretna - jakby przez wieki była uśpiona, jakby przytłumiona żyła gdzieś za tymi zimnymi jak stal, nieustępliwymi oczami. Nie odpowiedział.


-VVV-


— Bellatrix straciła swój złoty autorytet — rzucił raz mimochodem Snape, mijając go na otwartej przestrzeni szkolnych błoni. Harry szedł albo wracał od Hagrida, a może znad jeziora, może spoglądał w białe, kłębiące się jak para nad czajnikiem chmury, a może łapał krople deszczu w usta - prawdą jest, że sceneria nie miała znaczenia, tylko treść się liczyła, tylko ona była istotna. „Bellatrix straciła swój złoty autorytet" — powiedział mu więc Snape, obdarzając go przeciągłym spojrzeniem, a Harry poczuł łaskotanie w piersi, którego wolał raczej nie nazywać z imienia.

Harry przez chwilę błądził wzrokiem po jego twarzy, po niezachwianej powadze jego oczu, po cieniu samozadowolenia majaczącego w kącikach warg, po szczerości wypisanej jak czarne na białym w liniach zmarszczek.

— To dobrze. — Przez chwilę nie poznawał swojego głosu: tak niesamowicie stoicki, jakiego dawno nie słyszał z własnych ust, tak jedwabiście gładki, jakby swoim brzmieniem dotykał twarzy Snape'a, zbliżał się do niej, ocierał jak kot.

W ciemnych oczach Snape'a na kilka sekund błysnął uśmiech, którego Harry jeszcze długo nie będzie mógł wymazać z pamięci. A potem Snape skinął mu głową, jakby okazywał mu szacunek i z powiewem szat oddalił się w sobie tylko znanym kierunku, zostawiając Harry'ego sam na sam ze swoim cichym triumfem, którego nie mógł - i nie chciał - w sobie tłumić.


-VVV-


— Powiedz mu, że wrócę — uśmiechnął się w ciemności przykrytego nocą korytarza, patrząc prosto w czarne, głębokie oczy, które tak niedawno przelewały w niego myśli, jakby dolewały od niepełnego dzbana.

— Jesteś pewny?

Harry zbliżył się do Snape'a, powoli, acz stanowczo, tylko po to, by przyłożyć mu palce do postawionego kołnierza szaty.

— Zastanawiałem się, co bym zrobił — wyszeptał, gładząc bez pośpiechu miejsce, w którym pod cienkim materiałem krył się odcisk jego zębów — gdybym dysponował Zmieniaczem Czasu.

— I do jakiego doszedłeś wniosku? — odetchnął Snape, brzmiąc, jakby obawiał się wypowiadać te słowa na głos.

Harry wyszczerzył zęby, przechylając zadziornie głowę.

— Wyglądasz jak rechocząca maniakalnie hiena — ocenił Snape, ale nie cofnął się przed dotykiem.

— Bynajmniej nie śmieję się bez powodu — zamruczał Harry, decydując się na krok, na który cierpliwie czekał sam Voldemort, pozostawiając mu przestrzeń i czas do namysłu. — Doszedłem do wniosku — oznajmił powoli, odpinając górny guzik wysokiego kołnierza — że gdybym miał wrócić do punktu wyjścia — kolejne guziki z wątłym szelestem uwolniły się z ciasnego zapięcia — albo cofnąć się do momentu, w którym nie przyłożyłem ci różdżki do piersi — odgarnął kołnierzyk, pochylając się nad bladą, długą szyją, na której fioletem odcinały się dwa, blednące łuki — zrobiłbym wszystko tak samo.

Snape zamknął oczy, przechylając głowę, jakby dawał mu dostęp.

Harry, obnażając zęby, nie potrzebował innej formy przyzwolenia.