.
Rozdział 10
Niewygodne decyzje
.
Jego włosy były mokre. Czarne kosmyki przyklejały się do policzków, oplatały kark jak bluszcz wijący się po murze. To nie była twarz, którą chciałoby się uwiecznić na fotografii i trzymać w kieszeni na piersi - zbyt blada, zbyt chuda, o zbyt ostrych rysach. Harry spoglądał na wgłębienie w szyi nad odcinającymi się ostro obojczykami i ledwo widoczny, siny ślad majaczący na ziemistej skórze, którego kształt chciałby prześledzić palcem.
Deszcz miarowo stukał o ziemię, ześlizgiwał się z liści wysokich drzew Zakazanego Lasu i moczył im twarze. Powietrze pachniało roślinnością i rozmiękłą ziemią, a Harry, przesuwając bezradnym, gorącym, zapalczywym wzrokiem po tej znajomej, chudej twarzy, zastygłej w pełnym politowania grymasie niczym wykuta z marmuru, raz jeszcze przetwarzał w myślach słowa, które przed chwilą padły między nimi.
(— Chcę do niego wrócić.
— To jeszcze nie czas.
— Do mnie należy decyzja, Snape, muszę wrócić.
— To czy wrócisz i kiedy wrócisz, zależy wyłącznie ode mnie i nie twoja w tym głowa, Potter).
Serce ociężale obijało się o jego mostek, jakby było stworzone z kamienia, jakby biło w niego jak werbel, równomiernym, monotonnym rytmem.
Snape miał upartość wykutą ze stali i pokłady troski w oczach - pokłady, które były niedostrzegalne dla tych, którzy nie umieli odczytać jego spojrzeń. Harry nie wiedział, w którym momencie zaczął zauważać emocje krążące niczym duszne powietrze w zamkniętym pomieszczeniu na tej kościstej, ziemistej twarzy.
— Czasem zastanawiam się, co widzisz, kiedy na mnie patrzysz.
Snape niekiedy mówił rzeczy, które brzmiały, jakby siedział na obrzeżach jego pogmatwanego umysłu - nie zapuszczając się w jego głębiny, spijając informacje, które wyciekły za jego obręb, jakby nie chciał pogwałcać jego prywatności, a jednocześnie nie mógł powstrzymać chęci uskubnięcia co nieco z jego przemyśleń.
— Ja nie muszę się zastanawiać — odwrócił głowę Harry, wzruszając bez przekonania ramionami. — Wiem, że widzisz żenujący, rozpadający się wrak.
— Widzę ból. Nosisz go ze sobą jak na dłoni. Poczucie winy, którego nie potrafisz zetrzeć z twarzy. Widzę żal i gorycz. Serce pękające równo na pół.
— Innymi słowy: słabość, czy tak? — uśmiechnął się krzywo, bez rozbawienia Harry.
Snape pokręcił powoli głową.
— Żaden słaby człowiek nie przyznałby na głos, że mógłby kogoś wielbić. Żaden słaby człowiek nie zagarnąłby sobie podstępem słodkiej, krwawej zemsty. Żaden słaby człowiek nie dokopałby się do moich najgłębszych sekretów, odczytując stare, dawno zakopane w cieniu wspomnienia, dowiadując się prawdy o czynach i ludziach, o których ja sam wolałbym raczej zapomnieć.
Harry spoglądał na rzęsy zlepione kroplami deszczu, na wilgoć wsiąkającą w rękawy szaty, klejącą się do ramion, do karku, do piersi, owijającą się ściśle na chudej sylwetce jak kokon. Patrzył na włosy przyległe do ostrych jak żyletki kości policzkowych i na palce długie i zgrabne jak dłonie greckiego posągu. Zaglądał w oczy czarne i gęste jak smoła: smoła, w której tonął, do której się kleił, nie mógł się od niej uwolnić - oplatały go szczelnie, niezmywalne, intensywne.
Zbliżył się do tej kościstej sylwetki, ujął bladą dłoń w swoje palce, nie odwrócił spojrzenia.
— Pozwól mi do niego wrócić — poprosił cicho; jego głos był wątły jak oddech, usta wilgotne od deszczu, gdy przyciągał do nich knykcie ściskanej dłoni. Zimne krople na twarzy, na brwiach, we włosach sprawiały, że jego ramiona drżały. — Kiedy byłem blisko, przy nim, pierwszy raz od miesięcy czułem, że naprawdę żyję, a nie: tylko egzystuję, przeskakując z jednego takiego samego dnia do drugiego. Snape, proszę. Zrób to dla mnie. Zgódź się.
Czarne oczy leżały jak kamień na jego twarzy.
— Nie jesteś na to gotowy, Potter, uwierz mi — zmarszczył na niego brwi; pionowa zmarszczka na jego twarzy pogłębiła się. — To zbyt szybkie tempo dla ciebie. Nieodpowiednie.
Harry się z nim nie zgodził, kręcąc uparcie głową.
