.
Rozdział 9
Specyficzny system zależności
.
— Potrzebujesz mnie, wiesz? — powiedział Snape, popijając japońską herbatę Matcha, przyglądając mu się znad filiżanki w ten nietuzinkowy, specyficzny sposób, który zamieniał Harry'ego w nieelokwentnego, potykającego się o słowa prymitywa, nadaremnie walczącego z niezdolnością wysłowienia się. — Choć będziesz się przed tym zapierał rękami i nogami, choć będziesz twierdził, że radzisz sobie sam. Nie, poczekaj, Potter, nie przerywaj mi. Chodzisz po omacku, chwiejesz się po każdym, niepewnym kroku i choć starasz się odnaleźć solidny grunt pod nogami, trafiasz w muł, w którym możesz ugrzęznąć, jeśli będziesz wiercił się w nim zbyt niecierpliwie.
To trochę jak uzależnienie, trochę jak zdominowanie (spełniam twoje fanaberie, nie, nie jesteś mi za nie nic winien, wiesz, że mógłbyś wyjść z tego gabinetu w każdej chwili, gdybyś tylko chciał; cóż, darujmy sobie te bzdety, obaj przecież wiemy, że nie wyjdziesz), Harry rozmyślał o tym, że gdzieś w jego głowie dzwony powinny bić na alarm - z jakiegoś powodu wciąż nie biły.
Na niskim stoliku kawowym leżała rozpostarta gazeta, rzucona tam niedbale przez Snape'a jakieś pół godziny temu.
„Minister Scrimgeour w Mungu po ciężkim zatruciu żołądkowym" — krzyczał wielki, biegnący na lewej krawędzi strony, równolegle do obszernego artykułu, pompatyczny nagłówek, a sinawa twarz ze zdjęcia poniżej odwracała się od fotografa z miną człowieka wściekłego na siebie, że pozwolił przyłapać się w chwili słabości.
— Matko, Snape, jesteś taki… — zawahał się.
— Jaki?
— Nieważne.
— Powiedz.
Harry westchnął przeciągle. Rozmasowując palcami nasadę nosa, rozejrzał się po gabinecie, szukając w ciemnych kątach pomieszczenia słów, którymi mógłby wyartykułować to, co mu leży na sercu.
— Chodzi o to, że — skubnął paznokciami suchą skórkę przy paznokciu — nie możesz… otruwać dla mnie ludzi.
— Dla ciebie, Potter? — Jedna brew Snape'a podskoczyła wysoko na czoło.
Harry uniósł wzrok tylko po to, by utonąć w czarnych, nieprzeniknionych oczach.
— Dla mnie — skinął głową.
Snape prychnął, uśmiechając się sardonicznie.
— Chyba masz za wielkie ego, Potter.
Ponury grymas samoistnie wykwitł na jego ustach w odpowiedzi na kąśliwość brzęczącą nieprzyjemnie w głosie profesora. Pokręcił głową i walcząc z sobą, aby nie spuścić wzroku, aby zachować powagę, aby nie spąsowieć jak dojrzała truskawka, wypowiedział na głos to, co od jakiegoś czasu krążyło mu po głowie jak dokuczliwy komar brzęczący koło ucha:
— Jesteś zaborczy, Snape.
Snape przechylił głowę, odstawiając filiżankę na spodek; było coś onieśmielającego w sposobie, w jaki na niego patrzył - jakby Harry nie miał przed nim nic do ukrycia, jakby wszystkie jego myśli, emocje i wspomnienia były wyraźne w nim jak na dłoni.
— Powiem ci w tajemnicy, że wolałbym cię trzymać na krótkiej smyczy — zabębnił palcami o udo. — Jesteś zbyt niesforny, zbyt nieokiełznany. Szamoczesz się, nie umiejąc zachować spokoju. Jeśli nazywasz to zaborczością, to…
— Przyznaj, że chciałbyś mieć władzę nade mną — nie pozwolił mu dokończyć Harry.
Snape urwał i zawahał się - zatrważająco jawnie, wstrząsająco szczerze, sprawiając, że oddech Harry'ego potknął się o zęby. Chude brwi ściągnęły się na czole zroszonym zmarszczkami.
— Władzę nad tobą — powtórzył Snape, przyglądając mu się; obracał słowami na języku, jakby chciał poznać ich smak, jakby były monetą o obcym nominale, potrawą zbyt egzotyczną, aby pochłonąć ją bez niepewności. Pokręcił powoli głową, krzywiąc się na Harry'ego, jakby ten był ciągliwą gumą do żucia, która przykleiła mu się do podeszwy. — Jak śmiesz mi sugerować, Potter, coś takiego? — Ledwo poruszył wargami; jego słowa były tak ciche, jak deszcz stukający o marmurowy parapet. — Ty, który tak usilnie pielęgnujesz odcisk swoich zębów, na mojej szyi? Ty, który dbasz o to, aby została mi po tobie blizna? Chcesz się wryć we mnie, Potter, chcesz, żebym cię spłukiwał z siebie i wodą, i mydłem i nie mógł spłukać, chcesz, żebym tarł ten ślad - gąbką, dłonią, paznokciami - i tylko go zaogniał, z łatwością mogę sobie wyobrazić, Potter, ciebie jako truciznę - Harry Potter w stanie ciekłym, pulsujący w moich żyłach.
Harry - czując raptowne łaskotanie gdzieś na dnie żołądka - powstrzymał chęć zaciśnięcia zębów.
— Mylisz się, Snape, sądząc, że nie mogę się bez ciebie obejść. Poradziłbym sobie ze Scrimgeourem. Na swój sposób i, przyznaję, nie tak szybko, ale poradziłbym sobie.
— Skończ już z pretensjami, Potter — warknął nie bez rozjuszenia Snape, obnażając na niego zęby. — Podziękuj mi jak grzeczny Gryfon i przejdźmy z tym do porządku dziennego.
— Do porządku dziennego? — przycisnął knykcie do czoła, modląc się, aby jego rozchwiane opanowanie nie pękło jak zużyta sprężyna. — Otrułeś dla mnie człowieka, Snape.
— Dałeś mi swoje pieprzone błogosławieństwo, Potter!
Coś ostrego, kłującego i całkowicie niepożądanego przeszyło mu klatkę piersiową, coś bliźniaczo podobnego do bezsilności.
— Powiedziałeś, że go: „wyeliminujesz", a nie: „omal nie zabijesz" — zauważył Harry ze zgrzytem zębów.
Czarne oczy Snape'a cisnęły w niego piorunami.
— Ach, a więc się spodziewałeś, że zamierzam połaskotać go zaklęciem petryfikacji i zamknąć jak bogina w szafie, czy tak? Wybacz mi, że nie sprostałem twoim, jakże dalekosiężnym, oczekiwaniom — schylił prześmiewczo głowę.
Harry omal nie wyszedł z siebie.
— Spodziewałem się — wycedził przez zęby; palce drżały jak w gorączce, kiedy zaciskał je na materiale szaty — że jesteś asertywnym, trzeźwo rozumującym mężczyzną. Nie oczekiwałem po tobie natomiast pochopności, Snape, a tak właśnie postąpiłeś. Nie dość, że go otrułeś - ty, Mistrz Eliksirów, niech cię szlag - to jeszcze pozwoliłeś, żeby prawdziwa informacja trafiła po tym wszystkim do prasy. Masz chociaż jakieś alibi, Snape? Co powiesz aurorom, jeśli zapytają, co robiłeś w nocy przez ostatnie tygodnie?