— Dla mnie nie ma zbyt szybkiego tempa — zarzekał się, skacząc spojrzeniem pomiędzy czarnymi oczami, wiedząc, że ma prośbę wypisaną na twarzy jak czarne na białym. — Przecież wiesz, że lubię adrenalinę, jazdę bez trzymanki i wiatr we włosach. Skakanie w przepaść i lądowanie na czterech łapach.
Snape się zawahał.
— Jesteś… rozchwiany, Potter — ocenił, przeskakując spojrzeniem pomiędzy jego oczami. Miał chłodną dłoń; przyłożył ją do jego policzka jak leczniczy okład. — Musisz się ustabilizować. Musisz złapać równowagę, zanim ponownie spojrzysz mu w twarz. To nie będzie dla ciebie dobre, jeśli zrobisz ten krok właśnie teraz.
Harry uśmiechnął się bez rozbawienia, odpychając chudą dłoń.
— A od kiedy to postępujemy zgodnie z tym, co jest dla nas najlepsze, Snape?
— Co jest dla nas najlepsze, panie profesorze — poprawił go nieco machinalnie Snape.
Nie powstrzymał skwaśniałego skrzywienia cisnącego mu się na twarz. Irytacja była ostra, kłująca - pragnął wyrwać ją z siebie i odrzucić jak najdalej, jakby była chwastem, który na nim żeruje.
— Na litość Merlina — prychnął, nie mogąc powstrzymać słów, dłoni, wyrzutu widocznego w oczach, wypuszczając pokłady powietrza z płuc, które zaświszczało na jego zębach jak ulatujące z przebitego balona. Jak za mrugnięciem powiek pochwycił kark Snape'a w swoje dłonie, zarzucając mu ręce na szyję, chwycił, przytrzymał, wbił paznokcie w skórę. — Tak więc: panie profesorze — syknął Harry, z tłumionym rozdrażnieniem przyklejonym do słów, unosząc wysoko podbródek, aby znaleźć się ze Snapem twarzą w twarz. Chude brwi zmarszczyły się na niego, ale Snape się nie poruszył, nie uciekł od jego dotyku, nie odsunął się — jakiemu jeszcze uczniowi pozwala pan profesor zbliżyć się do siebie tak bardzo, by był w stanie odkryć pańskie głęboko skrywane sekrety? Jakiemu jeszcze uczniowi pozwala pan profesor przyprzeć się do podłogi i spijać krew ze świeżej rany? Czyżby umknął mojej uwadze jakiś inny uczeń, którego umysł pan profesor przejrzał na wylot, którego wpuszcza pan profesor do swoich prywatnych kwater i częstuje alkoholem?
W oczach Harry'ego paliła się czysta frustracja, był tego boleśnie świadom. Tego kłującego odczucia wcale nie poprawiał fakt, że Snape przyglądał się jego twarzy wyjątkowo pustym wzrokiem.
— Co chciałbyś ode mnie usłyszeć, Potter? — Głos Snape'a, w przeciwieństwie do wyrazu twarzy, był ciężki jak kłoda, jak kula u nogi. Coś w gardle Harry'ego zacisnęło się ciasno i boleśnie.
Zielone oczy przeskoczyły w pośpiechu pomiędzy czarnymi, szukając w nich czegokolwiek, czego mógłby się uczepić, jak tonący chwyta się brzytwy.
— Chciałbym usłyszeć, że ci na mnie zależy, chciałbym usłyszeć, że…
— Nie zastąpię ci ojca chrzestnego, Potter, i nie mam takiego zamiaru — przerwał mu, niespodziewanie ostro, Snape.
Harry odniósł abstrakcyjne wrażenie, że skóra Snape'a z chwili na chwilę rozpaliła się w jego rękach, żarząca piekącym gorącem, kalecząca jego palce. W pośpiechu uciekł dłońmi, zaciskając je z całych sił na materiale szaty. Cofnął się chwiejnie.
— Wcale nie… — zawahał się Harry, patrząc wszędzie, tylko nie na Snape'a. — Przepraszam, ja…
— Jesteś najdziwniejszym stworzeniem, jakie chodzi po tej ziemi, Potter — westchnął Snape, kręcąc głową, przyglądając mu się spod rzęs.
Harry jedynie kątem oka mógł dostrzec, jak profesor opiera się barkiem o rozłożyste drzewo, odgarniając palcami włosy wpadające do czarnych jak heban oczu, klejące się do powiek. W jego spojrzeniu było coś oceniającego, coś kłującego jak kamień, który utkwił w bucie.
— Zastanawia mnie jedno, Potter — oznajmił cicho Snape, przechylając głowę. — Czy jego też byłbyś w stanie wielbić? Paść na kolana, tak, jak to ująłeś? Przyciskać usta do jego rąk?
Harry doznał takiego wstrząsu, że potknął się o wystający korzeń i zatoczył na najbliższe drzewo. Piekący ból powiedział mu dosadnie, że zdarł sobie skórę z dłoni, przytrzymując się chropowatej kory, aby nie upaść.