— Prawdę: byłem we własnych lochach, we własnych komnatach, we własnym łóżku.
— Mało przekonywające alibi, kto to potwierdzi? — zmrużył na niego oczy Harry.
Przez rysy twarzy Snape'a przemknęła furia ostra jak krwawiąca rana - tak prawdziwa, tak niekłamana, że Harry'emu zaparło dech w piersi. Jego dłoń strzeliła wściekle porcelanową filiżankę, a ta przewróciła się z brzdękiem na niski stolik, krusząc jak ząb na gładkich brzegach, rozlewając wokół wciąż ciepłą herbatę, barwiąc zielenią wąski blat i talerzyki robiące za podstawki. Harry przyglądał się zielonym strugom ściekającym jak syrop na miękki dywan, śledził krople rozbryzgane po obiciu kanapy, barwiące szatę na jego kolanach, wsiąkające we włókna dywanu; prawy mankiet na nadgarstku Snape'a miał teraz jeden i ten sam kolor.
Snape nachylił się nad blatem; żyła na jego skroni pulsowała dziko.
— Ty. Jeśli będzie. Trzeba — dzieląc zdanie na fragmenty, jakby było układanką, której puzzli nie poskładano jeszcze w spójny obraz, wypluł gardłowo Snape; jego oczy - utkwione w zielonych - rozjątrzone, płonące, żarliwe.
Harry, pąsowiejąc aż po same uszy, poruszył się niespokojnie.
— Bądź poważny, Snape — poprosił, choć głos go zawiódł: miałki jak piasek, słaby jak u dziecka. — Rozmawiamy poważnie.
— Jestem śmiertelnie poważny, Potter.
— Proszę cię. — Głos Harry'ego zabrzmiał, jakby słowa potykały mu się o zęby. Samym dotykiem odnalazł dłoń Snape'a - chudą, elegancką, zupełnie różną od jego dłoni: małych, z rzędem obgryzionych paznokci - i owinął wokół niej palce, z gorliwością, z zapamiętaniem, jakby to miał być jego ostatni dotyk, ostatnia rzecz, z jaką ma styczność w życiu. Chciał, aby jego opuszki stłumiły emocje Snape'a, chciał, aby jego dotyk miał moc uspokajania jego porywczości. — Proszę, nie denerwuj się na mnie. — Coś ciężkiego zdawało się osiąść na dnie jego żołądka. — Niepokoję się o ciebie, to wszystko. W moim imieniu zatrułeś człowieka — ścisnął dłoń Snape'a w swoich dłoniach, układając podbródek na ich splecionych palcach — nie chcę, żebyś za to płacił.
Kiedy podniósł na niego oczy, nie był do końca przekonany, który z nich miał władzę nad którym.
Przez kilka długich uderzeń serca te czarne oczy leżały na jego własnych, bez mrugnięcia, bez wahania, z czymś palącym jego skórę jak lodowaty ogień, z czymś powodującym, że nie mógł oddychać.
— Jesteś jak pieprzony huragan — odezwał się wreszcie Snape i brzmiał, jakby mówił przez zdrętwiałe wargi. — Ty inteligentny, rozbrajający dzieciaku — pokręcił głową, skacząc spojrzeniem między jego oczami — albo w tej chwili przestaniesz mi mącić w głowie, albo wyjdziesz z moich komnat i pożegnasz się z nimi na dłuższy czas. Czy to jest dla ciebie jasne?
— Tak bardzo boisz się, że mnie zniszczysz? — zapytał retorycznie Harry, przesuwając opuszką po wnętrzach palców Snape'a.
— Jestem w stanie przysporzyć ci zgryzot, Potter — wyszeptał Snape i brzmiał, jakby go przestrzegał. — Jestem w stanie doprowadzić cię do ruiny.
— Chciałem cię tylko prosić, żebyś nigdy więcej nie krzywdził ludzi na moje polecenie. Nawet jeśli w przypływie gniewu powiem ci coś innego. Nawet gdybym zaczął cię kusić, nawet gdybym klęczał przed tobą i błagał: odmów mi. Nazwij porywczym idiotą. Nazwij desperatem. I odmów mi tego, czego będę od ciebie chciał. Możesz to dla mnie zrobić?
Snape przechylił głowę; czarne kosmyki musnęły długie rzęsy.
— No nie wiem. — Miękki głos spłynął po kręgosłupie Harry'ego jak dreszcze. Intensywność, z jaką na niego patrzył, przyprawiała o suchość w gardle; język zaczął kleić się mu do podniebienia. Przełknął - nie na tyle dyskretnie, by uszło to uwadze tych czarnych, głębokich oczu. — Jeśli będziesz klęczał przede mną i błagał — przechylił głowę Snape, oceniając — może się okazać, że zrobię dla ciebie straszne rzeczy, Potter.
Harry zamknął oczy; jego czoło opadło w akcie niemego zmęczenia, oparło się o dłonie - knykcie Harry'ego, knykcie Snape'a - ciepłe, nagrzane pod jego skórą.
— Nie jestem nawet w połowie tak silny, jak ty, Snape — wyszeptał; pod zaciśniętymi powiekami rozlewały się plamy białe jak tynk — nie potrafię przejść do porządku dziennego nad faktem, że zraniłeś poważnie drugiego człowieka tylko dlatego, że ci na to pozwoliłem.
Dłoń Snape'a poruszyła się pod jego palcami, wyswobodziła z kurczowego uścisku, uchwyciła jego podbródek. A Harry po prostu się jej poddał, kiedy kierowała w górę jego głowę, jego twarz, jego spojrzenie.
— Czyżbyś nie wiedział, że jestem nikczemnikiem, Potter? — zapytał, jakby stwierdzał fakt, a jego głos był gładki jak szlifowany kamień, łagodny jak ocean o poranku; Harry był zaskoczony, że Snape samymi słowami potrafi wypompować powietrze z jego płuc. — Czyżbyś nie wiedział, że mam wzgardę tam, gdzie inni ludzie gromadzą pokłady współczucia? Czyżbyś nie wiedział, że przyjemność mi sprawiło przyglądanie się jego twarzy, kiedy sam nieświadomie wlewał sobie truciznę do gardła? — Dotyk kciuka sunącego po linii jego szczęki był tak wątły, że równie dobrze mogła to być rosa osiadła na twarzy, muśnięcie kosmyka włosów. — To nazywasz siłą, Potter?
Tym razem Harry nie próbował uciekać spojrzeniem.
— Siłą nazywam zgrozę chodzącą na dwóch nogach. Przecież wiesz, Snape, co myślę - musisz wiedzieć. Nie uwierzę ci, jeśli powiesz, że nie zauważyłeś zachwytu w moich oczach, kiedy przypierałeś Hughesa do muru, dosłownie i metaforycznie. Nie mów mi, że nie dostrzegłeś w nich mojego szacunku.
— Och, Potter — uśmiechnął się Snape i wyglądał przy tym jak kojot, jak hiena śmiejąca się nad padliną — widziałem w twoich oczach dużo, dużo więcej, niż sam szacunek.
Harry'emu zaschło w ustach; Snape roześmiał się - i brzmiał przerażająco, brzmiał porażająco. Ciepła dłoń przesunęła się, odnajdując kark; Harry całą siłą woli powstrzymał się od wzdrygnięcia.