— Merlinie, nie — pokręcił pospiesznie głową; zaschło mu w ustach. — Snape, co ty w ogóle… absolutnie nie!
Jedna brew Snape'a podskoczyła wysoko na czoło.
— Nie — powtórzył powoli, przeciągając to słowo, jakby rozkładał go na czynniki pierwsze, jakby dokopywał się ukrytych znaczeń, jakby szukał w nim kłamstwa. Przechylił głowę. — Ja mógłbym.
Harry wykrzywił wargi w raczej kwaśny grymas.
— Wiem, że tak.
Potrafił to zrozumieć - Snape widział Czarną Magię, której hołubił, charyzmę, która skryta była za zapadniętą twarzą, nieprzeciętny umysł tlący się pod czaszką.
Pamiętając zaszczutego przez inne dzieciaki chłopca z chłodnych jak szkło wspomnień, do których wpadł zaledwie kilka miesięcy temu, mógł pojąć, dlaczego Snape zachowuje się w ten, a nie inny sposób, dlaczego podejmuje takie, a nie inne decyzje, dlaczego potrafi klękać bez słowa i szanować bez słowa, wkładać głowę pod topór i całować ręce zbrukane krwią - bez słowa.
Takim go stworzyli - ojciec mugol, szkolni rówieśnicy, niemi profesorowie - przebudzili coś gorszego od rozjuszonej bestii, przebudzili coś gorszego od trójgłowego smoka, któremu po ucięciu jednej głowy, natychmiast wyrośnie kolejna. Oblekli go w chłód, w lodowatą uprzejmość, zimno kalkulujący umysł.
A Harry nie potrafił nie podziwiać tego umysłu. Mimo wszelkich jego wad i niedociągnięć. Mimo lodu w oczach i hartowanej stali w sercu.
Kąciki ust Snape'a wygięły się w uśmiechu, który aż krzyczał zmęczeniem.
— Trochę się ciebie, dzieciaku, boję — oznajmił jak gdyby nigdy nic, jakby mówił o pogodzie, o nudnym wypracowaniu jakiegoś niekompetentnego ucznia pełnego bzdur wyssanych z palca.
Skonsternowanie uderzyło w Harry'ego niczym zaklęcie oszałamiające. Błądząc spojrzeniem po ziemistej twarzy profesora, starał się odnaleźć w niej cokolwiek, co tłumaczyłoby podobne słowa. Z jego oczu nie potrafił wyczytać nic, poza czystym znużeniem.
Snape pokręcił głową.
— Czasem cię podziwiam — dopowiedział, przeczesując palcami długie kosmyki włosów, a Harry nie potrafił zrozumieć, dlaczego Snape w ogóle mówi mu o tym wszystkim - z tak spokojnym wyrazem w oczach — czasem irytujesz mnie do granic możliwości, a czasem niepokoję się, czy twoja absurdalna samowolka, twoja głupia brawura bądź twoje rozchwianie emocjonalne nie doprowadzą do czegoś, czego z całą pewnością lepiej by było uniknąć.
Snape odwrócił głowę - jego wzrok, nieco zamglony, potoczył się po mokrych pniach drzew, po nasiąkniętym deszczem mchu, po zieleniejących się krzewach.
— Pomyśl tylko, jak spokojne byłoby nasze życie, gdybyśmy nigdy się nie poznali — powiedział cicho; jego głęboki głos był przepełniony jakimś dziwnym zrezygnowaniem, którego Harry nie do końca był w stanie objąć rozumem.
Miał wrażenie, że nagła słabość ogarnia jego umysł jak jemioła pasożytująca na drzewie.
— Kto inny mógłby cię wielbić Snape, gdybym to nie miał być ja? — spróbował obrócić to wszystko w żart Harry.
Snape się nie roześmiał, a Harry doszedł do wniosku, że lepiej by zrobił, przygryzając język.
— Widzisz za dużo. Jesteś zanadto bystry — kontynuował monotonnym głosem Snape, jakby w ogóle nie zarejestrował wypowiedzi Harry'ego. — Żądny informacji. Żądny wiedzy. Niebezpiecznie przebiegły - i to z naciskiem na: „niebezpiecznie". I na deser - jakby nie było tego za wiele - niedorzecznie potężny. Dzieciak w twoim wieku nie powinien mieć tyle magii, nie powinien dysponować takim potencjałem. To nielogiczne. To szaleńczo groźne. To durnowaty żart przeklętego losu. Zupełnie niesprawiedliwy. Całkowicie frustrujący.
Harry zawahał się, nie będąc pewnym, jak powinien się do tego ustosunkować.
— Czy pan próbuje mnie pochwalić? — zapytał powoli, marszcząc nos.
Snape potrząsnął głową, jakby się odganiał od natrętnej muchy.
— Melinie broń, abym kiedykolwiek zaczął zachwalać świętego Harry'ego Pottera — mruknął pod nosem nie bez zgryzoty.