— Jesteś księgą otwartą na oścież. Jesteś dziurą w ścianie, przez którą wszystko wypada. Nie potrafisz nad tym zapanować. Pokazujesz mi wachlarz emocji, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Harry zawahał się, uwięziony pomiędzy chęcią zapytania się, które ze swych emocji podał Snape'owi na srebrnej tacy, a chęcią odwrócenia się plecami i salwowania się szybką ucieczką.
Dłoń Snape'a zacisnęła się mocniej na jego karku i przytrzymała w miejscu - jakby siedział mu w umyśle, pod czaszką, głęboko w duszy: nawet teraz - Harry nie był w stanie udawać, że nie drżą mu wargi.
— Twój lęk jest… apetyczny — błysnął na niego intensywnym spojrzeniem Snape; coś przyciągało go do tego spojrzenia, coś sprawiało, że choć chciał, nie potrafił oderwać od niego oczu. — Twój lęk jest jak drżenie, jak dreszcz pod skórą, lubię czuć jego zalążki, Potter, są jak kłujące igiełki drażniące mój mózg. — Opuszek kciuka przemknął wzdłuż nasady włosów Harry'ego, przyprawiając go o płytszy oddech; serce potknęło mu się pod mostkiem jak dzieciak na nierównych płytach chodnikowych. Czuł drażliwe łaskotanie gdzieś pod skórą, nad żebrami, na ramionach, pod opuszkami palców, którego nie mógł się pozbyć. — Jestem zafascynowany twoim przerażeniem. Jestem zafascynowany tym, co cię przeraża. — Oczy Snape'a pociemniały, choć Harry'emu zdawało się to tak nierealne, że przez chwilę zastanawiał się, czy to wszystko nie jest jedynie kolejnym snem, z którego nie może się wybudzić. — Twój podziw jest tak nieznośnie szczery, że czasami się zastanawiam, czy go sobie nie wymyśliłem. Czy widziałeś, Potter, kiedyś swoją twarz, kiedy się czymś zachwycasz? Wyglądasz, jakby cały świat wokół ciebie zatrzymywał się na jedną chwilę, zamierał w bezruchu jak na mugolskiej fotografii, a twoja uwaga skupia się tylko na jednym fragmencie przestrzeni. Na mnie. Na moich słowach. Na mojej magii. Jakbym zapierał ci dech w piersiach. — Harry miał tak sucho w ustach, że każdy oddech piekł jak otwarta rana; nie mógł sobie przypomnieć, jak się artykułuje słowa. — Twoja furia natomiast — zniżył głos do szeptu Snape — jest jak wybuch wulkanu. Jest w niej jadowitość i gorycz. Jest w niej agresja i popłoch. Jest w niej oschła oziębłość i silna gorączka, a ja wciąż nie potrafię zrozumieć, jak jedno jest w stanie w tobie współistnieć przy drugim. — Harry miał nieodparte wrażenie, że mrowią mu dłonie, że mrowi mu całe ciało. Oblizał wysuszone wargi. — No i jest jeszcze w tobie ta wstrząsająca przyjemność. — Harry wzdrygnął się; mięśnie jego brzucha zadrżały bez jego woli, a choć próbował, nie potrafił tego powstrzymać. — Jest w tobie pragnienie, którego nie umiesz zahamować. Traktujesz mnie, jakbym był twój. Nie myśl, że umknęło to mojej uwadze, Potter. Rozpinasz mi kołnierzyk szaty, jakbym należał do ciebie i nie wiem, co o tym myśleć, Potter, gdy nawet się nie wahasz, sięgając do mojej szyi. Nie dziwiłoby mnie to, gdybyś mnie pożądał, ale tak nie jest. Problem polega na tym, że jeśli to nie są twoje rozbujane hormony, to ja boję się myśleć, co to jest. Karzesz mnie moimi własnymi zaklęciami za to, że sprawiłem, że nie boisz się ich używać. Rzucasz mnie na ścianę, przypierasz do drzewa, a ja nie mogę się nie zastanawiać, czy zrobiłbyś to samo, gdyby na moim miejscu znajdował się ktoś inny. Nie widziałem do tej pory, abyś traktował kogoś w ten sam sposób, w jaki traktujesz mnie. Jakbyś się wstydził wyciągnąć pazury: przed całym, wielkim światem, ale nie: przede mną. Jakbyś się wstydził wszystkich upiorów, które drzemią na dnie twojego umysłu. Jakbyś wstydził się własnej magii - tej pięknej, rozkosznej magii - która potrafi nasycić sobą powietrze, tak intensywna i tak gęsta, że można się spodziewać, że lada moment poczuje się jej smak na języku.
Harry nie był w stanie tego słuchać bez drżenia powiek - Snape'a mówiącego o jego magii w taki sposób. Jakby była czymś unikatowym. Jakby była czymś atrakcyjnym.
Jego oddech uleciał z płuc, oczy zmrużyły się w niemym podziwie. To niemal jak upojenie - od którego kręci się w głowie, od którego miękną kolana.
— Dziwne wyrażenie — odetchnął Harry — „należeć do kogoś". Słodkie i niebezpieczne. Bo kto by nie chciał mieć kogoś, kto do niego należy?
— W tym sęk — odrzekł Snape; jego oczy zapłonęły jak stal, kiedy przewiercał go wzrokiem. — W tym sęk, Potter, kto by tego nie pragnął? Tyle że ta zasada działa także w drugą stronę: kto by nie chciał mieć kogoś, do kogo należy? To był jeden z powodów, dla których tyle osób padło do stóp Czarnemu Panu. To był jeden z powodów, dla których dorośli ludzie, dojrzali ludzie, oddawali mu się bezwarunkowo.
Harry zawahał się; w jego umyśle - jak na zawołanie - zapłonęła czerwona lampka. Wyswobodził się z uścisku Snape'a jak spłoszony szczeniak i uciekł poza zasięg jego rąk.
— Czy pan mi się tłumaczy, profesorze?
Z piersi Snape'a wyrwało się ciche westchnienie, kiedy odwracał od niego wzrok, kierując całą uwagę na pokaźną biblioteczkę, jakby jego oczy przykleiły się do tej stabilnej, drewnianej konstrukcji.
— Pytasz, jakbyś nie wiedział — pokręcił głową Snape, wyglądając przy tym jak uosobienie gnuśności; zmarszczki znaczące jego ziemistą twarz z chwili na chwilę zdały się Harry'emu głębsze, mocniej odcinające się na tle bladej cery — że należę bardziej do ciebie, niż do kogokolwiek innego.
-VVV-
To nie do końca tak, że Harry o tym nie wiedział, to nie do końca tak, że nie był tego świadomy, bo Snape kręcił się nad nim jak jaskółka przed deszczem, gotów na jego każde skinienie, jakby szedł za ciosem, jakby nie było już drogi odwrotu: życie zaplątane w życie, wola zaplątana w potrzebę - zdarzały się jednak dni, kiedy udawało mu się o tym nie myśleć, w każdym razie: nie w samych superlatywach.
(Mógłbym cię zniszczyć, gdybym tylko chciał — powiedział mu przecież Snape, klęcząc przed nim, jakby przyrzekał).
Kto by nie chciał mieć kogoś, kto do niego należy? Harry widział setki, tysiące sposobów, na które Snape mógłby wykorzystać tą uwitą z wielu rozmów i z jeszcze większej ilości myśli, z czynów nieco mniej licznych, a jednak najtrwalszych, niewywrotnych, zależność. To mogła być kolejna nieszczęśliwa historia, zacierająca się na tle innych historii ich życia, gdyby tylko noga podwinęła się któremukolwiek z nich. Ponieważ życie bywa przekorne: jak nie urok, to przemarsz wojsk, bo życie marnie odwzajemnia się na każde staranie, każdy gram uczucia, jakie się w nie wkłada.
Jedno nieodpowiednie słowo - celowe, czy też nie do końca przemyślane - wystarczyłoby, aby jeden zdyskredytował drugiego.
Istniał w ich zależności pewien haczyk, na którym Harry mógł trzymać Severusa Snape'a - jednak nie bez powodu Harry myślał o nim w czasie przeszłym: obawiał się, że już go wykorzystał, wyeksploatował do ostatka, póki nie zardzewiał mu w dłoniach, umaczał go we krwi i przyłożył do niego zęby, wyszarpał go nimi z duszy Snape'a i nie był pewny, czy jego fragmenty dalej tam są, czy nie wypluł wszystkiego na wysypisko śmieci - haczyk, który nazywał się poczuciem winy.
(— Jestem ci winien historię.
— Nie jesteś mi nic winien, Potter).
To przywiązanie dalej tam było - zbudowane bardziej z ich wspólnych doświadczeń, niż z nieprzemijającego poczucia winy, jednakże Harry nie wiedział, czy było równie stabilne, co zawsze; bo jeśli Snape zapłacił - a zrobił to z uległością większą, niż stać byłoby na nią niejednego, silnego człowieka - to czy nie powinno zrodzić się w nim przeświadczenie, że są kwita, że postawili kropkę na końcu pewnego rozdziału i wkroczyli niespiesznie w kolejny, przekraczając próg, którego bardzo długo nie byli w stanie przekroczyć?
To przywiązanie się przekształciło - było w nim więcej zaborczości, niż kiedykolwiek wcześniej, jakby Snape widział w nim wszystkie wartości, którym sam hołubił, kiedy był w jego wieku, jakby dostrzegał w nim zalążki samego siebie z czasów, kiedy jeszcze nie przeistoczył się w zmarkotniałego, zirytowanego życiem człowieka, jakby pielęgnował je w nim skrupulatnie, nie chcąc stracić ich z pola widzenia.
Zupełnie jak Syriusz, kiedy jeszcze mógł - kiedy czerpał z niego jak z nieskończonych pokładów, jak z głębokiego, obfitego źródła, kiedy żył jego życiem.
— Chcesz we mnie widzieć postrach dla innych ludzi — wypowiedział raz - tylko raz i nigdy wcześniej ani później - swoje myśli na głos, nabierając odwagi z marnym drinkiem w dłoni, którego sam sobie przygotował, bezczelnie przekopując się przez podwieszaną szafkę z alkoholem w prywatnych kwaterach Snape'a. — Chcesz pobudzić wszystkie pozbawione światła obszary w moim umyśle. Chcesz przebudzić we mnie egoizm, chcesz ułatwić mi w ten sposób traktowanie ludzi jako środek do realizacji własnych celów, chcesz, abym patrzył na wszystkich wokół mnie jak na instrumenty, których strunami mogę poruszyć. Szlifujesz moją próżność, Snape.
Snape przyglądał mu się ze stabilną nieugiętością w oczach, z założoną nogą na nogę, splatając palce na kolanie.
— Podziękujesz mi kiedyś za to — oznajmił przyciszonym głosem, a Harry omal nie wybuchnął nieprzyjemnym, suchym śmiechem.
— Oczywiście, że tak — prychnął; przełknął łyk falującego w szklance drinka, odstawił go na blat niskiego stolika i podszedł do Snape'a; znalazł się tak blisko, że czuł ciepło jego ciała, tak blisko, że Snape mógłby go chwycić za kark jak wuj Vernon, że mógłby go uderzyć, gdyby tylko chciał, że mógłby przyłożyć mu dłoń do policzka. — Będę cię za to całował po rękach, będę wyśpiewywał peany na twoją cześć, będę cię za to wielbił do utraty tchu, bo dasz mi tym samym władzę, której nigdy nie chciałem, bo zrobisz mnie liderem, którym nigdy nie zamierzałem zostać. I będę łaknął tej władzy, bo nauczyłeś mnie jej łaknąć. — Snape nie podniósł rąk do jego twarzy, nie odepchnął go ani nie złajał, tak jak oczekiwał po nim Harry. Nie odezwał się, choćby szeptem, żaden mięsień na jego twarzy nie drgnął ani na jotę - perfekcyjny marmur, który pozbył się żalu; jego oczy leżały jak kamień księżycowy na jego własnych. Harry przełknął ciężko. — Czy tylko ja widzę, jak cholernie niebezpiecznym stworzeniem jesteś? Poskładałeś mnie z fragmentów, z drzazg, z obrzydliwie zdruzgotanego kawałka rozpaczy, przekułeś mój żal w żarliwość, w upór. Jesteś albo szaleńcem, albo geniuszem, że byłeś w stanie to zrobić. Że w procesie naprawiania mnie gotów byłeś złożyć własną dumę w ofierze, własne zdrowie. I za jednym zamachem wyrównać ze mną wszelkie rachunki.
Snape przechylił głowę, nie spuszczając go z oczu, jakby oglądał rezultat jakichś długich starań, jakby obserwował gotowy eliksir, nad którym trudził się przez długie miesiące.
— Chciałeś tego, pamiętasz jeszcze? — zapytał cicho, przyglądając mu się. — Prosiłeś mnie o to, tak desperacko tego potrzebując.
Harry odwrócił się, podchodząc do wysokich regałów na książki. Przesunął wzrokiem po wytartych tytułach na opasłych grzbietach, tak naprawdę wcale ich nie widząc.
— Czasami zastanawiam się, co miał pan na myśli, mówiąc, że uwiedzie pan dla mnie Voldemorta. Czasami podejrzewam, że nie miał pan na myśli tego, jak zachowa się pan, klęcząc u jego stóp, a to, w jaki sposób zmieni pan jego postrzeganie mojej osoby.
— Wszystkie słowa mają drugie dna, Potter — zauważył Snape. — Układy są zbudowane z niedomówień i dwuznaczników, obietnice zostawiają pole do manewru, drobne gesty mają znaczenie. Zapamiętaj sobie.
Harry zagryzł wargę, kierując wzrok ku ziemi.
— Kiedyś sądziłem, że mógłbym być w stanie cię przechytrzyć. Że być może nie jest niemożliwym zagrać na tobie, jak zagrałem na Josephie Hughesie. Że sprostanie temu może być ciekawym wyzwaniem — dotknął palcem krawędzi jednej z niższych półek, spodziewając się drobinek kurzu przyklejających się do opuszki jego palca; biblioteczka Snape'a trąciła nieskazitelnością. — Tymczasem stoję na piedestale, bo ty tego chciałeś. Jestem wyobrażeniem drugiego człowieka, jestem twoim ziszczonym snem, profesorze.