Harry się roześmiał i pstryknął palcami.
— Lubię to w panu — oznajmił, przechylając głowę, przypatrując się Snape'owi w nieco figlarny sposób.
— Szyderstwo? — uniósł jedną brew Snape.
— Szczerość — sprostował podochocony Harry, kręcąc głową z przekornym uśmiechem. — Bezpośredniość, profesorze Snape.
-VVV-
— Wiesz, że mógłbyś nim manipulować?
Siedzieli w hangarze na łodzie - Harry oparty o wilgotną ścianę, ze skrzyżowanymi nogami i powieścią gotycką wypożyczoną z biblioteki na kolanach, Snape rozciągnięty wygodnie w jednej z łodzi kołyszącej się łagodnie na wodzie, zamyślony i nieobecny, błądzący wzrokiem po suficie.
Serce Harry'ego stanęło na jedną, ciężką chwilę. Uniósł wzrok znad książki, nie potrafiąc sobie wybaczyć, że zaszokowanie przebiło się przez jego skórę jak nóż.
— Morgano najdroższa, co ty do mnie w ogóle mówisz? — wyszeptał; coś ciężkiego zdawało się utkwić mu w gardle.
Snape wyciągnął rękę nad głowę i wodząc palcem w powietrzu, prześledził kontury zacieku rozciągającego się na krokwiach nad ich głowami.
— Mógłbym zdrapać stamtąd pleśń i zakorkować w probówce — mruknął - raczej do siebie - Snape. — Produkt dosyć marnego pochodzenia, ale można z niego zrobić przyzwoitą substancję halucynogenną.
Harry zamrugał, zamykając czytaną książkę, przyciskając ją do kolan.
— Jezu, Snape — wypuścił powietrze, przecierając nasadę nosa pod okularami — zaczynam podejrzewać, że nie czujesz się dziś najlepiej.
Usta profesora wygięły się w krzywym uśmiechu - trochę, zdaje się, rozbawieniu, ale nie do końca - była w tym jakaś rysa, jakaś skaza, której Harry nie potrafił nazwać. Opuścił wyciągnięte nad głowę ramię, przechylił głowę w stronę Harry'ego, ale jego oczy nie odklejały się od drewnianych krokwi, jakby widział w nich coś fascynującego.
— Wiesz, kiedy tak siedzę tu i rozmyślam, widzę ciebie uśmiechającego się do Josepha, ciebie opuszczającego przede mną wzrok, to twoje ciche, pogodzone z faktem: „Chcesz, żebym cię za to przeprosił?" - widzę swoją własną pewność, że zrobiłbyś to, gdybym tylko tego od ciebie zażądał. Być może uginasz te swoje złote kolana nieco pokracznie, a jednak nie boisz się ich ugiąć, nie wstydzisz się i nie panikujesz. Gdybyś nabrał wprawy…
— Wprawy? — przyłożył dłoń do czoła Harry, przerywając wywód profesora; oblizał nerwowo wargi. — Matko, Snape, nie możesz mieć na myśli tego, co zrozumiałem.
Snape poprawił się na drewnianej ławce łódki i posłał Harry'emu długie spojrzenie. Ich oczy spotkały się nad falującą, przejrzystą taflą.
— Co, gdybyś pragnął czegoś tak bardzo, że byłbyś gotów przesunąć swoje własne granice?
Kwaśny, niewielki uśmiech samoistnie wkradł się na jego twarz.
— Niczego nie pragnę w podobnym stopniu.
Snape pokręcił głową, miażdżąc go karcącym spojrzeniem.
— Nie masz nawet pojęcia, do czego mógłbyś być zdolny, prawda, Potter? — prychnął i brzmiał, jakby stwierdzał fakt.
W odpowiedzi Harry wzruszył ramionami.
— Oświeć mnie, Snape.
— Potter… — westchnął Snape, jakby tracił do niego siłę i przetarł palcami nasadę nosa gestem krzyczącym wyczerpaniem. — Ostatnim razem, kiedy przy nim byłeś, zabrałeś sobie zemstę, wiedząc, że Czarny Pan ci jej nie odmówi. Wykorzystałeś jego zachłanność. Jego zaintrygowanie twoją osobą. To nie on kazał ci mnie skrzywdzić - choć zapewne to, że tamten dzień potoczył się tak, a nie inaczej, przypisuje jednie sobie. To jednak była całkowicie twoja inicjatywa. — Snape przechylił głowę, przyglądając mu się zza zmrużonych oczu. — Wiesz, zwykle, aby przekonać Czarnego Pana do swojej racji, muszę poświęcić na to czas, przygotować się, wszystko przemyśleć, zastanowić się dwa razy, zanim coś postanowię. Muszę klęknąć, pocałować jego dłonie albo szatę, gimnastykować język i modlić się, żeby moja elokwencja wystarczyła, aby go ułaskawić. Ty robisz to ot tak — pstryknął palcami Snape — bez przeszkód, bez namysłu. Jakby było to dla ciebie równie łatwe, co oddychanie.