— Wyjdź stąd, mój ziszczony śnie, póki nie skrzywdziłem cię jeszcze bardziej, niż już i tak to zrobiłem. — Głębia w głosie Snape'a sprawiła, że się wzdrygnął. Upił łyk alkoholu, aby pozbyć się suchości w ustach i odwrócił się w stronę Snape'a, ze spokojem, który chwiał się w jego dłoniach, jakby lada moment miał z nich wypaść i posypać się po zimnej posadce.
— Będziesz mnie straszył, Snape, słowami, będziesz mi groził i rozbudzał moje nerwy — podszedł do niego; blisko, na tyle blisko, że Snape mógłby pochwycić go za biodro, gdyby tylko chciał. — Nie boję się ciebie, Snape — powiedział, sącząc powoli drinka, patrząc mu prosto w oczy. — Nigdy mnie nie skrzywdzisz.
Choć sam mógł wbijać mu paznokcie w ramiona i różdżkę w gardło, Snape nigdy nie odpłaciłby się tym samym, nigdy nie rzuciłby na niego klątwy, która mogłaby sprawić ból, nigdy nie upuściłby mu krwi tylko po to, aby zobaczyć jego cierpienie. Snape mógł być potworem, mógł ukąsić jak żmija, wstrzyknąć jad pod skórę, mógł być niebezpieczeństwem - dla każdego, ale nie dla Harry'ego. Choćby skrzywdził kogoś na jego oczach, choćby kogoś zabił, otarł usta z krwi i się uśmiechnął - Harry wiedział, że jego wyminie szerokim łukiem, że nie pozwoli sobie podnieść na niego różdżki.
— Robiłem ludziom straszne rzeczy, Potter, na tyle straszne, że często nie byli w stanie ich zdzierżyć, popadali w szaleństwo, umierali pod moimi palcami — wypowiadał słowa tak szybko, jakby były serią z dubeltówki, jakby ich celem było uderzyć w każdy fragment zaufania, które Harry do niego żywił.
Harry przekrzywił głowę, spoglądając na Snape'a spod uniesionych brwi. Przywodził mu na myśl burzę na plaży, piasek sypany w oczy i spienione fale napędzane porywistym wiatrem. Jego temperament potrafił być silny jak uderzenie magii, czysty i nieokiełznany.
— Mówisz, jakbym nie wiedział, do czego jesteś zdolny.
— Jesteś absolutnie pewny, że wiesz?
— Jestem absolutnie pewny, że będziesz tłumił swój gniew, jeśli to ja będę jego powodem.
Snape skrzywił się na niego, jakby był wyjątkowo niesmaczną potrawą wystawioną na prezydialny stół, ale nie zaprzeczył.
— Czy mógłbym zapytać, co wtedy czułeś? — na wpół zadał pytanie, na wpół poprosił Harry.
Czarne oczy przeskanowały jego twarz, jakby czegoś w niej szukały; Harry nie do końca potrafił ocenić, co starają się w nim odnaleźć.
— Co czułem kiedy? — zażądał doprecyzowania Snape, przeciągając wymownie sylaby, i brzmiał przy tym, jakby wiedział, jakby jedyne, czego chciał, to usłyszeć prawdę z jego ust.
Harry oblizał wargi, czując posmak alkoholu na języku.
— Kiedy przyglądałeś się twarzy Scrimgeoura przełykającego twoją truciznę — sprecyzował, ponieważ wiedział, że jeśli tego nie zrobi, nie będzie miał co liczyć na szczerą odpowiedź na ustach Snape'a.
Na jedną sekundę przez czoło profesora przemknęła pionowa zmarszczka, gdy posyłał mu przeciągłe spojrzenie - patrzył na niego, jakby Harry był układanką, którą nie sposób poskładać w jeden, spójny obraz. Poprawił się w fotelu, raczej bezwiednym gestem odgarnął włosy z twarzy, przeciągając palcami wzdłuż długich kosmyków i skinął na niego dłonią.
— Daj mi, Potter, tego swojego drinka. — W jego ustach brzmiało to jak nakaz, jak polecenie.
Harry zawahał się, zanim podszedł do starej kanapy, przysiadł na jej krawędzi i podał Snape'owi szklankę nad stołem; a potem przyglądał się, jak Snape wyrywa mu ją z dłoni i pije tak łapczywie, jakby od kilku dni nie miał żadnego napoju w ustach. Przyglądał się poruszającej się grdyce, zastanawiając się, czy Snape też spoglądał w ten sposób na szyję Rufusa Scrimgeoura, kiedy przełykał to, co mu podstawił.
Snape skrzywił się, otarł usta wierzchem dłoni i odstawił szklankę na blat, który odpowiedział lekkim stukotem.
— Obrzydliwe — zawyrokował, wskazując podbródkiem puste naczynie.
— Więc? — nie odpuścił Harry.
Wpatrywał się w te chude palce, gdy pocierały mocno nasadę nosa.
— Nie do końca rozumiem, Potter, dlaczego zależy ci na tej informacji, wiesz? — mruknął Snape, kontemplując wzrokiem opróżnioną szklankę.
— Jestem ciekawy, to wszystko — wzruszył ramionami Harry, doskonale zdając sobie sprawę, że ciekawość jest ostatnią cechą na długiej liście uczuć, które kotłowały się właśnie pod jego skórą, nie dając mu spokoju.
— Ciekawy — powtórzył Snape, przeciągając dźwięcznie to słowo, jakby próbował rozłożyć je na czynniki pierwsze. Coś stało za jego głosem, coś, czego Harry się obawiał, a co mimo wszystko chciałby wydobyć spod powłoki opanowania, z którą Snape paradował przez życie. Snape oblizał dolną wargę, jakby ta rozmowa wywoływała w nim pewien dyskomfort; i Harry był w pewnej mierze dumny z siebie, że to wychwycił, przekonany, że Snape wcale nie zamierzał okazać niczego jawnie. — Czego dokładnie jesteś ciekawy, Potter?
— Jestem ciekawy, co czuje człowiek, obserwując, jak ktoś nieświadomie wypija truciznę, którą sam mu zaserwował — powoli wyjaśnił Harry, ważąc słowa na języku, obawiając się, że jedno nieodpowiednie zdanie wystarczy, aby Snape go stąd wyrzucił. — Bo rozumiem, że mu się przyglądałeś, mam rację?
— Och, tak.
Harry się wzdrygnął; nie chciał, przygotowywał się na to, podejrzewał, co odnajdzie w słowach Snape'a, co będzie za nimi stało - a mimo to, kiedy to nadeszło, wzdrygnął się i przeklinał się za to, że nie mógł tego cofnąć, że zareagował tak emocjonalnie, że pokazał po sobie, jak wielki wpływ ma na niego to gładkie, dźwięczne brzmienie wypowiadanych sylab, ta głębia w głosie.
— Stały obserwator — mruknął pod nosem Harry, uśmiechając się wątle samym kącikiem warg, udając, że dreszcze wcale nie przemknęły zaledwie przed chwilą po jego kręgosłupie. — Lubisz patrzeć i analizować wszystko, co cię otacza. Co więcej: uwielbiasz rozkładać na czynniki pierwsze wszystkich ludzi, którzy kręcą się gdzieś na obrzeżach twojego życia. Nawet mnie.
Snape się uśmiechnął, przeciągnął palcem po krawędzi pustej szklanki stojącej na blacie między nimi.
— Szczególnie ciebie.
Harry prychnął w odpowiedzi i pokręcił głową.
— Jestem aż taki intrygujący? — zaszydził, wykrzywiając kwaśno wargi.