Harry wyciągnął usta w uśmiechu, w którym próżno szukać rozbawienia.
— Bo jestem naiwny — wzruszył ramionami, wierząc, że stwierdza fakt — bo jestem nieodpowiedzialny i nieostrożny. Bo skory jestem do podejmowania niepotrzebnego ryzyka. Bo jestem…
— Czy ty mnie właśnie cytujesz, Potter?
— Być może — wzruszył obojętnie ramionami Harry, wystukując palcem monotonny rytm o okładkę książki.
Snape, przyglądając mu się spod rzęs, pokręcił powoli głową.
— Jesteś niemożliwy.
Harry wstał i podszedł powoli do kołyszącej się łodzi; czarne oczy obserwowały go, gdy się zbliżał, przesuwały się po jego sylwetce, ślizgały po niej jak kostka lodu. Harry wygładził dłonią przód szaty i przysiadł na wilgotnej ziemi, kładąc ramię na drewnianej burcie.
— Nie ma w tym zamku osoby, którą szanowałbym bardziej niż ciebie, wiesz? — zapytał cicho Harry, mając niemożliwe do zbicia wrażenie, że jego dłonie są dziwnie odrętwiałe, patrząc wszędzie, tylko nie na Snape'a. — Jesteś najbardziej inteligentną osobą, jaką znam. I chociaż daję ci całe zastępy powodów do frustracji, masz dla mnie tak wiele cierpliwości, że to przekracza moje pojęcie. Cierpliwości, której nie przejawiasz wobec nikogo innego. Bo chociaż wzdychasz, krzywisz się i patrzysz na mnie wilkiem, masz w sobie tą niepojętą dla mnie dyscyplinę, która nie pozwoliła ci jeszcze zepchnąć mnie na dalsze tory.
— Zapominasz, Potter — przekrzywił głowę Snape — że należę do Czarnego Pana.
Harry zmarszczył czoło, nie rozumiejąc.
— Co to ma do…?
— Potrzeba anielskiej cierpliwości — przerwał mu Snape'a, wykrzywiając wargi w czymś, co przywodziło na myśl mocno zakrapiany goryczą uśmiech — aby służyć fanatykowi.
— Anielskiej cierpliwości? — pokręcił głową Harry, pozwalając sobie na nieco bezczelny grymas. — Nie nazwałbym tego anielską cierpliwością, Snape — wygodniej ułożył ramię na krawędzi burty i oparł na nim brodę, zdmuchując z oczu zabłąkany kosmyk włosów. — Potrafisz krzyknąć, obnażyć zęby, potrafisz nawet mnie wyszarpać za kołnierz, jakbyś potrzebował… — urwał i zmarszczył nos.
— …odskoczni — wypowiedział na głos to, co pomyślał Harry. Westchnął i odwrócił głowę, kontemplując wzrokiem sufit. — Odreagowania.
Harry skubnął zębami popękane, nierówne skórki przy paznokciach.
— Wiesz… — zawahał się, nie będąc pewnym, jak Snape zareaguje na jego słowa. Starszy czarodziej zerknął na niego kątem oka; Harry odchrząknął i wziął głęboki oddech. — To nie tak, że nie możesz mu… odszczekać, Snape. To nie tak, że nie możesz przy nim zaszydzić.
Snape zamrugał, jakby z ust Harry'ego padła ostatnia rzecz, jaką spodziewał się usłyszeć. Poprawił się na łódce, podciągając wyżej nogi.
— Nie wiesz, o czym mówisz — stwierdził sucho.
Coś stało niczym mur za jego słowami. Coś jak gorycz, ale nie do końca. Harry odniósł nieprzyjemne i całkowicie abstrakcyjne wrażenie, że coś ciężkiego osiada w jego piersi, przykleja się do niej, ciąży mu jak odważnik.
— A więc powiedz mi — poprosił ściszonym głosem, sięgając do jego twarzy, chwytając za brodę, przechwytując czarnookie spojrzenie. — Proszę. Powiedz mi.
Snape przyglądał mu się milcząco dłuższą chwilę; w jego oczach było zamyślenie, nad którym Harry pragnął się pochylić.
— Profesorze? — zmarszczył na niego czoło, tracąc pewność siebie pod tym czarnookim, przewiercającym spojrzeniem - spojrzeniem, które zdawało się widzieć wszystko: widzieć i oceniać.
— Znowu to robisz, Potter — wyszeptał Snape; jego słowa były ledwie tchnieniem w ciszy hangaru na łodzie.
— Robię co? — nie zrozumiał Harry, przechylając głowę, szukając odpowiedzi w jego nieprzeniknionych, oceniających oczach.
Snape zanurzył głębiej podbródek w dłoń Harry'ego - ciepły pod jego palcami, tak gładki i tak chudy, że dziwnie leżał w jego uścisku - jak niedopasowanie. Czarne oczy posłały mu przeciągłe spojrzenie spod rzęs, przewiercające, czyste jak łza.