Czarne oczy odnalazły zielone.
— Nawet nie masz pojęcia — wyszeptał Snape.
Powinien chcieć od niego uciekać, powinien się nim brzydzić, powinien czuć niechęć do czarnej magii, która żyła z nim w symbiozie - ale nie potrafił znaleźć w sobie nic, ponad niezdrową fascynację, która - choć nigdy nie przyznałby się do tego głośno - do pewnego stopnia go przerażała.
— Zastanawiasz się, co czułem? — wyszeptał Snape, przechylając głowę, patrząc na niego z intensywnością, która mrowiła jego skórę ponad zarysowanym blatem i pustą szklanką po alkoholu. — Mogę ci to pokazać. Jeśli chcesz.
Powietrze uciekło z płuc Harry'ego, jakby zostało z niego wypompowane.
-VVV-
Tylko Severus Snape miał umysł, który potrafił wessać go w siebie jak rzeczny wir. Harry w nim utonął, nie szarpiąc się, nie walcząc - pozwolił tym ciemnym falom, stworzonym z magii czarnej jak nocne niebo, zamknąć się nad jego głową, zatrzasnąć go w pułapce bez wyjścia.
Harry spodziewał się sceny, klatka po klatce odtwarzanej niczym w myślodsiewni, spodziewał się wspomnienia, wyraźnych sylwetek, kolorów buzujących jak reflektory na źrenicy.
Nie był przygotowany na ciemność, w którą wpadnie, na brak jakichkolwiek obrazów i wizualizacji. Nie był przygotowany na wszystkie te silne emocje, które zalały go, pozbawiając tchu.
To przedziwne doświadczenie - konsumować przeżycia, które nie należą do ciebie. Niebezpiecznie przypominające szok.
Było w tym wszystkim serce, które pragnęło, mocno i bezwarunkowo, i oplatająca wszystko pajęczyna, która była zarazem lodowata do szpiku i parząca do czerwoności, do zranienia. Jakaś pierwotna siła, której nie potrafił zdzierżyć, owijała się wokół niego jak łaszący się kot, domagający się pieszczoty.
Był dreszcz rozkoszy tak silnej, że cierpły od niej wargi, ślepa satysfakcja na myśl o tym, że jest się jedynym człowiekiem, który ma świadomość nadchodzącej agresji. Kontrola nad sytuacją - jej poczucie było zarazem obezwładniające i dodające skrzydeł, wynoszące w przestworza. Słodycz balansowania na ostrzu noża, na granicy przyłapania, żar w sercu, wypełniający płuca, żar, przez który nie można oddychać, jakby powietrze nasączone było kłującym dymem.
Na początku zawsze jest oczekiwanie. Ciche i mruczące pod skórą, pulsujące pod czaszką. To - wbrew pozorom - najprzyjemniejszy etap: wybiegająca w przyszłość wyobraźnia, przełykanie nadmiaru śliny w ustach, drażniące łaskotanie pod skórą i miarowe pulsowanie gdzieś w podbrzuszu. Niemy rytm, któremu ciało się poddaje; jak muzyka, która oczyszcza.
To nieme oczekiwanie prowokowało myśli, które nie dawały spokoju, które nakręcały, które wzmagały potrzebę.
Cierpliwość też tam była - stała i nieodłączna jak mur stojący za każdą myślą, niezniszczalna jak monument. Harry chłonął tą cierpliwość, chcąc, by mu się udzieliła. Nieskutecznie.
Demon o spowolnionym biciu serca - cierpliwy, spokojny, wyczekujący.
To trochę podobne do strachu przy oglądaniu mugolskiego horroru, te same dreszcze, to samo wyczekiwanie, ta sama świadomość, że niebawem coś nastąpi, coś, co będzie się chłonąć wzrokiem, od czego nie odwróci się spojrzenia.
To pochłaniające. Absorbujące. Ekscytujące.
Rozchodzące się powoli ciepło było jak plama alkoholu wylewającego się na stół z przewróconej butelki, wzbierająca, rosnąca.
Uczucie przypominało trochę wiszenie na krawędzi klifu, nad przepaścią bez dna. Najpierw sztywnieje jedna ręka, palce kolejno tracą oparcie, wilgotne i drżące, ześlizgują się po kamieniu; najpierw sam kciuk, potem najmniejszy palec, kolejne trzy tracą stabilność, podporę. Namiastka uczucia tak słodkiego, że drętwieją od niego uda, a serce przyspiesza.
-VVV-
A potem pauza. Trochę jak pytanie.
Czy chcesz więcej? Intensywniej?
Harry wiedział, co nastąpi, jeśli powie: „tak". Wiedział, że nie powinien mówić: „tak", wiedział, że powinien zerwać połączenie, wiedział, że może to zrobić, że nie zostanie to wyśmiane, skomentowane, że zostanie to przemilczane, choć niezapomniane.
Harry wiedział, że decyzja należy do niego i że nie ma wyborów bez konsekwencji.
Wiedział to wszystko. A i tak podjął ją, zanim jeszcze został zapytany.
-VVV-
Mała śmierć - to adekwatne określenie do tego, jak umysł na kilka chwil przeistacza się w papkę. Jest impuls, jeden, silny, i przytomność, która ulatuje. Jest jaźń, która płonie i kontrola, która zanika.
To trochę jak fajerwerki, które rozjaśniają ciemność. Wysuszają gardło, przyprawiają serce o palpitacje.
Utopiony w odczuciu, pozwolił sobie go naprawdę przeżyć, dał sobie na niego czas, czerpał z niego, gubiąc się w tym, czy to silne doświadczenie należy do niego, czy może czuł to ktoś inny.
A potem, jedna za drugą, fale przyjemności powoli odpłynęły z jego ciała, pozostawiając go spełnionym, spokojnym, usatysfakcjonowanym.
-VVV-
Parę chwil zajęło mu skonstatowanie, że kuli się na podłodze, uspokajając rozpędzony oddech, przyciskając czoło do wierzchu dłoni, dłoń do podłogowych desek, że właśnie przeżył orgazm, fantastyczny, oszołamiający, chociaż nikt go nawet nie dotknął. Kolejne kilka chwil uświadomiło mu, gdzie właściwie się znajduje. I kto przebywa tutaj wraz z nim.
— O bogowie — zamknął oczy, oblizując wysuszone wargi. Nie był w stanie wyregulować oddechu. — O bogowie — wypuścił słowa wraz z powietrzem ulatującym z płuc, zatapiając paznokcie we wnętrzach dłoni. Chyba stracił czucie w palcach. — Nie wmówisz mi, Snape, że doszedłeś od obserwowania, jak ktoś skręca się pod twoim przeklętym eliksirem.
— Nie. — Cichy głos Snape'a wstrząsnął jego ciałem jak narkotyk, przeszył go aż do kości. — Orgazm był twój. Moja była tylko ekstaza.
Oczywiście, że był jego. Oczywiście. Nie był idiotą, wiedział, że odbieranie cudzych emocji wcale nie oznacza stłumienia własnych. Wolał jednak patrzeć na to z innej perspektywy, znaleźć wymówkę, wybieg, który mógłby zastosować, wolał nie wyjść w oczach Snape'a na rozemocjonowanego idiotę, dla którego cudze emocje są zbyt intensywnym przeżyciem, aby móc je znieść.
Zastanawiało go, czy gdyby otworzył oczy, pokój zawirowałby mu przed twarzą, jakby siedział na zbyt szybkiej karuzeli.