— Grasz mi na emocjach, żeby uzyskać odpowiedzi na pytania, których nie chcesz zadawać na głos. Chciałbyś wiedzieć, przykładowo, czy mój ojciec był gorszy, niż twój wuj. Jakby krzywda była w ogóle mierzalna. Chciałbyś widzieć, co lubię robić, kiedy jestem sam, co widzę w tym twoim pogmatwanym umyśle i dlaczego nie chcę cię jeszcze puszczać na powrót w jego szpony. Zastanawia cię, co sprawia, że jestem w stanie stanąć pomiędzy nim a tobą, co sprawia, że jestem w stanie rozłożyć ramiona, kryjąc cię przed nacierającym na ciebie wilkołakiem, co sprawia, że widząc śmierć twojego okropnego chrzestnego, którego - Merlin mi świadkiem - nienawidziłem całym sercem, obracam cię ku sobie, chowam w ramionach i powtarzam ci jak zgrana płyta: „skup się na mnie" - jakby mi zależało. Nie daje ci to spokoju, Potter, prawda?
Harry uniósł brwi.
— A wyjaśniłbyś mi to wszystko, gdybym zapytał?
Snape wzruszył ramionami, jakby strząsał z nich niewidzialny puch.
— Nie wiem. To pewnie zależy od pytania — zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów. — Spróbuj, Potter. Odważ się.
Harry cofnął rękę przytrzymującą brodę Snape'a i złożył dłonie na kolanach. Jego myśli pędziły jak stado koni, przez chwilę nie mogąc skupić się na niczym konkretnym - zbyt wiele pytań wciąż pozostawało bez odpowiedzi.
W końcu, po kilku chwilach milczenia, Harry odetchnął i skinął głową - raz, drugi - podejmując decyzję.
— W porządku — przechylił głowę, wpatrując się w skupioną na nim twarz, w te zmrużone, pełne oceny oczy, w zmarszczki, w których dostrzegał zalążki zainteresowania. — Opowiedz mi więc, proszę, o tych licznych zaklęciach, które mnożą się na marginesach podręcznika Księcia Półkrwi.
-VVV-
Chciałem być silny, wiesz? Wyjątkowy — dwie godziny później, kiedy leżał w łóżku, za szczelnie zasłoniętą kotarą, na szczycie wieży, słowa Snape'a wciąż brzęczały mu w uszach. Słowa rozsypane, nieskładne, jakby wypadły z potrąconego pudełka, potoczyły się jak koraliki po burtach łodzi, wpadły pomiędzy szczeliny podłogowe pełnego srebrnego kurzu hangaru.
Chciałem być silny, wiesz? Wyjątkowy. Nie bać się pijanych ludzi mijanych na ulicach i - czując ich zjełczałą woń, wędrującą przy nich jak cień - nie myśleć o moim ojcu. Bycie Snape'em nie znaczyło wiele w czarodziejskim świecie - Snape był nikim dla dumnych Malfoy'ów, którzy dorobili się nie wiadomo jak dawno, nie wiadomo na czym i - oczywiście - horrendalnie wysokich sum, jakby wykopali żyłę złota, Snape był nikim dla szlachetnych Blacków, którzy żyli w przeświadczeniu, że wolno im wszystko, a szczęście jest nieskończone, był nikim dla Zabinich, Lestrange'ów i pieprzonych Flintów. Nie liczyło się, że moja matka pochodziła ze starego rodu Prince'ów - dla nich wszystkich zawsze byłem tylko Snape'em.
Byłem zahartowany na nieprzyjemności tego pieprzonego świata, to jedyna lekcja, którą zawdzięczam ojcu. Umiejętność zdystansowania się. Nie pozwolić im mnie skrzywdzić - to nie było takie trudne. Nie pozwolić wszystkim tym kretynom, którzy żyli wokół mnie, zaleźć mi za skórę.
Oni wszyscy żyli zamknięci w schematach, w sztywnych ramach, których - o ironio! - nie widzieli. Wszyscy mieli nadprogramowe zaklęcia w małym palcu, zanim jeszcze włożyli na głowę Tiarę Przydziału, byli lepsi, tak wyraźnie, ewidentnie lepsi, że aż dreszcz przechodził, że aż dech zapierało. Byli lepsi - i nie omieszkali pozostałym uczniom Hogwartu udowadniać tego na każdym kroku.
Szybko okazało się, że mam zdolności do zaklęć, których im brakowało, że obcuję z magią w zupełnie innym wymiarze, niż wszyscy ci sztywni arystokraci, patrzący na mnie z góry. Nie, żebym był na tyle głupi, żeby przechwalać się przed nimi na głos.
Kiedy zacząłem tworzyć własne zaklęcia, moje zaklęcia: efekt miesięcznych starań i starannych obliczeń, efekt tysiąca skreśleń i podkreśleń, sylab dobieranych z największą precyzją, efekt sterty przeczytanych ksiąg i całych zeszytów notatek - wreszcie miałem nad nimi władzę, o której nie wiedzieli, miałem przed nimi tajemnicę, o którą nawet by mnie nie podejrzewali. Wreszcie mogłem postawić się na równi z nimi, wyprostować kręgosłup, przestać kulić ramiona, trzymać różdżkę w zasięgu ręki.
Książę Półkrwi - ten przydomek był żartem, moją własną kpiną ze wszystkich tych durnych kretynów, którzy nie pofatygowali się nawet, żeby sprawdzić moje koneksje rodzinne, którzy słysząc: „Snape", mamrotali: „marne mugolskie nazwisko", „słabe nazwisko, nieodpowiednie" i nie poświęcali mi już więcej ani grama uwagi. Książę Półkrwi - mieli prawdę przed nosem i jej nie widzieli, żaden z nich nie był nawet w połowie tak wnikliwy, jak ty, Potter. Ten podręcznik przewinął się przez kilka rąk, te zaklęcia zatańczyły na paru językach. A nikt, kto posłużył się tymi zaklęciami do własnych celów, nie starał się dociec, kto jest ich autorem. Dopiero ty to rozgryzłeś. Dopiero ty spróbowałeś.
Te zaklęcia w grubszej mierze były efektem frustracji. W pewnym stopniu wywodziły się z niezdrowej bezlitosności. Z pragnienia zemsty. Z chęci pokazania swojej wartości. Swojej siły.
Czy próbowałeś użyć któregoś z nich, poza tą jedną sytuacją w Zakazanym Lesie, Potter? Nie? Cóż, nie pierwszy raz udowadniasz mi, że nie jesteś tak bezmyślnym stworzeniem, jak niegdyś zakładałem.
-VVV-
— A te zaklęcia?
— Ach, zaklęcia… — zastukał palcami o dolną wargę Snape, przyglądając się jak Harry, siedząc oparty o ścianę hangaru, obraca różdżkę w dłoniach. Kiedy przechylił głowę, kilka czarnych kosmyków wpadło mu na powieki. — Obaj wiemy, że zdążyłeś już użyć jednego z nich przeciw mnie, Potter, nieprawdaż? Dlaczego więc o nie pytasz, skoro znasz ich… specyfikę?
Harry, skupiony na obserwowaniu własnych palców bawiących się różdżką, wzruszył ramionami.
— Trzeba być kimś potężnym, żeby stworzyć własne zaklęcie — ocenił, skrobiąc trzonek różdżki paznokciem. — Kimś przewyższającym innych inteligencją, kimś nader kreatywnym.
— Trzeba być kompetentnym czarodziejem, Potter — skrzywił się Snape, jakby uważał, że spora większość z otaczających go ludzi wcale nie spełnia tych kryteriów. — To wystarczy.
Harry, słysząc ton zajadłości w jego głosie, skrzywił się i podniósł głowę, żeby na niego spojrzeć.
— Ludzie szepczą po kątach, że twoje oczekiwania są za wysokie.
— Ludzie to kretyni, Potter — prychnął Snape, kręcąc na niego głową. — Ja nie proszę o gwiazdę z nieba ani o eliminację wszelkiego głodu na świecie — machnął, nie bez ironii, ręką.
— Prosisz o inteligencję dorównującą twojej — zauważył Harry. — To nieco wygórowane żądania, nie uważasz? Szczególnie kiedy kierujesz je w stronę garstki rozwydrzonych nastolatków.
Snape roześmiał się, a w jego śmiechu było coś szorstkiego, coś chłodnego, co wywoływało skurcz w palcach i nierówny oddech prześlizgujący się między zębami.
— Jest środek pieprzonej wojny, Potter. Te dzieciaki żyją w czasach, w których mogą nie dożyć jutra, i - o ironio! - zdają się o tym nie wiedzieć. Co się z nimi stanie, kiedy wyjdą poza obręb tych murów, pomyślałeś o tym? Wejdą w świat z wiatrem w głowie i głupotą w oczach i odbiją się od większej ściany, niż mogą sobie wyobrazić. W chwili, w której staną twarzą twarz z - dajmy na to - Fenrirem Greybackiem będą straceni i nic ich nie uratuje.
— A ja? — zapytał Harry. — Czy istnieje coś, co uratuje mnie?
Snape się na niego skrzywił, błyskając na niego chmurnym spojrzeniem - jakby pytanie, które zadał Harry, było absurdalne, jakby odpowiedź na nie była tak oczywista, jak to, że czarne jest czarne, a białe jest białe.
— Jestem przekonany — syknął na niego, jakby go karcił — że potrafisz sobie na to odpowiedzieć.
Harry potrafił.