— Mogłeś odmówić, Potter — powiedział Snape, gdzieś nad nim; ten cichy głos był tak spokojny, jak bestia planująca szarżę na zwierzynę, przyczajona, obserwująca. — Tylko dlatego cię za to nie przeproszę. Dałem ci szansę, żeby się wycofać. — Pauza. Nieco dłuższa. Zapełniona jakimś dziwnym, ulotnym uczuciem; niemal zatroskaniem. — Nie zrobiłeś tego.
Harry podniósł głowę z roztrzęsionych dłoni i uniósł ciążące powieki.
Snape trwał w bezruchu, górując nad nim, z ostrożnością wypisaną w rysach twarzy. Jakby bał się, że go skrzywdził. Jakby bał się, że go skalał albo upokorzył. Chude palce splecione na blacie biurka, zaciśnięte, blade - drżały.
— Orgazm a ekstaza — mruknął do siebie Harry, przecierając zdrętwiałymi palcami nasadę nosa. — No tak — westchnął, mrugając na Snape'a, zaskoczony, że ściany nie kręcą się wokół niego jak na karuzeli — zawsze byłeś silniejszy ode mnie.
Snape wzruszył ramionami - ten gest dziwnie wyglądał w jego wykonaniu: jak niedopasowanie, jak dysonans, jak wyjątek od reguły. Wstał powoli z krzesła i okrążył stół; jego czarna szata zawirowała mu wokół kostek.
— Po prostu starszy.
Wyciągnął dłoń, aby pomóc Harry'emu podnieść się z ziemi; a kiedy Harry wstał, przytrzymał w uścisku jego dłoń.
— Potter, nie skrzywdziłem cię? — To brzmiało niemal jak pytanie o pogodę, niemal pretensjonalnie, niemal nieodpowiednio, ale Harry mógł dostrzec szczery niepokój na dnie jego czarnych oczu.
Przez ciało Harry'ego przemknęło ostre, niepohamowane rozbawienie. Próbował zatrzymać frywolny uśmiech cisnący mu się na usta, ale nie podołał. Zmrużył na Snape'a oczy i wychylił się w jego stronę, zniżając głos do szeptu, jakby zdradzał mu jakiś pilnie strzeżony sekret.
— Czy szanowny minister też się ciebie pytał, czy aby cię przypadkiem nie zranił po tym twoim ekstatycznym doznaniu?
Snape przewrócił oczami i wypuścił jego dłoń z pokrzepiającego uścisku swych palców.
— Głupi dzieciak — skwitował.
-VVV-
Składał go w całość, wyławiając z niego życie, pozwalał mu się odpłacić, wkładał mu zemstę do rąk, a potem uspokajał nakręcone nerwy. Obserwował, jak bada swoją nienasyconą ciekawość i nie odpychał go, gdy był używany jako materiał testowy. Pozwalał mu badać na sobie jego możliwości i patrzył na niego, jakby był kimś wartym szacunku, wartym uwagi.
I kąśliwe słówka, i krzywe spojrzenia, które mu składał, nie mogły odciągnąć świadomości Harry'ego od tego, jak wielką troską go otaczał.
Weź swoją zemstę, skrzywdź mnie, chcesz poznać smak Czarnej Magii - wyzwolę ją w tobie, podam ci ją na przystawkę, na srebrnej tacy, chcesz władzy - uczynię cię władcą, chcesz się wypłakać na moim ramieniu - płacz. Zabiorę cię do Czarnego Pana, jeśli tego pragniesz, okłamię go dla ciebie, uwiodę go dla ciebie, jeśli nie chcesz do niego wracać - zajmę się tym. Znajdź jakiś punkt zahaczenia i złap się go. Chodź, przeprowadzę cię przez żałobę, chodź, włożę ci moją przeszłość w ręce. Zastanawiasz się, co czuję? Pokażę ci, jeśli chcesz. Chcesz więcej? Intensywniej? Dam ci to, czego chcesz. Dałem ci to, czego chciałeś. Nie skrzywdziłem cię tym?
Troska - gdyby ktoś kiedyś zapytał się Harry'ego, czym ona tak w ogóle jest, podałby mu właśnie taką nieskładną definicję. Nawet jeśli miałby zostać niezrozumiany, nawet jeśli miano by go za to wyśmiać. Tak właśnie wyglądała troska: całokształt małych działań, z osobna chaotycznych i nic nieznaczących, razem tworzących kolaż, z którego wyłania się pewne przesłanie.
— Jestem ci wdzięczny — chciał powiedzieć Harry, ale nie mówił, bo brzmiało to jak zamknięte w sztywnej ramie sformułowanie, które już dawno wytarło się, tracąc na znaczeniu.
Chcę być silniejszy — powiedział mu kiedyś Harry, a Snape go posłuchał. Snape zawsze słuchał, choć nie zawsze podejmował działanie; jednak kiedy uznał coś za grę wartą świeczki, wyłapywał pragnienia umysłu wśród natłoku słów, a potem podporządkowywał się ich woli; raz był posłuszny jak pies, a raz szukał uwielbienia jak kapłan, wygłodniały podziwu w cudzych oczach z dumnie uniesioną głową, klękał i całował knykcie, palce i nadgarstki. Snape - dysonans poznawczy. Snape - kontrowersja. Snape - żywa, oddychająca sprzeczność.
— Mógłbym paść na kolana i wielbić cię — odezwał się cicho Harry, spoglądając na zagłębionego w jakiejś starej księdze Snape'a, piszącego notatki na marginesach, podkreślającego zdania i akapity, marszczącego w zamyśleniu brwi nad treścią, stukającego palcem w udo, gdy się z czymś nie zgadzał, spoglądającego w dal, gdy kontemplował przeczytane słowa, odgarniającego włosy z twarzy, gdy zaczynały przysłaniać mu wiersze tekstu.
Siedzieli w prywatnych kwaterach Snape'a, Harry przy biurku - pisał esej na Zaklęcia, Snape w fotelu - zagłębiony w lekturze.
„Mógłbym paść na kolana i wielbić cię" — powiedział mu Harry, a Snape nawet nie oderwał wzroku od pergaminowych stron, aby na niego spojrzeć.
— Wiem, że mógłbyś.
Harry przełknął ślinę i spuścił wzrok. Słowa eseju mieszały mu się w oczach, jakby litery tańczyły jak światło na źrenicy. Odłożył pióro do kałamarza.
— Matko, co za niewygodna wymiana zdań — rozmasował palcami skronie, myśląc, że musi być niewiarygodnie zmęczony, skoro coś podobnego wyrwało mu się bez zająknięcia.
— Być może potrzebne są nam te niewygodne wymiany zdań. — Ton, którym to mówił, był łagodny, aksamitny, o głębokim zabarwieniu. — Żebyśmy przeszli nad naszym położeniem do porządku dziennego.
Harry oderwał ręce od czoła i spojrzał przeciągle nad blatem w ziemistą twarz Snape'a.
— Nie bądź absurdalny — pokręcił głową Harry, skubiąc nerwowo skórki od paznokci — nawet na mnie nie patrzysz.
Brwi Snape'a zjechały się; odłożył książkę na wąski blat, rozłożoną, grzbietem do góry. Kiedy podniósł na niego wzrok, oddech urwał się w gardle Harry'ego jak ucięte słowo. W jego oczach była głębia, w której pragnął się zanurzyć, była w niej intensywność, która nie dawała spokoju. Założył spokojnie nogę na nogę i skrzyżował nadgarstki na kolanie.
— Masz moją całkowitą uwagę, Potter — skinął mu głową, ściszając głos do głębokiego pomruku.
Harry się wzdrygnął.
— Więc? — przechylił głowę Snape, przyglądając mu się. — Co takiego we mnie dostrzegłeś, że poważyłeś się na takie dojrzałe wyznanie, dzieciaku?
Zielone oczy uciekły od czarnych jak mysz od kota.
— Patrz, proszę, na mnie — przywołał jego uwagę ku sobie Snape — bądź konsekwentny: kazałeś mi na siebie spojrzeć, a unikasz kontaktu wzrokowego — a Harry zaczerpnął oddech jak przed skokiem na głęboką wodę i podniósł oczy do jego twarzy.
— Niczego panu nie kazałem, profesorze — zauważył, skubiąc brzydkie, poodrywane skórki. — Nie mam takiej mocy sprawczej: żeby coś panu rozkazywać.
Snape uśmiechnął się samymi kącikami warg, posyłając mu spojrzenie spod rzęs.
— Jesteś absolutnie pewny, że nie masz?
Jego głos się pogłębił, zostawiał w Harrym dziury ziejące jak blizny, rozbrajał go, rozkładał na części pierwsze.
Doskonale wiedział, że jeśli ktokolwiek z żyjących ludzi ma jakikolwiek silny wpływ na Severusa Snape'a, tą osobą jest właśnie on.
— Być może to ta twoja zimna krew jest powodem — mruknął Harry pod nosem, walcząc, aby nie uciec spojrzeniem. — I nieszablonowy umysł.
— Umysł? — uniósł brew Snape.
— Nieszablonowy, tak — zabębnił palcami o blat Harry. — Niejednoznaczny.
Wąskie usta wygięły się w małym uśmiechu, który bardziej przypominał grymas.
— Spędzasz ze mną zbyt wiele czasu — ocenił, przechylając głowę — skoro zwracasz uwagę na umysły innych ludzi.
— Z pewnością.
Snape zabębnił palcami o udo.
— Nie znasz mojego umysłu, Potter — oznajmił i nie było w jego słowach takiej pewności, jakiej Harry po nim oczekiwał. — Nie zakosztowałeś jego możliwości.
Rozbawienie było tak silne i tak przejmujące, że odchylił głowę do tyłu, śmiech wyrwał mu się z gardła, a z oczu pociekły łzy.
— Jakoś nie chcę mi się wierzyć — wysapał przez śmiech Harry, zdejmując okulary, by wytrzeć łzy z policzków — że mówi mi to człowiek, który przez ostatni rok wkładał swój umysł w mój własny, wpychał go na siłę, penetrował.
Snape zmiażdżył go karcącym, przeszywającym spojrzeniem.
— Powiedz mi więc — splunął na niego jak na robaka — co takiego niejednoznacznego jest w moim umyśle.
Harry odetchnął, uspokajając oddech i wzruszył ramionami.
— Na pierwszy rzut oka jest stworzony z betonu — przyznał, spoglądając na swoje poobgryzane paznokcie. — Jednak jeśli spojrzeć głębiej jest w nim też odwaga. Jest w nim zawiść. Są skazy, które się nie leczą.
— Merlinie, Potter, co ty w ogóle…
— Odwaga — przerwał mu Harry, rzucając mu krótkie spojrzenie — tak jak wtedy, gdy osłoniłeś mnie przed Remusem, kiedy był w swojej… drugiej skórze.
Snape się zawahał.
— Potter…
— Zawiść — nie dał mu dojść do słowa Harry — którą zawsze przejawiałeś względem Syriusza. Która jest w tobie tak mocno zakorzeniona, że jesteś w stanie odejmować punkty Gryffindorowi pod byle pretekstem.
Snape zarzucił głową jak poddenerwowany koń, robiąc przy tym minę, jakby pragnął przyłożyć dłonie do twarzy Harry'ego i zatkać mu usta własnymi palcami.
— No i wreszcie zdystansowanie. Efekt dorastania w toksycznym środowisku. Wynik bezmyślnych działań twojego ojc…
— Dosyć, Potter! — syknął Snape, zaciskając palce na oparciach fotela. Jego oczy zapłonęły jak ogniki. — Posuwasz się o krok za daleko.
Harry uniósł na niego brwi.
— Zaprzeczysz mojej ocenie? — Nuta drwiny przebiła się przez jego słowa jak kamień przez taflę wody.
— Czasem mnie, dzieciaku, przerażasz — pokręcił głową Snape, wbijając w niego oczy jak dwa obsydianowe sztylety.
— Powiedz mi, Snape, że się mylę, a wycofam wszystko, co przed chwilą powiedziałem — obiecał Harry, czym zasłużył sobie na szydercze prychnięcie i mocno skwaśniały uśmiech.
— Zastanawia mnie, która z tych rzeczy powoduje, że mógłbyś mnie wielbić — zaszydził Mistrz Eliksirów, kręcąc na niego nosem.
Harry zmierzył go przewiercającym wzrokiem.
— Każda z nich — skinął na niego głową. — Cenię cię za to, jaki jesteś, Snape, ze wszystkimi swoimi wadami. Możesz na mnie krzyknąć, wyrzucić za drzwi albo nazwać idiotą i nie sprawi to, że będę szanował cię w mniejszym stopniu. Doceniam twój charakter ze wszystkimi jego odsłonami. Doceniam twoją autentyczność, twoją prawdziwość, twój cięty język. Doceniam to, że ze mną rozmawiasz, to, że mówisz mi rzeczy, których nie powiedziałby mi nikt inny - że kiedy jesteś mną rozczarowany, dajesz mi to odczuć, kiedy się na mnie wściekasz, dajesz mi to odczuć, kiedy jesteś ze mnie dumny, również dajesz mi to odczuć. Potrafisz mi powiedzieć, że coś robię źle, że coś robię dobrze, że coś mógłbym zrobić lepiej, że moje możliwości sięgają znacznie głębiej. Ludzie patrzą na ciebie i myślą: „taki cyniczny, taki złośliwy, tak łatwo mogący wytrącić kogoś z równowagi - jakim prawem tak się zachowuje?". A ja mam ochotę im odpowiedzieć, że to twoje prawo: być cynicznym czy złośliwym. Że możesz być kim chcesz i nic im do tego. Że to oni nie są uprawnieni, żeby mówić ci, jak masz się czuć w swoim własnym umyśle, że nie musisz sobie radzić z zawiścią, bo to cecha twojej osobowości, bez której byłbyś zupełnie innym człowiekiem. Bez której nie byłbyś sobą. Do której masz prawo.
Snape spoglądał w jego twarz, jakby ją chłonął, jakby chłonął każde najmniejsze słowo, które opuściło jego gardło. Jakby Harry był fascynującym, acz niebezpiecznym magicznym stworzeniem, przy którym należy zachować szczególną ostrożność.
— Igrasz z ogniem, dzieciaku — powiedział cicho, ledwo poruszając przy tym wargami.
Harry odpowiedział ostrym uśmiechem.
— Jakby to powiedział Syriusz — przechylił głowę, błyskając na Snape'a zębami — życie byłoby nudne bez odrobiny ryzyka.