-VVV-
Jedynym profesorem, który przygotowywał ich na zderzenie się z brutalną rzeczywistością, był Severus Snape. I nie było takiej Obrony, na której nie trenowaliby pojedynków, na której nie poznaliby choć jednego nowego zaklęcia, z której wyszliby z pustą głową. Oczywiście - wszyscy zrzędzili: bo Snape dawał im wycisk, bo wychodzili z tych zajęć z przemęczonymi mięśniami, bo wykańczali się zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Zdarzały się skargi do innych głów domu o to, że Snape potrafi zaatakować znienacka, bez sygnału, bez ostrzeżenia, celować w plecy, w kark, w głowę, bo: „profesor McGonagall, proszę powiedzieć, czy to nie jest niehumanitarne?".
Tymczasem Snape warczał, ciskał obelgami, częstował zaklęciami, nie szczędził uwag. I Harry nie mógł nie zauważać, jak wpaja im szybkie reagowanie, podejmowanie decyzji w biegu, czujność, czujność, stałą czujność.
Jakby zależało mu na przyszłości, którą oni wszyscy mogli przed sobą mieć.
Tego wieczora niebo kolorytem wpasowywało się w coś pomiędzy szarość a róż, a Harry uchylił się z niezawodnym instynktem, kiedy nad jego głową przemknął czerwony promień światła, odwracając się raptownie od barierek Wieży Astronomicznej.
— Ten refleks cię nie ochroni, dzieciaku, jeśli nie stępisz swojej głupoty, która wiecznie każe ci się pchać w kłopoty.
— Całe szczęście, że pewien łajdak odbije zaklęcie wycelowane w moje plecy — odgryzł się Harry.
Snape westchnął cierpiętniczo, jakby ubolewał nad jego głupotą, pokonał ostatnie stopnie schodów i podszedł do blanek wieży, spoglądając w stronę czubków drzew Zakazanego Lasu kołyszących się miarowo na wietrze. Poruszał się bezszelestnie jak duch, jak kot. Poruszał się jak szpieg.
— Tak sobie myślę — powiedział Harry, obserwując wirowanie jego szaty czarnej jak heban — że może to już czas?
Snape spuścił głowę, jakby ta mu ciążyła i przetarł palcami nasadę nosa i przez chwilę wyglądał, jakby szczypały go oczy, jakby nie miał siły utrzymać karku prosto.
— Powiedziałem mu, że wrócisz, Potter. Tak, jak prosiłeś.
Harry rozważał przez chwilę wagę tych słów.
— Powiedziałeś kiedy?
— Powiedziałem, że niebawem.
— Oho — pokręcił głową Harry, opierając się ramionami o barierki; zimny wiatr musnął mu kark i rozwiał włosy. — Bawimy się w pojęcia względne — bardziej stwierdził, niż zapytał, przechylając głowę. Wiatr wwiał niesforne kosmyki włosów prosto w jego usta. Harry wypluł je nie bez skrzywienia. — Kupił to?
Snape łypnął na niego spode łba.
— Oczywiście, że nie — sam sobie odpowiedział Harry, a jego słowa zabrzmiały jak oddech, jak westchnienie - łagodne, jakby kierował je do dziecka, które zgubiło się na ruchliwej ulicy. — To nie jest sposób, żeby mnie ochronić, wiesz? Musisz odpuścić.
Mistrz Eliksirów odwrócił wzrok i nie odpowiedział.
-VVV-
Całkiem zamknięty we własnej głowie rozdrapywał wspomnienia, zastanawiając się, jak potoczyłyby się wydarzenia, gdyby nigdy nie pozwolił piętnastoletniemu gówniarzowi grzebać w swoim życiu - Harry widział to w jego oczach, widział w ziemistej twarzy wymalowane jak na płótnie, wypisane jak na pergaminie.
Bo priorytetem nie był dla niego komfort Harry'ego - priorytetem było jego bezpieczeństwo, które notorycznie narażał, póki zabierał go przed oblicze potężnego, wpływowego, nieobliczalnego czarodzieja, który przejawiał co do Harry'ego niezdrową fascynację.
Harry dostrzegał jak Snape, stojąc na uboczu, zamarły, zamarznięty, przygląda się temu wszystkiemu spod opuszczonej głowy i kurtyny czarnych włosów, przygotowany na wszelką ewentualność.
Dlatego to Harry wziął Snape'a za rękę i - jakby Snape był dzieckiem, przy którym należało się zatrzymać - poprowadził go w zaciemnione zakątki Zakazanego Lasu, dlatego to Harry podwinął łagodnym gestem rękaw jego czarnej, zwiewnej szaty, dlatego spojrzał mu w twarz, uśmiechnął się gładko i powiedział:
— To wszystko — ścisnął palcami chudą, chłodną dłoń — będzie kiedyś tylko niewyraźnym wspomnieniem w naszych umysłach.
I choć Snape zarzekał się całkiem niedawno, że decyzja co do powrotu stoi jedynie po jego stronie, wypuścił powietrze z płuc, które utworzyło zwiewną mgiełkę wokół ich twarzy, i skinął głową.
